Archive

Posts Tagged ‘literatura dalekiego wschodu’

Zimowy Archipelag – już jest!

W siódmym numerze za temat przewodni obrałyśmy CIAŁO – temat stosunkowo rzadko poruszany w kontekście literatury, mimo że każdy bohater ciało posiada, co stwarza nieograniczone wręcz pole do popisu dla pisarzy. Jak traktują je autorzy? Nadzwyczaj często zwracają uwagę na cielesność, gdy ona zawodzi, gdy nie spełnia naszych oczekiwań, gdy boli i upokarza. Ciało zdrowe, piękne i silne, zdawałoby się, nie stanowi aż takiego wyzwania, przyjmuje się je często za pewnik, a ono też ma prawo dawać się we znaki.

Pochylamy się nad schorowanymi i sprawiającymi ból ciałami bohaterów literackich. Analizujemy cierpienie i chorobę Haliny Poświatowskiej, o której często pisała w swych dziełach. Rozkładamy na czynniki pierwsze stosunek Elfriede Jelinek i tytułowej bohaterki jej powieści pt. „Pianistka” do ciała, szukając wspólnych mianowników. Badamy, jak ciało i cielesność opisywane są w Biblii. Literatura japońska często zahacza o tematykę cielesności, na wybranych przykładach omawiamy traktowanie kobiecego ciała przez pisarzy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Rozważamy, czy „Gargantua i Pantagruel” faktycznie mogą szokować i oburzać czy bardziej bawić i śmieszyć ujęciem cielesności przez autora książki, François Rabelais’go.

Tropimy ślady natury w powieściach i opowiadaniach norweskiego pisarza Tarjei Vesaasa. Rozmawiamy z Anne B. Ragde, pisarką również pochodzącą z Norwegii, o rodzinie, jej ojczystych stronach i pasjach życiowych. Pochylamy się znów nad literaturą japońską, skupiając uwagę na pisarzach chrześcijańskich z tego kraju oraz szukając kontekstów interpretacyjnych w powieści „Kobieta z wydm” Kōbō Abe i filmie o tym samym tytule Hiroshiego Teshigahary. Włochy obecne są w siódmym numerze w kontekście kulinarnym, pozwalając posmakować piadiny oraz odbyć literacką wycieczkę do przepięknej Wenecji. Zachęcamy do zwrócenia uwagi na „Novecento” Alessandro Baricco, książkę, stanowiąca źródło inspiracji dla filmowców i reżyserów teatralnych.

Próbujemy uporządkować termin „realizm magiczny”, cofając się do źródeł i genezy jego powstania. Zamyślamy się nad potęgą słowa, pisanego i mówionego, i dumamy nad egzystencją wraz z Tomaszem Różyckim, autorem zbioru wierszy „Księga obrotów”. Zastanawiamy się też nad życiem, tożsamością i twórczością Rafała Wojaczka, skupiając się na filmowych portretach poety. O egipskim nobliście Nadżibie Mahfuzie rozmawiamy z tłumaczką literatury arabskiej Jolantą Kozłowską. Przybliżamy postać francuskiego rysownika i autora powieści graficznych Christophe’a Chabouté. Bolejemy nad wykorzystywaniem znanych postaci bajkowych i opowieści do tworzenia niepotrzebnych sequeli.

Przybliżamy ciekawe budynki bibliotek na całym świecie. Opowiadamy o najnowszych trendach czytelniczych w Indiach i Chinach. Zdajemy relację z I Salonu Ciekawej Książki, łódzkich targów książkowych, nad którymi „Archipelag” objął patronat. Przedstawiamy autorów i ich dzieła, które w ostatnich kilku miesiącach nagrodzone zostały prestiżowymi wyróżnieniami literackimi. Jak w każdym numerze recenzujemy interesujące książki z rynku polskiego i rynków światowych.

Organizujemy kilka konkursów i zabaw literackich. Przypominamy postacie fikcyjnych pisarzy w filmach. Wraz z serwisem Lektury Reportera zapraszamy do konkursu, w którym wygrać można zbiór reportaży polskich autorów. Nagrody książkowe czekają też na zwycięzców naszego stałego quizu.

Życzymy przyjemnej lektury!

Jeśli chodzi o teksty mojego autorstwa, to zapraszam gorąco do przeczytania moich trzech recenzji: „Kurdystan. Bez miejsca na mapie”, „The Uninvited” oraz „Każdy zrobił, co trzeba”. Przeprowadziłam także wywiad z arabistką i tłumaczką Jolantą Kozłowską, która tłumaczyła książki Nadżiba Mahfuza i swego czasu spotkała się z tym pisarzem i Noblistą. Wreszcie, zapraszam do przeczytania relacji z I Salonu Ciekawej Książki mojego autorstwa.

Szanghaj w kobiecym wydaniu

Szanghaj, lata 40. i 50. ubiegłego wieku. Kobiety, ich wolność, miłość, intrygi splątane z emocjami w nierozerwalne konfiguracje. Wojna czyhająca pod drzwiami, nowoczesność w zachodnim stylu połączona z chińską tradycją. Kameralne dramaty w cieniu wielkich nieszczęść i wielkich przemian. Tak w skrócie można opisać „Miłość jak pole bitwy” Eileen Chang, choć będzie to opis mocno wyidealizowany. Po obejrzeniu emocjonującego i przesmutnego „Ostrożnie, pożądanie”, które jednak nie usatysfakcjonowało mnie w pełni, liczyłam na to, że pierwowzór książkowy i inne opowiadania autorki zamknięte w wymienionym powyżej zbiorku poruszą mnie jeszcze bardziej, a zazwyczaj zdystansowany i pełen niedopowiedzeń styl, który kojarzę z literaturą z Dalekiego Wschodu, doda jeszcze wyrazistości opisywanym historiom. Niestety, po skończonej lekturze nie mogę pozbyć się wrażenia, że wyszło mdło i miejscami po prostu banalnie. Choć zabrzmi to dość okrutnie, najlepszym tekstem pozostaje wstęp autorki, w którym Chang pisze o swoim pisarstwie, wyborze tekstów i własnych emocjach z nimi związanymi. Same opowiadania przedstawiają się dużo słabiej.

Fabularnie najciekawszym tekstem wydało mi się właśnie „Ostrożnie, pożądanie” oraz może „Kwiat unoszący się na falach”, o kobiecie samotnej, która wybrała samodzielność i podjęła wyzwanie wyjazdu z kraju i wzięcia własnego życia w swoje ręce. Nie chcąc podzielić losu wielu znajomych i członków rodziny, którzy zdani na łaskę krewnych wiedli ponure życie na krawędzi nędzy, Louzhen szuka pracy, stanowi o sobie i nie znajdując sama miłości, nie czeka na nią w postaci aranżowanego małżeństwa. I choć pozostałe historie są mało odkrywczymi romansami (uczucie rodzące się między guwernantką a jej poznanym przypadkowo chlebodawcą, miłość między nauczycielem a studentką owładniętą miłością do muzyki, skomplikowane relacje między dwiema siostrami i kręcącymi się wokół nich mężczyznami), kobiety nakreślone przez Chang są mocnym punktem tych opowiadań – silne psychicznie, gotowe wziąć życie w swoje ręce i zapanować na porywami serca. Większość z nich pracuje, z godnością starają się wieść swoje życie nawet w obliczu porażki na większości frontów. Przede wszystkim jednak Chang skupia się na związkach kobiet z mężczyznami, z jednym wyjątkiem opowiadania o przyjaciółkach z przeszłości, które na nowo starają się odbudować łączącą je niegdyś zażyłość. W wielu miejscach klasyczne, chwilami stają się dość banalne, jak choćby utrzymane w konwencji powieści obyczajowej (jak stwierdziła autorka) „Wielka szkoda”, które jest do znudzenia powielanym melodramatem znanym z filmów i książek (pracodawca i młoda, niebogata dziewczyna pełna godności, która naucza jego dziecko). Tytułowe „Miłość jak pole bitwy” jest historią zabawną, napisaną w formie utworu scenicznego, która jednak wydaje się być gotowym scenariuszem romantycznej komedii. Owszem, znajdziemy tu ciekawy portret „milczącego pokolenia”, ludzi nie mogących się odnaleźć w zmieniającej się szybko rzeczywistości. Sama treść jednak nie zachwyca.

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czego opowiadaniom Chang brakuje, bo sam zamysł i część pomysłów można było z pewnością przekształcić w poruszające i wywierające duże wrażenie teksty – a tego zazwyczaj oczekuję od krótkiej formy. Siła wyrazu, dobitna puenta zapadająca w pamięć. Opowiadania składające się na „Miłość jak pole bitwy” już powoli zaczynają zlewać mi się w jeden tekst. I mimo kilku naprawdę udanych fragmentów, teksty te pozostają w moim odczuciu przeciętne i rozczarowujące. Choć sama autorka wzbudziła moją sympatię, raczej nie sięgnę po kolejne jej książki.

Tytuł: Miłość jak pole bitwy
Tytuł oryginału: Qing Cheng Zhi Lian (倾城之恋)
Autor: Eileen Chang
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 336
Moja ocena: 2/6

„Sól i Szafran” Kamila Shamsie

Na taką książkę miałam ostatnio ochotę i takiej potrzebowałam. „Sól i Szafran” Kamili Shamsie jest zarówno egzotyczna jak i uniwersalna; na tyle lekka, żeby sprawiała niekłamaną przyjemność bez zbytniego wysiłku, na który ostatnio ciężko byłoby mi się zdobyć, a jednak poruszając kilka istotnych tematów; aż wreszcie dość cienka, więc przeczytałam ją szybko, co też mi odpowiada w obecnej chwili. Nawet odeszłam od czytania wyłącznie w środkach komunikacji, do czego ostatnio się ograniczyłam, przyznaję ze wstydem. Ponieważ jednak w przyszły czwartek wreszcie będę musiała zaprezentować nieistniejący fragment mojej pracy magisterskiej oraz równie nieistniejące badanie, po tym dniu moja sytuacja czytelnicza powinna się zdecydowanie poprawić… Na to liczę, a tymczasem polecam „Sól i Szafran”!

Aliya pochodzi z szacownej rodziny Dard-e-Dilów, która poza swoim szlachectwem i mnogością niezwykłych członków rodziny, wyróżnia się także klątwą „nie-całkiem bliźniąt”. Choć uwielbiają opowiadać najróżniejsze historie o swoim klanie, a anegdotami i moralitetami sypią jak z rękawa, pewnych spraw nie chcą poruszać nawet między sobą. Na przykład odejścia Mariam, ukochanej kuzynki Aliyi lub też rozłamu rodziny na skutek Podziału pomiędzy Indiami i Pakistanem. Aliya pragnie zrozumieć historię rodziny i rozwikłać tajemnicę Mariam. W dodatku poznaje pewnego Pakistańczyka, który dawno już nie był w ojczyźnie i nie w pełni zdaje sobie sprawę z panujących tam podziałów. Aliya jest nim zafascynowana, ale wzniesienie się ponad uprzedzenia nie jest takie proste. Choć każdy chce widzieć siebie jako osobę tolerancyjną, otwartą, a nawet światową, pewne rzeczy są w podświadomości zakorzenione wyjątkowo głęboko i zerwanie z nimi wymaga nie lada wysiłku, o ile w ogóle jest tak do końca możliwe…

„Sól i Szafran” dotyka zarówno uniwersalnych prawd o życiu człowieka, nie popadając przy tym w moralizatorstwo lub zbytni patos. Nastrój w książce jest odpowiednio wyważony, jak przyprawy w potrawach przyrządzonych przez genialnego kucharza, Masooda. To właśnie jedzenie stanowi pewien punkt odniesienia i główną metaforę książki. W życiu nie może zabraknąć ani wyrafinowanego szafranu, ani pospolitej, ale jakże ważnej soli. Poza tymi ogólnymi refleksjami, Shamsie dotyka także problemu podziału i rozłamu, jaki nastąpił w momencie utworzenia się Pakistanu. Moja wiedza o tym kraju woła o pomstę do nieba, z chęcią więc podczas czytania korzystałam także z innych źródeł, żeby ułożyć sobie tę historię w głowie, choć autorka podaje konieczne minimum w swojej książce, w bardzo przystępny i ciekawy sposób. Rodzina Dard-e-Dilów przeżywa rozłam z momentem utworzenia się dwóch państw, a może było to jedynie jedyne możliwe zwieńczenie wydarzeń, które miały miejsce już jakiś czas temu? W klanie panuje wiele uprzedzeń i norm dotyczących etykiety, zmieniających się z pokolenia na pokolenie, ale wciąż głęboko zakorzenionych w umysłach członków rodu. Czy takie są właśnie dzisiejsze Indie i Pakistan?

Kamila Shamsie urodziła się i wychowała w Pakistanie, w Karaczi, po czym wyjechała na studia do Ameryki. Pochodzi z rodziny o literackich tradycjach, więc łatwo można sobie wyobrazić, że w jej domu opowiadało się dużo historii i przywiązywało wagę do książek. Być może dzięki temu Shamsie stała się wspaniałą gawędziarką, a jej pisanie ma niezwykły urok. W prostych słowach potrafi opisać głębokie uczucia, z humorem odnosi się do najrozmaitszych wydarzeń w ludzkim życiu. Bardzo dobrze mi się „Sól i Szafran” czytało, polecam więc każdemu, a sama z chęcią sięgnę po inne książki tej autorki.

Moja ocena: 5/6
Kamila Shamsie, „Szafran i Sól” (Red Horse, 2008)

„Sto odcieni bieli” Preethi Nair

Kolorowe wyzwanie nęci tak wieloma barwami, że ciężko mi było zdecydować się na krótką listę składającą się z trzech pozycji. A kiedy się już zdecydowałam, okazało się, że nie jestem typem, któremu łatwo się czyta według ustalonego planu, choćby ten plan był ułożony przez mnie samą. Prawdopodobnie więc nie przeczytam w terminie więcej kolorowych książek niż zalecane trzy, ale i tak bawię się doskonale. A ponieważ czas trwania wyzwania coraz bardziej się kurczy, zebrałam się do napisania o pierwszej z przeczytanych w jego ramach książek.

Sto odcieni bieli

„Sto odcieni bieli” Preethi Nair to ładna, indyjsko-angielska bajka, nad którą unosi się mocny aromat indyjskich przypraw i potraw. Bohaterkami są dwie kobiety, matka i córka, które los przenosi z ukochanych Indii do chłodnego Londynu. Nalini wychodzi za mąż za człowieka należącego do wyższej warstwy społecznej i początkowo żyje na południu Indii jak królowa. Powoli jednak zaczyna odczuwać, że zostaje w swojej miłości sama i kiedy mąż prosi, żeby razem z małymi dziećmi, Mają i Saćinem, przeprowadziła się za nim do Londynu, postanawia spełnić jego prośbę. Zostawia swoją matkę, znajomych oraz ukochaną ojczyznę i przeprowadza się do nieznanego kraju. Niestety, jej oczekiwania i nadzieje szybko okazują się płonne i Nalini zostaje sama w Londynie, w którym nie potrafi się odnaleźć. Jej dzieci natomiast dość szybko przystosowują się do nowych warunków i, co typowe dla drugiej generacji emigrantów, nie zależy im na umacnianiu więzi z ojczystymi Indiami. Zwłaszcza Maja, dziewczynka uparta i dość krnąbrna, czująca zawsze głęboką więź z nieobecnym teraz ojcem, odsuwa się coraz dalej od matki i wszystkiego, co kojarzy się z Indiami. Nalini powoli odzyskuje równowagę, w czym pomagają jej indyjskie potrawy – większość czasu spędza na gotowaniu, zaczyna zarabiać dzięki niemu na życie i odnajduje samą siebie w nowym otoczeniu. A także pomaga wszystkim wokół, wyczuwając ludzkie problemy i znajdując na nie lekarstwo w indyjskich przyprawach. Tylko Maja nie potrafi znaleźć dla siebie ratunku w indyjskim jedzeniu, bo to ono w pewnym stopniu stanowi jej problem – to jedzenie, jej matka i indyjskie pochodzenie. Jej droga do odnalezienia samej siebie będzie bardziej skomplikowana i dużo dalsza…

Zastanawiam się, czy Preethi Nair ukazała w postaci Mai samą siebie z lat dziecięcych. Autorka również przeprowadziła się do Anglii jako małe dziecko i pewnie dobrze poznała trudności związane z taką sytuacją. Może pisanie o tym było dla niej balansowaniem na granicy pomiędzy fikcją a bardzo osobistymi przeżyciami i dlatego w rezultacie otrzymujemy książkę powierzchowną. Żaden z dotykanych przez nią problemów nie został zgłębiony, charaktery bohaterów to dość typowe szablony postaci i choć można je polubić, to na nawiązanie więzi i kibicowanie im raczej czytelnik nie może liczyć. „Sto odcieni bieli” to całkiem miłe czytadło, które czyta się szybko i przyjemnie, ale lektura nie porusza i szybko można o książce zapomnieć tuż po zakończonym czytaniu. Ma kilka dobrych momentów, ale i kilka wciśniętych, zdawałoby się, na siłę (np. wątek narzeczonego Mai i jego rodziny). Nie jest to lektura obowiązkowa, ale też i nie zupełnie stracony czas.

Zastanawiam się nad drugą książką Nair, „Kolorami miłości”. Czy jest podobna do „Stu odcieni bieli”? Lepsza, gorsza? Warto po nią sięgać, jeśli wyżej opisywana pozycja nie zrobiła na mnie wrażenia?

Preethi Nair, „Sto odcieni bieli” (MUZA, 2004)

 

 

Dziś uczniowie po raz kolejny wzięli plecaki i poszli do szkoły zaczynając nowy rok szkolny. A w tym samym czasie 70 lat temu wybuchła wojna. Chciałam coś o tym napisać, ale blogowe koleżanki już poruszyły te tematy, a ja poczułam, że niewiele zostaje mi do dodania.

Więcej o Chinach

Po wspaniałych „Dzikich łabędziach” miałam ochotę na kolejne książki dotyczące Chin, tym razem na pozycję bardziej beletrystyczną. Z wielkimi nadziejami zabrałam się więc za czytanie dwóch powieści (choć są one tak krótkie, że słowo powieść brzmi w ich przypadku zbyt dumnie) chińsko-francuskiej autorki, Shan Sa.

Shan Sa urodziła się w Pekinie, a do Paryża wyemigrowała na stypendium dopiero po wydarzeniach na placu Tian’anmen, które bardzo przeżyła. Na początku zajmowała się pisaniem wierszy i na tym polu osiągnęła swoje pierwsze sukcesy. Jej pierwsze powieści zostały wydane już w języku francuskim: „Brama Niebiańskiego spokoju” oraz „Cztery życia wierzby” i to właśnie te dwie książeczki wpadły mi w ręce. Obie są na tyle krótkie, że można przeczytać je w jeden wieczór i traktują o rzeczach bliskich autorce.

bns

„Brama Niebiańskiego Spokoju” opowiada o wydarzeniach tuż po masakrze na placu Tian’anmen. Młoda przywódczyni ruchu, Ayamei, oporu błąka się po ulicach Pekinu i dość biernie pozwala się ukrywać i w końcu wywieźć z Pekinu. Choć na prowincji na chwilę odnajduje spokój, na jej trop wpadają w końcu żołnierze pod dowództwem zagorzałego maoisty, Zhao. Zhao, dziecko ubogich rolników, doszedł do dość wysokiej pozycji dzięki wytrwałości i oddaniu. Wierzy w lepsze, maoistyczne Chiny i kiedy dostaje rozkaz wytropienia Ayamei, nie spocznie, póki tego nie zrobi. Ayamei ucieka w góry i tam poszukuje jej Zhao, czytając znaleziony pamiętnik dziewczyny. Z kart dziennika opozycjonistka jawi mu się w zupełnie inny niż podawali to zwierzchnicy sposób i dla mężczyzny staje się ostoją piękna i poezji, o których musiał zapomnieć w swoim żołnierskim życiu. Odżywają powoli tłumione dotąd uczucia i choć nie znajdziemy w tej powieści wątku miłosnego, reklamowanego w notce wydawniczej, to między bohaterami, którzy się nie znają, pojawia się niewytłumaczalna więź. Sama Ayamei poszukuje, można by powiedzieć, samej siebie, swojej tożsamości i miejsca w życiu, odkąd to, co było dla niej ważne znikło. Wchodząc coraz głębiej w świat przyrody, tajemnicze i niebezpieczne góry, które według mieszkańców wioski pełne są duchów i mitycznych stworzeń, sama przenosi się w świat na skraju prawdy i snu, pełnego poezji i niewytłumaczalnej tajemnicy.

czzw

„Cztery życia wierzby” to natomiast zbiór opowiadań, które łączy motyw płaczącej wierzby, symbolizującej w Chinach zarówno śmierć jak i odrodzenie. Każde opowiadanie umiejscowione jest w innym czasie i ma trochę inny charakter. Pierwsze przywodzi na myśl stare baśnie bądź legendy. Kolejne opowiada o czasach krępowania stóp i bogatym domostwie na skraju stepu. Następnie mamy rewolucje kulturalną i wreszcie współczesne Chiny, w których wciąż odnaleźć można trochę legend i magii. Czy rzeczywiście tylko symbol wierzby łączy te opowiadania? W każdym występuje para, kobieta i mężczyzna, żyjący w trochę odmiennych światach, przede wszystkim pod względem duchowym. A każda kobieta, na swoje czasy, jest osobą silną, choć delikatną – być może to wciąż jedna i ta sama postać, inkarnacja wierzby zagubiona w procesie ciągłej reinkarnacji, skazana na duchową samotność. Znów, poezja i świat magiczny miesza się tu z realnym, a historia ze zwyczajnym życiem.

Niestety, obie książki trochę mnie zawiodły. Czytając opisy umieszczone z tyłu książki spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego, ale pisarstwo Shan Sa pozostawia moim zdaniem mocny niedosyt. To zadaniem czytelnika jest doszukać się symboliki i wyobrazić sobie Chiny z różnych okresów, bo Kraju Środka jest w książkach tej autorki jak na mój gust zdecydowanie za mało. Język jest dość prosty i, co może jest kwestią słabego tłumaczenia, mimo pewnej poetyckości drażniący – powtarzające się wciąż zwroty, zwłaszcza w opisach postaci (Ayamei), irytująco sztuczne dialogi i za mało treści, za mało głębi… Tak wspaniale się zapowiadało i może dlatego odczułam taki zawód. Nie można identyfikować się z papierowymi bohaterami i z przejęciem śledzić ich przygód i przemyśleń. Zdarzają się lepsze momenty (dziennik Ayamei lub drugie opowiadanie z „Czterech żyć wierzby), ale mogło być zdecydowanie lepiej. Szkoda. Po kolejne książki Shan Sa już raczej nie sięgnę…

Shan Sa, „Brama niebiańskiego spokoju” (Muza, 2003)
Shan Sa, „Cztery życia wierzby” (Muza, 2004)

„Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin”

dzl

Słucham sobie przepięknej dalekowschodniej muzyki otrzymanej od Chihiro i przeszło mi przez myśl, że już od maja zbieram się do napisania czegoś o „Dzikich łabędziach” pani Jung Chang. Tu po przeczytaniu nie bardzo potrafiłam ubrać w słowa moje odczucia dotyczące tej książki, a potem, jak to często bywa, coraz ciężej mi się było do tego zabrać. Dlaczego więc nie napisać czegoś teraz?

„Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin” to autobiograficzna powieść Chinki, która po studiach wyjechała na stypendium do Wielkiej Brytanii, tam się osiedliła i mogła w końcu spisać losy swojej rodziny. W ten sposób powstała prawdziwa saga, poruszająca i prawdziwa, w rodzinnym kraju autorki zakazana. Chang podzieliła swoją powieść na trzy etapy, historie trzech kobiet: babki, matki i swoją własną. Ich losy są nierozerwalnie związane z historią Chin, przemianami społecznymi i politycznymi. Dzięki temu czytelnik do rąk dostaje książkę niezwykłą. Z jednej strony stanowi ona prawdziwą lekcję historii. Czytając „Dzikie łabędzie” uświadomiłam sobie, że moja wiedza o współczesnych Chinach jest właściwie zerowa. Autorka ma duży talent w pisaniu o polityce i przede wszystkim oczywiście o komunizmie w wydaniu maoistowskim w sposób przystępny i zapadający w pamięć. Dzięki temu można zrozumieć przemiany zachodzące w Kraju Środka, choć trochę przyjrzeć się chińskiej duszy, skomplikowanej i pełnej sprzeczności.

Przede wszystkim jednak odebrałam “Dzikie łabędzie” jako historię chińskiej rodziny, której podstawę stanowiły kobiety. Kobiety nieprzeciętne: silne i gotowe walczyć o swoje i rodziny szczęście, ale przy tym wrażliwe i takie… normalne. Świat babki, matki i córki różnił się od siebie, zdawałoby się, że każda żyła w innej epoce, a zwrot „generation gap” nie jest w ich przypadku pustym frazesem. Jednak wzajemna miłość i chęć zrozumienia utworzyła most nad tą przepaścią. Oczywiście, historia rodziny nie jest pozbawiona tragicznych epizodów, a Chang mimo niewątpliwej miłości i szacunku, którym darzy rodziców, stara się pisać o nich obiektywnie, nie pomijając na przykład niezwykle durowego charakteru ojca, zagorzałego komunisty, którego następnie zawód spowodowany prawdziwym obliczem komunizmu i rewolucja kulturalna doprowadziły do załamania nerwowego. Spodobała mi się scena, w której ten zagorzały entuzjasta komunizmu stwierdza, że jego syn rośnie na prawicowca, ale godzi się na to, akceptując kroczenie syna jego własną drogą, jego odrębność i własny rozum. Nie od dziś wiadomo, że szacunek to podstawa udanych relacji rodzinnych, ale tak rzadko teoria jest wykorzystywana w praktyce… Bardzo podobały mi się fragmenty o rodzeństwie Jung – każde z dzieci wybrało los inny niż ich rodzice, mimo że wychowane były w bardzo komunistycznym domu i bardzo długo, jak prawie wszyscy ich rówieśnicy pozostawały prawdziwymi wyznawcami kultu Mao.

”Dzikie łabędzie” wywarły na mnie wielkie wrażenie, dlatego ciężko mi w kilku zdaniach napisać, co tak niezwykłego jest w tej książce. Mogłabym pisać na jej temat wiele stron lub streścić wszystko w stwierdzeniu „fantastyczna”. Z jednej strony przeraża obraz państwa totalitarnego, stąd niedaleko już do Orwella i jego „Roku 1984”. O ile oczywiście przykre są fragmenty o torturach, mnie najbardziej przeraziła władza, jaką Mao miał nad zwykłymi obywatelami. Wielkiemu Przewodniczącemu przeszkadzają gołębie? W wyznaczonych godzinach każdy obywatel ma walić w garnki, żeby gołębie płoszyć i nie pozwolić im usiąść na ziemi – wyczerpane od bezustannego lotu padały martwe na ziemię. Wielki Sternik nie lubi trawy? Obywatele mają za zadanie ją wyrywać z każdego zielonego obszaru… Taka władza nad drugim człowiekiem jeży mi włosy na głowie. A jednak w tym czerwonym piekle Chang ukazuje istnienie ludzi uczciwych, wrażliwych, chętnych do pomocy i szanujących innych ludzi. Ta książka wzrusza, skłania do myślenia nad ludzką naturą i kierunkiem, w jakim zmierzamy. Gdybym miała coś do powiedzenia w sprawie układania listy lektur, to poleciłabym właśnie tę książkę.

Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Nie jest to lektura gładka, lekka i przyjemna, ale warta każdej minuty na nią poświęconej.
6/6
Jung Chang, „Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin” (Albatros, 2006)