Archiwum

Posts Tagged ‘literatura brytyjska’

Dziś, wczoraj i emocje bardzo osobiste („Now and Then” William Corlett)

Podsumowanie zeszłego roku nie wyszło tak, ja planowałam z uwagi na różne zawirowania w życiu osobistym. Po raz kolejny zastanawiałam się, czy nie zamknąć po prostu bloga, odetchnąć głęboko i skupić się na innych rzeczach gdzie indziej, bo prawda jest taka, że zajmuję się zbyt wieloma sprawami biorąc pod uwagę ilość czasu, jaki mogę na nie przeznaczyć… Wciąż jednak za każdym razem stwierdzam, że byłoby mi szkoda. Szkoda tych lat pisania, szkoda zbierania się w sobie, żeby mimo wszystko przemyśleć dobrze, czy coś mi się spodobało lub nie i napisania o tym kilku słów, choć ciężko powiedzieć, żebym zajmowała się tym ostatnio regularnie. Z jeszcze innej strony, jeśli miałabym pisać tu raz na kilka miesięcy, a blog miałby wisieć w sieci jako ten wyrzut sumienia, to będzie mnie to tylko męczyć i nie pozwalać mi przejść na dobre do innych spraw. Tak więc daję sobie i Herbatnikom jeszcze jedną szansę z mocnym postanowieniem, że to szansa ostatnia i szkoda byłoby ją zmarnować. A jak będzie, to się okaże.

W zeszłym roku przeczytałam niewiele jak na siebie książek, bo tylko 19. Mogłabym zrzucić ten wynik na brak czasu spowodowany urodzeniem dziecka, ale prawda jest taka, że czytałam na potęgę, ale w większości fanfiction i to niestety bardzo różnej jakości. Nie żałuję, bo tego wtedy potrzebowałam, choć na dłuższy czas fanfików mi już wystarczy. Gdybym miała wybrać najlepszą książkę, którą przeczytałam w 2013, miałabym problem. Jeśli jednak chodziłoby o książkę, która zrobiła na mnie największe wrażenie, nie miałabym problemu: „Now and Then” Williama Corletta. Zazwyczaj staram się nie robić takich rozróżnień, jeśli książka mnie zachwyca, to znaczy, że dla mnie jest świetna, a przecież wszystkie opinie pojawiające się tu na blogu są czystko subiektywne. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak książki „obiektywnie rewelacyjne”, to już temat na inne rozważania i nie do tej notki. Jednak w przypadku „Now and Then” mam świadomość, że wprawdzie nie ma w tej książce wiele odkrywczego, że w samym 2013 czytałam książki napisane piękniejszym językiem, że być może powstało już tyle książek, o zbliżonej tematyce, że ta ginie wśród nich… Mnie jednak zachwyciła, a autor zagrał na moich emocjach wręcz popisowo. Myślę, że żeby móc tę książkę docenić trzeba samemu doświadczyć… złamanego serca. Brzmi banalnie? Pewnie tak. Czytałam jednak górę romansów wszelkiej maści, gdzie przecież tak wiele związków kończy się mniej lub bardziej dramatycznie i nigdy do tej pory nie odnalazłam siebie w bohaterze lub bohaterce tak bardzo, jak w przypadku nastoletniego Chrisa.

Christopher jest redaktorem w średnim wieku, człowiekiem samotnym i prowadzącym uporządkowane życie. Poza pracą spotyka się ze swoją emocjonalną przyjaciółką i razem roztrząsają jej życie uczuciowe lub, rzadko i niezbyt chętnie, z rodziną. Kiedy umiera jego ojciec, Chris pomaga swojej matce uporządkować rzeczy po zmarłych i tak trafia na pamiątki z czasów, kiedy nagle zmuszony był przerwać naukę w szkole dla chłopców z internatem. Odtąd akcja zaczyna toczyć się dwutorowo, pokazując dzisiejszą rzeczywistość Christophera, jego skomplikowaną relację z matką i chęć pogodzenia się z przeszłością – oraz historię tego, co wydarzyło się, kiedy Chris miał lat piętnaście lat i zakochał się w Stephenie Walkerze, starszym od siebie o kilka lat prefekcie, który jako pierwszy okazał Chrisowi zainteresowanie. Nie trudno zgadnąć, jak potoczyły się losy tej znajomości patrząc na dzień dzisiejszy, a mimo to czytanie o niej trzyma w napięciu, nie mówiąc już o łamiącym się sercu, kiedy jak na dłoni widać, w jakim kierunku wszystko to zmierza. Jestem gotowa się założyć, że Corlett musiał przeżyć podobną historię, bo choć nie opisuje sytuacji nieznanych dotąd w literaturze, robi to tak precyzyjnie, że trafia prosto w emocje, przynajmniej moje. To, co przeżył Christopher pod pewnymi względami pokrywało się z moim własnym zawodem miłosnym z przeszłości tak dokładnie, że płacząc nad książką myślałam, że nie ma znaczenia czas, miejsce, płeć, miłością rządzą te same mechanizmy i tak samo każdemu można złamać serce, nawet nie chcąc tego, tylko po prostu nie dorastając do wyobrażeń i oczekiwań. Gorzej, jeśli trafi się na osobę na tyle wrażliwą, że może ją to naznaczyć na całe życie.

Choć mnie osobiście najbardziej w książce zachwycił wątek uczuciowy, a zakończenie przyniosło olbrzymią satysfakcję choć i niespodziankę, to „Now and Then” ma do zaoferowania więcej, niż samą historię romansu. Corlett fantastycznie opisuje matkę głównego bohatera, która po śmierci męża, z którym dawno już nie była blisko, próbuje na nowo ułożyć sobie i wypełnić czymś życie. Nie mówiąc o subtelnej, ale nie pozostawiającej wątpliwości krytyce klasy średniej i jej przywiązaniem do etykiety i norm wszelkiego rodzaju bez refleksji nad tym, czy mogą one zniszczyć komuś życie lub po prostu ograniczać ludzi je wyznających. Choć na kartach powieści nie pojawia się zbyt wielu bohaterów, ma się poczucie, że charakteryzacja wychodzi poza postaci i dotyczy całej grupy ludzi. Znów, nie wydaje mi się, żeby szerokości geograficzne były tu specjalnie ważne…

William Corlett napisał wiele powieści, z których najbardziej znane są ponoć te dla dzieci. Ja na „Now and Then” trafiłam zupełnie przypadkowo i zaraz po zainteresowaniu się nią znalazłam ją za kilka złotych na Allegro. Zabawne, że niewiele brakowało, a nigdy nie poznałabym książki, która wzruszyła mnie tak jak dawno żadna inna. Mimo zastrzeżeń co do jej „obiektywnej” wartości na początku notki, mogę ją z czystym sercem polecić wszystkim czytającym po angielsku czytelnikom. Corlett pisze w bardzo klasyczny sposób, a obie historie, ta teraz i ta kiedyś, intrygują i wkrótce czytelnik musi się powstrzymywać, żeby nie przeskoczyć o kilka stron do przodu i szybciej dowiedzieć się, gdzie to wszystko prowadzi… Ja przeżyłam tę książkę strasznie. Nie mogę nikomu obiecać podobnych doznań, ale naprawdę warto dać „Now and Then” szansę. Kto wie, może ktoś kiedyś skusi się na wydanie tłumaczenia?

Tytuł: Now and Then
Autor: William Corlett
Wydawnictwo: Abacus, 1996
Ilość stron: 352
Moja ocena: 6/6

Walijska prowincja („Eve Green” Susan Fletcher)

Ostatnio napisałam kilka recenzji książek, które niestety niespecjalnie mi się podobały. Kilka ich jeszcze pojawi się na blogu, bo mam mocne postanowienie nadrobienia zaległości, aby więc nie wyjść na wiecznie niezadowoloną marudę, tym razem napiszę o książce uroczej, którą czytało mi się niezwykle przyjemnie i którą mogę spokojnie i tym razem bez zbędnej ilości różnych „ale” polecić. „Eve Green” Susan Fletcher, bo o tej książce mowa, znalazła się na mojej półce jakoś w pierwszych miesiącach mojego blogowania. Musiałam o niej przeczytać u kogoś na blogu pozytywną recenzję, bo okładka raczej by mnie to zakupu nie zachęciła (poza kolorem, oczywiście), a opis z tyłu, choć przyjemny, też nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego. Książkę znalazłam za kilka złotych w Matrasie i przeczekała sobie kilka lat na półce, aż mi się o niej przypomniało i zażyczyłam sobie przyniesienia jej do szpitala, gdzie niestety przedłużała nam się wizyta z powodu wstrętnych infekcji. I choć końcem końców przeczytałam ją już po powrocie do domu, kiedy nareszcie zrobiła się wiosna, to uważam ją za dobry pomysł na poprawę humoru. A nie jest to wcale książka specjalnie optymistyczna! Powiedziałabym raczej – ciepła, subtelna i mówiąca o pogodzeniu się z samym sobą, odnalezieniu pewnej wewnętrznej harmonii. Brak jej jednak uduchowienia częstego przy takich tematach, to powieść na wskroś naturalna, niekoniecznie wyróżniająca się wybitnie na tle innych, ale warta przeczytania.

Zarys tej powieści jest dość prosty. Dwudziestodziewięcioletnia Eve Green wspomina swoje pierwsze lato w Walii. Trafiła tam do domu swoich dziadków mając lat osiem, zaraz po przedwczesnej śmierci swojej matki. Od tamtej pory wieś Cae Tresaint stała się jej domem, jednak to pierwsze lato, a właściwie cały pierwszy rok mieszkania w nowym miejscu odcisnęły piętno na całym życiu Eve. To właśnie wtedy poznała ludzi, którzy w pewien sposób ją ukształtowali, poznała swoją duchową ojczyznę, ponieważ już nigdy nie mogła mieszkać poza Walią i nie móc oglądać jej nieba, nie być otoczona jej przyrodą. A wreszcie tamtego lata zaginęła niewiele starsza od niej dziewczynka, Rosie, a cały dramat owiany był tajemnicą. Być może Eve znała do niej klucz, choć zupełnie inny, niż spodziewali się inni mieszkańcy wsi. Dodatkowo mała Evie ze strzępków rozmów, niechętnych spojrzeń lub otwarcie wrogich komentarzy poznaje historię miłości swojej matki, którą dopiero dorosła Eve w pełni zrozumie, o ile oczywiście zrozumienie czyichś uczuć jest do końca możliwe…

Mamy więc w powieści kilka sprawdzonych motywów – rodzinne sekrety, tu poznawane zwłaszcza oczami dziecka, miłości z dawnych lat, przenosiny na prowincję, zapierająca dech w piersiach przyroda i kilkoro fascynujących mieszkańców. A jednak autorce udało się wymknąć banałowi i wszystkie te elementy się w jej powieści sprawdzają, mają sens i są opisane naprawdę ładnym językiem, który pozwala zobaczyć każdą scenę i poczuć klimat Cae Tresaint, zarówno kiedy kwitną we wsi kwiaty, jak i kiedy błoto wciska się wszędzie i krowy chorują na niebezpieczną chorobę racic. Susan Fletcher poradziła sobie z tematem doskonale, a kilka wątków mnie po prostu zauroczyło, jak choćby wątek uczuciowy głównej bohaterki, tak odmienny od typowego romansu z książek obyczajowych (choć i taki tu znajdziemy dzięki matce Eve). Wspaniale też zostali opisani dziadkowie Eve i kiedy myślę o wielu innych wątkach tej powieści, aż żałuję, że nie była dwa razy dłuższa, bo mogłabym ją czytać i czytać, poznając kolejne małe i wielkie sekrety, rodzinne dramaty, a także samą wieś i jej okolice. Nie mówiąc już o tym, że zapragnęłam pojechać do Walii, co też chyba mówi sporo o tym, jak urzekająca jest to książka.

„Eve Green” wydaje mi się idealną powieścią na lato. Jest lekka, wciągająca, pełna sekretów i uroku. Bohaterowie są psychologicznie naprawdę dobrze zarysowani i nie trudno jest wciągnąć się w ich historie, nawet jeśli to jedynie skrawki opowieści z dawnych lat, których rozwiązanie już siłą rzeczy czytelnik zna. Prawdziwa to czytelnicza przyjemność, a dodatkowym smaczkiem jest fakt, że to debiut autorki, która napisała powieść mając lat 25. Nic tylko westchnąć z zazdrością (pozytywną!) i cieszyć się na inną jej powieść czekającą na półce, czyli świetnie przyjęte „Ostrygojady”.

Tytuł: Eve Green
Autor: Susan Fletcher
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Wydawnictwo: Muza, 2006
Ilość stron: 264
Moja ocena: 5/6

A miało być tak pięknie („Wysepka” Andrea Levy)

Jamajka, lata czterdzieste ubiegłego wieku. Hortense uczy się w brytyjskiej szkole, by zostać nauczycielką. Jest dziewczyną dobrze wychowaną, choć jej pochodzenie jest dość skomplikowane, w naukę wkłada wiele pracy, a przede wszystkim – nie brak jej ambicji. Ambicja zaczyna przysłaniać jej inne wartości i wkrótce dziewczyna marzy już niemal o jednym – osiedleniu się na wyspie-matce, Wielkiej Brytanii, którą przecież tak dobrze zna, ucząc się o niej od małego. Pomóc jej w tym może niejaki Gilbert Joseph, jamajski chłopak, który podczas wojny zaciągnął się do brytyjskiej armii i służył w niej, zamiast obiecanej chwały przekonując się raczej o tym, jak czarnoskórzy obywatele imperium są traktowani w Anglii. Na pewno nie tak fatalnie, jak w Ameryce, ale do ideału wciąż sporo brakuje… Mimo to Gilbert po wojnie zamieszkuje w Londynie, wynajmując pokój u swojej angielskiej znajomej z czasów wojny, Queenie Bligh, która oczekuje powrotu męża z wojny. Bernard wyruszył do Indii, a następnie ślad po nim zaginął, sama Queenie natomiast czas wojny, mimo wszechobecnego strachu i dziejących się naokoło dramatów, spędziła wyjątkowo intensywnie, odkrywając nowe strony swojego charakteru i osobowości. Cała trójka trafi w końcu do domu Queenie w Londynie i zwiąże się ze sobą w sposób zaskakujący i dużo silniejszy, niż którekolwiek z nich mogłoby przypuszczać, niż kiedykolwiek przeszłoby im to przez myśl.

Zanim jednak czytelnik się o tym dowie, pozna historie całej trójki, a nawet czwórki, jak się z czasem okaże, pisane w pierwszoosobowej narracji, przedstawiające różne aspekty tych samych sytuacji, różne spojrzenia, wreszcie tych samych bohaterów widzianych oczami innych, a także ich własną wersję wydarzeń. Wiele retrospekcji pomaga wczuć się w sytuację narratorów i choć początkowo wydaje się to niełatwe, końcem końców polubić każdego z nich na swój sposób, skoro możemy poznać ich motywy, marzenia i małe bądź większe dramaty. Na pierwszy plan wysuwają się jednak nie te indywidualnie historie, nierzadko naszpikowane humorem i ironią, ale obraz powojennej Anglii, która mierzy się z napływem mieszkańców kolonii oraz powolny proces tworzenia się społeczeństwa wielokulturowego, pełnego odmienności. Dużo w powieści rozczarowania, któremu nierzadko towarzyszy czarny humor, dużo ironii. Przybysze z Jamajki, niewielkiej w porównaniu z Wielką Brytanią wysepki, nauczeni nabożnego wręcz szacunku do kraju macierzystego, jego języka i tradycji są skonfrontowani z angielską rzeczywistością i niestety, marzenia o kraju mlekiem i miodem płynącym trzeba odłożyć, być może na zawsze.

Nie mam wątpliwości, że „Wysepka” to książka dobra, dobrze napisana, pełna błyskotliwych uwag, ironicznego humoru i z ciekawie wykreowanymi bohaterami. Do tego dochodzą wątki imigracyjne, wielokulturowe, a całość dzieje się w dużej mierze w Anglii – wszystko to wydaje się być niemal przepisem na stworzenie książki, którą się z miejsca zachwycę, jakby na miarę dla mnie szytą. Niestety, tak się nie stało i choć „Wysepka” mi się podobała, to jednak nie zachwyciła. Być może miałam za duże co do niej oczekiwania, właśnie z powodu tych wszystkich „moich” wątków, a może mnogość nagród, jakie powieść zdobyła wywindowała moje nadzieje nadmiernie wysoko? A może, zwyczajnie, czytałam ją w nieodpowiednim czasie, bo pod koniec ciąży, kiedy generalnie do czytania siadałam raczej niechętnie. Nie mogłam do końca wczuć się w bohaterów, żadnego z nich tak po prostu polubić, bez żadnych „ale”, choć im kibicowałam i było mi ich bardzo szkoda. Może oczekiwałam, że znajdę tam jakieś zaskakujące dla siebie treści, a po iluś przeczytanych książkach o tej tematyce nie jest to już takie łatwe? Trochę mi żal, bo dużo sobie po tej lekturze obiecywałam, a trochę pozostaje mi tylko wzruszyć ramionami, bo książek tego rodzaju wciąż sporo czeka na półce, a skoro ta nie zachwyciła… Trudno. Mimo wszystko, czasu nad nią spędzonego zdecydowanie nie uważam za stracony i książkę mogę z czystym sumieniem polecić. Przekonajcie się sami, czy Was zachwyci.

Tytuł: Wysepka
Tytuł oryginału: Small Island
Autor: Andrea Levy
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros, 2006
Ilość stron: 512
Moja ocena: 4/6

Rodzina, poezja i przeznaczenie pod niebem Sudanu

Dlaczego nikt nigdy nie powiedział mi, że Sudan jest pełen magii? Moja wiedza o Afryce jest ograniczona, co przyznaję z pewnym wstydem. Powoli staram się zapełniać luki w wykształceniu, jednak z braku większego zainteresowania tym kontynentem nie zawsze potrafię powiedzieć czegoś więcej o większości afrykańskich krajów. Do tej pory Sudan kojarzył mi się głównie z Darfurem, a więc głodem i ciężkimi (to mało powiedziane) warunkami życia. „Arabska pieśń” Leili Abouleli rzuciła nowe światło na ten kraj. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że przedstawieni w powieści bohaterowie mieszkają w dużym mieście i w większości są bardzo bogaci, więc moje nowe odczucia w żaden sposób nie wpływają na moje postrzeganie mrocznej strony Sudanu. Zbyt wstrząsające było dla mnie obejrzenie filmu „Darfur – wojna o wodę” Tomo Križnara, żeby jakakolwiek lektura pozwoliła mi o tym zapomnieć czy zbagatelizować problem. Niemniej jednak cieszę się, że teraz Sudan to dla mnie nie tylko głód i ubóstwo, ale bogata kultura i historia, o których wiem boleśnie niewiele, a które zdążyły mnie zafascynować.

„To ten kraj. Różni się od Egiptu czymś nieokreślonym, a zmierzch był tym czymś przesycony, czymś zmysłowym, o intensywnym zapachu. Podsumowując, bariera oddzielająca świat ludzi od świata duchów albo jest w Sudanie cieńsza, albo istnieją w niej pęknięcia, prześwity, przez które ten drugi, nieznany wymiar może czasem przeniknąć.”

Sama historia porwała mnie i zauroczyła, co nie jest zaskakujące, biorąc pod uwagę jak bardzo lubię rozmaite rodzinne sagi. Lata 50. W Sudanie, Egipcie i okolicach. Mahmud jest bogatym Sudańczykiem stworzonym do interesów i czujący się jak ryba w wodzie prowadząc swój biznes i bogate życie towarzyskie. Ma też dwie żony, odmienne od siebie jak ogień i woda. Starsza Wahiba jest rodowitą Sudanką, żyjącą według starodawnych tradycji i reguł. Urodziła Mahmudowi dwóch synów – starszy jest słabym nieudacznikiem, młodszego i utalentowanego Nura czeka świetlana przyszłość. Druga żona, młoda i elegancka Egipcjanka Nabilah jest matką dwójki jego małych dzieci, które chce wychować na nowoczesnych i wykształconych ludzi. Jest także brat Mahmuda i jego trzy córki, nauczyciel dzieci z rodziny Abuzajdów i jego własna rodzina, przyjaciele młodych ludzi… Mimo pokaźnej liczny bohaterów, ani przez chwilę nie ma się poczucia przesytu i dezorientacji – wszystkie przeplatające się ze sobą historie poprowadzone zostały umiejętnie i z talentem. Aboulela porusza tematy istotne w życiu każdego człowieka, pisze o jego miejscu i przeznaczeniu, o tym, co człowiek może zrobić ze swoim życiem, o wierze, styku kultur i tradycji. Wreszcie dotyka też kwestii poezji, relacji międzyludzkich zwłaszcza w rodzinie i przemyca opisy tradycyjnych obrzędów i zwyczajów. Historia opowiedziana w „Arabskiej pieśni” to także przede wszystkim smakowita i świetnie napisana opowieść. Autorka prowadzi fabułę z wielkim wyczuciem, nie wysnuwając nachalnych wniosków.

Aboulela ujęła mnie także tym, że pisząc o odmiennych kulturach zderzających się i przenikających ze sobą nawzajem, żadnej nie faworyzuje. Egipt jest pokazany jako kraj nowoczesny i o wysokiej kulturze, czerpiącej zarówno z przeszłości, jak i ochoczo dążącej do europejskości. Nad przedstawicielami tej opcji wisi jednak groźba konsumpcjonizmu, przejawiająca się w miłości Nabilah do coraz to nowszych strojów, które to uczucie chwilami zdaje się z niej czynić niewolniczkę mody – nawet przechodząc z jednego budynku do drugiego kobieta bierze torebkę, bo pasuje jej do całości kreacji. Nie znaczy to jednak, że Nabilah jest pusta i głupia. Tak samo Wahiba, przedstawicielka tradycji i kultury Sudanu z plemiennymi bliznami na twarzy, nie jest uosobieniem mądrości i cnoty – ostatnio powszechne jest przedstawianie cywilizacji na modłę europejską jako czegoś negatywnego i w sumie zacofanego, podczas kiedy mądrość ludowa jawi się jako ta prawdziwsza, bliższa człowiekowi i w skrócie mówiąc: lepsza. Tymczasem owszem, Wahiba i inne sudańskie kobiety radzą sobie w wielu kwestiach dzięki tradycji i odwiecznym zwyczajom, z drugiej jednak strony hołdują chociażby obrzezaniu dziewczynek, choć sprzeciwia się temu głowa rodziny w postaci Mahmuda. Fragment ten zresztą, choć bez żadnych obrazowych opisów, a wręcz opowiedziany z „trzeciej ręki” był dla mnie najgorszym i najbardziej bolesnym momentem powieści. Porównać go mogę do podwiązywania stóp w „Kwiecie Śniegu i sekretnym wachlarzy” Lisy See. W takich chwilach ogarnia mnie złość, smutek i bezsilność, pragnienie zrobienia czegoś i zwyczajne mdłości. Czytając o dramacie matki i jej córki poddanej temu okrutnemu zabiegowi, sama miałam łzy w oczach i nawet nie chciałam się zastanawiać, co bym zrobiła i czuła, gdyby moje dziecko spotkało coś takiego wbrew mojej woli. Pomijając jednak ten aspekt, Aboulela nie ocenia – codzienne życie, sposób wychowania dzieci, kontakty towarzyskie – wszystko to jest mniej lub odmienne, ale nie ma tu wartościowania, wszystko zależy od potrzeb i przyzwyczajeń.

Wspaniała to książka i boję się, że przez polski tytuł (w oryginale nosi nazwę „Lyrics Alley”) i niezbyt trafioną okładkę (osobiście zupełnie mi się nie podoba) zginie w morzu historii o ciemiężonych przez arabskich mężów kobietach, powodzi arabskich żon, córek, matek i kochanek. Byłaby to wielka szkoda, bo moim zdaniem „Arabska pieśń” jest powieścią wyjątkową i udaną pod każdym względem. Mnie zaczarowała i mocno poruszyła. Już się cieszę na inne książki Abouleli stojące na mojej półce i wiele sobie po nich obiecuję.

Tytuł: Arabska pieśń
Tytuł oryginału: Lyrics Alley
Autor: Leila Aboulela
Tłumaczenie: Joanna Urban
Wydawnictwo: Remi, 2011
Ilość stron: 432
Moja ocena: 6/6

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Remi.

Z miłości do literatury, o miłości i literaturze

Ostatnio moje książkowe wybory są w większości udane. Choć wciąż mam problemy z utrzymaniem chronologii na blogu, to poza drobnymi wyjątkami naprawdę nie mogę narzekać. Tak stało się też w przypadku „Opętania” A.S. Byatt, które bez przesady mogę nazwać literacką ucztą i to w podwójnym sensie. Książkę postanowiłam przeczytać po tym, jak dostała ona nagrodę Bookera i przeczytałam same jej pozytywne recenzje. Już widzę, że z chęcią nie poprzestanę na tylko jednej książce autorstwa pani Byatt, zostałam bowiem całkowicie oczarowana.

O ile opisywane przeze mnie niedawno „Odkrycie nieba” Mulischa zachwycało mnogością wątków i treści, w „Opętaniu” dużo łatwiej wskazać główne tematy – miłość i literatura. A także wszelkie kombinacje: miłość do literatury, miłość literacka, literatura miłosna… Badacz literatury, a dokładniej twórczości (fikcyjnego) poety Randolpha Henry’ego Asha, Roland Michell znalazł się w takim momencie życia, kiedy albo powinien coś zmienić albo poddać się rutynie i nie oczekiwać wiele więcej. W pracy uchodzi za sumiennego nudziarza bez perspektyw na naukową karierę, prywatnie tkwi w wieloletnim związku z Val, relacja ta jednak bardziej rani ich oboje niż przynosi szczęście i satysfakcję. Finansowo Roland jest właściwie zależny od swojej partnerki, ona natomiast czuje się niedoceniana, a nawet wykorzystywana. Będąc w tak niewesoło się przedstawiającej sytuacji Roland dokonuje niezwykłego odkrycia, które zmieni losy wielu osób pozornie ze sobą niezwiązanych. Przeglądając w bibliotece starą księgę znajduje szkic listu napisanego własnoręcznie przez studiowanego przez niego wiktoriańskiego poetę. Jest to list do kobiety niebędącej żoną Asha i w ten sposób Roland trafia na ślad tajemniczej relacji poety z Christabel LaMotte, poetką uznawaną zwłaszcza przez współczesne feministki za postać wybitną. By dowiedzieć się więcej o tej dość ekscentrycznej na swoje czasy kobiecie, Roland kontaktuje się z badaczką jej twórczości – Maud Bailey, która sama wywodzi się z rodziny LaMotte. Na pierwszy rzut oka to zupełnie niedobrana para zaczyna śledzić losy Asha i LaMotte, a ich odkrycie z czasem przestaje być jedynie naukową ciekawostką mogącą zmienić ich kariery, a staje się czymś osobistym, czego gotowi będą bronić przed innymi badaczami. Nie oni jedyni są jednak ogarnięci obsesją poznania prawdy, nawet jeśli inni naukowcy kierują się pobudkami innego rodzaju.

Nawet jeśli treść wydaje się być dość prosta i przewidywalna (choć ja bym ją za taką nie uznała – na usta ciśnie mi się raczej słowo „klasyczna”, choć znane nam doskonale rozwiązania nabierają świeżości i stają się chwilami zaskakujące w tych nowych połączeniach, opisanych przez Byatt), to w wypadku „Opętania” forma wysuwa się na pierwszy plan. Czegóż tu nie ma! Romans, listy, wiersze, autobiografia i biografia, naukowe opracowania, powieść gotycka, rozważania na temat teorii literatury, pisania, badania życia pisarzy… A to i tak niecała lista. Byatt niezwykle umiejętnie zmieszała te style, tworząc powieść spójną i bogatą, od której z jednej strony ciężko się oderwać, z drugiej strony miałam raczej chęć delektować się nią powoli niż przeczytać w jedną noc, by jak najszybciej się dowiedzieć, co się dalej działo i jak ta cała historia się skończyła. Nie wszystkie fragmenty uważam za równie ciekawe (zwłaszcza fragmenty poematów nie zawsze mnie zachwycały), całość jednak wydaje mi się niezwykle fascynująca i stanowiąca udany przykład książki, w której „każdy znajdzie coś dla siebie”.

Na początku zupełnie nie mogłam polubić głównych bohaterów, ani tych z czasów współczesnych ani z wiktoriańskich. Z czasem jednak niechęć ustąpiła miejsca sympatii, nawet jeśli wewnętrznie nie zgadzałam się z ich postępowaniem. Ciekawi są także bohaterowie drugoplanowi z obu czasoprzestrzeni, poza może nieszczęsnym Cropperem – amerykańskim badaczem gotowym dosłownie na wszystko, by zdobyć kolejny okaz do swojej kolekcji, a jego głównym narzędziem są pieniądze – trochę to zbyt stereotypowe. Inne postaci także chwilami muszą zmagać się ze zbyt typowymi osobowościami, ale na szczęście posiadają więcej cech ratujących ich od przesady. Od razu polubiłam natomiast Val, co samą mnie zadziwiło, jako że jest jej stosunkowo mało i wiele w niej zgorzknienia i smutku. Mimo tych cech przebija przez nią stłamszona radość życia i widać, że odrobina miłości i zainteresowania jest w stanie jej tę radość przywrócić. Z miejsca polubiłam też inną drugoplanową bohaterkę, bretońską kuzynkę Christabel, której odnaleziony przez kolejną badaczkę dziennik pomaga rozwikłać zagadkę tajemniczego zniknięcia poetki z Anglii na okres kilku miesięcy.

Wspaniała to powieść, w której autorka poukrywała dla czytelników wiele smaczków, które z przyjemnością będę wyszukiwać przy kolejnej lekturze. Nie wszystkie zagadki zostaną rozwiązane, części nie poznają bohaterowie, rozwiązania innych będzie się musiał domyślać już sam czytelnik. Odrobinę przewrotne zakończenie ujęło mnie i usatysfakcjonowało, jak i cała lektura. Warto poświęcić jej czas i przenieść się do tego literackiego świata pełnego poezji, miłości i cierpienia. Jak się okazuje, pewne wątki mogą czekać wiele lat na zamknięcie.

Tytuł: Opętanie
Tytuł oryginału: Possession
Autor: A.S. Byatt
Tłumaczenie: Barbara Kopeć
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2010
Ilość stron: 536
Moja ocena: 6/6

Za książkę serdecznie dziękuje wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Ze wspomnień kamerdynera

Kiedy zaczynam czytać klasyk, książkę niezwykle już uznaną i cieszącą się dobrą sławą, zawsze odczuwam pewien niepokój. Przede wszystkim obawiam się stawiania takiej pozycji wymagań, które ciężko będzie spełnić. Po drugie, choć wiem, że to niemądre, obawiam się trochę własnej reakcji. Nie potrafię wmówić sobie, że coś mnie zachwyciło albo nawet jedynie się podobało, jeśli tak nie było. Czy będzie to w takim razie oznaczać, że z moim gustem jest coś nie tak – i to jest właśnie bzdura, z której zdaję sobie sprawę, każdy ma własny gust i tyle… Być może gdzieś głęboko we mnie pokutuje jeszcze szkolne narzucanie zachwytów i kanonów, które znać i wielbić trzeba. I choć wielu klasyków rzeczywiście do mnie przemawia, ten dyskomfort gdzieś tam się pojawia. Nie zmienia to faktu, że z zapałem nadrabiam braki w moim wykształceniu literackim i między innymi dlatego wzięłam się za „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro, która to książka zasłużyła już sobie na miano klasyka. Drugą motywacją było wyzwanie Nagrody Literackie, jako że „Okruchy dnia” otrzymały w 1989 roku nagrodę Bookera.

Kazuo Ishiguro, brytyjski prozaik pochodzenia japońskiego, stworzył książkę iście angielską. Główny bohater, Stevens, uosabia te cechy, które kojarzą się ze stereotypowym Anglikiem, a ponieważ jest on także narratorem powieści, „Okruchy dnia” wprowadzają czytelnika w niezwykły klimat Anglii w latach przedwojennych i pięćdziesiątych. Stevens to kamerdyner w starej posiadłości, której obecnym właścicielem jest młody amerykański bogacz. Na czas swojego wyjazdu pracodawca daje panu Stevensowi urlop, który kamerdyner wykorzystuje na wycieczkę po okolicy, której przez wiele lat swojej lojalnej służby poprzedniemu właścicielowi majątku Darlington Hall nie zdołał poznać. Wyjazd stanowi także pretekst do odwiedzenia panny Kenton, byłej współpracowniczki Stevensa, dziś już mężatki. Podziwiając piękno okolicy, z typową dla siebie systematycznością i pedantyzmem, Stevens prowadzi coś w rodzaju dziennika podróży, adresowanego do nieokreślonych odbiorców, w którym notuje swoje spostrzeżenia i wrażenia. Na pierwszy plan jednak wybijają się wydarzenia z przeszłości: kariera w Darlington Hall, wierność w stosunku do lorda Darlingtona o dość kontrowersyjnych poglądach politycznych, a wreszcie, subtelnie przemycane między wierszami, osobiste uczucia i tęsknoty Stevensa. Podróż staje się zatem okazją do refleksji i pewnego podsumowania dotychczasowego życia, z którego najlepsze lata kamerdyner zostawił już za sobą.

Już od pierwszej strony pochłonęła mnie ta opowieść, najpierw ze względu na piękny, pełen kultury język. Powoli zaczęła intrygować mnie historia kamerdynera, a kiedy skończyłam, żal mi było, że to już ostatnia strona. „Okruchy dnia” to wspaniała książka, która ujęła mnie przede wszystkim formą. Sam pomysł wydaje się mało fascynujący – historia opowiedziana oczami starszego już człowieka, kamerdynera ukrywającego swoje emocje? A jednak to właśnie spodobało mi się najbardziej. Nawet pisząc swoje notatki czy też dziennik, Stevens nie jest zwolennikiem opowiadania o swoich uczuciach, jeśli tylko „nie licują” z zajmowanym przez niego stanowiskiem. Szeroko natomiast pisze o godności, którą uważa za najistotniejszą cechę w swoim zawodzie i postrzega ją między innymi właśnie jako totalną wręcz kontrolę nad emocjami. Stąd czytelnik musi nie tylko składać w jedną historię wspominki bohatera, ale i rozszyfrowywać go nie tylko w oparciu o to, co sam zainteresowany decyduje się przekazać, ale i przesłanek, które znaleźć można w wypowiedziach innych osób. Znamienna jest scena, w której Stevens chwali się (choć oczywiście nie przechwala!), jaki spokój udało mu się zachować w obliczu ciężkiej choroby ojca, jednocześnie przytacza pytanie osoby postronnej o to, dlaczego płacze. Oczywiście zaprzecza łzom, niemniej jednak to pytanie nie znalazło się tam bez przyczyny, kamerdynerowi jednak nie godzi się ulegać słabościom… Chociaż więc Stevens chwilami wydaje się wierny zasadom aż do bólu i przez to ograniczony, miałam wrażenie, że sam przedstawia się w gorszym świetle, niż na to zasługuje. Odbicie tego znaleźć można w jego specyficznej relacji z panną Kenton, która nie mogłaby żywić cieplejszych uczuć do bezmyślnego robota.

Polecam „Okruchy dnia” każdemu, kto lubi takie niespieszne historie, złożone z okruchów wspomnień i refleksji, nie tylko nad życiem bohatera, ale i uniwersalnymi prawdami, które kierują naszymi poczynaniami, nierzadko bez naszej pełnej świadomości. To także opowieść o przemijaniu, o świadomości straty i wierności. O tym, gdzie może zaprowadzić człowieka bezwarunkowa lojalność. Nastrojowa i pełna wdzięku w staromodny sposób, nic nie tracąca przy tym na współczesnym przesłaniu. Naprawdę warto.

Moja ocena: 5/6
Kazuo Ishiguro, „Okruchy dnia” (Prószyński i S-ka, 1997)

„Nigdziebądź” Neil Gaiman

Skąd wzięło się „Nigdziebądź”? Neil Gaiman został poproszony kiedyś o napisanie scenariusza do serialu fantasy i wtedy stworzył historię, którą następnie (w 1996 roku) wydał w formie książkowej, odnosząc sukces. Chronologia dość nietypowa, ale Gaiman już wówczas był autorem uznanym, dzięki komiksom z serii „Sandman” i książce „Dobry Omen” napisanej wspólnie z Terry’m Pratchettem. „Nigdziebądź” trafiło w gusta czytelników – w moje również.

Fabuła jest dość prosta: Richard przybywa do Londynu, powoli przyzwyczaja się do miasta, znajduje sobie narzeczoną i zaczyna się czuć jak u siebie. Pewnego dnia idąc na ważną kolację z Jessicą, od której zależy wiele spraw związanych z karierami zawodowymi obojga, natyka się na leżącą na chodniku zakrwawioną dziewczynę – skąd się pojawiła? Richard dałby głowę, że wypadła z dziury w murze, z tymże żadnej dziury nie widać. Wbrew rozsądkowi, a co więcej – wbrew rozwścieczonej narzeczonej, zabiera dziewczynę do domu i tam opatruje jej skaleczenia. Dziewczyna o wdzięcznym imieniu Drzwi prosi Richarda o szereg najdziwniejszych przysług, a następnie znika z jego życia. Niestety, okazuje się, że i Richard w niewytłumaczalny sposób zdaje się nie istnieć już w znanym mu świecie… Jedyne co mu pozostaje to odnaleźć Drzwi i spróbować wrócić do domu. W ten sposób trafia do niezwykłego świata Londynu Pod, zamieszkanego przez najdziwniejsze postaci. Cały ten świat jest natomiast oparty na… planie londyńskiego metra.

Treść książki to dość typowy dla literatury fantasy ‘quest’ – bohaterowie muszą odbyć swoją podróż, zmagając się z różnymi przeciwieństwami losu, dojrzewając i pokonując własne słabości, aby na koniec spotkała ich zasłużona nagroda. Gaiman nie ustrzegł się przed kilkoma dziurami w fabule (aż zastanawiałam się miejscami, czy nie jest to jakaś skrócona wersja większej całości…), kilka postaci pozostało niewykorzystanych… A jednak jest coś w „Nigdziebądź”, co odróżnia je od wielu innych pozycji – wspaniałe podziemie Londynu. Każda stacja kryje w sobie magiczne miejsce, dotyczące jej nazwy własnej. A i zwykłe przejścia, kanały i korytarze pełne są magii i niezwykłych stworzeń. Londyn tętni życiem zarówno nad jak i pod ziemią… A dla mnie stanowiło dodatkową atrakcję to, że znałam te miejsca. Jakąż radością napawało mnie czytanie o stacjach, na których się przesiadałam! O ulicach, po których szłam! Nazwy w książce w mojej głowie rozbrzmiewały głosami czytającymi je w metrze bądź autobusie… Londyn stanowi jednego z bohaterów „Nigdziebądź” i to właśnie przyciągnęło chyba największą ilość czytelników. Pozostałe postaci nie są już tak fascynujące, choć nie da się ukryć, że Markiz de Carabas został stworzony specjalnie po to, by można było kogoś w książce uwielbiać, zwłaszcza, jeśli jest się przedstawicielką płci żeńskiej…

Przyczepię się także do tłumaczenia – tłumacz nie miał przed sobą łatwego zadania, ale także popisał się niekonsekwencją na szeroką skalę. Przede wszystkim nazwy stacji – niekiedy są podawane po polsku, czasem po angielsku, bez tłumaczenia z jednego języka na drugi. Wprowadza to pewien chaos i bez znajomości angielskiego czytelnik może się trochę zagubić. Wystarczyłoby zdecydować się na jeden język i dodać przypisy w drugim… Z imionami bohaterów także może być trochę zamieszania: mamy Drzwi zamiast Door , ale już Richard pozostał Richardem, a nie Ryszardem. Ja osobiście jestem przeciwna tłumaczeniu imion, więc mnie to nie razi, ale spotkałam się z głosami niezadowolenia także w tej sprawie.

Mimo tych niedogodności, „Nigdziebądź” to wspaniała rozrywka. Książkę czyta się szybko, przyjemnie i niektóre pomysły dotyczące Londynu Pod są po prostu kapitalne. Zwłaszcza, jeśli ktoś był w Londynie powinien dobrze się przy niej bawić. Coraz więcej mówi się także na temat filmu pełnometrażowego na podstawie powieści Gaimana i muszę przyznać, że bardzo jestem ciekawa efektów…

Moja ocena: 4,5/6
Neil Gaiman, „Nigdziebądź” (MAG, 2006)