Archiwum

Archive for Lipiec 2011

Rodzina, poezja i przeznaczenie pod niebem Sudanu

Dlaczego nikt nigdy nie powiedział mi, że Sudan jest pełen magii? Moja wiedza o Afryce jest ograniczona, co przyznaję z pewnym wstydem. Powoli staram się zapełniać luki w wykształceniu, jednak z braku większego zainteresowania tym kontynentem nie zawsze potrafię powiedzieć czegoś więcej o większości afrykańskich krajów. Do tej pory Sudan kojarzył mi się głównie z Darfurem, a więc głodem i ciężkimi (to mało powiedziane) warunkami życia. „Arabska pieśń” Leili Abouleli rzuciła nowe światło na ten kraj. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że przedstawieni w powieści bohaterowie mieszkają w dużym mieście i w większości są bardzo bogaci, więc moje nowe odczucia w żaden sposób nie wpływają na moje postrzeganie mrocznej strony Sudanu. Zbyt wstrząsające było dla mnie obejrzenie filmu „Darfur – wojna o wodę” Tomo Križnara, żeby jakakolwiek lektura pozwoliła mi o tym zapomnieć czy zbagatelizować problem. Niemniej jednak cieszę się, że teraz Sudan to dla mnie nie tylko głód i ubóstwo, ale bogata kultura i historia, o których wiem boleśnie niewiele, a które zdążyły mnie zafascynować.

„To ten kraj. Różni się od Egiptu czymś nieokreślonym, a zmierzch był tym czymś przesycony, czymś zmysłowym, o intensywnym zapachu. Podsumowując, bariera oddzielająca świat ludzi od świata duchów albo jest w Sudanie cieńsza, albo istnieją w niej pęknięcia, prześwity, przez które ten drugi, nieznany wymiar może czasem przeniknąć.”

Sama historia porwała mnie i zauroczyła, co nie jest zaskakujące, biorąc pod uwagę jak bardzo lubię rozmaite rodzinne sagi. Lata 50. W Sudanie, Egipcie i okolicach. Mahmud jest bogatym Sudańczykiem stworzonym do interesów i czujący się jak ryba w wodzie prowadząc swój biznes i bogate życie towarzyskie. Ma też dwie żony, odmienne od siebie jak ogień i woda. Starsza Wahiba jest rodowitą Sudanką, żyjącą według starodawnych tradycji i reguł. Urodziła Mahmudowi dwóch synów – starszy jest słabym nieudacznikiem, młodszego i utalentowanego Nura czeka świetlana przyszłość. Druga żona, młoda i elegancka Egipcjanka Nabilah jest matką dwójki jego małych dzieci, które chce wychować na nowoczesnych i wykształconych ludzi. Jest także brat Mahmuda i jego trzy córki, nauczyciel dzieci z rodziny Abuzajdów i jego własna rodzina, przyjaciele młodych ludzi… Mimo pokaźnej liczny bohaterów, ani przez chwilę nie ma się poczucia przesytu i dezorientacji – wszystkie przeplatające się ze sobą historie poprowadzone zostały umiejętnie i z talentem. Aboulela porusza tematy istotne w życiu każdego człowieka, pisze o jego miejscu i przeznaczeniu, o tym, co człowiek może zrobić ze swoim życiem, o wierze, styku kultur i tradycji. Wreszcie dotyka też kwestii poezji, relacji międzyludzkich zwłaszcza w rodzinie i przemyca opisy tradycyjnych obrzędów i zwyczajów. Historia opowiedziana w „Arabskiej pieśni” to także przede wszystkim smakowita i świetnie napisana opowieść. Autorka prowadzi fabułę z wielkim wyczuciem, nie wysnuwając nachalnych wniosków.

Aboulela ujęła mnie także tym, że pisząc o odmiennych kulturach zderzających się i przenikających ze sobą nawzajem, żadnej nie faworyzuje. Egipt jest pokazany jako kraj nowoczesny i o wysokiej kulturze, czerpiącej zarówno z przeszłości, jak i ochoczo dążącej do europejskości. Nad przedstawicielami tej opcji wisi jednak groźba konsumpcjonizmu, przejawiająca się w miłości Nabilah do coraz to nowszych strojów, które to uczucie chwilami zdaje się z niej czynić niewolniczkę mody – nawet przechodząc z jednego budynku do drugiego kobieta bierze torebkę, bo pasuje jej do całości kreacji. Nie znaczy to jednak, że Nabilah jest pusta i głupia. Tak samo Wahiba, przedstawicielka tradycji i kultury Sudanu z plemiennymi bliznami na twarzy, nie jest uosobieniem mądrości i cnoty – ostatnio powszechne jest przedstawianie cywilizacji na modłę europejską jako czegoś negatywnego i w sumie zacofanego, podczas kiedy mądrość ludowa jawi się jako ta prawdziwsza, bliższa człowiekowi i w skrócie mówiąc: lepsza. Tymczasem owszem, Wahiba i inne sudańskie kobiety radzą sobie w wielu kwestiach dzięki tradycji i odwiecznym zwyczajom, z drugiej jednak strony hołdują chociażby obrzezaniu dziewczynek, choć sprzeciwia się temu głowa rodziny w postaci Mahmuda. Fragment ten zresztą, choć bez żadnych obrazowych opisów, a wręcz opowiedziany z „trzeciej ręki” był dla mnie najgorszym i najbardziej bolesnym momentem powieści. Porównać go mogę do podwiązywania stóp w „Kwiecie Śniegu i sekretnym wachlarzy” Lisy See. W takich chwilach ogarnia mnie złość, smutek i bezsilność, pragnienie zrobienia czegoś i zwyczajne mdłości. Czytając o dramacie matki i jej córki poddanej temu okrutnemu zabiegowi, sama miałam łzy w oczach i nawet nie chciałam się zastanawiać, co bym zrobiła i czuła, gdyby moje dziecko spotkało coś takiego wbrew mojej woli. Pomijając jednak ten aspekt, Aboulela nie ocenia – codzienne życie, sposób wychowania dzieci, kontakty towarzyskie – wszystko to jest mniej lub odmienne, ale nie ma tu wartościowania, wszystko zależy od potrzeb i przyzwyczajeń.

Wspaniała to książka i boję się, że przez polski tytuł (w oryginale nosi nazwę „Lyrics Alley”) i niezbyt trafioną okładkę (osobiście zupełnie mi się nie podoba) zginie w morzu historii o ciemiężonych przez arabskich mężów kobietach, powodzi arabskich żon, córek, matek i kochanek. Byłaby to wielka szkoda, bo moim zdaniem „Arabska pieśń” jest powieścią wyjątkową i udaną pod każdym względem. Mnie zaczarowała i mocno poruszyła. Już się cieszę na inne książki Abouleli stojące na mojej półce i wiele sobie po nich obiecuję.

Tytuł: Arabska pieśń
Tytuł oryginału: Lyrics Alley
Autor: Leila Aboulela
Tłumaczenie: Joanna Urban
Wydawnictwo: Remi, 2011
Ilość stron: 432
Moja ocena: 6/6

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Remi.

Reklamy

Ulice Moskwy nocą

Po serii trochę poważniejszych i cięższych książek, przyszła mi ochota na coś lżejszego lub chociaż odrobinę oddalonego od rzeczywistości, która dzięki lipcowej pogodzie wydała się nagle lekko szara. Spełniając także inno postanowienie stanęłam przed własną półką i prawie natychmiast zdecydowałam się na „Nocny patrol” Siergieja Łukjanienki. Jakiś czas temu oglądałam film na podstawie tej powieści, był rozrywkowy i miał spory potencjał, więc znów innym razem korzystając z promocji zakupiłam sobie całą serię o patrolach (zdarzają mi się takie wyskoki).

Jeśli ktoś, tak jak ja, najpierw widział film i całkiem mu się spodobał, lepiej niech o nim zapomni, bo książka poza główną osią fabularną ma z nim niewiele wspólnego, zarówno jeśli chodzi o nastrój, jak i rozwiązania fabularne, o przedstawieniu części postaci nie wspominając. Ciężko mówić, która wersja jest lepsza, tak bardzo są inne. Mnie zdecydowanie bardziej przypadła do gustu wersja papierowa i to wcale nie ze względu na to dotykalne medium, ale jej słodko-gorzką, melancholijną atmosferę i przesłanie, czy może raczej nienachalne stwierdzenie faktu – nie ma na świecie pojęć czarno-białych, a miłość jest siłą, która jest w stanie prowadzić ludzi do osiągania rzeczy niemożliwych. Zaczynając czytać nie takich wniosków się spodziewałam, ale wzruszyło mnie oryginalne pokazanie tej prawdy.

Na czym polegają patrole? Dobro nie jest w stanie zatriumfować nad złem, tak więc by utrzymać równowagę, do życia zostają powołane tajne służby, w których skład wchodzą Inni – istoty pozornie nie różniące się od ludzi, ale obdarzone nadnaturalnymi zdolnościami lub przekleństwem, w zależności od jego rodzaju i nastawienia głównego zainteresowanego. I tak „jaśni” Inni to różnej maści czarodziejki, magicy, uzdrowiciele i wszyscy ci, którym szeroko pojęte dobro świata nie jest obojętne. „Ciemni” to oczywiście osobnicy podążający ścieżką innego rodzaju – uprawiający czarną magię, wampiry, zmiennokształtni i reszta wesołej gromadki. Aby siły były wyrównane, patrole pilnują porządku. W nocy działa nocny patrol, złożony z jasnych Innych, którzy pilnują, by ciemni nie dopuszczali się nadużyć, nie uprawiali czarnej magii i nie wykorzystywali swoich umiejętności poza licencją. W dzień jego miejsce zajmuje dzienny patrol, pilnujący, by jaśni nie wpływali na ludzkie życie i również nie korzystali ze swoich zdolności. Nad patrolami stoją oczywiście wyższe jednostki, w tym Inkwizycja. W „Nocnym patrolu” poznajemy jednak tylko niewielki oddział całej siatki – oba patrole działające w Moskwie. Cała historia i funkcjonowanie jednostek jest przedstawiona oczami młodego jasnego Innego – Antona Gorodeckiego, który w patrolu jest od roku. Mimo oddanej służby Anton coraz mocniej kwestionuje zastany porządek rzeczy, decyzje przełożonych i niemoralne na pierwszy rzut oka podtrzymywanie równowagi pomiędzy siłami. Wykonując swoje pierwsze zlecenie w terenie Anton zabija ciemnego Innego – wampira, który jak się potem okazuje był przyjacielem jego sąsiada, innego przedstawiciela mrocznego gatunku. Nie potrafiąc przejść nad specyficzną etyką swojego zawodu do porządku dziennego Anton nawet nie zauważa, kiedy zostaje wplątany nie tylko w regularną bitwę pomiędzy jasną a ciemną stroną, staje się partnerem (w pracy) kobiety skrywającej mroczne tajemnice i wielkie uczucie, a wreszcie sam odnajduje kogoś, kogo istnienie wpłynie znacząco na jego życia i postrzeganie rzeczywistości. A w tle tego wszystkiego rosyjska metropolia, ta normalna i ta skryta w mroku, której nie wszyscy mieszkańcy są tymi, za kogo się początkowo podają. Tak jak Londyn stał się dla mnie miastem współcześnie magicznym dzięki „Nigdziebądź” Gaimana, tak Moskwa umocniła swoją pozycję miasta pełnego urban magii, którą zyskała w mojej czytelniczej karierze dzięki „Tajemnej historii Moskwy” Sedii.

Powieść Łukjanienki mnie oczarowała melancholią, którą tak chętnie przypisuje się rosyjskiemu niebu. Lubię taką fantastykę – bez nacisku na spektakularne bitwy i akcję (choć i tego można trochę dla siebie znaleźć), a za to na psychikę i przemyślenia bohaterów. Bo przecież dylematy Antona i innych pracowników nocnego patrolu są niezwykle klasyczne – gdzie przebiega granica dobra ze złem, na ile można siebie poświęcić dla dobra sprawy, a ile można poświęcić w imię własnego szczęścia. Wiem już, że z radością sięgnę po kolejne części i mam nadzieję znaleźć w nich dalsze losy bohaterów, których zdążyłam polubić, a także odpowiedzi na pytania, które narastały w trakcie czytania „Nocnego patrolu”. I choć nie było tak lekko i przyjemnie jak myślałam, że będzie, cieszę się z takiego obrotu spraw. To bardzo dobra książka z intrygującym światem, do którego z wielką ochotą za jakiś czas wrócę.

Tytuł: Nocny patrol
Tytuł oryginału: Ночной дозор
Autor: Siergiej Łukjanienko
Tłumaczenie: Ewa Skórska
Wydawnictwo: MAG, 2007
Ilość stron: 436
Moja ocena: 5-/6

W poszukiwaniu całości

Ostatnio mam szczęście do naprawdę dobrych książek, takich, po których wrażenie pozostaje na długo. Myślałam, że po „Odkryciu nieba” Muslicha przez dłuższy czas nic tej książki nie pobije. Jednak na fali mojego niesłabnącego zauroczenia literaturą skandynawską sięgnęłam po „Półbrata” Larsa Saabye Christensena – zobaczyłam gruby tom na bibliotecznej półce oddając inną książkę i nie mogłam się opanować, choć szłam tam z mocnym postanowieniem niewypożyczania niczego nowego, skoro w domu nie ma już miejsca na nieprzeczytane książki. I bardzo się cieszę, że nie udało mi się powstrzymać (a też i jakoś wiele energii w tę walkę ze sobą nie włożyłam), bo „Półbrat” to póki co najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku, mimo że bardzo dobrych i świetnych było wiele.

Zacznijmy od tego, że historia toczy się w Norwegii i jest sagą rodzinną widzianą oczami Barnuma – najpierw chłopca, a potem młodego mężczyzny obdarzonego wielką wyobraźnią, przenikliwym spojrzeniem i jak się z czasem okazuje, talentem do pisania. Główna oś fabularna zawiązuje się na kilka lat przed narodzinami Barnuma, w dzień zakończenia II wojny światowej. Także w dalszej przeszłości miały miejsce wydarzenia, które wpłynęły zasadniczo na tę duńsko-norweską rodzinę i nadały tor jej losom. Tor, jak to często w literaturze skandynawskiej bywa, od którego niełatwo jest uciec, o ile w ogóle ucieczka od fatum ciążącego nad rodziną jest możliwa. Nie oznacza to jednak, że czytelnik może przewidzieć losy głównego bohatera – kręta ścieżka, jaką podąża Barnum pełna jest niespodzianek, choć to i tak nie jest najistotniejsze – nie o akcję tu bowiem chodzi. Mimo nieprawdopodobnych niekiedy wydarzeń, to spostrzeżenia chłopaka, relacje między ludzkie i ulotny klimat tak charakterystyczny dla literatury z tego rejonu świata, którą miałam przyjemność poznać, nadają książce uroku i głębi. Ta atmosfera to delikatna mieszanka smutku i mroku z romantyzmem, ironicznym humorem i bardzo dogłębnym choć pozostawiającym niedopowiedzenia portretem psychologicznym postaci.

„Półbrat” opiera się na niepełności, niedokończeniu, połowiczności. Mimo kilku niezwykle ważnych ludzi w życiu Barnuma, centralną postacią jest dla niego przyrodni brat, Fred. Tajemniczy starszy chłopak stanowi punkt odniesienia, ukochanego wroga, wzór do naśladowania i przekleństwo w jednym. Barnum tak mocno go kocha, jak mocno chciałby, żeby Fred znikł z jego życia, które wtedy miałoby szansę potoczyć się normalnie. Jego historia jednak dotkliwie wydaje się być jedynie połową opowieści ważniejszej, druga połowa znajduje się w rękach jego brata i tylko znając obie części chłopcy a potem mężczyźni, a wraz a nimi czytelnik, mają szansę zrozumieć w pełni to, co się wokół nich dzieje, a wreszcie siebie samych. Ta relacja między braćmi jest jedną z najtrudniejszych i najpiękniejszych, o jakich czytałam, a jestem wyczulona na tym punkcie.

O „Półbracie” można pisać długie artykuły, to książka tak obfita w treści, znaczenia, symbole. Galeria postaci zachwyca, nie pozwalając o nich zapomnieć na długo po odłożeniu książki. Język Christensena to kolejny atut powieści – początkowo może minąć trochę czasu, zanim czytelnik przyzwyczai się do sposobu pisania – bez jasno wyróżnionych dialogów, z długimi zdaniami. To jednak kwestia chwili, potem spokojnie można czerpać wielką przyjemność z obcowania z tak pięknym stylem. Mnie zachwyciła spostrzegawczość, a przede wszystkim umiejętność ujęcia w słowa ludzkich uczuć, refleksji nad życiem i jego sensem. Nie ma tu banałów, nie ma pójścia na łatwiznę w ograne schematy, nawet jeśli treść pozostaje uniwersalna.

Po skończonej lekturze nasunęła mi się myśl, że to książka głównie o poszukiwaniu miłości i nie chodzi tu jedynie o miłość romantyczną. Samotnie jesteśmy rozszczepieni, połowiczni i żeby choć na chwilę zaznać pełności, potrzebujemy tej drugiej osoby. Miłość może wyniszczać, doprowadzić do upadku i bólu, ale niesie w sobie nadzieję, dlatego warto próbować i ryzykować. Już nawet pisząc te słowa wiem, że to jedynie jedna z wielu interpretacji i jedno z wielu przesłań, jakie „Półbrat” ze sobą niesie. To książka, do której można wracać wiele razy i, jestem tego pewna, za każdym razem znaleźć dla siebie coś nowego. Dlatego mam wielką nadzieję na wznowienie „Półbrata” (oby z ładniejszą okładką), bym mogła go sobie zakupić i móc się jeszcze wielokrotnie nim cieszyć. Na Allegro książka osiąga zawrotne sumy, więc może któreś wydawnictwo skusi się na jej ponowne wydanie… Oby. Dla mnie „Półbrat” jest prawdziwym odkryciem i myślę, że to wrażenie szybko się nie zatrze.

Tytuł: Półbrat
Tytuł oryginału: Halvbroren
Autor: Lars Saabye Christensen
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: Świat Literacki
Ilość stron: 748
Moja ocena: 6/6

Drogi literackie – Nowy Archipelag!

Już jest! Piąty, letnim numer Archipelagu. Teraz już wiadomo, gdzie głównie byłam, kiedy mnie nie było w tym skrawku wirtualnej przestrzeni.

W tym numerze motywem przewodnim jest DROGA. Zapewniam Was, że starałyśmy się podejść do tematu możliwie jak najszerzej i każdy powinien znaleźć w nim coś dla siebie! Tu zapraszam do wstępnego zapoznania się z treścią, a potem do ściągnięcia magazynu – jak zawsze całkowicie za darmo.

Jeśli chodzi o artykuły mojego autorstwa, to przeprowadziłam szalenie sympatyczną rozmawę z Tomkiem Grzywaczewskim, łódzkim podróżnikiem, który wraz z dwoma kolegami wyruszył w sześciomiesięczną podróż śladami Witolda Glińskiego, jednego z więźniów uciekających z rosyjskiego obozu pracy, opisanymi w słynnej książce Sławomira Rawicza „Długi marsz”. Udało mi się także przeprowadzić wywiad z Tomkiem Michniewiczem o jego fascynacji podróżami, które zaowocowały napisanem „Samsary. Na drogach, których nie ma”. Napisałam też recenzje „Hamidy z Zaułka Midakk” oraz „Born Under the Million Shadows”.

I nie zapomnijcie! Organizujemy aż trzy konkursy. Tradycyjnie na samym końcu magazynu znajdziecie cykliczny konkurs – tym razem polega on na odgadnięciu rebusów. Wprowadzamy też stały konkurs na recenzję oraz ogłaszamy jednorazowy konkurs z okazji Światowego Dnia Książki. Zapraszamy gorąco do wzięcia udziału we wszystkich! Nagrody jak zawsze ciekawe.

Gorąco zachęcam do czytania!

Kategorie:książki, o sobie Tagi:

O Londynie i Oksfordzie słów kilka

Londyn jest miastem magicznym, w czym upewnił mnie mój drugi pobyt w tym mieście. Jego różnorodność może aż onieśmielić, tak mi się wydaje, choć ja czuję się tam akurat jak ryba w wodzie, spragniona tego bogactwa. Wspaniale zachowana zabudowa z przeszłości współgra z nowoczesnymi budynkami, w miarę bezboleśnie wplecionymi w krajobraz. Wielkomiejskie życie z całym jego zgiełkiem idzie w parze z olbrzymimi połaciami parków, w środku miasta, gdzie można poczuć się jak poza jego granicami (mimo sporej liczby ludzi na każdym niemal kroku). Można przejść się oświetlonym brzegiem Tamizy, a także wąskim chodnikiem wzdłuż kanału, wymijając rowerzystów i biegaczy (będąc dzieckiem biegającej rodziny widok takiej ilości biegających osób jest dla mnie zawsze dużą przyjemnością). Nie wspominając już o ludziach – zdaję sobie sprawę z problemów, które miasto musi brać pod uwagę przy multietniczności na taką skalę, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że plusy wynagradzają minusy. Nigdzie chyba indziej ulice nie wydawały mi się tak interesujące.

Tym razem nic w Londynie nie zwiedzałam, ale wcale nie żałuje, choć wiele jeszcze chciałabym nad Tamizą zobaczyć. Ten wyjazd jednak był odmienny od poprzedniego i bardzo mnie to cieszy, bo bardzo potrzebowałam takiego właśnie spędzania czasu – spacerowania, przechadzania się uliczkami, zaglądania do księgarni i ładnych sklepów, odpoczywania w przeuroczych kawiarenkach i restauracyjkach (pierwszy raz próbowałam bangladeskiego jedzenia i było przepyszne!), a przede wszystkim rozmów na wszelkie tematy – nie wiedziałam sama, jak bardzo tęskniłam za rozmowami z pokrewną duszą i tylko żałowałam, że dni są takie krótkie i spać jednak trzeba.

Wybrałyśmy się też na wycieczkę do Oxfordu, który oczarował mnie i aż zapragnęłam wrócić na studia. Miałam trochę inne wyobrażenia o tym mieście i rzeczywistość przerosła moje oczekiwania – nauka w takim miejscu musi być wielkim przeżyciem, jestem pewna, że podejście do studiów różni się od tego znanego mi w większości uczelni, choć pewnie moja wizja jest trochę wyidealizowana. Cały Oksford mi się spodobał, a widziałam tylko jeden fragment i dwa college, w których mogłabym z radością zamieszkać (nie wiem, co na to reszta mojej wesołej rodzinki). Ach, mogłabym się jeszcze długo zachwycać.

Jeszcze raz dziękuję Chihiro i Maga-marze i małej Isabelce za ten przecudowny czas, bo bez nich te miejsca nie byłyby takie cudowne. Ech, powrót do rzeczywistości mnie nie zachwycił, choć powrotu do kochającego domu niczym zastąpić nie można. A na osłodę: angielski stosik.

Od góry:

  • Colin Thubron „Among the Russians” kupiona na stoisku na rynku, którego nazwa niestety rozmyła się w nadmiarze zdarzeń. Thubron i Rosja – to po prostu musi być udane połączenie, a cena podziałała jako ostateczna zachęta.

  • Jhumpa Lahiri „The namesake”. Przepięknie wydana, w Polsce ciężko już na nią trafić.

  • Geling Yan „The Uninvited”. Polecana swego czasu przez Chihiro. Kupione w cudownej oksfordzkiej księgarni, gdzie wszystko, razem z nowościami, jest za jedyne dwa funty.

  • Susan Abulhawa „Mornings in Jenin”. Zapragnęłam tej książki odkąd kiedyś odnalazłam ją przypadkowo szukając czegoś o Palestynie.

  • Laleh Khadivi „The Age of Orphans”. Prezent od nieocenionej Chihiro.

  • Kader Abdolah „The House of the Mosque”. Również znalezione kiedyś na Amazonie i chciane…

  • Uzma Aslam Khan „Trespassing”. Nastawiam się na piękną opowieść, w sam raz na lato.

A obok najpiękniejszy na świecie adresownik, który dostałam od Chihiro. Na zdjęciu brak jeszcze trzech książek o Chinach, które także od niej dostałam w prezencie – jestem rozpieszczana i bardzo szczęśliwa :)