Archiwum

Posts Tagged ‘wyd MAG’

Ulice Moskwy nocą

Po serii trochę poważniejszych i cięższych książek, przyszła mi ochota na coś lżejszego lub chociaż odrobinę oddalonego od rzeczywistości, która dzięki lipcowej pogodzie wydała się nagle lekko szara. Spełniając także inno postanowienie stanęłam przed własną półką i prawie natychmiast zdecydowałam się na „Nocny patrol” Siergieja Łukjanienki. Jakiś czas temu oglądałam film na podstawie tej powieści, był rozrywkowy i miał spory potencjał, więc znów innym razem korzystając z promocji zakupiłam sobie całą serię o patrolach (zdarzają mi się takie wyskoki).

Jeśli ktoś, tak jak ja, najpierw widział film i całkiem mu się spodobał, lepiej niech o nim zapomni, bo książka poza główną osią fabularną ma z nim niewiele wspólnego, zarówno jeśli chodzi o nastrój, jak i rozwiązania fabularne, o przedstawieniu części postaci nie wspominając. Ciężko mówić, która wersja jest lepsza, tak bardzo są inne. Mnie zdecydowanie bardziej przypadła do gustu wersja papierowa i to wcale nie ze względu na to dotykalne medium, ale jej słodko-gorzką, melancholijną atmosferę i przesłanie, czy może raczej nienachalne stwierdzenie faktu – nie ma na świecie pojęć czarno-białych, a miłość jest siłą, która jest w stanie prowadzić ludzi do osiągania rzeczy niemożliwych. Zaczynając czytać nie takich wniosków się spodziewałam, ale wzruszyło mnie oryginalne pokazanie tej prawdy.

Na czym polegają patrole? Dobro nie jest w stanie zatriumfować nad złem, tak więc by utrzymać równowagę, do życia zostają powołane tajne służby, w których skład wchodzą Inni – istoty pozornie nie różniące się od ludzi, ale obdarzone nadnaturalnymi zdolnościami lub przekleństwem, w zależności od jego rodzaju i nastawienia głównego zainteresowanego. I tak „jaśni” Inni to różnej maści czarodziejki, magicy, uzdrowiciele i wszyscy ci, którym szeroko pojęte dobro świata nie jest obojętne. „Ciemni” to oczywiście osobnicy podążający ścieżką innego rodzaju – uprawiający czarną magię, wampiry, zmiennokształtni i reszta wesołej gromadki. Aby siły były wyrównane, patrole pilnują porządku. W nocy działa nocny patrol, złożony z jasnych Innych, którzy pilnują, by ciemni nie dopuszczali się nadużyć, nie uprawiali czarnej magii i nie wykorzystywali swoich umiejętności poza licencją. W dzień jego miejsce zajmuje dzienny patrol, pilnujący, by jaśni nie wpływali na ludzkie życie i również nie korzystali ze swoich zdolności. Nad patrolami stoją oczywiście wyższe jednostki, w tym Inkwizycja. W „Nocnym patrolu” poznajemy jednak tylko niewielki oddział całej siatki – oba patrole działające w Moskwie. Cała historia i funkcjonowanie jednostek jest przedstawiona oczami młodego jasnego Innego – Antona Gorodeckiego, który w patrolu jest od roku. Mimo oddanej służby Anton coraz mocniej kwestionuje zastany porządek rzeczy, decyzje przełożonych i niemoralne na pierwszy rzut oka podtrzymywanie równowagi pomiędzy siłami. Wykonując swoje pierwsze zlecenie w terenie Anton zabija ciemnego Innego – wampira, który jak się potem okazuje był przyjacielem jego sąsiada, innego przedstawiciela mrocznego gatunku. Nie potrafiąc przejść nad specyficzną etyką swojego zawodu do porządku dziennego Anton nawet nie zauważa, kiedy zostaje wplątany nie tylko w regularną bitwę pomiędzy jasną a ciemną stroną, staje się partnerem (w pracy) kobiety skrywającej mroczne tajemnice i wielkie uczucie, a wreszcie sam odnajduje kogoś, kogo istnienie wpłynie znacząco na jego życia i postrzeganie rzeczywistości. A w tle tego wszystkiego rosyjska metropolia, ta normalna i ta skryta w mroku, której nie wszyscy mieszkańcy są tymi, za kogo się początkowo podają. Tak jak Londyn stał się dla mnie miastem współcześnie magicznym dzięki „Nigdziebądź” Gaimana, tak Moskwa umocniła swoją pozycję miasta pełnego urban magii, którą zyskała w mojej czytelniczej karierze dzięki „Tajemnej historii Moskwy” Sedii.

Powieść Łukjanienki mnie oczarowała melancholią, którą tak chętnie przypisuje się rosyjskiemu niebu. Lubię taką fantastykę – bez nacisku na spektakularne bitwy i akcję (choć i tego można trochę dla siebie znaleźć), a za to na psychikę i przemyślenia bohaterów. Bo przecież dylematy Antona i innych pracowników nocnego patrolu są niezwykle klasyczne – gdzie przebiega granica dobra ze złem, na ile można siebie poświęcić dla dobra sprawy, a ile można poświęcić w imię własnego szczęścia. Wiem już, że z radością sięgnę po kolejne części i mam nadzieję znaleźć w nich dalsze losy bohaterów, których zdążyłam polubić, a także odpowiedzi na pytania, które narastały w trakcie czytania „Nocnego patrolu”. I choć nie było tak lekko i przyjemnie jak myślałam, że będzie, cieszę się z takiego obrotu spraw. To bardzo dobra książka z intrygującym światem, do którego z wielką ochotą za jakiś czas wrócę.

Tytuł: Nocny patrol
Tytuł oryginału: Ночной дозор
Autor: Siergiej Łukjanienko
Tłumaczenie: Ewa Skórska
Wydawnictwo: MAG, 2007
Ilość stron: 436
Moja ocena: 5-/6

Reklamy

„Nigdziebądź” Neil Gaiman

Skąd wzięło się „Nigdziebądź”? Neil Gaiman został poproszony kiedyś o napisanie scenariusza do serialu fantasy i wtedy stworzył historię, którą następnie (w 1996 roku) wydał w formie książkowej, odnosząc sukces. Chronologia dość nietypowa, ale Gaiman już wówczas był autorem uznanym, dzięki komiksom z serii „Sandman” i książce „Dobry Omen” napisanej wspólnie z Terry’m Pratchettem. „Nigdziebądź” trafiło w gusta czytelników – w moje również.

Fabuła jest dość prosta: Richard przybywa do Londynu, powoli przyzwyczaja się do miasta, znajduje sobie narzeczoną i zaczyna się czuć jak u siebie. Pewnego dnia idąc na ważną kolację z Jessicą, od której zależy wiele spraw związanych z karierami zawodowymi obojga, natyka się na leżącą na chodniku zakrwawioną dziewczynę – skąd się pojawiła? Richard dałby głowę, że wypadła z dziury w murze, z tymże żadnej dziury nie widać. Wbrew rozsądkowi, a co więcej – wbrew rozwścieczonej narzeczonej, zabiera dziewczynę do domu i tam opatruje jej skaleczenia. Dziewczyna o wdzięcznym imieniu Drzwi prosi Richarda o szereg najdziwniejszych przysług, a następnie znika z jego życia. Niestety, okazuje się, że i Richard w niewytłumaczalny sposób zdaje się nie istnieć już w znanym mu świecie… Jedyne co mu pozostaje to odnaleźć Drzwi i spróbować wrócić do domu. W ten sposób trafia do niezwykłego świata Londynu Pod, zamieszkanego przez najdziwniejsze postaci. Cały ten świat jest natomiast oparty na… planie londyńskiego metra.

Treść książki to dość typowy dla literatury fantasy ‘quest’ – bohaterowie muszą odbyć swoją podróż, zmagając się z różnymi przeciwieństwami losu, dojrzewając i pokonując własne słabości, aby na koniec spotkała ich zasłużona nagroda. Gaiman nie ustrzegł się przed kilkoma dziurami w fabule (aż zastanawiałam się miejscami, czy nie jest to jakaś skrócona wersja większej całości…), kilka postaci pozostało niewykorzystanych… A jednak jest coś w „Nigdziebądź”, co odróżnia je od wielu innych pozycji – wspaniałe podziemie Londynu. Każda stacja kryje w sobie magiczne miejsce, dotyczące jej nazwy własnej. A i zwykłe przejścia, kanały i korytarze pełne są magii i niezwykłych stworzeń. Londyn tętni życiem zarówno nad jak i pod ziemią… A dla mnie stanowiło dodatkową atrakcję to, że znałam te miejsca. Jakąż radością napawało mnie czytanie o stacjach, na których się przesiadałam! O ulicach, po których szłam! Nazwy w książce w mojej głowie rozbrzmiewały głosami czytającymi je w metrze bądź autobusie… Londyn stanowi jednego z bohaterów „Nigdziebądź” i to właśnie przyciągnęło chyba największą ilość czytelników. Pozostałe postaci nie są już tak fascynujące, choć nie da się ukryć, że Markiz de Carabas został stworzony specjalnie po to, by można było kogoś w książce uwielbiać, zwłaszcza, jeśli jest się przedstawicielką płci żeńskiej…

Przyczepię się także do tłumaczenia – tłumacz nie miał przed sobą łatwego zadania, ale także popisał się niekonsekwencją na szeroką skalę. Przede wszystkim nazwy stacji – niekiedy są podawane po polsku, czasem po angielsku, bez tłumaczenia z jednego języka na drugi. Wprowadza to pewien chaos i bez znajomości angielskiego czytelnik może się trochę zagubić. Wystarczyłoby zdecydować się na jeden język i dodać przypisy w drugim… Z imionami bohaterów także może być trochę zamieszania: mamy Drzwi zamiast Door , ale już Richard pozostał Richardem, a nie Ryszardem. Ja osobiście jestem przeciwna tłumaczeniu imion, więc mnie to nie razi, ale spotkałam się z głosami niezadowolenia także w tej sprawie.

Mimo tych niedogodności, „Nigdziebądź” to wspaniała rozrywka. Książkę czyta się szybko, przyjemnie i niektóre pomysły dotyczące Londynu Pod są po prostu kapitalne. Zwłaszcza, jeśli ktoś był w Londynie powinien dobrze się przy niej bawić. Coraz więcej mówi się także na temat filmu pełnometrażowego na podstawie powieści Gaimana i muszę przyznać, że bardzo jestem ciekawa efektów…

Moja ocena: 4,5/6
Neil Gaiman, „Nigdziebądź” (MAG, 2006)

O książkach i Moskwie

Złamałam się i to podwójnie. Po pierwsze, wzięłam się za nową książkę, czyli „Dzikie Łabędzie” i lektura pochłania mi czas, który powinnam poświęcić na pisanie pracy (niestety, Wysoki Sądzie, decyzji swej nie żałuję, bo książka jest naprawdę ważna, o czym w przyszłości napiszę więcej). Druga kwestia to postanowienie, że nie będę kupować nowych książek, dopóki nie przeczytam tych, które już mam. Ale jak mogłam się powstrzymać, skoro w Buchmannie (polecam tę sieć księgarni, można znaleźć prawdziwe perełki za grosze) znalazłam polecaną przez net.a.a ”Miłość zimniejszą od śmierci” za 10 zł i polecane chyba przez wszystkich „Psy z Rygi” za 6 – no nie mogłam się oprzeć :) Bardzo jestem obu książek ciekawa i chyba przeskoczą w kolejce do przeczytania kilka innych pozycji.

Przy okazji znalazłam ciekawą informację (może kogoś ona zainteresuje) – z okazji 54. Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie znajdzie się także trochę atrakcji dla osób spoza stolicy. Merlin proponuje naprawdę sporo książek w cenie obniżonej o 25%, wśród których można znaleźć naprawdę ciekawe rzeczy.

thmKsiążka, o której chciałam dziś napisać pozostawiła mnie z odrobinę sprzecznymi uczuciami. „Tajemna historia Moskwy” pokazuje stolicę Rosji jako miasto niezwykłe, skrywające wiele tajemnic, w którego kątach aż huczy od magii. W tej scenerii kilkoro zagubionych, nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie bohaterów jest świadkami niezwykłych wydarzeń – choć trudno im w to uwierzyć, na ich oczach ludzie zamieniają się w kawki i wrony, a następnie znikają. To właśnie przytrafiło się siostrze Galiny, dziewczyny próbującej ułożyć sobie życie po pobycie w szpitalu psychiatrycznym. Sprawę stara się rozwikłać policjant Jakow, a jedyną osobą, która wydaje się mieć pojęcie o tej tajemnicy jest malarz Fiodor. Razem odkrywają niezwykły świat podziemi Moskwy, gdzie rzeczywistość miesza się z fantazją, a teraźniejszość z przeszłością.

Autorka wpadła na kilka bardzo dobrych pomysłów, czerpiąc ze słowiańskich wierzeń, legend oraz popularnych baśni i bajek. „Tajemna historia Moskwy” porównywana jest do „Nigdziebądź” Gaimana, ale póki co tej drugiej powieści nie czytałam, więc pozostaje mi przyklasnąć pomysłowi Sedii. Co prawda chwilami odniesienia nie były zbyt jasne (tu trochę nawalił tłumacz, przydałby się jakiś przypis, kiedy mowa jest o popularnym w Rosji bohaterze emitowanych seriali (?), zachodni czytelnik może nie wyłapać żartów), a także odniosłam wrażenie, że autorka trochę przesadziła z ilością fantastycznych stworzeń – wiadomo było, że nie uda jej się zamieścić wszystkich istotnych postaci, mogła więc skoncentrować się na kilku ważniejszych. Nie mniej jednak oniryczny klimat książki bardzo mi się podobał.

Niestety, jeszcze bardziej mieszane uczucia mam co do stylu Sedii. Chwilami byłam po prostu zachwycona jej opisami, porównaniami, subtelną atmosferą i przemyśleniami bohaterów (zwłaszcza z początku książki). Nie wszystko jednak wychodzi autorce tak dobrze – dialogi w większości były strasznie sztuczne, stanowiły jedynie wstęp do dłuższego opisu (te wszystkie pytania „kim jesteś?”, „opowiedz mi, jak to się stało”, „co o tym wiesz?” przywodziły mi na myśl te zadawane w grach fabularnych, gdzie bohater ma zamiar dowiedzieć się jak najwięcej o swoim najnowszym zadaniu). To, co teoretycznie miało być zabawne, często nie było wcale śmieszne, a końcówka, cała kulminacja jakoś się rozmyła i pozostawiła uczucie niedosytu graniczącego z rozczarowaniem (nie pasowała do ogólnego klimatu powieści ta końcowa bitwa). Trochę za mało było mi też samej Moskwy, choć te fragmenty o mieście zdecydowanie przypadły mi do gustu. Choć po przeczytaniu książki Moskwa w mojej głowie przeobraziła się w miasto przypominające bardziej Toruń, niż dużą stolicę. Autorka napisała swoją książkę po angielsku, bo aktualnie żyje i pracuje w Stanach. Wychowała się w Moskwie i ciekawi mnie, czy tak właśnie zapamiętała to miasto z dzieciństwa, czy też celowo opisała je w taki sposób – niczym senne miasteczko.

Myślę, że gdyby Sedia skoncentrowała się na wątku obyczajowym, dodając jedynie elementy fantastyczne lub ograniczając się do realizmu magicznego, książka miałaby się zdecydowanie lepiej. Mimo wszystko warto ją przeczytać, choćby dla tych kilkunastu pięknych fragmentów.

4/6
Ekaterina Sedia, „Tajemna Historia Moskwy” (Mag, 2008)