Archive

Archive for the ‘muzyka’ Category

Muzyczne podsumowanie

27/12/2013 1 komentarz

Rok zbliża się ku końcowi i choć niewiele mnie tu było (co być może zmieni się w kolejnym – chciałabym, ale nie będę rozwodzić się tu nad postanowieniami noworocznymi…), to z chęcią podsumuję trzy aspekty mojego życia, których Herbatniki wedle podtytułu się tyczą. Zacznę więc, bo tak mi najprościej, od muzyki.

Od jakiegoś już czasu mam wrażenie, że nie poznaję prawie nic nowego. Że zaczynam należeć do tej grupy, której może nie to, że podobają się tylko już te znane piosenki, ale która bez nowej muzyki może się prawie obejść. Słucham głównie tego, co już mam i znam. Odkrywam na nowo zespoły i piosenki, które uwielbiałam kiedyś, a których potem nie słuchałam, z braku czasu i nastroju. Pod tym kątem był to więc rok dwóch zespołów.

Przede wszystkim Pearl Jam, którego słuchałam mnóstwo z moim miesięcznym wówczas synkiem i mam nadzieję, że wpłynie to podświadomie na jego muzyczny gust. Ja sama zastanawiam się mocno natomiast, czy nie wybrać się na Openera i nie posłuchać ich latem na żywo… Obiecywałam sobie, że jeśli pojawią się w Polsce raz jeszcze (ostatnim razem nie było mi dane ich zobaczyć), to obowiązkowo na koncercie się zjawię. Być może tak właśnie powinnam zrobić…

Moja ukochana piosenka Pearl Jamu w ogóle:

Oraz ukochane wykonanie na żywo, być może na zachętę.

Drugim zespołem, który namiętnie odświeżałam sobie już pod koniec roku było A Perfect Circle. Nie ma chyba drugiego zespołu, którego muzyka miałaby taki klimat, dla mnie osobiście wygrywają z Toolem, którego też sobie bardzo cenię, ale poza kilkoma ukochanymi kawałkami nie mogłabym słuchać za dużo naraz. Tutaj natomiast żadna płyta nie nudzi mi się nawet na chwilę. Podobno panowie schodzą się na nowo i choć nie mam jakichś wygórowanych oczekiwań (trzy istniejące płyty są tak genialne, że utrzymanie poziomu, zwłaszcza po takiej przerwie będzie bardzo trudne), to jednak już się na to cieszę. Poniżej piosenka, od której w moim przypadku wszystko się z tym zespołem zaczęło i nadal jest jedną z najwspanialszych piosenek na mojej prywatnej liście w ogóle.

Jeśli o schodzeniu się już mowa – szczęśliwa jestem, że na taki pomysł wpadli członkowie System of a Down i postanowili dać serię koncertów, w tym jeden w Polsce. To jedyny koncert, na jakim byłam w tym roku, natomiast w każdą stronę jeden z najwspanialszych, na jakich byłam w życiu. Niesamowite tempo, rewelacyjne granie na żywo nie ustępujące niczym jakości muzyki z płyty, kontakt z publicznością, dobrany repertuar… Koncert idealny. Zdarłam sobie gardło śpiewając, a kiedy zagrali „Chop Suey”, prawie się popłakałam. Tak, emocje były olbrzymie!

Nieprawdą jednak byłoby stwierdzenie, że nie poznałam niczego nowego w tym roku – do grona moich ulubionych dołączył nowy zespół, którego zwłaszcza kilku piosenek słuchałam do upadłego. Imagine Dragons, to taki melodyjny delikatny rock, który wpada w ucho i nie chce wypaść, słowa przyjemne (niekoniecznie przyjemne w znaczeniu miłe, raczej nie porażają głupotą i jest na nie jakiś pomysł), tak więc ogólnie choć może nie jest to miłość wyjątkowo namiętna, to słuchałam ich całe lato właściwie bez przerwy i teraz cały czas wracam do ich piosenek. Zwłaszcza do tej, mojej ulubionej:

Tym też niczego nie brakuje:


I wreszcie nagroda specjalna dla pojedynczej piosenki, w której podoba mi się absolutnie wszystko: muzyka, wokal, słowa i obrazy, jakie wywołuje w mojej głowie (teledysk można z powodzeniem zignorować). Cudowna.

A jakie są Wasze muzyczne typy na podsumowanie roku?

Na koniec roku – małe podsumowanie

01/01/2012 8 uwag

Witajcie w Nowym Roku! Na wstępie życzę Wam wszelkiej szczęśliwości, samych udanych lektur, oglądania rewelacyjnych filmów i słuchania świetnej muzyki. Ja sama mocno się cieszę, że poprzedni rok już dobiegł końca i cieszę się na kolejny, robiąc masę postanowień, a raczej – planów. Lubię planować, zapisywać sobie pomysły i różne wydarzenia w kalendarzu. Z realizacją, wiadomo, różnie bywa, ale samo planowanie jest przyjemne.

Wczoraj nie bardzo miałam czas i natchnienie, dziś więc czas na małe podsumowanie. Tym bardziej, że wordpress uszczęśliwił mnie naprawdę ładnie przygotowanym i ciekawym podsumowaniem tego roku dla mojego bloga. Zainteresowanych liczbami i komentarzami odsyłam na stronę specjalnie przygotowaną przez wordpress. Niestety tylko po angielsku, nie chcę już jednak dublować informacji i przepisywać. Do znalezienia tutaj. Bardzo dziękuję wszystkim odwiedzającym i komentującym!

W 2011 przeczytałam bardzo okrągłą liczbę książek, bo dokładnie 50! Nie planowałam takiego wyniku i nawet się zdziwiłam patrząc teraz na moją listę. Końcówka roku była dość kiepska jeśli o ilości chodzi, bo zajmowały mnie inne rzeczy. Generalnie jednak jest to niewiele mniej niż w zeszłym roku, więc to ilość dla mnie „akuratna”. Filmów widziałam 41, w tym roku mam nadzieję zobaczyć ich trochę więcej. I pisać więcej recenzji ich dotyczących.

Bardziej opisowe podsumowanie mojego książkowego roku znajdzie się w zimowym numerze Archipelagu, który ukaże się już wkrótce – będę zapraszać do lektury jak zawsze na blogu. A tutaj: 5 najważniejszych książek tego roku, w kolejności przypadkowej, bo nie potrafię się zdecydować. Sam wybór tylko tylu książek był trudny, ale biorąc pod uwagę, że przeczytałam ich 50, wybieranie więcej mijałoby się chyba z celem wyłonienia tych „naj”.

1. „Półbrat” (Halvbroren) Lars Saabye Christensen – niezwykła książka, z jednej strony kameralna i aż tak wiele się w niej nie dzieje, z drugiej – niesie w sobie tak wielki ładunek emocjonalny, że po jej skończeniu (nie w trakcie!) płakałam chyba godzinę a potem długo o niej myślałam.

2. „Odkrycie nieba” (De ontdekking van de hemel) Harry Mulisch – wysmakowana, różnorodna, rewelacyjnie napisana, zmuszająca do myślenia, zostająca na długo… Mogłabym długo wymieniać. Moim zdaniem – lektura obowiązkowa.

3. „Kobieta, która czekała” (La femme qui attendait) Andreï Makine – absolutnie cudowna powieść, w której autor czaruje słowami. Idealnie moja wrażliwość. Czytając po prostu byłam tam.

4. „Opętanie” (Possession) A. S. Byatt – mieszanka tego, co szczególnie lubię w literaturze, błyskotliwa, świetnie napisana, przyciągająca.

5. „Taniec ze Smokami” (A Dance with Dragons) George R.R. Martin – czekałam 6 lat i moje oczekiwania rosły. Tej książce udało się mnie zadowolić i teraz tylko nie mogę się doczekać kontynuacji…

Powinnam tu zakończyć, ale nie mogę nie przyznać ostatniego wyróżnienia:

* „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji” Witold Szabłowski – pierwszy chyba reportaż, który czytała, jak powieść, nie mogłam się oderwać, a nawet się popłakałam. Cudowny.

I na tym poprzestanę, bo już mnie korci, żeby ze 2-3 pozycje dopisać. Przejdźmy więc do filmów. Kolejność znów przypadkowa.

1. „Ludzie Boga” (Des hommes et des dieux) reż. Xavier Beauvois – po moich zachwytach w jednej z nielicznych filmowych recenzji nie ma w tym pewnie nic dziwnego. Film niezwykle ważny, mądry i cudownie zrobiony. Dla mnie także osobisty, zwłaszcza w kontekście poszukiwań.

2. „Rozstanie” (Jodaeiye Nader az Simin) reż. Asghar Farhadi – świetnie zrealizowany i mądry film o relacjach międzyludzkich i ludziach uwikłanych w sytuację, gdzie nie można wskazać „tego złego”. Opowieść o kłamstwach, o dojrzewaniu, o życiu w zgodzie z moralnością… Zachwycający.

3. „Kroniki portowe” (Shipping News) reż. Lasse Hallström – oglądałam w idealnych warunkach i klimat tej historii mnie zauroczył. Zawsze lubiłam opowieści o miasteczkach na końcu świata, tym bardziej tych nad wodą, więc niewiele było trzeba, żeby mi się spodobało. W dodatku film jest dobrze zagrany, fabuła ciekawa, ładna muzyka i widoki, rodzinne sekrety… Teraz muszę przeczytać książkę.

4. „Gran Torino” reż. Clint Eastwood – mocny i choć odrobinę schematyczny, to poruszający i bez upiększenia pokazujący zarówno jedno z obliczy imigrantów jak i określonego rodzaju Amerykanów „starej daty”. A przy tym to takie pożegnanie Eastwooda z aktorstwem i odejście „Brudnego Harry’ego”, co podkreśla już i tak ważny nostalgiczny rys.

5. „Przeznaczone do burdelu” (Born Into Brothels: Calcutta’s Red Light Kids) reż. Zana Briski, Ross Kauffman – tytuł może sugerować historię w rodzaju „Kwiatu pustyni”, jest to jednak mylne wrażenie. To opowieść o tym, co można zrobić dla najbiedniejszych dzieciaków, o sztuce i fotografii, a także walce o własne marzenia.

Oraz dwa wyróżnienia, które zrobiły na mnie wrażenie:

* „Bękarty wojny” (Inglourious Basterds) też. Quentin Tarantino – fanką Tarantino, jak już tu chyba kiedyś pisałam, zdecydowanie nie jestem. Ale się zachwyciłam – przewrotnym pokazaniem tematu, rytmem, w jakim ten film jest zrobiony, kilkoma absolutnie cudownymi scenami, muzyką… Naprawdę warto zobaczyć.

** „Walkiria” (Valkyrie ) reż. Bryan Singer – nie obchodzi mnie, jak bardzo ten film jest hollywoodzki. Myślałam, że przestanę na nim oddychać z emocji i zdenerwowania. I znając przecież z góry zakończenie, byłam wściekła i smutna, no bo jak to, jak może się im nie udać…?

Muzycznie w tym roku nie zanotowałam żadnych znaczących odkryć ani piosenek, które by mi jakoś wybitnie towarzyszyły. Może w przyszłym będzie na tym polu ciekawiej.

A u Was? Podsumowania zrobione, czy też Was takie rzeczy raczej nie bawią?

Kategorie:film, książki, meta, muzyka Tags:

Idealne koło

29/04/2011 8 uwag

Wróciłam ze Świąt, ale wciąż tyle się dzieje, że nie mam czasu (a kiedy czas się wreszcie pojawia, jak dzisiejszego wieczoru – sił brak, a zwłaszcza jasnego myślenia) napisać nic nowego. Mam rozpoczętą recenzję „Odkrycia nieba”, ale wciąż nie potrafię uchwycić swoich odczuć związanych z tą książką tak, żeby nie popaść w egzaltację i banalne zachwyty (może w końcu się poddam i pozachwycam niemal bezkrytycznie bez żenady). Tymczasem więc moja piosenka na dziś, bo dawno nic muzycznego nie zamieściłam. Szkoda straszna, że A Perfect Circle przestało istnieć, wszystkie trzy płyty uważam za rewelacyjne. Może jeszcze się kiedyś skrzykną i nagrają coś nowego…

Kategorie:muzyka Tags:

Myślami i sercem w Japonii

11/03/2011 4 uwag
Kategorie:muzyka, wydarzenia Tags: ,

What black magic can do

07/05/2010 5 uwag

Jedna z takich ukochanych piosenek Tori Amos, kobiety o głosie anioła oraz o najseksowniejszych ustach i zębach świata ;) (jak dla mnie Tori w ogóle przoduje w tej kategorii, nie tylko jeśli o wygląd chodzi…) Zwłaszcza w tej aranżacji, którą wysłuchać można przy okazji teledysku lub na płycie „The Tales of Librarian”. A przy okazji – moja piosenka na jutro :)

Kategorie:muzyka, o sobie Tags:

Ludzkie oblicze terroryzmu?

15/03/2010 6 uwag

„Belcanto” Ann Patchett to moje pierwsze zetknięcie z nagrodą Orange Prize, przyznawaną pisarkom wszelkich narodowości za najlepszą powieść napisaną w języku angielskim. Muszę przyznać, że po lekturze mam trochę mieszane uczucia, z chęcią sięgnę więc po inne książki nagrodzone Orange Prize, żeby mieć porównanie i móc wyrobić sobie jakieś zdanie na temat tej nagrody. „Belcanto” bowiem jest książką dobrą, ale naprawdę zastanawiam się, co poza ciekawym pomysłem świadczy o jej wybitności…

Ubogie państwo Ameryki Południowej usiłuje zachęcić japońską firmę Nansei do poczynienia inwestycji na swoich terenach. Z tego względu organizuje urodzinowe przyjęcie dla prezesa firmy, pana Katsumi Hosokawy, na które zaproszona zostaje sławna na całym świecie diwa operowa, Roxane Coss. Wielu gości pojawia się na imprezie właśnie po to, by posłuchać anielskiego głosu śpiewaczki. Wśród gości zabrakło natomiast samego prezydenta kraju, który pomimo wcześniejszych planów końcem końców nie był w stanie zrezygnować z oglądania swojej ukochanej telenoweli w domowym zaciszu. Nie wiedzieli o tym miejscowi terroryści i przyjęcie Hosokawy zostało wybrane jako idealny moment na porwanie prezydenta i przehandlowanie go na więźniów politycznych oraz uzyskanie kilku innych przywilejów i spełnienie żądań. Pojmując swoją pomyłkę, wojsko kapitana Benjamina i jego dwóch towarzyszy, w całości złożone z dzieciaków wychowanych w dżungli i szkolonych do partyzanckich akcji, bierze wszystkich gości i personel domu wiceprezydenta Iglesiasa (u którego w mieszkaniu odbywało się owo przyjęcie) w niewolę jako zakładników. Nie bardzo wiedząc, co z nimi dalej począć, terroryści na dobre rozgaszczają się w domu wiceprezydenta, a ich początkowo przerażeni zakładnicy powoli przyzwyczajają się do zaistniałej sytuacji, odnajdując w niej nie tylko spokój i ucieczkę od codzienności, ale i własne pragnienia i potrzeby. Pomaga w tym niezwykły śpiew Coss oraz, w niektórych przypadkach, miłość. Cały czas jednak nad mieszkańcami tego niezwykłego gospodarstwa ciąży smutna prawda – taki stan nie może trwać wiecznie, a zakończenie, w kierunku którego zmierza fabuła może być tylko jedno.

„Belcanto” czyta się bardzo szybko, strony po prostu migają przed oczami. Bohaterowie są sympatyczni i wielu z nich szybko daje się polubić. Sytuacja w oblężonym przez policję domu, w którym rządzą porywacze nieźle prezentuje ludzkie zachowania w sytuacjach stresowych, a także proces adaptacyjny w warunkach ekstremalnych. Istnieje jednak poważne „ale”, a nawet kilka. Czytałam wiele bardzo pozytywnych recenzji tej książki i mogę zrozumieć, że czytelnik może odnaleźć w „Belcanto” wiele powodów do wzruszeń, moje wrażenia po lekturze były jednak całkowicie letnie. I to jest chyba najlepsze słowo, określające tę książkę. Lubię książki o miłości, ale tutaj wątki romantyczne wydały mi się mocno schematyczne, nie wywołały we mnie wzruszenia, były zbyt przewidywalne. Dużo chętniej poczytałabym o wszystkich lokatorach domu, niestety autorka tylko w kilku przypadkach posunęła się dalej poza komediowe sceny oparte na znanych stereotypach związanych z narodowościami mieszkańców domu (a mamy tu prawdziwą mieszankę).

Sam pomysł autorki wydaje mi się naprawdę godny uwagi, niestety wykonanie zawodzi. Istnieje w tej powieści kilka wspaniałych scen przedstawiających ludzkie charaktery i mechanizmy kierujące zachowaniem (jak na przykład moment, w którym Gen opuszcza na chwilę dom…). Głównie rozczarowuje chyba sam styl Patchett. Gdyby nie opisywała wnikliwie (acz bez poetyki, bądź chociaż jakiegoś powiewu świeżości) każdego uczucia i emocji bohaterów, może te przeżycia robiłyby większe wrażenie. Gdyby pozostawiła czytelnikowi trochę miejsca na interpretację, domysł lub dopowiedzenie, na pewno łatwiej byłoby zaangażować się w losy mieszkańców tego niezwykłego miejsca. Na szczęście wciąż jeszcze pozostaje pewne pole do popisu dla czytelnika, ale jak na tak emocjonalną powieść jest tego zdecydowanie za mało… Ciężko także tak do końca traktować poważnie cały ów zamach terrorystyczny. Nie jestem zwolenniczką brutalności w książkach lub filmach i wcale nie uważam, że nie można się bez nie obejść. Rozumiem też zamysł, w myśl którego terroryści to dzieci, niby okrutne i napawające się cudzym strachem, ale też i niegroźne, jeśli dobrze traktowane. Tyle że w „Belcanto” już od początku nie ma tej atmosfery grozy, którą może powodować władza i broń w rękach nieletnich.

Książka ta nie ma pazura, czegoś, co naprawdę wyróżniałoby ją na tle innych powieści. Choć szybko się czyta i zaskoczenie może być zaskakujące – ale to z epilogu, które wprawdzie mi się nie podobało, ale uważam, że było ciekawe i jako jedno z nielicznych rozwiązań zostawiało pole dla wyobraźni czytelnika. Zakończenie „głównej” książki jest przewidywalne i chyba jedyne realistyczne, niestety. Chętnie przeczytałabym pomysł Patchett zrealizowany przez kogoś innego… Nie mogę powiedzieć, że jest to zła pozycja, bo mimo wszystko jest to dobra książka. Ale mogła być jeszcze lepsza, zdecydowanie i to zawodzi. A także zastanawiam się – czy to naprawdę najlepsza kobieca powieść 2002 roku…?

Moja ocena: 4-/6
Ann Patchett, „Belcanto” (Rebis, 2008)


Kontynuując temat muzyki, dziś miałam ogromną przyjemność znaleźć się na koncercie pt. „Zmierzch”, gdzie Bogdan Hołownia zagrał 18 piosenek Kabaretu Starszych Panów. Koncert prowadziła Magda Ummer, która swoim delikatnym głosem zaśpiewała kilka utworów. Gościnnie wystąpiły także Ewa Bem i Lora Szafran, porywając słuchaczy jazzowym wykonaniem utworów. Nigdy właściwie nie słuchałam (przynajmniej tak świadomie, bo oczywiście znam je z radia czy telewizji, ale nigdy sama z siebie ich sobie nie puszczałam i nie wsłuchiwałam się w te kompozycje) piosenek napisanych przez Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przyborę, ale koncert szalenie mi się podobał. Same melodie grane przez Hołownię były po prostu przepiękne, przenoszące w krainę marzeń. Na stronie filharmonii przeczytać można, że zaprezentował utwory w stylu „impresjonizmu jazzowego” – na jazzie się nie znam, więc wierzę na słowo i zdecydowanie się zachwycam.

Nagroda i zimowe odkrycia muzyczne

10/02/2010 9 uwag

Właśnie wróciłam z przymusowego urlopu od komputera – na kilka dni musiałam oddać go do naprawy, a tu czekały na mnie sympatyczne niespodzianki. Bardzo dziękuję Abieli i Necie za przyznanie mi nagrody Kreativ Blogger! Czuję się doceniona i jest mi szalenie miło, nie wspominając już o zmotywowaniu do dalszego pisania (zaległe recenzje wciąż się zbierają…). Natomiast uznałam, że nie będę dalej rozdawać nagrody, a to dlatego, że z moich obserwacji wynika, iż nagroda krąży wśród blogów już od dość dawna i chyba wszyscy znajomi blogowi zdążyli już ją otrzymać :) Dodam tylko, że wszystkie zlinkowane u siebie blogi czytam regularnie (może nawet aż za bardzo regularnie, o czym powiedziałby Wam drugi rozdział mojej pracy magisterskiej, gdyby posiadał taką właściwość…) i bardzo sobie cenię.


Tymczasem postanowiłam przedstawić dwa z moich muzycznych odkryć tej zimy. Ostatnio miałam raczej melancholijny nastrój i wolałam słuchać muzyki delikatniejszej, bardziej nastrojowej. Takiej, która z jednej strony pozwala się wyciszyć, a z drugiej działa inspirująco. Ku swej radości (bo uwielbiam wręcz odkrywać coraz to nowe zespoły, których muzyka mnie porusza), tej zimy całkiem sporo znalazłam takich wykonawców. Dobrze się przy nich czyta, rozmawia albo po prostu słucha ich twórczości. Z pisaniem przy tej muzyce nie jest źle, ale mnie to pisanie w ogóle średnio idzie, przy czymkolwiek by nie było…

The Pineapple Thief powstali w Anglii w 1999. Ich muzykę określa się jako progressive lub też indie rock (co podaję za Wikipedią, ponieważ jak już wspominałam, ja i wszelkie skomplikowane nazwy muzyczne niespecjalnie idziemy w parze…). Wydali już osiem płyt, ja miałam okazję poznać dwie: „Variations on a Dream” oraz „10 Stories Down” i obie bardzo przypadły mi do gustu, zwłaszcza ta pierwsza (z 2003). Ich muzyka spełnia wszystkie wymienione przeze mnie kryteria, delikatny wokal pogłębia nastrojowość, a kompozycje mają w sobie coś niemal wzruszającego. Jeśli ktoś lubi Gazpacho (ach, już niedługo w Polsce!), to spodoba mu się także The Pineapple Thief. Do posłuchania moja ulubiona piosenka (bardzo lubię też „Remember Us”, ale nie znalazłam jej na YouTube), choć naprawdę wiele jest znakomitych.

The American Dollar pochodzi, jak nietrudno zgadnąć, z Ameryki i jest stosunkowo młody, bo powstał dopiero w 2005. Od tego czasu jednak nie próżnowali i wydali już 6 albumów. Ja miałam okazję poznać jeden z nich, „The Technicolour Sleep” i muszę przyznać, że jest naprawdę świetny. Wszystkie utwory to instrumentalne, łagodne kawałki, bardzo czarujące. Dodatkowo zespół występuje w kilku miastach w Polsce w kwietniu (ale oczywiście nie w moim, bo i po co…), więc można się będzie z nimi bliżej zapoznać, gdyby ktoś miał ochotę. A poniżej mój ulubiony kawałek, działa na mnie bardzo inspirująco, wyobraźnia natychmiast zaczyna pracować i tworzyć, tworzyć, tworzyć.