Archive

Posts Tagged ‘etgar keret’

Absurd goni absurd („8% z niczego” Etgar Keret)

Moje spotkanie z Etgarem Keretem zaczęło się trochę od końca, bo od filmu „Meduzy” z 2007 roku, który pisarz nakręcił wraz z żoną, Shirą Geffen. Film zrobił na mnie duże wrażenie i jego nastrój zapadł mi na długo w pamięć – słodko-gorzki, melancholijny, dość surrealistyczny i refleksyjny. Następnie Keret przyjechał do Łodzi i uczestniczyłam w spotkaniu z nim, podczas którego pisarz totalnie mnie zauroczył. Zostało także wtedy odczytane opowiadanie z najnowszego zbioru, który dopiero miał się ukazać („Nagle pukanie do drzwi”), nie pamiętam już tytułu, ale spodobało mi się ono bardzo. To było moje pierwsze zetknięcie się z prozą Kereta i stwierdziłam, że to może być coś dla mnie. Opowiadanko było zabawne, napisane z werwą i uroczą puentą na koniec. Ponieważ strasznie lubię autografy pisarzy w książkach, postanowiłam szybko kupić sobie jakiś już istniejący zbiór opowiadań i padło na „8% z niczego”. Stałam się posiadaczką wyjątkowego obrazeczka narysowanego przez Kereta (każdemu rysował coś innego, za każdym razem jednak wyglądało to jak dzieło trzyletniego dziecka) i książki, której poziom absurdalności chyba mnie troszeczkę przerósł, choć przeczytać było warto.

Opowiadania w „8% z niczego” są króciutkie i jako takie są przemyślane, ich wydźwięk mocny, puenta często zaskakująca i działająca jak przysłowiowy obuch – co cenię sobie w krótkich opowiadaniach właśnie. Kiedy tekst mieści się na dwóch stronach, bez odpowiednio mocnego akcentu po prostu przewróci się tę kartkę natychmiast zapominając, co się na niej działo. A dzieją się tak dziwne rzeczy, że czytając opowiadania jedno za drugim ma się wrażenie, że ogląda się szalony sen, w którym pojęcie logiki jest względne, o ile w ogóle ona istnieje, natomiast bohaterowie występujący w tym świecie akceptują rzeczy takimi, jakie są, bo cóż innego im pozostaje. Tak jak w śnie zazwyczaj człowiek nie zdaje sobie sprawy z absurdalności różnych wydarzeń, tak i bohaterowie Kereta nie są specjalnie speszeni, kiedy z talerza przemawia do nich ryba lub ich ukochana dziewczyna zmienia się w nocy w paskudnego karła (to chyba akurat mój ulubiony kawałek, jest po prostu słodki).

Czy chodzi jednak tylko o to, żeby zadziwić, a nawet zaszokować, wytrącić czytelnik z równowagi i zostawić go niepewnego, co ma o tym wszystkim myśleć? Oczywiście nie, wydźwięk opowiadań Kereta jest często smutny, wręcz egzystencjonalny i pesymistyczny, a wyolbrzymione absurdy świata przedstawionego przez autora często przypominają jednak, że ten nasz świat rzeczywisty nie jest jakoś wybitnie mniej dziwny, czy bezsensowny. Odniosłam wrażenie, że niektóre opowiadania miały na celu poruszyć w czytelniku tę wrażliwą, dogłębnie ludzką strunę, ale nie zawsze tak się działo w moim przypadku. Czy to kwestia różnego rodzaju wrażliwości, czy też brakowało mi narzędzi potrzebnych, by prozę Kereta właściwie zinterpretować i zrozumieć. Może wszystko po trochu. W każdym razie niektóre opowiadania jedynie trochę mnie znużyły, a po przeczytaniu całości czułam się głównie tak, jakbym właśnie zsiadła ze zbyt szybko jadącej karuzeli. Owszem, była to przyjemność, ale w którymś momencie okazało się, że co za dużo, to nie zdrowo i chciałam już przejść do innych atrakcji.

Biorąc pod uwagę popularność Etgara Kereta w Polsce, trochę byłam zawiedziona, że opowiadania nie zachwyciły mnie bardziej, jednak nie znajduję tutaj jakichś konkretnych cech stylu pisarza, które by mi się nie podobały, głównie chodzi tu o czysto subiektywne odbieranie tekstów. Może z czasem przeczytam jeszcze któryś z Keretowych zbiorków i moje odczucia będą bardziej pozytywne. Na pewno książka warta jest lektury i sprawdzenia, czy do Was trafia specyficzny styl izraelskiego pisarza.

Tytuł: 8% z niczego
Tytuł oryginału: Anihu
Autor: Etgar Keret
Tłumaczenie: Agnieszka Maciejowska
Wydawnictwo: WAB, 2006
Ilość stron: 164
Moja ocena: 4-/6

Spotkania i masa radości

Ostatnio czas płynie mi pod znakiem literatury i spotkań z pisarzami – uwielbiam to i chciałabym, żeby moje miasto pełne było takich kulturalnych wydarzeń, bo jeżdżenie nawet do Warszawy w tygodniu bywa problemem… Na szczęście – tym razem mi się udało i jestem przeszczęśliwa.

W sobotę rozpieściło mnie moje rodzinne miasto, zapraszając na Festiwal Łódź Czterech Kultur izraelskiego pisarza, Etgara Kereta. Wstydliwie wyznaję, że jeszcze nie miałam okazji przeczytać jego opowiadań, ale po obejrzeniu filmu „Meduzy” po prostu musiałam się na spotkanie wybrać. I nie zawiodłam się ani trochę. Keret wzbudził moją sympatię natychmiast, kiedy pojawił się na scenie w klubie Szafa – uśmiechnięty, z plecakiem i wyglądem radosnego turysty, odrobinę jak gdyby nieśmiały. Od pierwszych słów wypowiedzianych śpiewnym językiem podbił mnie całkowicie. Opowiadał o pisaniu, o rodzicach i domu rodzinnym, w którym dużą rolę odgrywało wymyślanie opowieści. Keret skupił się zwłaszcza na ojcu, opowiadając wszędzie teraz powtarzaną anegdotę, według której jako dziecko mały Etgar pragnął być „pijącą kurwą” bazując na opowieściach ojca i jego wytłumaczeniu obu tych słów :) Nie było różnicy, czy Keret porusza temat swojej twórczości, wychowania syna, czy inspiracji do konkretnych opowiadań – jego wypowiedzi emanowały ciepłem i humorem, publiczność często się śmiała i klaskała, a pisarz wyglądał na zadowolonego. Chciałabym mieć ten wywiad nagrany, bo z wielką przyjemnością wracałabym do niego. Prowadzący zadawał ciekawe pytania, tłumaczka przeczytała dwa opowiadania Kereta z nowego zbioru, który właśnie jest tłumaczony na polski. Na dobrą sprawę to było moje pierwsze zetknięcie z pisarstwem Kereta i można je nazwać miłością od pierwszego wejrzenia, jestem przekonana, że reszta też mi się spodoba. Po pytaniach od publiczności (interesujących) przyszedł czas na autografy. Jak zawsze w takich sytuacjach byłam stremowana, ale sympatia emanująca z pisarza szybko to wyeliminowała. Każdy siadał na chwilę na kanapie, zamieniał z Keretem kilka słów (ja chwileczkę porozmawiałam z nim o „Meduzach”), a potem pisarz rysował w książce obrazek (stwierdził, że nie ma pojęcia, co ludziom pisać, więc woli rysować) – bazgroły straszliwe, ale nic to w porównaniu z pismem Kereta, niepodobnym chyba do niczego. Nie przestawał się uśmiechać i mimo zmęczenia każdemu okazał serdeczność. Wyszłam ze spotkania naładowana pozytywną energią i inspiracją oraz oczywiście wielkim głodem opowiadań Etgara Kereta, z którymi wkrótce mam zamiar się bliżej zapoznać.

We wtorek natomiast udałam się do Warszawy stwierdzając, że po prostu nie mogę przegapić spotkania z Colinem Thubronem. Wymagało to sporego przedsięwzięcia logistycznego, ale udało się i po raz pierwszy w życiu miałam okazję odwiedzić książkokawiarnię „Wrzenie świata” – spodobało mi się i podejrzewam, że na co dzień jest tam naprawdę świetna atmosfera. Jak na spotkanie było trochę za mało miejsca, ale ta niedogodność niczego nie zepsuła. Znalazłam sobie miejsce w kątku, a miły pan siedzący obok dał mi skrzynkę, na której mogłam usiąść. Potem i tak jednak stałam, bo przy moim wzroście nie widziałabym zupełnie nic. Kiedy tak czekałam na rozpoczęcie spotkania, przechodząc potrącił mnie starszy pan, uśmiechnął się i mrugnął zawadiacko – oczywiście po chwili okazał się być Colinem Thubronem, którego teoretycznie znałam ze zdjęć, ale nie poznałam w pierwszej chwili. Spotkanie poprowadził Marek Kamiński i litościwie stwierdzę tylko, że być może ze stresu, a może z innych powodów prowadzenie to mu się zwyczajnie nie udało. Pytania nie były ciekawe, zadawane w dziwnej manierze, a końcówka podsumowująca całość sprawiła, że publiczność patrzyła po sobie z niedowierzaniem i (przynajmniej niektórzy, a na pewno ja) z rumieńcami wstydu. Dużo ciekawsze pytania miała właśnie widownia i szkoda, że czas był ograniczony i wiele z nich nie zostało za pewne zadanych. Wszystko to jednak bladło przy samym Thubronie, który jest po prostu niesamowity – człowiek o olbrzymiej wiedzy i dokonaniach, doświadczony podróżnik i utalentowany pisarz, który zachwyca skromnością i pokorą wobec świata. Myślę, że to jest cecha ludzi naprawdę wielkich, którzy poznali świat na tyle, że zdają sobie sprawę ze swojej małości wobec niego i ten świat, a przede wszystkim ludzi, szanują. Szanują z założenia, rozumiejąc złożoność rzeczywistości, nie głoszą prawd objawionych, zastrzegając, że mówią o swojej perspektywie i własnych podróżach. Angielski dżentelmen (Thubron to ucieleśnienie tego słowa) opowiadał głównie o Syberii z powodu wydanej u nas ostatnio książki „Po Syberii”, ale wspominał też o swoich inspiracjach, początkach podróżowania, a nawet wspomniał o niedawnym małżeństwie. Co chwila błyskał poczuciem humoru, jak choćby kiedy odpowiadał na pytanie o radzenie sobie z tradycją picia wódki, wszechobecnej na Syberii. Ze swadą opowiadał, że mieszkańcy Syberii wznoszą toasty za wszystko, a kiedy człowiek myśli, że wszystkie możliwe okazje zostały wymienione, zawsze znajdzie się ktoś, kto się podniesie i przepije za pokój na świecie, przyjaźń między narodami itd. Thubron już jednak tych toastów nie spełniał, bo na tym etapie leżał pod stołem :) Był też czas na podpisywanie książek, choć pisarz uznał, że to trochę dziecinne. Mnie jego komentarz nie zniechęcił i udało mi się z nim zamienić kilka słów, co było szalenie miłe (a nawet uwiecznione na zdjęciu, które znalazłam na stronie wydawnictwa Czarne!). Wracałam do domu jak na skrzydłach, tym bardziej, że miałam niecałe pół godziny do odjazdu ostatniego pociągu. Było przecudownie, z radością słuchałabym dalszych historii Thubrona, tymczasem mam zamiar zadowolić się jego książkami, po których sobie wiele obiecuję.

Mój apetyt na spotkania tylko wzrasta. Na początku października do Warszawy (znowu!) przyjeżdża Petra Hůlová i mam wielką ochotę się wybrać… Nie wiem, jak mi się uda ze względów czasowych i finansowych, ale apetyt mam wielki. A ktoś z Was się wybiera? EDIT: Mój błąd! Padma wyprowadziła mnie z błędu, bo Hůlová będzie w Warszawie, które jest wrocławskim kinem, nie zaś polską stolicą… To niestety oznacza, że z mojego spotkania nici (a miałam nadzieję znaleźć sobie wymówkę na kupienie „Stacji Tajgi”, która strasznie za mną chodzi…) Jeśli więc ktoś z Was się będzie wybierał, to dajcie znać, jak było!

Dla zabieganych

Książki podróżnicze znajdują się ostatnio na liście moich najczęstszych lektur, co oczywiście jest po mojej myśli – odczuwam potrzebę poznawania nowych miejsc i podróżowania, choćby na papierze. Od dwóch tygodni bowiem podróżuję wprawdzie sporo, ale tylko jednym autobusem, na jednej trasie, w jedno miejsce i z powrotem. Nie narzekam jednak, bo choć dojazdy takie potrafią zmęczyć, mam sporo czasu na czytanie. Są takie książki, które wręcz idealnie nadają się do czytania w podróży, jedną z nich jest z pewnością zbiór krótkich wywiadów z pisarzami (i nie tylko, jak zaznacza autor) pt. „W biegu… książka podróżna” autorstwa Marcina Wilka, którą właśnie skończyłam czytać.

We wstępie autor sam stwierdza, że przeprowadzane przez niego wywiady często miały miejsce „w biegu”, kiedy pisarz miał niewiele czasu między jednym spotkaniem a drugim. Stąd też krótka forma rozmów, co nie wpływa jednak negatywnie na jakość. Zdaniem Wilka też pośpiech mógł odbić się w intensywności wymienianych zdań – gdy ktoś wie, że ma niewiele czasu w krótkiej wypowiedzi może zawrzeć jak najwięcej prawdy i autentyczności, by zostać dobrze zrozumianym przez czytelników. Czy tak było w istocie ciężko mi ocenić, ponieważ było to moje pierwsze spotkanie z większością autorów, z reguły nie czytam wywiadów (nie z braku chęci, ale nie kupuję żadnej prasy, więc rzadko kiedy rozmowy z pisarzami wpadają mi w ręce). 47 wywiadów składających się na „W biegu…” stanowi jednak na tyle ciekawą i różnorodną treść, że jako czytelniczka nie odczułam właściwie „podróżniczego”, jak gdyby tymczasowego, charakteru rozmów. Pytania prowadzącego uznałam za przemyślane i przede wszystkim inspirujące do ciekawych dyskusji, w których pisarze przedstawiali nie tylko swoje spojrzenie na pisanie i roli pisarza w dzisiejszym świecie, ale odkrywali przed czytelnikami sporo fragmentów własnych ideologii. Nie znajdzie się tu dociekania na tematy osobiste, prywatne życie rozmówców nie leży w polu zainteresowań Wilka, co zdecydowanie przypadło mi do gustu i wydało się miłą odmianą od większości wywiadów z kolorowych pism, które czytałam w przeszłości (nie mogę porównywać do dzisiejszej prasy, zwłaszcza tej z „kulturowej” półki, gdyż jak wspomniałam, nie mam z nią teraz kontaktu – może to standard i cieszyłabym się bardzo, gdyby tak było w istocie). Książka podzielona jest na 17 podróży w zależności od motywu przewodniego rozmowy. Zawsze jednak gdzieś pojawia się właśnie wątek podróży, najczęściej w głąb siebie, kultury, czasem jest to podróż w czasie, innym znów razem dosłowna. Układ ten przypadł mi do gustu i wydaje mi się ciekawym podejściem do tematu.

Jakich pisarzy znajdziemy w książce? Choćby Etgara Kereta, Olgę Tokarczuk, Marinę Lewycką, Michela Fabera, Eduardę Mendozę, Johna Irvinga lub Michela Houellebecqa. Wiele nazwisk było mi oczywiście znanych, choć do tej pory nie czytałam jeszcze książek większości autorów, mimo to czytanie ich spostrzeżeń było bardzo ciekawe. Wilk rozmawiał także z pisarzami, za którymi nie przepadam lub zupełnie nie mam ochoty zapoznawać się z ich twórczością jak choćby Januszem L. Wiśniewskim, Katarzyną Grocholą czy Izabelą Sową. Czytanie ich wypowiedzi było jednak ciekawym doświadczeniem… kulturowym w moim odczuciu. Być może było tak dlatego, że jak podkreślam, mam niewielki kontakt z wywiadami w ogóle i ciekawe stało się dla mnie odkrywanie spojrzenia pisarzy, także tych, którzy zupełnie do mnie nie przemawiają (nieszczęsną S@amotność w sieci do tej pory uważam za jedną z najgorszych książek, jakie czytałam w życiu) na ich własną twórczość, czytelników, wreszcie zmieniający się świat. Gdzie w dzisiejszej rzeczywistości znajduje się miejsce książki? Czy autor wykonuje pracę taką, jak każdy inny zawód, czy może powinien być raczej natchnionym artystą? Oczywiście ani Wilk, ani żaden z pisarzy nie daje uniwersalnej odpowiedzi na te tematy, w swoich rozmowach zwracają jednak uwagę na zagadnienia, które z powodzeniem mogą się stać punktem wyjściowym do samodzielnej refleksji.

Biorąc pod uwagę krótkie formy wywiadów i zajmującą treść, książkę świetnie czyta się świetnie w autobusie – bez żalu można doczytać do końca rozmowy i zrobić dłuższą przerwę, wracając do lektury w drodze powrotnej do domu. Dzięki temu wypowiedzi się nie zlewają w jedną, a w nudniejszych chwilach w pracy można oddać się rozmyślaniom na temat własnego zdania dotyczącego poruszanych w książce tematów. Kilka omawianych książek, o których wcześniej nie słyszałam trafiło na moją listę, niektórzy pisarze wzbudzili moje zaciekawienie… Jednym słowem, polecam.

Tytuł: W biegu… książka podróżna: Rozmowy z pisarzami (i nie tylko)
Autor: Marcin Wilk
Wydawnictwo: Universitas, 2010
Ilość stron: 316
Moja ocena: 5/6

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Universitas , za co bardzo dziękuję.