Archiwum

Posts Tagged ‘ameryka’

Poszukiwacze zaginionej prawdy

Już któryś raz stwierdzam, że przyciągają mnie i intrygują różne literackie grupy. Nie jestem jednak żadną znawczynią i interesują mnie te znane, najsłynniejsze, jak choćby Grupa Bloomsbury, Beat Generation czy rodzimi Skamandryci. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wymienione przeze mnie grupy mocno różniły się charakterem samej formy, nie mówiąc o twórczości, pociąga mnie jednak sama idea stowarzyszenia intelektualistów, wymiany myśli, wzajemnego inspirowania się, motywów przenikających dzieła przedstawicieli tych, nazwijmy to, ruchów. Żałuję, że w szkole ledwo się o tym wspominało, a nawet na studiach niewiele mówiło. Pozostaje to więc tematem do samodzielnych studiów, co samo w sobie jest równie atrakcyjne i jeśli kiedyś czas pozwoli (i motywacji nie zabraknie) z radością bym się w to zaangażowała. Tymczasem musi wystarczyć mi podczytywanie publikacji interesujących mnie autorów oraz przekonanie się, czy poza fascynującą otoczką, same ich dzieła są dla mnie równie ciekawe.

W przypadku „Włóczęgów Dharmy” Jacka Kerouaca rzeczywistość nie została przelana na papier w sposób atrakcyjny. A przynajmniej nie na tyle, by książka zostawała na długo w pamięci. Bohaterem jest alter ego autora, Ray Smith, pisarz i entuzjasta buddyzmu, który wraz z grupą znajomych bierze udział w spotkaniach poetyckich (w książce pojawia się wieczór, podczas którego przeczytany został po raz pierwszy „Skowyt” Ginsberga), współtworzy ówczesną bohemę, szaleje na mocno zakrapianych imprezach chwilami zahaczających o orgie, a wreszcie wraz z przyjacielem Japhym Ryderem szuka dharmy, buddyjskiej prawdy, wysoko w górach, wśród przyrody i w samotności. Książka towarzyszy Rayowi podczas jego wewnętrznych poszukiwań, fascynacji buddyjską poezją i wierszami haiku, a także amerykańską przyrodą i odkrywaniem piękna i mądrości wokół siebie, w ludziach i naturze, na każdym niemal kroku. Smith bowiem przede wszystkim cechuje się wielką radością życia i ciekawością świata, ze sporą dozą niewinności (a może wręcz chwilami naiwności), z jaką patrzy na świat. I choć chwilami może lekko drażnić dość powierzchowne i niefrasobliwe traktowanie spraw istotnych (jak choćby wielu faktów dotyczących samego buddyzmu, o których rozmawiają bohaterowie, a które w przypisach są pieczołowicie wyjaśniane i korygowane przez tłumacza), to naturalność i ten całkowity brak jakiegokolwiek cynizmu urzeka. Podejście takie kojarzy mi się ze stereotypowym (podkreślam: stereotypowym) amerykańskim spojrzeniem, jakie nierzadko znajduję w książkach i filmach. Ma to swój urok, choć do mnie niestety nie przemawia.

I pewnie dlatego, choć doceniam ten spontaniczny i pełen radości, chwilami skłaniający do głębszego zastanowienia się tekst, to jednak nie poruszył mnie on, nie wzruszył i czytałam go dość długo, bez większego zaangażowania się w losy bohaterów. Zdecydowanie bardziej spodobałaby mi się biograficzna wersja tych wydarzeń – a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Nie zniechęcam do czytania „Włóczęgów Dharmy”, bo wiem, że wielu czytelników znajduje dla siebie w tej powieści wiele cennych fragmentów. Nie będę też jednak gorąco zachęcać do sięgnięcia, bo i sama się nie zachwyciłam. Nie skreślam jednak Kerouaca ze swojej listy, bo przede mną wciąż „W drodze”, po którym sobie sporo obiecuję i mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Tytuł: Włóczędzy Dharmy
Tytuł oryginału: The Dharma Bums
Autor: Jack Kerouac
Tłumaczenie: Marek Obarski
Wydawnictwo: WAB, 2006
Ilość stron: 324
Moja ocena: 4-/6


Na marginesie dodam, że dziś Herbatniki obchodzą swoje trzecie urodziny. Bardzo się cieszę z tego powodu! Nadmieniam o tym jednak na marginesie, bo znów zaniedbuję swój kawałek blogosfery i właśnie z okazji tej rocznicy życzę sobie, bym miała więcej czasu na pisanie i blog się rozwijał, a moje pisanie osiągnęło wyższy poziom. Wam, moi drodzy Czytelnicy, dziękuję natomiast za zaglądanie tu i komentowanie, jest mi zawsze szalenie miło i staram się śledzić Wasze blogi (jeśli takowe prowadzicie), co ostatnio także jest utrudnione przez brak czasu dla siebie… Ale mam nadzieję, że wkrótce sytuacja się poprawi. Dziękuję i zapraszam do dalszego odwiedzania!

Japonka w Ameryce

Po udanej lekturze „Klubu Radości i Szczęścia” Amy Tan, opowiadającej o zderzeniu kultury chińskiej z amerykańską, w bibliotece wpadła mi w oko pozycja traktująca o zbliżonym temacie autorstwa Etsu Inagaki Sugimoto. Tym razem czytelnik ma szansę przyjrzeć się zderzeniu rzeczywistości amerykańskiej z japońską, na początku XX wieku. Wcześniej jednak zapozna się z życiem w Japonii u schyłku XIX wieku, tuż po upadku szogunatu, gdy Japonia „zrezygnowała” ze stanowiska samurajów i otworzyła granice nie tylko na handel, ale i wpływy innych kultur.

Etsu, zwana przez rodzinę w sposób typowy raczej dla chłopców Etsu-bo, przyszła na świat w 1876 w rodzinie samuraja, który choć stracił swoją pozycję i zubożał, wciąż kultywował tradycje i zwyczaje typowe dla tej grupy społecznej. Autorka dorastała w otoczeniu nauk, wierzeń i obyczajów głęboko zakorzenionych w narodzie japońskim, żywych tym bardziej w odległości od wielkich miast, jako że Etsu dzieciństwo spędziła w rodowej siedzibie w prowincji Echigo. Wspominając dzieciństwo autorka nie pozwala sobie na przesadną ckliwość i choć ze stron wyłania się obraz szczęśliwego życia w kochającej rodzinie, Sugimoto nie pomija wydarzeń przykrych lub budzących kontrowersje w jej młodym umyśle. Przedstawia swego ojca-samuraja jako człowieka niezwykle wymagającego i oddanego honorowi, ale także otwartego na nowe doświadczenia i zwyczaje napływające go Kraju Kwitnącej Wiśni zza dotąd zamkniętych granic. Sugimoto oddaje swoją książką hołd przemijającej Japonii, świetności i zwyczajom samurajów. Nie ocenia nowego porządku, nie sili się na opiniotwórcze konkluzje. Przedstawia natomiast ludzi ze swojego otoczenia odnajdujących się lub nie w nowej rzeczywistości, pozwalając czytelnikowi na wyciągnięcie własnych wniosków i wybranie z obu sposobów życia jak najwięcej pozytywnych czynników i postaw. Te proste opisy wzruszają portretami ludzi o wyrazistych charakterach i nietuzinkowych biografiach.

Mała Etsu miała zostać kapłanką, w wyniku splotu okoliczności została jednak wysłana do Ameryki, gdzie została żoną japońskiego handlarza. Swoje przeznaczenie, jak na córkę samuraja przystało, zaakceptowała i zrobiła wszystko, by odnaleźć się w nowej, zaskakująco dla niej odmiennej rzeczywistości. Pozostając Japonką wychowaną w ideale systemu feudalnego z zaskakującą spostrzegawczością opisuje swoje nowe życie, szybko nawiązuje przyjaźnie i z niezwykłą wręcz subtelnością opisuje różnice między swymi dwiema ojczyznami, unikając krytyki i delikatnie przemycając swoją ocenę między wierszami. Nie wynika to jednak z wyrachowana, bo Sugimoto skupia się przede wszystkim na samym pojęciu różnic kulturowych – tak jak ją zaskakuje i dziwi okazywanie sobie uczuć przez aktorów w teatrze, tak jej amerykańskich znajomych zastanawiają typowo japońskie zwyczaje, których Etsu się nie wyrzeka. Autorka podkreśla, że ludzie są tacy sami w każdym zakątku świata, a kultura i zwyczaje w głównej mierze opierają się na przyzwyczajeniach i kwestią czasu pozostaje, kiedy dwa narody poznają się na tyle, by w pełni akceptować własną odmienność.

„Córka samuraja” zachwyciła mnie i głęboko poruszyła. Na pierwszy rzut oka są to po prostu dość krótkie fragmenty wspomnień, prosto napisana autobiografia kobiety o ciekawej biografii. Teksty te ukazywały się początkowo w amerykańskim magazynie, co w dużej mierze tłumaczy ich formę. Uważna lektura pozwala docenić niezwykłe wręcz bogactwo tej prozy, poetyckość połączoną z rzeczowym opisem tradycji, porównanie dwóch kultur, z których każda stała się ojczyzną Etsu. To także piękna opowieść o wychowaniu, ideałach i ich miejscu w życiu człowieka, końcu pewnej epoki i początku nowej rzeczywistości, w której wciąż znajduje się miejsce dla tradycyjnych wartości, jeśli tylko obie strony wykażą minimum dobrej woli. Głęboko zapadł mi w pamięć fragment, w którym mowa jest o pogrzebie członka rodziny Etsu, która przyjęła chrześcijaństwo (nie pisze o tym wiele, jako że generalnie stroni od opisywania osobistych uczuć, zwłaszcza wprost), bez zastanowienia jednak decyduje się na wyprawienie tradycyjnego japońskiego pogrzebu w obrządku szintoistycznym. Konfrontując wątpliwości chrześcijańskich przyjaciół stwierdza, że gdyby ona sama umarła w dzień po przyjęciu nowej religii, jej matka dołożyłaby wszelkich starań, by została pochowana zgodnie ze swoimi nowymi zasadami, nie pomijając najdrobniejszego szczegółu. I właśnie nawet nie tolerancja, ale całkowita akceptacja odmienności, otwartość na nowe i nieznane przy jednoczesnej wierności własnym zasadom i przekonaniom poruszyła mnie do głębi, wzruszyła i zachwyciła. Bardzo chciałabym mieć tę książkę we własnej biblioteczce. Polecam gorąco każdemu, nie tylko wielbicielom japońskiej kultury i historii, choć dla nich „Córka samuraja” będzie podwójną gratką.

Tytuł: Córka Samuraja
Tytuł oryginału: A Daughetr of the Samurai / Bushi-no musume
Autor: Etsu Inagaki Sugimoto
Wydawnictwo: Diamond Books, 2006
Ilość stron: 280
Moja ocena: 5+/6

Konflikt pokoleń z chińską nutą

Relacja pomiędzy córką i matką to jeden z wdzięczniejszych, choć pewnie także trudnych do uchwycenia i szczerego sportretowania wątków w literaturze. Mam do niego słabość i zawsze stanowi on dla mnie ważny element powieści, choć z reguły autorzy nie stronią od pokazania mrocznej strony tego związku, w realistyczny sposób oddając konflikt pomiędzy miłością, a częstymi żalami, zawiedzionymi nadziejami, brakiem zrozumienia i różniącymi się oczekiwaniami. Nie inaczej jest w powieści „Klub radości i szczęścia” Amy Tan, gdzie do odwiecznego i uniwersalnego wątku nici łączącej córkę z matką, dochodzi jeszcze konflikt typowo emigrancki, gdzie pokolenie dzieci od urodzenia wyrasta w nowej ojczyźnie przyjmując jej nowe zasady, rodzice natomiast wciąż zdają się tkwić jedną nogą w poprzedniej rzeczywistości.

Cztery chińskie kobiety mieszkające na stałe w USA spotykają się co tydzień na partyjce madżonga i plotkach, tworząc w ten sposób swój Klub Radości i Szczęścia, tradycję zapoczątkowaną przez jedną z nich jeszcze w Chinach. Po śmierci założycielki, wszyscy oczekują, że to jej córka zajmie miejsce przy kwadratowym stole. Przy pierwszej już grze okazuje się jednak, jak niewiele córka wie o zwyczajach matki, a co więcej, jak mało znała tę kobietę. Spotkanie to staje się punktem wyjścia do rozważań, w których trzy matki i cztery córki wspominają przeszłość, analizują swoje życie, jak gdyby pragnęły wytłumaczyć się sobie nawzajem i znaleźć zrozumienie. Różnice kulturowe i pozornie całkowicie odmienny bagaż doświadczeń utrudnia komunikację w większym jeszcze stopniu, niż subtelne różnice wynikające z dwujęzyczności młodszego pokolenia i ograniczonej umiejętności posługiwania się angielskim przez matki.

Matki młodszych bohaterek pochodzą z różnych rejonów Chin, ich życia to przekrój przez chińską kulturę i sytuacje, w których mogła znaleźć się kobieta w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Powody, dla których znalazły się w Ameryce również pozostają różnorodne, inne jest także ich podejście do nowego życia i wychowywania dzieci. Jest to również punkt wyjścia fabuły: Jing-Mei „June” Woo poznaje wstrząsającą prawdę o swojej zmarłej matce Suyuan: zanim wyemigrowała z Chin, musiała porzucić swoje małe córeczki z pierwszego małżeństwa, bliźniaczki będące starszymi siostrami June, do tej pory przekonanej o byciu jedynaczką. Okazuje się, że Suyuan mieszkając w Stanach wciąż poszukiwała swych dzieci, głęboka przekonana, że musiało udać im się przeżyć. Śmierć nie pozwoliła jej na dokończenie dzieła, które ma teraz przejąć June.

„Klub radości i szczęścia” to wyśmienita lektura, refleksyjna i dobrze napisana. Amy Tan z wyczuciem łączy melancholijne, wręcz poetyckie fragmenty z wartko opisanymi wydarzeniami. Potrafi wzruszyć, daleko jednak „Klubowi” do wyciskacza łez i prostej opowieści o konflikcie i radosnym pojednaniu na koniec. Problemy tak głęboko wpisane w sytuację życiową stanowią przepaść, która nie może się tak po prostu zrosnąć i zniknąć. Jedyne, co pozostaje, to zapełnić ją miłością i próbą zrozumienia, która nierzadko stanowi nie lada wysiłek, uderzając w podstawowe pojęcia i wierzenia. Konflikt kulturowy opisany w książce, choć głęboko osadzony w kontekście życia emigrantów skłania do uniwersalnych refleksji i pytania o źródło kultury i jej związek z krajem zamieszkania.

Za kanwę tej debiutanckiej powieści posłużyły własne doświadczenia Amy Tan, na kartach książki odnaleźć można wątki z życia jej matki jak i samej pisarki. Tan jest autorką kilku powieści (jak choćby „Żona kuchennego boga” lub „Córka nastawiacza kości”), wspomnień („Przeciwieństwo losu”) oraz książek dla dzieci. Pisarka prowadzi bujne życie, gra w zespole złożonym z publikowanych autorów (gra tam także np. Stephen King lub Barbara Kingslover). „Klub Radości i Szczęścia” to moje pierwsze spotkanie z tą amerykańską pisarką chińskiego pochodzenia, ale już wiem, że nieostatnie. Zwłaszcza, że z półki zerkają kolejne trzy książki jej autorstwa, na które już się cieszę.

Tytuł: Klub Radości i Szczęścia
Tytuł oryginału: The Joy Luck Club
Autor: Amy Tan
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2001
Ilość stron: 300
Moja ocena: 5/6

Proces z rasizmem w tle

„Kiedy umiera lato” to moja pierwsza książka Winstona Grooma, znanego przede wszystkim jako autora powieści „Forrest Gump” (o czym dowiedziałam się dopiero z okładki „Kiedy umiera lato”, ponieważ filmowy „Forrest Gump” nie zachwycił mnie na tyle, bym poszukiwała książkowego pierwowzoru – nazwisko autora wyleciało mi z pamięci). Przyznaję, że do lektury sprowokował mnie głównie fakt, że nie znalazłam w bibliotece pozycji, których poszukiwałam w ramach wyzwania Amerykańskie Południe, inaczej raczej bym po tę książkę nie sięgnęła… Czytanie jej jednak nie było straconym czasem, a po kilkudziesięciu stronach udało mi się wciągnąć w historię Willie’go i z zaciekawieniem śledzić jego losy.

Groom zawarł w swojej książce kilka poczytnych motywów, które udało mu się wykorzystać z różnych powodzeniem. Mamy więc sympatycznego prawnika, Willie’go Crofta, mistrza w wyciąganiu drobnych przestępców z więzienia, który do tej pory jednak nie miał okazji się wykazać i spełnić swoich ambicji. Do tego dochodzi konflikt prawno-rasowy: na terenach należących od pokoleń do miejscowych bogaczy nazwiskiem Holt odkryto złoża ropy naftowej. Na drodze do zwielokrotnienia majątku szacownej rodzinie staje fakt, że na tych terenach od dawna zamieszkuje murzyńska rodzina, która dodatkowo utrzymuje, iż nieżyjący już pan Holt ofiarował im ów kawał ziemi, na co posiadają stosowny dokument. Holtowie zrobią wszystko, żeby odzyskać ziemię, murzyńska społeczność zrobi wszystko, żeby ją zatrzymać, bo im się ona prawnie należy. Wynajmują więc prawnika – oczywiście Willie’go. Dzięki głośnej sprawie Croft ma szanse spełnić swoje marzenia, a także wchodzi w „wielki świat” swojego miasteczka w stanie Luizjana, spotyka robiącą na nim ogromne wrażenie Whitsey oraz porządkuje swoje przemyślenia dotyczące czarnoskórej ludności zamieszkującej jego sąsiedztwo.

Początek książki czyta się dość opornie, potem idzie już z górki i błyskawicznie docieramy do ostatniej strony. Akcja toczy się wartko i jest przemyślana, niestety nie dostarcza czytelnikowi wzruszeń, choć potencjał ma niemały. Willie jest postacią budzącą sympatię, ma w sobie jednak coś zniechęcającego, coś, co nie pozwala do końca wczuć się w jego sytuację i kibicować mu w jego prawniczych poczynaniach. Właściwie nie znalazłam w książce ani jednego bohatera, który w jakikolwiek sposób by mnie porwał i wciągnął w swoją historię. Sam wątek „procesowy” również nie trzyma w napięciu tak, jak powinien. Znajdziemy kilka zwrotów akcji, które można uznać za zaskakujące, ale już czytając opis na okładce wiemy, czego się mniej więcej spodziewać. Nawet bohaterowie nie wydają się zbytnio ekscytować własnymi przeżyciami, sprawiają wrażenie zmęczonych życiem i walczących bardziej dla zasady niż z powodu zrywu serca czy pragnień. A jednak właśnie w tym znajduje się największy plus książki. „Kiedy umiera lato” odebrałam jako książkę bardzo melancholijną, opowieść o przemijaniu – i jako taka mi się spodobała. Senne południe, zgrabnie w powieści sportretowane, zmienia się na oczach mieszkańców, żegna ze starym porządkiem i pozwala nadejść nowemu. Ubodzy mieszkańcy czarnoskórej dzielnicy są pionierami i mają tego świadomość. Ich poczynaniami zdaje się kierować bardziej chęć odmienienia zasad panujących w Bienville niż pragnienia wzbogacenia się (choć i to jest niewątpliwie znaczącym motywem). Pewna epoka odchodzi w zapomnienie… Tak jest i z Willie’m, który żegna swoją młodość, melancholijnie rozliczając się z przeszłością. Czy coś udało mu się osiągnąć? Czy to, co zyskał dzięki procesowi jest w stanie spełnić jego oczekiwania i dać mu satysfakcję? Choć wątek ten zdaje się plątać gdzieś na marginesie powieści, najbardziej przypadł mi do gustu. Willie jest zawieszony między etapami w życiu, społecznościami, pewnością siebie i kompleksami. Gdyby autorowi chciało się zgłębić ten temat trochę bardziej i oszczędził swojemu bohaterowi jakiegoś takiego szowinistycznego rysu, powstałaby ciekawa i złożona postać. Szkoda, że Groom nie wykorzystał potencjału.

Powieść czyta się dobrze, ale pozostawia po sobie uczucie niedosytu. Oczywiście znajdziemy tu antyrasistowskie przesłanie oraz wbijające się w pamięć stwierdzenie, że nie można dać komuś czegoś, co ten ktoś już posiada (cytatu dokładnego niestety podać nie mogę, bo książkę musiałam zwrócić już do biblioteki). Jest więc swojego rodzaju manifestem człowieczeństwa, nieprzemawiającym jednak zanadto do wyobraźni czytelnika. A może dodatkowo miałam wygórowane oczekiwania po rewelacyjnym „Zabić drozda”? Dobre na długą podróż pociągiem, ale nic nadzwyczajnego.

Moja ocena: 3+/6
Winston Groom, „Kiedy umiera lato” (Albatros, 1997)

Dlaczego nie wolno zabijać drozdów

Moje polonistki zawsze twierdziły, że istnieją takie określenia, których powinniśmy wystrzegać się pisząc recenzje. Na przykład słowo „piękny” lub „mądry” stały się już niemal puste z powodu ich nadużywania. Z drugiej jednak strony, „Zabić drozda” autorstwa Harper Lee zachęca nas na powrót do rozumienia podstawowych słów wyrażających wartości w sposób dosłowny, do spojrzenia na świat z perspektywy niewinnego dziecka. Odrzucam więc wyuczone zasady dobierania bardziej oryginalnych przymiotników, bo określenia „piękna” i „mądra” pasują do książki Lee idealnie, a ja wciąż jestem szczęśliwa, że dzięki wyzwaniu Amerykańskie Południe wreszcie po nią sięgnęłam, choć na mojej liście książek do przeczytania widniała już od długich lat.

Akcja książki toczy się w nieistniejącym miasteczku Maycomb w stanie Alabama. To miejsce, gdzie teoretycznie wszyscy się znają, naprawdę jednak każdy skrywa swoje małe i większe tajemnice. Dziewięcioletnia Skaut (w innych tłumaczeniach nazwana Smykiem) opowiada historię pewnego niezwykłego lata, które niepostrzeżenie ukształtowało ją na całe życie. Razem ze starszym bratem Jemem i przyjacielem odwiedzającym w Maycomb ciotkę, jak co roku wyszukują sobie coraz to nowe rozrywki i zabawy, z których do tej pory ulubioną była próba wywabienia z domu Boo Radleya, tajemniczego sąsiada nigdy nie opuszczającego domu swoich rodziców, o którym po miasteczku krążyły niesamowite historie. Tego lata jednak wydarzenia zostaną podporządkowane procesowi prowadzonemu przez ojca dzieci, Atticusa Fincha, szanowanego adwokata. Cieszący się uznaniem małomiasteczkowego społeczeństwa Atticus, idol Jema i Skauta, podejmuje się roli obrońcy czarnoskórego mężczyzny oskarżonego o gwałt na białej kobiecie, czym skutecznie burzy senną atmosferę Maycomb, gdzie panują schematy i przekonania o rasistowskim podłożu. Atticus podejmuje się sprawy nie bardzo wierząc w jej powodzenie, rezygnując z niej przeciwstawiłby się własnym ideałom i w przyszłości stracił szacunek własnych dzieci. Jem i Skaut, początkowo wściekli na ojca i winiący go za przykrości ze strony dorosłych mieszkańców miasteczka i ich dzieci, zaczynają rozumieć sytuację społeczną Murzynów. Przychodzi czas na konfrontację dziecięcych ideałów, według których ludzie są po prostu ludźmi, z rzeczywistością.

Ciężko opisać fabułę tej książki nie chcąc zdradzić zbyt wiele. Tutaj każde wydarzenie ma swoją rolę w całej historii. Powiedzieć, że „Zabić drozda” to powieść o tolerancji i rasizmie byłoby uproszczeniem i spłyceniem bogatej treści dzieła. To historia o dojrzewaniu, szacunku do otaczającego świata, rolach społecznych, rodzicielstwie i przyjaźni. Pełno w niej pięknych tekstów, ale ani przez chwilę nie uświadczymy nachalnego moralizatorstwa. Przypisanie Skautowi roli narratora okazało się fantastycznym zabiegiem – czytelnik zapoznaje się z wydarzeniami z perspektywy małej dziewczynki, która nie zawsze do końca zdaje sobie sprawę z dziejących się wokół niej wydarzeń. Czytelnik natomiast rozumie, zwłaszcza znając tło obyczajowe i historię przemian zachodzących na amerykańskim południu, odbiera treści zawarte między wierszami powieści i układa z nich opowieść jeszcze głębszą i być może jeszcze bardziej poruszającą, której głównym bohaterem staje się Atticus. Dodatkowo, choć książka porusza temat podstawowych wartości, w obliczu których ciężko jest mówić o kompromisach, niewiele jest w niej czarno-białych (o ironio…) postaci. Choć dzieci nierzadko tak właśnie wolałyby postrzegać mieszkańców swego miasta (bynajmniej nie na podstawie rasy), uczą się dostrzegać dobro ukryte głęboko w zgorzkniałych sąsiadach i przyswajają sobie podstawową zasadę: by kogoś zrozumieć, musisz choć na chwilę postawić się na jego miejscu…

Myśląc o „Zabić drozda” co chwila przypominam sobie kolejny fragment, kolejną wypowiedź, która mnie poruszyła. Napisałabym chętnie o każdej z nich, ale nie chcę nikomu odbierać przyjemności osobistego zapoznania się z nimi na kartach książki. Wspaniała to lektura, którą bez wahania zaliczyłabym do obowiązkowych dla czytelników w każdym wieku. Barwne postaci, zmuszające do przemyśleń wątki i problematyka, a wreszcie wartka fabuła, wciągająca od pierwszej strony. Jestem zachwycona, dla mnie „Zabić drozda” to książka idealna. Polecam gorąco, dowiedzcie się, czemu nie wolno zabijać drozdów…
Moja ocena: 6/6
Harper Lee, „Zabić drozda” (Rebis, 2006)

Poszukiwanie własnego ‚ja’

Dość długo zbierałam się do napisania tej notki, cierpiąc na jakiś specyficzny zastój recenzyjny (spowodowany prawdopodobnie chorobą, zmęczeniem materiału i wreszcie brakiem wiosny). Szczęśliwie to już za mną, a wiosna wreszcie wypełniła sobą łódzkie powietrze, więc teraz mam nadzieję wreszcie nadgonić recenzje, których przez ten czas sporo się uzbierało. Zacznę od lektur wyzwaniowych, a na pierwszy ogień idzie „Przebudzenie” autorstwa Kate Chopin, z którą to książką zapoznałam się podczas przygotowań do studiów. Na specjalnym kursie, na który wówczas uczęszczałam, omawialiśmy „Przebudzenie” w dużym skrócie. Nie przeczytałam wtedy tej krótkiej powieści bazując jedynie na streszczeniu i z perspektywy czasu cieszę się, że tak się stało. Te kilka lat temu fabuła wydała mi się płytka i poza jawnym motywem feministycznym niewiele wnosząca do literatury, dziś spojrzałam na nią inaczej i bardzo mi się spodobała. Starałam się w tej recenzji nie zdradzić zakończenia książki, jest ona jednak na tyle krótka, że ciężko omawiać ją inaczej, niż całościowo. Zresztą zakończenie, choć niezwykle symboliczne i skłaniające do refleksji, nie jest najważniejszą częścią utworu…

„Przebudzenie” zostało wydane w 1899, a Kate Chopin uważana jest za wczesną feministkę. Główną bohaterką swej krótkiej powieści Chopin mianowała Ednę Pontellier, młodą mężatkę z dwójką dzieci. Państwo Pontellier mieszkają na stałe w stanie Luizjana, wśród Kreolów – mieszkańców pochodzenia francuskiego, ludności konserwatywnej i niezwykle mocno trzymającej się hierarchii, w której mężczyzna stoi wyżej od kobiety, sprowadzając rolę tej drugiej do macierzyństwa i opieki nad domowym ogniskiem. Większość kobiet odnajduje się w przydzielonej im roli; te, które ośmieliły się zbuntować i ułożyć swoje życie inaczej traktowane są jak dziwadła, czego przykładem jest pianistka, panna Reisz. Co innego jednak rozpoczęcie innego życia już na początku swojej samodzielnej drogi, a co innego – zrezygnowanie z rodzinnego szczęścia, o którym można tylko marzyć. A taka właśnie myśl rodzi się w głowie Edny podczas letniska w Grand Island, gdzie adoruje ją młody Robert Lebrun. Po raz pierwszy kobieta zastanawia się, czy jej obecna sytuacja zaspokaja jej potrzeby, czy spełnia się i odnajduje w życiu, jakie prowadzi i które rozciąga się przed nią aż do śmierci. Pozornie błahe wydarzenia wpływają na Ednę i powoli prowadzą ją do przebudzenia – emocjonalnego, społecznego i wreszcie seksualnego.

Książka została uznana za szokującą i demoralizującą młode dziewczęta w momencie wydania, ale wiele lat później wreszcie ją doceniono i do tej pory uważa się, że miała wielki wpływ na literaturę amerykańską. Postać Edny fascynuje – jej powolne odkrywanie własnego ‘ja’, próba ułożenia i pogodzenia macierzyństwa ze spełnianiem się w roli kobiety wolnej od konwenansów i własnoręcznie sobie narzuconych zakazów i nakazów. Dodawtkowo Edna pozostaje normalna, zwyczajna, czego nierzadko brakuje nawet współczesnym bohaterkom. Maluje obrazy, ale nie jest wielką artystką i nie okazuje się nagle, że posiada niezwykły talent. Przeżywa miłość oraz chwilowe uniesienia, zrywa ze stereotypem kobiety obowiązującym wśród Kreoli, ale wciąż przyjaźni się z żywym ucieleśnieniem tych norm – panią Ratignolle. Chopin stworzyła niezwykle porywającą bohaterkę, a do tego opisała jej przeżycia oraz doznania duchowe pięknym językiem.

Feminizm nie jest oczywiście jedynym motywem powieści. „Przebudzenie” mówi głównie o szerszym pojęciu poszukiwania siebie i życia zgodnie z własnymi przekonaniami i potrzebami. Dzisiejszy świat i chyba każde społeczeństwo narzuca pewne normy, nawet jeśli nie są one tak widoczne i dużo bardziej elastyczne niż miało to miejsce w przeszłości. Podziwiam ludzi, którzy potrafią realizować swoje marzenia i dążyć do szczęścia bez oglądania się na normy, ale przede wszystkim – ludzi, którzy bez wahania potrafią odpowiedzieć na pytanie, czego chcą w życiu i co ich uszczęśliwia. Nawet po swojej decyzji o zmianach, Edna wciąż poszukiwała swojego miejsca w życiu, cierpiała nie mogąc pogodzić wszystkich aspektów własnej osobowości. Walka o własne ‘ja’ w „Przebudzeniu” jest cicha i samotna, tylko jedna osoba zdaje się rozumieć problemy Edny i odczytywać je we właściwy sposób, ale to zrozumienie następuje zbyt późno, by mogło uratować wrażliwą i spragnioną miłości kobietę.

Już po przeczytaniu nasuwa się pytanie, czy to się musiało tak skończyć? Czy istniała szansa na jakiekolwiek inne rozwiązanie? Czy ofiara Edny była potrzebna – prawdopodobnie i tak mało kto zrozumiał jej prawdziwą intencję. Nie zdziwiłabym się, gdyby pan Pontellier gładko zatuszował całe zajście, a Edna jawiła się znającym ją osobą jako osoba umysłowo słaba lub po prostu ciężko chora. A mimo to ciężko oprzeć się wrażeniu, że kobieta inaczej postąpić nie mogła, nie tracąc przy tym siebie, co było jej największym lękiem i wizją odbierającą sens jakimkolwiek poczynaniom.

Książkę czyta się błyskawicznie i bardzo przyjemnie, po lekturze natomiast jest się nad czym zastanowić. Gorąco namawiam wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji do zapoznania się z tym klasykiem.

Moja ocena: 5/6
Kate Chopin, „Przebudzenie” (Libros, 2002)

„Avatar” reż. James Cameron

W piątek wieczorem wybrałam się do kina na film „Avatar” James’a Camerona w wersji 3D, o którym każdy już pewnie słyszał lub chociaż widział gdzieś na mieście reklamujące dzieło plakaty. Przed seansem docierały do mnie głównie pozytywne opinie, ale o samym filmie wiedziałam niewiele. Poszłam i do tej pory jestem zachwycona. Po „Titanicu” Cameron po raz kolejny wyznaczył nowy standard jakości monumentalnej kinematografii. Ja wciąż żyłam w przekonaniu, że to, co we „Władcy Pierścieni” zrobił Jackson, to był szczyt osiągnięć sztuki filmowej na ten moment. Jak się okazuje – Cameron efektami pobił „Władcę” na głowę… (co nie znaczy, że uważam „Avatar” za film lepszy, nie ma co porównywać w tych filmach nic, poza efektami i grafiką komputerową właśnie, są zupełnie inne, mimo że oba fantastyczne, gatunkowo i odczuciowo :))

Sama fabuła jest prosta i dość przewidywalna. Niestety, oglądając „Avatar” nie ma co nastawiać się na dającą do myślenia i zaskakującą treść, choć nie jest to film głupi. Akcja filmu toczy się w odległej przyszłości. Były komandos, sparaliżowany od pasa w dół, przybywa na planetę Pandorę, by przejąć po zmarłym bracie bliźniaku udział w specyficznej akcji militarno-naukowej. Na niebezpiecznej i oszałamiająco pięknej planecie znajdują się złoża niezwykle cennej substancji, którą ludzie chcieliby wydobywać dla własnych zysków, w czym przeszkadza im miejscowa ludność, Na’vi. Tubylcy żyjący w zgodzie z przyrodą, czczący ją i dbający o każde drzewo, nie zgadzają się na jakiekolwiek niszczenie. Tym bardziej, że główne złoża mieszczą się w miejscu, uznawanym przez Na’vi za święte. Jake w ciele swojego Avatara zbliża się do tej błękitnej rasy i stopniowo poznaje ich zwyczaje, które zmieniają jego spojrzenie na Pandorę i ekspansję (już nie ‘białego’ a ‘ziemskiego’) człowieka w ogóle. A przy okazji, między nim a córką wodza, Neytiri, zaczyna rodzić się uczucie. Punkt dla tego, kto skojarzył fabułę choćby z disneyowską „Pocahontas” (co akurat dla mnie nie jest zarzutem – z „Pocahontas” wciąż połowę dialogów znam na pamięć, jako mała dziewczynka mogłam oglądać go codziennie). Temat ten był poruszany już niezliczoną ilość razy i choć zawiera w sobie wiecznie aktualne motywy (kolonializm, brak poszanowania dla ludności tubylczej i tolerancji w ogóle, ekologia, duchowość, itd.), to szkoda trochę, że twórcy nie pokusili się o nic nowego, nic zaskakującego. Szkoda, ale nie o fabułę tu głównie chodzi.

Co jest więc głównym atutem filmu? Świat. Pandora jest wielką dżunglą, zamieszkałą przez niezwykłe zwierzęta i porośniętą fantastycznymi roślinami. Twórcy wykazali się niezwykłą wręcz wyobraźnią, tak jakby naprawdę się wybrali na jakąś obca planetę i po prostu sfilmowali to, co tam zobaczyli. Dodatkowo, albo są wielbicielami twórczości Hayao Miyazakiego, albo w ekipie odpowiedzialnej za projekty musieli być Japończycy, bo wiele z ichniej estetyki można na Pandorze odnaleźć. Oglądanie filmu w 3D dodatkowo wzmaga ten efekt i na czas trwania filmu widz może uwierzyć, że naprawdę się tam znajduje. Nie mogłam oderwać oczu od zieleni, splątanych konarów, bogactwa lasu i tylko czekałam, aż spod liścia wyjrzą świetliste główki duszków Kodama. Wrażenie potęguje ładna i nastrojowa muzyka nadwornego kompozytora Camerona – James’a Hornera.

Warto zobaczyć ten film, z uwagi na efekty i cały wykreowany przez twórców świat. Nie znajdziemy tu bogatej fabuły, nie będzie wciskających w fotel dialogów, „Avatar” należy potraktować całkowicie rozrywkowo. Niektóre sceny budzą jednak olbrzymie emocje, właśnie z uwagi na bogactwo wizualne – lot na smokopodobnym stworze, rytuał odprawiany przez cały lud Na’vi… Są to sceny, które pewnie przejdą do historii kina. Dlatego zachęcam, żeby dać mu szansę, a sama zastanawiam się, czy nie pójść do kina jeszcze raz – żeby jeszcze raz znaleźć się na Pandorze i zobaczyć tę wspaniałą puszczę, ten świat magicznej przyrody…

Moja ocena: 5/6 (cóż, nawet fabuła mnie nie zdenerwowała, mimo braku głębi – nie lubię romantycznych komedii, ale filmy o miłości lubię, bardzo nawet :))

Avatar, reż. James Cameron, 2009.

Próbowałam oglądać wczoraj z płyty film „Strzelec” (reż. Antoine Fuqua), ale zasnęłam w połowie. Filmy z gatunku „zabili go i uciekł” mój organizm toleruje widocznie jedynie w przypadku, gdy występuje w nich Bruce Willis, inaczej się poddaje…