Archive

Archive for Lipiec 2009

Nowy dom Dysydenta

31/07/2009 1 komentarz

Przepraszam za opóźnienie wynikające z mojego braku zgrania z czasem i przestrzenią. Na szczęście w porę się opamiętałam i oto ogłaszam, że w wyniku losowania „Chiński dysydent” wybiera się do Bazyla! Poproszę teraz o przesłanie adresu na mail podany z boku i czym prędzej wyślę książkę :)

Dopisane w sobotę wieczorem: Jutro rano wyjeżdżam na tygodniowe wakacje, książkę wyślę więc jak dostanę adres i wrócę :)

Kategorie:książki, zabawa Tagi:

„Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin”

dzl

Słucham sobie przepięknej dalekowschodniej muzyki otrzymanej od Chihiro i przeszło mi przez myśl, że już od maja zbieram się do napisania czegoś o „Dzikich łabędziach” pani Jung Chang. Tu po przeczytaniu nie bardzo potrafiłam ubrać w słowa moje odczucia dotyczące tej książki, a potem, jak to często bywa, coraz ciężej mi się było do tego zabrać. Dlaczego więc nie napisać czegoś teraz?

„Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin” to autobiograficzna powieść Chinki, która po studiach wyjechała na stypendium do Wielkiej Brytanii, tam się osiedliła i mogła w końcu spisać losy swojej rodziny. W ten sposób powstała prawdziwa saga, poruszająca i prawdziwa, w rodzinnym kraju autorki zakazana. Chang podzieliła swoją powieść na trzy etapy, historie trzech kobiet: babki, matki i swoją własną. Ich losy są nierozerwalnie związane z historią Chin, przemianami społecznymi i politycznymi. Dzięki temu czytelnik do rąk dostaje książkę niezwykłą. Z jednej strony stanowi ona prawdziwą lekcję historii. Czytając „Dzikie łabędzie” uświadomiłam sobie, że moja wiedza o współczesnych Chinach jest właściwie zerowa. Autorka ma duży talent w pisaniu o polityce i przede wszystkim oczywiście o komunizmie w wydaniu maoistowskim w sposób przystępny i zapadający w pamięć. Dzięki temu można zrozumieć przemiany zachodzące w Kraju Środka, choć trochę przyjrzeć się chińskiej duszy, skomplikowanej i pełnej sprzeczności.

Przede wszystkim jednak odebrałam “Dzikie łabędzie” jako historię chińskiej rodziny, której podstawę stanowiły kobiety. Kobiety nieprzeciętne: silne i gotowe walczyć o swoje i rodziny szczęście, ale przy tym wrażliwe i takie… normalne. Świat babki, matki i córki różnił się od siebie, zdawałoby się, że każda żyła w innej epoce, a zwrot „generation gap” nie jest w ich przypadku pustym frazesem. Jednak wzajemna miłość i chęć zrozumienia utworzyła most nad tą przepaścią. Oczywiście, historia rodziny nie jest pozbawiona tragicznych epizodów, a Chang mimo niewątpliwej miłości i szacunku, którym darzy rodziców, stara się pisać o nich obiektywnie, nie pomijając na przykład niezwykle durowego charakteru ojca, zagorzałego komunisty, którego następnie zawód spowodowany prawdziwym obliczem komunizmu i rewolucja kulturalna doprowadziły do załamania nerwowego. Spodobała mi się scena, w której ten zagorzały entuzjasta komunizmu stwierdza, że jego syn rośnie na prawicowca, ale godzi się na to, akceptując kroczenie syna jego własną drogą, jego odrębność i własny rozum. Nie od dziś wiadomo, że szacunek to podstawa udanych relacji rodzinnych, ale tak rzadko teoria jest wykorzystywana w praktyce… Bardzo podobały mi się fragmenty o rodzeństwie Jung – każde z dzieci wybrało los inny niż ich rodzice, mimo że wychowane były w bardzo komunistycznym domu i bardzo długo, jak prawie wszyscy ich rówieśnicy pozostawały prawdziwymi wyznawcami kultu Mao.

”Dzikie łabędzie” wywarły na mnie wielkie wrażenie, dlatego ciężko mi w kilku zdaniach napisać, co tak niezwykłego jest w tej książce. Mogłabym pisać na jej temat wiele stron lub streścić wszystko w stwierdzeniu „fantastyczna”. Z jednej strony przeraża obraz państwa totalitarnego, stąd niedaleko już do Orwella i jego „Roku 1984”. O ile oczywiście przykre są fragmenty o torturach, mnie najbardziej przeraziła władza, jaką Mao miał nad zwykłymi obywatelami. Wielkiemu Przewodniczącemu przeszkadzają gołębie? W wyznaczonych godzinach każdy obywatel ma walić w garnki, żeby gołębie płoszyć i nie pozwolić im usiąść na ziemi – wyczerpane od bezustannego lotu padały martwe na ziemię. Wielki Sternik nie lubi trawy? Obywatele mają za zadanie ją wyrywać z każdego zielonego obszaru… Taka władza nad drugim człowiekiem jeży mi włosy na głowie. A jednak w tym czerwonym piekle Chang ukazuje istnienie ludzi uczciwych, wrażliwych, chętnych do pomocy i szanujących innych ludzi. Ta książka wzrusza, skłania do myślenia nad ludzką naturą i kierunkiem, w jakim zmierzamy. Gdybym miała coś do powiedzenia w sprawie układania listy lektur, to poleciłabym właśnie tę książkę.

Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Nie jest to lektura gładka, lekka i przyjemna, ale warta każdej minuty na nią poświęconej.
6/6
Jung Chang, „Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin” (Albatros, 2006)

„Chiński dysydent”

chd

Bardzo chciałabym napisać, że „Chiński dysydent”, otrzymany od Zosik mi się podobał i to zajmująca lektura. Niestety, po 200 stronach dałam sobie spokój. Temat zapowiada się smakowicie: oto przybysz z Chin, artysta bez większego talentu, za to zamieszany niegdyś w polityczne afery, przyjeżdża do Ameryki, gdzie ma nauczać malarstwa w szkole dla dziewcząt i tworzyć nowe prace, najlepiej inspirowane ubogacającą wymianą kulturową. Trafia do rodziny niejakich Traversów, którzy sami borykają się z wieloma problemami (dojrzewająca córka, syn z depresją i nieodpowiednią dziewczyną, a nade wszystko skomplikowana relacja między żoną a bratem męża) i nie bardzo mają głowę do pomagania Yuanowi Zhao odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Oczekiwałam opowieści o zderzeniu się dwóch kultur oraz bogatego tła współczesno-chińskiego, a tymczasem jest tego w „Chińskim dysydencie” jak na lekarstwo. Na pierwszy plan wysuwają się perypetie amerykańskiej rodziny, które nie porywają, a raczej przyprawiają o ziewanie. Natrętnie nasuwało mi się skojarzenie z opowiadaniem o takiej amerykańskiej rzeczywistości w jakimś zbiorku opowiadań wydanych pod szyldem Reader’s Digest, które pożyczyła mi kiedyś koleżanka na długą drogę autobusem. Bohaterowie są irytujący, do mnie nie przemówiła zwłaszcza Cece Travers, która w moim odczucia była kreowana na niby prostą, ale niezwykłą kobietę, przyciągającą do siebie zwłaszcza mężczyzn. Ciężko przekonać się do czytania nieciekawej historii, w której ciężko polubić jakiegokolwiek bohatera. Bo i dysydent nie zachęca – niby człowiek o bogatej i dramatycznej przeszłości, a pozostaje mdły i nieciekawy jak reszta. Do tego dochodzi słaby język, kilka razy miałam wrażenie, że tłumaczka robiła zwykłe kalki z angielskiego, więc jeśli o to chodzi, może to przekład pozbawił „Dysydenta” kolejnego waloru… Gdyby to była historia o mojej dalszej rodzinie, to może bym jakoś się wciągnęła, ale ponieważ nie obeszły mnie problemy Traversów i ich gościa, w myśl mojej nowej zasady o nie marnowaniu czasu, odłożyłam ją nieskończoną.

Jednak coś musi być w tym powieściowym debiucie Nell Freudenberger, bo wielu osobom przypadł do gustu. Więc jeśli ktoś miałby ochotę przeczytać „Chińskiego dysydenta”, to proszę zostawić komentarz pod tą notką. Jeśli zgłosi się kilka osób, to zrobię losowanie. Czas rozstrzygnięcia – czwartek o 20. Dysydent wciąż szuka domu!

Nell Freudenberger, „Chiński dysydent” (MUZA, 2009)

Stosiki letnie

Miałam nic nie kupować nowego, ani nie pożyczać – jaaasneee… Napatoczyło się kilka promocji, zły humor, który trzeba było sobie czymś przecież poprawić oraz odkrycie biblioteki uniwersyteckiej (nie ma to jak odkryć ją po czterech latach studiowania… ale zazwyczaj wystarczała mi biblioteka wydziałowa i tą główną się nie interesowałam – teraz już wiem, że to był błąd!). Oto rezultaty:

stosiki

Z lewej stosik zakupiony, z prawej – pożyczony.

W dużej mierze są tu książki, o których czytałam u Was na blogach i kilka przypadkowych tytułów. Od góry z lewej leżą:

  • Ursula LeGuin „Lewa Ręka Ciemności”
  • Ursula LeGuin „Malafrena” – obie kupione z powodu uczucia jakim darzę inne książki pani LeGuin, a że te tytuły zyskały spore uznanie bardzo chciałabym je przeczytać. Zresztą, ciekawi mnie, czy książki spoza Ziemiomorza również tak mocno przemówią do mojej wyobraźni.
  • Kamila Shamsie „Sól i Szafran” – bardzo jestem ciekawa tej książki jak i w ogóle pisarstwa Shamsie. Tematycznie najbardziej odpowiadałaby mi najnowsza, „Burnt Shadows”, ale z braku do niej dostępu zadowolę się tą.
  • Shan Sa „Brama Niebiańskiego Spokoju”
  • Haruki Murakami „Na południe od granicy, na zachód od słońca”
  • Susan Fletcher „Ostrygojady”
  • Graham Greene „Spokojny Amerykanin” – czytałam kiedyś jedną książkę Greene’a i spodobała mi się, więc z chęcią przeczytam coś nowego, a tu dodatkowo temat wydaje mi się całkiem zachęcająco.
  • Haruki Murakami „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”
  • Haruki Murakami „Kafka nad morzem” – poważnie zabrałam się do zaznajamiania się z panem Murakamim :)
  • Lew Tołstoj „Anna Karenina” – bardzo chciałam mieć swój własny egzemplarz.
  • Nell Freudenberger „Chiński dysydent” – dostany od Zosika.
  • A to książki pożyczone:

  • Susanna Kaysen „Przerwana Lekcja Muzyki” – jako nastolatka byłam pod wielkim wrażeniem filmu na podstawie tej książki. Nie wiem, czy w każdym wieku historie o młodych ludziach z zaburzeniami działają równie silnie, ale z ciekawością to sprawdzę.
  • Wiktor Pielewin „Święta księga wilkołaka”
  • Mariusz Wilk „Wołoka”
  • Eduardo Mendoza „Przygoda fryzjera damskiego”
  • Juli Zeh „Cisza jest dźwiękiem”
  • Preethi Nair „Sto odcieni bieli”
  • Petra Hulova „Czas czerwonych gór”
  • Isaac Bashevis Singer „Sztukmistrz z Lublina”
  • James Buchan „Miłość pod niebem Iranu” – polski tytuł jest dość przerażający, ale sama książka wydaje się być całkiem ciekawa… W każdym razie postanowiłam dać jej szansę.
  • Ponieważ jest tego dość sporo, postanowiłam być bardziej wymagająca i cenić swój czas, który poświęcam na czytanie (oglądanie filmów zresztą też). Zwłaszcza po lekturze nieszczęsnego „Czegoś pożyczonego”, postanowiłam sobie, że jeśli książka nie zaciekawi mnie po przeczytaniu 100 stron – nie męczę się dalej i odkładam ją na półkę (filmom daję pół godziny). Tym sposobem będę mieć więcej czasu na naprawdę satysfakcjonujące lektury :)

    Kategorie:książki, meta, stosik

    Słowenia

    Słowenia to malutki kraj, który posiada wszystko. A przynajmniej większość walorów, które sprawia, że tak wiele osób traci dla niego głowę. Są góry, piękne morze (choć plaże niestety mają kamieniste… ale większość mieszkańców ceni sobie takie zdecydowanie bardziej niż piaszczyste), wiele malowniczych nadmorskich miasteczek, oraz nowoczesną stolicę z uroczą starówką. Do tego dochodzą świetnie utrzymane drogi i wiele miejsc godnych zwiedzenia.

    IMG_4812

    Jednym z najwyraźniejszych wrażeń, z jakimi opuściłam ten kraj, było świetne zorganizowanie. Słoweńcy są bogaci, dostają spore sumy z Unii i co najważniejsze, potrafią te pieniądze świetnie wykorzystać. To chyba wzbudziło we mnie największy podziw: widać fantastyczne gospodarowanie każdym euro, pomysł na kraj i przede wszystkim – realizację tego pomysłu. Coś, czego u nas tak bardzo brakuje. Mieszkańcy nie narzekają, praca jest, a żeby zarobić na egzotyczną wycieczkę wystarczy dwa miesiące popracować jako kelner i już stać ich na wyjazd do Syrii czy Turcji na dwa tygodnie. Restauracje i kluby, nawet w nadmorskich kurortach zamykane są najpóźniej o 20 – nie trzeba pracować dłużej, nie trzeba robić nadgodzin. Każdemu należy się odpoczynek. Dlatego też życie toczy się wolno, leniwie w rozprężającym upale, bez stresu. Jeśli masz gdzieś być na 10, osoba, która Ci to przykazała najpewniej sama zjawi się o 10.30. Po co się spieszyć?

    temp 108

    Słowenia ma też swoje, patrząc z punktu widzenia mieszkańca Polski, małe dziwactwa, pomijając już kwestię wyżej wspomniany fakt, zamykania wcześnie wszystkich miejsc, które w innych krajach, zwłaszcza w miejscowościach turystycznych, otwarte są do późna w noc (choć odbywają się koncerty i inne wydarzenia „na powietrzu”, które oczywiście trwają do późna, choć wciąż późna godzina znaczy w Słowenii coś innego niż u nas chociażby). Dla Polaka ciekawostką może być także fakt, że na całe miasteczko (nie takie znów małe) jest tylko jedna apteka, wielkości pokoju, którego większą część zajmują kosmetyki Vichy. Kiedy pytałyśmy z koleżanką o środek przeciwbólowy typu ibuprom czy paracetamol, który u nas można kupić w każdym supermarkecie, panie ekspedientki patrzyły na nas jak na narkomanki, a przynajmniej podejrzane indywidua. Okazuje się, że jesteśmy nacją lekomanów… (dla mnie akurat taki stan rzeczy nie byłby kłopotliwy, z zasady nie zażywam żadnych środków przeciwbólowych). Najbardziej jednak rozczuliła mnie pizza „z oliwkami”. Choć tak dumnie napisano w menu, w dużej restauracji w Koprze (może gdzie indziej jest inaczej), pizza z oliwkami posiada oliwkę sztuk jeden, dumnie umiejscowioną na samym środku pizzy. Żeby było ciekawiej, pizze, które według menu oliwek nie posiadają, również mają taką na samym środeczku (z pestką w dodatku).

    temp 166

    Miasteczka nadmorskie na Słowenii mają ten nieodparty urok śródziemnomorskich osad. Domki z czerwonymi dachami przycupnęły to na wzgórzu, to tuż nad brzegiem morza. Na szczycie góry wznoszą się malownicze ruiny zamku, w którym kiedyś pewnie spędzali letni czas książęta, popijając wino i wdychając powietrze duszne od zapachu kwiatów i owoców. Ten klimat ciepłego rozleniwienia z dużą dawką przepysznych win unosi się tam do dziś.

    Mimo tego wszystkiego jednak, nie pokochałam Słowenii. Czegoś zabrakło dla mnie w tym zadowolonym z siebie kraju, który do tego zadowolenia ma jak największe podstawy. Nic nie chwyciło mnie za serce, choć tak wiele rzeczy zachwyciło (na przykład nieziemska jaskinia Postojna Jama, która niczym brama do innego świata wręcz olśniewa). Może stałoby się tak z jeziorem Bled, ale niestety tam nie dotarłam. Słowenia to idealne miejsce na wczasy, chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić, żeby zobaczyć wspomniane jezioro, ale bardziej ciągnie mnie w inne miejsca…

    Kategorie:podróże

    Łańcuszek – część ostatnia

    Wstyd mi już trochę, że wciąż nie zakończyłam zabawy łańcuszkowej, umieszczam więc odpowiedzi na ostatnie pytania, zadane tym razem przez Papierową Latarnię:

    1. Wybierając książkę, czym się sugerujesz. Bardziej opinią internautów i znajomych czy własną intuicją?

    Cześciej opinią kogoś, kto już książkę przeczytał, a mogę mieć jakiekolwiek podstawy, żeby przypuszczać, że ma zbliżony gust do mojego. Odkąd odkryłam świat blogów literackich, sprawa jest dla mnie ułatwiona i moja lista książek do przeczytania wydłużyła się poza wszelkie ramy przyzwoitości. Jednak czasem zdarza mi się kupić czy wypożyczyć książkę, bo spodoba mi się okładka lub tytuł, a notka z tyłu okładki jakoś mnie zachęci.

    2. Zdarza się, że wypożycasz/ kupujesz książkę tylko ze względu na okładke?

    Tylko ze względu na okładkę – nie. Czasem jednak to właśnie okładka przyciąga mnie na tyle, że szukam recenzji lub choć opisów książki i jeśli brzmią zachęcająco, kupuję.

    3. Czy jest jakaś książka z dzieciństwa, do której wracasz do dziś?

    Oj, sporo ich jest… Przede wszystkim już wspominana wcześniej „Mała Księżniczka”, wiele zbiorów baśni i legend, lubię też czasem oglądać ilustracje ze starych książeczek.

    Na tym kończę zabawę u siebie na blogu. Chyba wszyscy już brali w niej udział, więc nie zadaję żadnych nowych pytań. Tymczasem biorę się za pisanie notek „na temat”, mam wiele zaległych tematów, ale upał utrudnia zebranie myśli…

    Kategorie:zabawa

    „The Harmony Silk Factory” Tash Aw

    hsf

    „Faktoria Jedwabiu” (polski tytuł) autorstwa pana o nazwisku Tash Aw jest debiutem tego autora, a przy okazji pierwszą malajską powieścią, jaką udało mi się przeczytać (choć napisana została po angielsku i wydana w Londynie…). Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale całkiem obiecująca nowa znajomość.

    Książka opowiada historię Chińczyka, Johnny’ego Lima, kupca tekstylnego, o którym krążą różnorodne plotki i legendy, a ludzie nie mogą się zdecydować, czy jest to oszust odpowiedzialny za śmierć wielu ludzi, czy bohater, dzięki któremu miasto przeżyło pomimo napaści Japończyków. Jednak to nie Johnny jest głównym bohaterem powieści – jego losy poznajemy z perspektywy trzech bliskich mu osób: syna, żony Snow i przyjaciela, Petera Wormwooda. Każde z nich patrzyło na Johnny’ego z trochę innej perspektywy, ale wydaje się, że żadne nie poznało go do końca, o ile w ogóle można mówić o poznaniu. Mimo to otrzymujemy całą historię chińsko-malajskiej rodziny z pewnym angielskim akcentem.

    Książka napisana jest naprawdę ładnym językiem, choć ostatnia część (opowiedziana przez Petera) mocno mi się dłużyła i miałam ochotę przeskakiwać całe fragmenty. Postać Johnny’ego intryguje i czytelnik chętnie kompletuje układankę zbierając informacje od trzech narratorów. Syn, Jasper, buntuje się przeciw ojcu, ze strzępków informacji, jakie zdobył o nim i o swej matce ułożył postać człowieka bezwzględnego i okrutnego. Z dalszych części wyłania się jednak zupełnie inny obraz, nie tylko Johnny’ego, ale także Snow, jej rodziców i Petera, a także innych istotnych postaci. Mnie Johnny wydał się przede wszystkim bardzo samotnym i niezrozumianym człowiekiem. Z podanych myśli i wypowiedzi ułożyłam sobie własny portret tego wpływowego Chińczyka i podejrzewam, że tak jak Snow, Jasper i Peter posiadali własną wizję Johnny’ego patrząc na niego z ograniczonej perspektywy, tak każdy czytelnik dopasowując te czasem sprzeczne wizje utworzy sobie własny obraz, decydując, które zdarzenia były prawdziwe i jakie intencje kierowały bohaterem. Właśnie ta możliwość interpretowania po swojemu spodobała mi się w powieści najbardziej. Przypomina to także o interpretowaniu historii w ogóle, o tym jak uważnym trzeba być oceniając kogoś i zawsze mieć świadomość, jak zawężony jest nasz obraz widzenia wydarzeń, w zwłaszcza ludzi. Łatwo jest kogoś źle oceniać, ranić i skazywać na samotność, nie troszcząc się o wysiłek zapoznania się z jego punktem widzenia i obiektywnym spojrzeniem na zaistniałe sytuacje. Potem nierzadko jest za późno na odwrócenie zła, które się wyrządziło.

    Oczywiście ciekawie było także dowiedzieć się czegoś o Malezji, jej historii i kulturze, bo to jeden z zakątków świata, o których wciąż wiem zdecydowanie za mało. Tash Aw ma talent do opisywania swojego rodzimego kraju i ludzi w nim żyjących. Przeglądając zdjęcia z Malezji ma się wrażenie, że to świat z bajki.

    malezja

    Choć czytając „Faktorię Jedwabiu” nie byłam szczególnie zachwycona, to jednak mogę ją polecić jako kawałek porządnej literatury, a po inne tytuły Tasha Aw z chęcią sięgnę, jeśli wpadną mi w ręce.

    4/6
    Tash Aw, „The Harmony Silk Factory” (HarperPerennial, 2005)

    Na zakończenie dalszy ciąg łańcuszku, pytania zadane przez Lilithin:
    Czy zdarzyło Ci się zniszczyć książkę (własną lub pożyczoną)? W jakich okolicznościach i jeśli była pożyczona, to jak się wytłumaczyłaś?
    Bardzo dbam o książki, więc raczej mi się nie zdarzają tego typu wpadki. Pamiętam, że raz upuściłam książkę pożyczoną od kuzyna i ubrudziła mi się ziemią – wyczyściłam ją gumką i nie było śladu. Gdyby zniszczyła się trwale, to na pewno bym odkupiła. Bardzo nie lubię, kiedy pożyczam komuś książkę, a ten ktoś zwraca mi z np. rozgniecionym robakiem pod okładką (z czego zdaje sobie ów pożyczający sprawę). Miałam taką sytuację i nie byłam zachwycona.

    Czy zdarza Ci się czytać w języku obcym? Jeśli tak, to w jakim i co decyduje o tym, że sięgasz po taką książkę?
    Czytuję książki po angielsku (tylko ten język poza ojczystym znam na tyle, żeby móc w nim czytać literaturę). Dlaczego? Because I can ;) Na początku, żeby się poduczać i cieszyć, że potrafię, potem, bo trzeba było czytać lekturym, a teraz też mam dużo naukowej czytaniny plus po prostu lubię czytać w oryginale, więc jak mogę, to czytam. Choć i tak najbardziej chyba lubię czytać po polsku (chyba, że przekład jest nieznośny, wtedy zrobię wszystko, żeby znaleźć oryginał).

    Czy kiedykolwiek obejrzałaś film, który zachęcił Cię do przeczytania książki? Albo: czy w ogóle oglądasz filmy na podstawie książek, których jeszcze nie czytałaś?
    Bardzo wiele filmów będących adaptacją oglądałam przed czytaniem książek. Nigdy nie wynikało to z jakiejś szczególnej polityki, po prostu miałam dostęp do filmu, a do książki akurat nie. Teraz jednak mam dylemat z „Lektorem” i „Drogą do szczęścia” – dostęp do filmu mam, do książki nie, ale waham się, czy warto zaczynać od filmu.