Archiwum

Posts Tagged ‘wyd WAB’

Absurd goni absurd („8% z niczego” Etgar Keret)

Moje spotkanie z Etgarem Keretem zaczęło się trochę od końca, bo od filmu „Meduzy” z 2007 roku, który pisarz nakręcił wraz z żoną, Shirą Geffen. Film zrobił na mnie duże wrażenie i jego nastrój zapadł mi na długo w pamięć – słodko-gorzki, melancholijny, dość surrealistyczny i refleksyjny. Następnie Keret przyjechał do Łodzi i uczestniczyłam w spotkaniu z nim, podczas którego pisarz totalnie mnie zauroczył. Zostało także wtedy odczytane opowiadanie z najnowszego zbioru, który dopiero miał się ukazać („Nagle pukanie do drzwi”), nie pamiętam już tytułu, ale spodobało mi się ono bardzo. To było moje pierwsze zetknięcie się z prozą Kereta i stwierdziłam, że to może być coś dla mnie. Opowiadanko było zabawne, napisane z werwą i uroczą puentą na koniec. Ponieważ strasznie lubię autografy pisarzy w książkach, postanowiłam szybko kupić sobie jakiś już istniejący zbiór opowiadań i padło na „8% z niczego”. Stałam się posiadaczką wyjątkowego obrazeczka narysowanego przez Kereta (każdemu rysował coś innego, za każdym razem jednak wyglądało to jak dzieło trzyletniego dziecka) i książki, której poziom absurdalności chyba mnie troszeczkę przerósł, choć przeczytać było warto.

Opowiadania w „8% z niczego” są króciutkie i jako takie są przemyślane, ich wydźwięk mocny, puenta często zaskakująca i działająca jak przysłowiowy obuch – co cenię sobie w krótkich opowiadaniach właśnie. Kiedy tekst mieści się na dwóch stronach, bez odpowiednio mocnego akcentu po prostu przewróci się tę kartkę natychmiast zapominając, co się na niej działo. A dzieją się tak dziwne rzeczy, że czytając opowiadania jedno za drugim ma się wrażenie, że ogląda się szalony sen, w którym pojęcie logiki jest względne, o ile w ogóle ona istnieje, natomiast bohaterowie występujący w tym świecie akceptują rzeczy takimi, jakie są, bo cóż innego im pozostaje. Tak jak w śnie zazwyczaj człowiek nie zdaje sobie sprawy z absurdalności różnych wydarzeń, tak i bohaterowie Kereta nie są specjalnie speszeni, kiedy z talerza przemawia do nich ryba lub ich ukochana dziewczyna zmienia się w nocy w paskudnego karła (to chyba akurat mój ulubiony kawałek, jest po prostu słodki).

Czy chodzi jednak tylko o to, żeby zadziwić, a nawet zaszokować, wytrącić czytelnik z równowagi i zostawić go niepewnego, co ma o tym wszystkim myśleć? Oczywiście nie, wydźwięk opowiadań Kereta jest często smutny, wręcz egzystencjonalny i pesymistyczny, a wyolbrzymione absurdy świata przedstawionego przez autora często przypominają jednak, że ten nasz świat rzeczywisty nie jest jakoś wybitnie mniej dziwny, czy bezsensowny. Odniosłam wrażenie, że niektóre opowiadania miały na celu poruszyć w czytelniku tę wrażliwą, dogłębnie ludzką strunę, ale nie zawsze tak się działo w moim przypadku. Czy to kwestia różnego rodzaju wrażliwości, czy też brakowało mi narzędzi potrzebnych, by prozę Kereta właściwie zinterpretować i zrozumieć. Może wszystko po trochu. W każdym razie niektóre opowiadania jedynie trochę mnie znużyły, a po przeczytaniu całości czułam się głównie tak, jakbym właśnie zsiadła ze zbyt szybko jadącej karuzeli. Owszem, była to przyjemność, ale w którymś momencie okazało się, że co za dużo, to nie zdrowo i chciałam już przejść do innych atrakcji.

Biorąc pod uwagę popularność Etgara Kereta w Polsce, trochę byłam zawiedziona, że opowiadania nie zachwyciły mnie bardziej, jednak nie znajduję tutaj jakichś konkretnych cech stylu pisarza, które by mi się nie podobały, głównie chodzi tu o czysto subiektywne odbieranie tekstów. Może z czasem przeczytam jeszcze któryś z Keretowych zbiorków i moje odczucia będą bardziej pozytywne. Na pewno książka warta jest lektury i sprawdzenia, czy do Was trafia specyficzny styl izraelskiego pisarza.

Tytuł: 8% z niczego
Tytuł oryginału: Anihu
Autor: Etgar Keret
Tłumaczenie: Agnieszka Maciejowska
Wydawnictwo: WAB, 2006
Ilość stron: 164
Moja ocena: 4-/6

Reklamy

Islandzki raj utracony („Niebo i piekło” Jón Kalman Stefánsson)

Zdrowo jest tak stać samotnie nocą, człowiek i cisza stają się jednością, odczuwa się jakiś rodzaj zgody, która jednak niepostrzeżenie może zamienić się w bolesną samotność.

Po literaturę skandynawską zawsze sięgam z ochotą, zwłaszcza, kiedy mam ochotę na dobrą powieść psychologiczną (zazwyczaj mroczną i jednak przygnębiającą), książkę pełną nastrojowych opisów, przyrody i wzburzonego morza, a wreszcie, kiedy interesuje mnie samo tło toczącej się akcji i między wierszami mogę odnaleźć codzienność życia w którymś ze skandynawskich krajów, w czasach dzisiejszych lub przeszłości. Teoretycznie Skandynawia to obszar tak duży, że wrzucanie norweskich, szwedzkich, duńskich i reszty książek do jednego worka wydawać by się mogło krzywdzące, jednak raz, że moje odczucia są jak najbardziej pozytywne, a dwa, że biorąc swego czasu udział w wyzwaniu „Kraje Nordyckie” przekonałam się, że jednak powyższe plusy znajdowałam w niemal każdej książce z tego regionu i ufnie szukam ich dalej, sięgając po dowolną książkę z półki z literaturą skandynawską. Z takim nastawieniem zaczęłam też lekturę „Nieba i piekła” islandzkiego pisarza Jóna Kalmana Stefánssona i nie zawiodłam się – to piękny kawałek prozy, liryczny i nastrojowy, z domieszką humoru i ironii, co było miłym zaskoczeniem.

Bárður i jego przyjaciel, bezimienny główny bohater powieści, pracują jako rybacy, najmując się do pracy w małej rybackiej wiosce. Nadchodzi zimna noc, łodzie wypływają na połów, a Bárður wraca się od drzwi niemal, żeby przeczytać jeszcze kilka wersów z „Raju utraconego” Miltona. Zafascynowany lekturą zapomina zabrać peleryny, prozaicznego okrycia, którego jednak brak takiej nocy oznacza wyrok śmierci. Śmierci głupiej, niepotrzebnej, za którą winą można obarczyć miłość chłopaka do literatury. Bárður umiera, jego przyjaciel jest zdruzgotany, więź między nimi była silna i najważniejsza w życiu chłopca, jej granice dość płynne i nie takie oczywiste, co jednak nie ma żadnego znaczenia. Istotne jest, że chłopak zostawia rybacką wioskę, a w niej ciało przyjaciela i rusza do innej wioski, by oddać nieszczęsny „Raj utracony” właścicielowi książki, pewnemu ślepemu kapitanowi. Docierając na miejsce pogrążony w żałobie chłopak powoli wtapia się w tłumek mieszkańców wioski, a czytelnik poznaje ich historie, marzenia i małe dramaty, pragnąc wiedzieć coraz więcej i więcej.

Stefánsson pisze pięknym, poetyckim stylem, a w opisywanych przez niego zwykłych prozaicznych czynnościach czai się magia. Im więcej w książce „zwykłego życia”, tym lepiej się ją czyta. W pewnym momencie autor bowiem odrywa się od rzeczywistości, opisując rozpacz głównego bohatera i przemyślenia zawarte w tym fragmencie niebezpiecznie zbliżają się w stronę banału, złotych myśli rodem z książek pana Coelho (miłośnicy jego twórczości niech mi wybaczą, ja zupełnie się w takim stylu nie odnajduję i to się już nie zmieni), potem jednak następuje powrót do losów zwykłych ludzi, do ich przemyśleń i historii i znów jest wspaniale, ma się ochotę zaznaczać ołówkiem fragmenty powieści, wynotowywać cytaty lub po prostu wyobrażać sobie sceny z powieści, klimat jest bowiem tak sugestywny, że nie trudno sobie je zwizualizować. Chętnie zobaczyłabym film na podstawie tej książki, pewna jestem, że z łatwością by mnie oczarował.

Warto jeszcze wspomnieć, że „Niebo i piekło” w dużej mierze traktuje też o literaturze oraz miłości do książek. Miłości, która może być zgubna, ale stanowi też sens życia. I czy taki fragment nie brzmi absolutnie rozkosznie:

Byliśmy nieznośni. Myśleliśmy tylko o książkach, o uczeniu się, szaleliśmy na wieść o nowej ciekawej książce, wyobrażaliśmy sobie, jaka ona jest, wieczorami rozmawialiśmy w łóżku, o czym może opowiadać. Gdy tylko udało się nam ją zdobyć, czytaliśmy ją na zmianę albo razem, nawet jej fragmenty.

„Niebo i piekło” jest pierwszym tomem trylogii, niestety do tej pory jedynym, który ukazał się po polsku. Mam nadzieję, że z czasem doczekamy się kolejnych, bo to pozycja wartościowa, czyta się ją szalenie przyjemnie, a mnóstwo obrazów zostaje z czytelnikiem na dłużej. Uwielbiam taki dość ponury, chłodny klimat znad skandynawskich mórz, nastrój małych miasteczek, gdzie każdy mieszkaniec skrywa swoje historie i małe dramaty, tak więc „Niebo i piekło” nie mogło mi się nie spodobać. Jeśli i Wy cenicie sobie tego rodzaju treści, nie powinniście się zawieść, naprawdę warto.

Tytuł: Niebo i piekło
Tytuł oryginału: Himnaríki og helviti
Autor: Jón Kalman Stefánsson
Tłumaczenie: Przemysław Czarnecki
Wydawnictwo: WAB, 2011
Ilość stron: 240
Moja ocena: 5/6

Być mamą w różnych kulturach

Kiedy znalazłam książkę Ofelii Grzelińskiej „Mama dookoła świata” w zapowiedziach wydawniczych W.A.B natychmiast stwierdziłam, że muszę ją kupić, jak tylko pojawi się w księgarni, bo wydała się idealna do przeczytania dla mnie na ten czas – kiedy sama mam zostać mamą, a wielokulturowość, podobieństwa i różnice, cała ta różnorodność – interesują mnie od dawna, czemu pewnie nie raz dałam wyraz na tym blogu. I rzeczywiście, książka sprawdziła się jak najbardziej, przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem i przyjemnością, do której przyczyniły się także zdjęcia bohaterek opowieści, ich maluchów oraz regionów, z których pochodzą.

Ofelia Grzelińska zaprosiła do rozmowy kilkanaście kobiet pochodzących z różnych krajów świata, a wychowujących swoje dzieci w Polsce. Czasami kobiety te mają mężów Polaków i polskie tym samym rodziny, kiedy indziej przyjechały już jako żony swoich rodaków, którzy nad Wisłą prowadzą interesy i z Polską związali swoją teraźniejszość, a także w większości przypadków przyszłość. Tym samym dowiadujemy się nie tylko o przywiezionych przez bohaterki tradycjach, przekonaniach i przesądach, ale także o tym, co zadziwiło je w Polsce, co przypadło im do gustu, a co uznają za zupełne nieporozumienie. Z obrazków tych wyłania się nie tylko obraz poszczególnych krajów (takich jak choćby Japonia, Chiny, Norwegia, Armenia czy Kuba), ale także polskiej rzeczywistości oraz tego, jak traktowane są tutaj kobiety spodziewające się dziecka, młode matki i ojcowie.

Kluczowy wydaje mi się podtytuł książki, „Opowieści o macierzyństwie w różnych kulturach” i warto zwrócić na niego uwagę, by zawartość nie rozczarowała. Książka składa się bowiem z rozmów, anegdot i rozmaitych refleksji opowiadających kobiet, a także samej autorki, która swoją córeczkę urodziła w Nowej Zelandii, czemu poświęciła ostatni rozdział książki. Nie są to w żadnym wypadku opracowania socjologiczne czy nawet kulturoznawcze, nie taki był zamysł i absolutnie nie jest to minusem książki. Podtytuł daje czytelnikowi jasny sygnał, czego może się spodziewać i jeśli nadal jest zainteresowany (ja byłam bardzo), nie powinien się zawieść. Pióro Grzelińskiej jest lekkie, jej przemyślenia ciekawe i nierzadko zabawne, więc książkę czyta się błyskawicznie, a informacje w niej zawarte i losy kobiet zapadają w pamięć. Z książki bije ciepło i prawdopodobnie z uwagi na temat pewna doza intymności, podanej w bardzo subtelny i naturalny sposób. Sama chętnie wzięłabym udział w przeprowadzonych rozmowach, zaprzyjaźniła się z wieloma bohaterkami opowieści, wymieniła spostrzeżenia i zadała masę pytań.

Podoba mi się także prosta, ale istotna w moim odczuciu myśl, która wydawała się przyświecać Grzelińskiej w pracy nad książką – tradycje, zwyczaje, przekonania mogą się różnić, ale wszystkie matki chcą jak najlepiej dla swoich dzieci i przeróżne zabiegi, które wykonują lub których właśnie unikają mają na celu zapewnić dziecku zdrowie i szczęśliwe życie. I choć czasem mogą się wydawać przedziwne, bądź wręcz niebezpieczne, w danych kulturach wykonuje się je od pokoleń, a dzieci poddawane tymże zabiegom są aktualnie dorosłymi i zdrowymi ludźmi. Po pierwsze więc, co oczywiste, warto otworzyć się na te pomysły, niektóre mogą bawić, inne jednak zaskoczą swoją genialną prostotą i mogą okazać się przydatne. A po drugie, nie można dać się zwariować. Kiedy wszyscy wokół dają tysiące rad na temat tego, jak postępować ze sobą i z dzieckiem, bo inaczej wydarzy się dramat – warto pomyśleć sobie, że w pewnych kulturach te niezastąpione i jedynie słuszne sposoby zachowania wzbudzają zdziwienie, a może nawet uśmiech. Nie chodzi o to, by rady ignorować, ale móc wybierać to, z czym młoda matka czuje się dobrze i naturalnie, by nie pozwolić sobie wejść na głowę i dać się zamęczyć „sprawdzonymi sposobami”, bez których dziecko nigdy nie wyrośnie na „człowieka”. Jednym słowem, zachować spokój i cieszyć się macierzyństwem.

Tytuł: Mama dookoła świata
Autor: Ofelia Grzelińska
Wydawnictwo: W.A.B., 2012
Ilość stron: 328
Moja ocena: 5/6

Widok z Piaskowej Góry

Postanowiłam, że na pierwszą recenzję po mojej nieobecności na blogu wybiorę książkę, która zachwyciła mnie późną wiosną tego roku. Nie tak często czytam książki, w których podoba mi się właściwie wszystko i które z czystym sumieniem mogłabym polecić każdemu, bo myślę, że każdy czytelnik nawet jeśli nie zachwyci się nią tak, jak ja, to jednak doceni przynajmniej pojedyncze wątki. A mowa tu o genialnej moim zdaniem „Piaskowej Górze” Joanny Bator.

Powieść Bator, którą do tamtego czasu znałam jedynie z „Japońskiego wachlarza” (który do tej pory uważam za bardzo pozytywne pierwsze spotkanie) opowiada o losach mieszkańców pewnego wałbrzyskiego osiedla, czy raczej blokowiska – zwanego właśnie Piaskową Górą, a także ich rodzin i znajomych. Główną osią fabuły jest historia Jadzi Maślak, która do Wałbrzycha przybywa z małej wsi i jej córki Dominiki, różniącej się od niej w każdym możliwym aspekcie. To tu, już na dworcu poznaje swego przyszłego męża, Stefana Chmurę – dosłownie wpada w jego ramiona, co wszyscy uznają za szalenie romantyczne. Po pewnym czasie para bierze ślub, rodzi się córka Dominika i pełne zadowolenie Jadzi zostaje wystawione na próbę, bo jej jedyne dziecko to prawdziwy odmieniec. Zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i zachowanie. Zamiast jak przystało na dziewczynkę być słodkim, posłusznym i trzymającym się domu stworzeniem, Dominika jest skryta, nie interesują ją „kobiece” zajęcia i woli czas spędzać czytając na dachu bloku, a nie na oglądaniu seriali wraz z matką. Trudno tu nawet mówić o narastaniu konfliktu, Jadzia i Dominika to ogień i woda, choć pewnie chciałyby zrozumieć się i odnaleźć nawzajem, porozumienie wymaga wielkiego wysiłku i poświęcenia, na które obie kobiety nie są jeszcze gotowe. Jednak ta relacja jest jedynie jednym z wątków, ponieważ strony „Piaskowej Góry” kłębią się od bohaterów, a każdy z nich ma do opowiedzenia swoją własną, choćby krótką historię.

To właśnie bohaterowie są siłą powieści Bator, zwłaszcza postaci kobiece, zapadające w pamięć i mimo całej masy wad wzbudzające sympatię. Spotkałam się z opiniami, że ciężko polubić jakąkolwiek postać w tej książce, ponieważ wszystkie są ułomne, błądzą, niekiedy irytują. Ja jednak miałam zupełnie odwrotne odczucia – to właśnie te wszystkie potknięcia, pomyłki i wady, opisane przez autorkę z dużą dozą ironii, ale i czułości sprawiają, że nawet jeśli czyjeś zachowanie (poza może dwiema lub trzema wyłącznie negatywnymi postaciami) denerwuje mnie niepomiernie, byłam zazwyczaj w stanie wykrzesać z siebie współczucie, a nawet zrozumienie i sympatię. Nietrudno krytykować mieszkańców Piaskowej Góry, jednak mając wgląd w ich życie, wcześniejsze doświadczenia i często jak najbardziej pozytywne intencje, dużo łatwiej dostrzec niekończące się zależności, powiązania, przyczyny i skutki. Niekoniecznie muszą one usprawiedliwiać działania bohaterów, ale zrozumienie, co powszechnie wiadomo, ułatwia wybaczenie.

Kolejnym wielkim atutem „Piaskowej Góry” jest język. Bator pisze z niesamowitym wyczuciem, oscylując pomiędzy gawędziarskim stylem, a strumieniem świadomości, który idealnie wpasowuje się w koncepcję fabuły. Mimo niemal nieprzerwanego bloku tekstu książkę czyta się niezwykle szybko i gładko, określenia i powiedzonka bohaterów towarzyszą czytelnikowi jeszcze po lekturze. Czasem gdy czytam książkę napisaną w charakterystyczny sposób, już po jej lekturze łapię się na tym, że formułuję myśli w sposób, w jaki autor bądź autorka układali zdania w swojej powieści. Tak było w przypadku „Piaskowej Góry”, która pozostała ze mną na długo po jej przeczytaniu.

Nie chcę zdradzać fabuły książki, ponieważ sama wiedziałam o niej niewiele i dużo radości sprawiło mi jej odkrywanie. Mam nadzieję, że laurka, jaką tu książce wystawiam wystarczy, by zainteresować tych czytelników, którzy „Piaskowej Góry” jeszcze nie czytali. Na pewno nie będzie to zmarnowany czas, a może nawet zachwycicie się nią tak bardzo, jak ja. Tymczasem mnie pozostaje się cieszyć, że „Chmurdalia” wciąż przede mną, a nowa książka Joanny Bator jeszcze nawet niekupiona, więc będzie mnie czekało wiele radości.

Korzystając z okazji, zapraszam Was jeszcze do przeczytania wywiadu, jaki przeprowadziłam z Joanną Bator dla Archipelagu i który znajduje się w najnowszym numerze pisma, jak zawsze do pobrania z oficjalnej strony.

Tytuł: Piaskowa Góra
Autor: Joanna Bator
Wydawnictwo: W.A.B, 2009
Ilość stron: 446
Moja ocena: 6/6

Poszukiwacze zaginionej prawdy

Już któryś raz stwierdzam, że przyciągają mnie i intrygują różne literackie grupy. Nie jestem jednak żadną znawczynią i interesują mnie te znane, najsłynniejsze, jak choćby Grupa Bloomsbury, Beat Generation czy rodzimi Skamandryci. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wymienione przeze mnie grupy mocno różniły się charakterem samej formy, nie mówiąc o twórczości, pociąga mnie jednak sama idea stowarzyszenia intelektualistów, wymiany myśli, wzajemnego inspirowania się, motywów przenikających dzieła przedstawicieli tych, nazwijmy to, ruchów. Żałuję, że w szkole ledwo się o tym wspominało, a nawet na studiach niewiele mówiło. Pozostaje to więc tematem do samodzielnych studiów, co samo w sobie jest równie atrakcyjne i jeśli kiedyś czas pozwoli (i motywacji nie zabraknie) z radością bym się w to zaangażowała. Tymczasem musi wystarczyć mi podczytywanie publikacji interesujących mnie autorów oraz przekonanie się, czy poza fascynującą otoczką, same ich dzieła są dla mnie równie ciekawe.

W przypadku „Włóczęgów Dharmy” Jacka Kerouaca rzeczywistość nie została przelana na papier w sposób atrakcyjny. A przynajmniej nie na tyle, by książka zostawała na długo w pamięci. Bohaterem jest alter ego autora, Ray Smith, pisarz i entuzjasta buddyzmu, który wraz z grupą znajomych bierze udział w spotkaniach poetyckich (w książce pojawia się wieczór, podczas którego przeczytany został po raz pierwszy „Skowyt” Ginsberga), współtworzy ówczesną bohemę, szaleje na mocno zakrapianych imprezach chwilami zahaczających o orgie, a wreszcie wraz z przyjacielem Japhym Ryderem szuka dharmy, buddyjskiej prawdy, wysoko w górach, wśród przyrody i w samotności. Książka towarzyszy Rayowi podczas jego wewnętrznych poszukiwań, fascynacji buddyjską poezją i wierszami haiku, a także amerykańską przyrodą i odkrywaniem piękna i mądrości wokół siebie, w ludziach i naturze, na każdym niemal kroku. Smith bowiem przede wszystkim cechuje się wielką radością życia i ciekawością świata, ze sporą dozą niewinności (a może wręcz chwilami naiwności), z jaką patrzy na świat. I choć chwilami może lekko drażnić dość powierzchowne i niefrasobliwe traktowanie spraw istotnych (jak choćby wielu faktów dotyczących samego buddyzmu, o których rozmawiają bohaterowie, a które w przypisach są pieczołowicie wyjaśniane i korygowane przez tłumacza), to naturalność i ten całkowity brak jakiegokolwiek cynizmu urzeka. Podejście takie kojarzy mi się ze stereotypowym (podkreślam: stereotypowym) amerykańskim spojrzeniem, jakie nierzadko znajduję w książkach i filmach. Ma to swój urok, choć do mnie niestety nie przemawia.

I pewnie dlatego, choć doceniam ten spontaniczny i pełen radości, chwilami skłaniający do głębszego zastanowienia się tekst, to jednak nie poruszył mnie on, nie wzruszył i czytałam go dość długo, bez większego zaangażowania się w losy bohaterów. Zdecydowanie bardziej spodobałaby mi się biograficzna wersja tych wydarzeń – a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Nie zniechęcam do czytania „Włóczęgów Dharmy”, bo wiem, że wielu czytelników znajduje dla siebie w tej powieści wiele cennych fragmentów. Nie będę też jednak gorąco zachęcać do sięgnięcia, bo i sama się nie zachwyciłam. Nie skreślam jednak Kerouaca ze swojej listy, bo przede mną wciąż „W drodze”, po którym sobie sporo obiecuję i mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Tytuł: Włóczędzy Dharmy
Tytuł oryginału: The Dharma Bums
Autor: Jack Kerouac
Tłumaczenie: Marek Obarski
Wydawnictwo: WAB, 2006
Ilość stron: 324
Moja ocena: 4-/6


Na marginesie dodam, że dziś Herbatniki obchodzą swoje trzecie urodziny. Bardzo się cieszę z tego powodu! Nadmieniam o tym jednak na marginesie, bo znów zaniedbuję swój kawałek blogosfery i właśnie z okazji tej rocznicy życzę sobie, bym miała więcej czasu na pisanie i blog się rozwijał, a moje pisanie osiągnęło wyższy poziom. Wam, moi drodzy Czytelnicy, dziękuję natomiast za zaglądanie tu i komentowanie, jest mi zawsze szalenie miło i staram się śledzić Wasze blogi (jeśli takowe prowadzicie), co ostatnio także jest utrudnione przez brak czasu dla siebie… Ale mam nadzieję, że wkrótce sytuacja się poprawi. Dziękuję i zapraszam do dalszego odwiedzania!

Szanghaj w kobiecym wydaniu

Szanghaj, lata 40. i 50. ubiegłego wieku. Kobiety, ich wolność, miłość, intrygi splątane z emocjami w nierozerwalne konfiguracje. Wojna czyhająca pod drzwiami, nowoczesność w zachodnim stylu połączona z chińską tradycją. Kameralne dramaty w cieniu wielkich nieszczęść i wielkich przemian. Tak w skrócie można opisać „Miłość jak pole bitwy” Eileen Chang, choć będzie to opis mocno wyidealizowany. Po obejrzeniu emocjonującego i przesmutnego „Ostrożnie, pożądanie”, które jednak nie usatysfakcjonowało mnie w pełni, liczyłam na to, że pierwowzór książkowy i inne opowiadania autorki zamknięte w wymienionym powyżej zbiorku poruszą mnie jeszcze bardziej, a zazwyczaj zdystansowany i pełen niedopowiedzeń styl, który kojarzę z literaturą z Dalekiego Wschodu, doda jeszcze wyrazistości opisywanym historiom. Niestety, po skończonej lekturze nie mogę pozbyć się wrażenia, że wyszło mdło i miejscami po prostu banalnie. Choć zabrzmi to dość okrutnie, najlepszym tekstem pozostaje wstęp autorki, w którym Chang pisze o swoim pisarstwie, wyborze tekstów i własnych emocjach z nimi związanymi. Same opowiadania przedstawiają się dużo słabiej.

Fabularnie najciekawszym tekstem wydało mi się właśnie „Ostrożnie, pożądanie” oraz może „Kwiat unoszący się na falach”, o kobiecie samotnej, która wybrała samodzielność i podjęła wyzwanie wyjazdu z kraju i wzięcia własnego życia w swoje ręce. Nie chcąc podzielić losu wielu znajomych i członków rodziny, którzy zdani na łaskę krewnych wiedli ponure życie na krawędzi nędzy, Louzhen szuka pracy, stanowi o sobie i nie znajdując sama miłości, nie czeka na nią w postaci aranżowanego małżeństwa. I choć pozostałe historie są mało odkrywczymi romansami (uczucie rodzące się między guwernantką a jej poznanym przypadkowo chlebodawcą, miłość między nauczycielem a studentką owładniętą miłością do muzyki, skomplikowane relacje między dwiema siostrami i kręcącymi się wokół nich mężczyznami), kobiety nakreślone przez Chang są mocnym punktem tych opowiadań – silne psychicznie, gotowe wziąć życie w swoje ręce i zapanować na porywami serca. Większość z nich pracuje, z godnością starają się wieść swoje życie nawet w obliczu porażki na większości frontów. Przede wszystkim jednak Chang skupia się na związkach kobiet z mężczyznami, z jednym wyjątkiem opowiadania o przyjaciółkach z przeszłości, które na nowo starają się odbudować łączącą je niegdyś zażyłość. W wielu miejscach klasyczne, chwilami stają się dość banalne, jak choćby utrzymane w konwencji powieści obyczajowej (jak stwierdziła autorka) „Wielka szkoda”, które jest do znudzenia powielanym melodramatem znanym z filmów i książek (pracodawca i młoda, niebogata dziewczyna pełna godności, która naucza jego dziecko). Tytułowe „Miłość jak pole bitwy” jest historią zabawną, napisaną w formie utworu scenicznego, która jednak wydaje się być gotowym scenariuszem romantycznej komedii. Owszem, znajdziemy tu ciekawy portret „milczącego pokolenia”, ludzi nie mogących się odnaleźć w zmieniającej się szybko rzeczywistości. Sama treść jednak nie zachwyca.

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czego opowiadaniom Chang brakuje, bo sam zamysł i część pomysłów można było z pewnością przekształcić w poruszające i wywierające duże wrażenie teksty – a tego zazwyczaj oczekuję od krótkiej formy. Siła wyrazu, dobitna puenta zapadająca w pamięć. Opowiadania składające się na „Miłość jak pole bitwy” już powoli zaczynają zlewać mi się w jeden tekst. I mimo kilku naprawdę udanych fragmentów, teksty te pozostają w moim odczuciu przeciętne i rozczarowujące. Choć sama autorka wzbudziła moją sympatię, raczej nie sięgnę po kolejne jej książki.

Tytuł: Miłość jak pole bitwy
Tytuł oryginału: Qing Cheng Zhi Lian (倾城之恋)
Autor: Eileen Chang
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 336
Moja ocena: 2/6

Upadek rodziny po szwedzku

Szwedzkie pisarki piszące powieści obyczajowe (o popularnych kryminałach nie mogę się wypowiadać, w przeciągu ostatnich kilku lat czytałam chyba tylko jeden „prawdziwy” kryminał, a były to „Psy z Rygi” Menkella), które miałam okazję już poznać mają specyficzny, rozpoznawalny styl. Nawet jeśli fabuła jest oryginalna, a ujęcie tematu odmienne od innych – jest w tych książkach coś, co sprawia, że spokojnie można stwierdzić, że tę książkę pisała Szwedka. Być może tak jest generalnie z autorami pochodzącymi z jednego kraju, mnie taka refleksja nasunęła się w przypadku autorek z tego ponoć pięknego skandynawskiego kraju. Ta rozpoznawalność nie jest jednak czymś, co mnie irytuje bądź nudzi – wręcz przeciwnie, mogę czytać skandynawskie sagi rodzinne bez końca (choć przerwy między jednym a drugim tytułem są wskazane) i nawet jeśli nie w każdej znajdę dla siebie coś nowego, nie każda mnie zachwyci, to jednak sam nastrój tam panujący sprawia, że czytanie jest dla mnie wielką przyjemnością, pomimo nawet zazwyczaj ciężkiej i pesymistycznej treści. To zresztą tyczy się większości literatury skandynawskiej, którą wciąż poznaję i im więcej znam, tym więcej poznawać pragnę.

Przejdźmy jednak do „Domu Augusty” Majgull Axselsson, od którego nie mogłam się oderwać. Fabuła jest dość klasyczna: poznajemy trzy kobiety z różnych pokoleń szwedzkiej rodziny, które mimo dzielących je lat i doświadczeń życiowych popełniają te same błędy, bezwiednie podążają podobnymi ścieżkami i mają podobne nadzieje i marzenia. Ich życie wypełnia tęsknota, której nie potrafią do końca sprecyzować ani ukierunkować. Osamotnione tak jak i pozostali członkowie, a przynajmniej członkinie rodu, nie potrafią się otworzyć, poszukać pomocy lub przynajmniej przyjąć wyciągniętej ręki. Zatopione gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością nie dostrzegają, że inni ludzie borykają się z podobnymi problemami, że ciotka lub babka byłaby w stanie zrozumieć dramat, gdyby tylko miała szansę się o nim dowiedzieć. Z drugiej strony jednak kobiety w rodzinie patrzą na siebie przez pryzmat oczekiwań, zawiedzionych nadziei, nie radząc sobie ze sobą nie widzą możliwości pomocy komuś innemu. Najboleśniejszy konflikt urasta na linii matka-córka. O ile w „Annie, Hannie i Johannie” Marianne Fredriksson, która mnie zachwyciła, wzajemne pretensje i brak zrozumienia osłodzony jest ciepłem miłości, niekiedy aż trudnej do wyrażenia, o tyle w „Domu Augusty” na pierwszy plan wybija się niechęć, a nieokazywania miłości nie można wytłumaczyć trudnością jej wyrażania, ale po prostu jej brakiem. To synowie przywłaszczają sobie uczucia matki, rzadko któremu mężczyźnie jednak udaje się zdobyć głębsze uczucie żony, tym bardziej je utrzymać. Większość męskich bohaterów przedstawionych jest niczym istoty z innego świata, raczej w negatywnym świetle. Nie są to rycerze ratujący delikatne niewiasty, raczej trolle dokładające im zmartwień i potęgujący uczucie wyobcowania.

Patrząc na rodzinę Augusty można zauważyć, że w każdym kolejnym pokoleniu mimo zmieniających się teoretycznie na lepsze czasów, wzrastającej wolności kobiet i pomocy socjalnej rodzina staje się coraz bardziej dysfunkcyjna, a związki międzyludzkie ulegają rozluźnieniu. Nastoletnia Andżelika, najmłodsza z kobiet w rodzinie, balansuje na krawędzi niebezpieczeństwa, a jej pragnienie bezpieczeństwa i zainteresowania pcha ją ku drastycznym wyborom, moralnie dwuznacznym decyzjom, a w rezultacie do tragicznego finału. Duszna i przytłaczająca atmosfera książki wymaga od czytelnika pewnej siły psychicznej, a i tak co jakiś czas wyciska z oczu łzy. Nagromadzenie nieszczęść mogłoby irytować zachwianiem realizmu, jednak ja dopatrywałabym się raczej tchnienia starożytnej tragedii, gdzie na końcu czeka czytelnika katharsis pozwalające głęboko zaczerpnąć powietrza.

Co jeszcze uznaję za typowe dla szwedzkich pisarek i czego już właściwie oczekuję sięgając po skandynawską książkę – to styl. Majgull Axselsson nie zawodzi, z wyczuciem opisując uczucia i myśli bohaterek, wyważając opisy dramatycznych przeżyć i wplatając w to wszystko odrobinę baśni z opowieści Augusty. Takie magiczne wtręty to mój czuły punkt i strasznie mi się to spodobało, zwłaszcza w kontekście rozbudowy miast i tworzenia fabryk jako zagłady dla legend i baśni. Przecież chyba nigdzie lasy nie roją się tak od magicznych stworzeń jak w Skandynawii! Na pewno sięgnę po kolejne książki Majgull Axselsson i już teraz nastawiam się na wyśmienitą lekturę.

Tytuł: Dom Augusty
Tytuł oryginału: Slumpvandring
Autor: Majgull Axselsson
Tłumaczenie: Katarzyna Tubylweicz
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 452
Moja ocena: 5/6