Archiwum

Archive for Lipiec 2010

Podróż na Kubę

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam czytać książki z akcją toczącą się w miejscach, które chciałabym zobaczyć. Ciągnie mnie przede wszystkim do wszystkiego, co leży na wschód od mojego kraju (choć nie tylko, oczywiście). Czasem jednak lubię zrobić sobie przerwę od beletrystyki i poczytać reportaż lub wspomnienia o tych fragmentach świata, które szczególnie mnie interesują. Bywa jednak, że natykam się na książki traktujące o krajach i regionach, o których wiem bardzo mało, bo nigdy nie leżały w kręgu moich największych zainteresowań. Takim miejscem jest Kuba. Oczywiście, znam jej podstawową historię, tę dawną i współczesną, dramatyczne losy wielu jej mieszkańców i zdjęcia olśniewających plaż i miasteczek rozsianych po wyspie. Szczegóły natomiast – nie bardzo. Z ciekawością więc sięgnęłam po książkę Agnieszki Budy-Rodriguez pt. „Kuba – daleka piękna wyspa”. Nie jest to wprawdzie reportaż, a bardzo subiektywne (jakżeby inaczej!) wspomnienia z pobytu autorki na Kubie. Pani Buda-Rodriguez wyjechała na wyspę za mężem, rodowitym Kubańczykiem i spędziła tam, jak sama pisze, najlepsze lata swojego życia.

Książka pisana jest z perspektywy czasu, jako że pisarka przebywa obecnie na emigracji w Kanadzie i tam powstał ów zbiór wspomnień, przekreślający na zawsze jej możliwość powrotu na Kubę. Sama autorka tak pisze o swojej książce:

Dla mnie Kuba jest wyspą magiczną i nie można jej porównać z żadnym innym miejscem na ziemi. Gdy spisywałam te wspomnienia przepełniała mnie tęsknota do Kuby, kraju, w którym zostawiłam młodość, przyjaciół, i który musiałam opuścić wbrew sobie. Moja fascynacja wyspą nie przeminęła i wciąż trwa. Starałam się pokazać Kubę taką, jaką zapamiętałam, bez retuszu. Zdania o niej są krańcowo różne: piękne, łatwe dziewczyny, muzyka i cudowne plaże, a zarazem nędza, głód i ruina dawnej, urzekającej „Perły Antyli”, „Paryża Ameryki” – każde z nich jest prawdziwe. Pragnęłam wyjść poza stereotypy, bo urzekł mnie kubański naród, który tańcem i muzyką wyraża swe niepokoje i radości, bo zachwyciła mnie wyspa, której żyzna gleba rodzi słodkie owoce, z której plonów powstaje słodki cukier, kojący smutki rum i aromatyczne cygara. Jestem jak muszla, którą dawno wyłowiono z morza, a ona wciąż szumi. Jakaś cząstka mojego ja pozostała na zawsze wśród tamtejszej sawanny, kołysanych morską bryzą gajów palmowych, zanurzona w ciepłym oceanie.

Oczywistym jest więc, że nie zobaczymy Kuby widzianej oczyma rodowitego mieszkańca, ani nawet przybysza całkowicie z zewnątrz. Sytuacja jest dość specyficzna – autorka nie jest ani do końca „swoja”, ani „obca”, co często może dotkliwie odczuć na własnej skórze. Otwiera to przed nią wiele drzwi, inne zatrzaskują się z hukiem. Agnieszka Buda-Rodriguez opisuje swoją historię, nie samą Kubę. Oczywiście, to Wyspa jest głównym tematem tych wspominków, jednak będzie oprowadzani po niej głównie (właściwie poza kilkoma krótkimi fragmentami jedynie) przez autorkę. Dowiemy się więc sporo o pracy tłumacza, a także w dyplomacji, o wystawnych bankietach, na których bawiło się towarzystwo zaproszone przez komunistyczną elitę, a autorka bywała jako tłumacz, odwiedzimy wspaniałe kurorty i mniej znane plaże, poznamy trochę miejsc kulturalnych, anegdot związanych z podróżami Budy-Rodriguez, a nawet historię kilku miejscowych kotów. Ze szczegółami dowiedzieć się można, jak autorka zdobywała samochód i na tym przykładzie dowiedzieć się sporo o funkcjonowaniu różnych urzędów na Kubie oraz sposobie radzenia sobie z problemem braków niemal wszystkiego. Książka stanowi więc kopalnię informacji i anegdot związanych z krajem w czasach rządów Fidela Castro.

A jednak… coś mi podczas czytania „Kuba – daleka piękna wyspa” zgrzytało i nie pozwalało w pełni cieszyć się lekturą, przez co trochę mi się dłużyła. Może to kwestia czasu, w jakim ją czytałam. Odniosłam jednak wrażenie, że osoba autorki zanadto przysłania mi Kubę. Nie miałam ochoty na biografię i choć dowiedziałam się o Kubie mnóstwa rzeczy, wolałabym mieć je przedstawione w trochę odmiennej formie. Najbardziej podobały mi się te fragmenty, gdzie autorka opisywała historię innych ludzi, rodowitych mieszkańców oraz starego emigranta. Wzruszałam się na nich do łez i zapamiętałam najmocniej. Wszelkie wzmianki o historii lub anegdoty dotyczące całego kraju bądź miasta (jak choćby nieszczęsny program kulinarny, gdzie prezenterka proponowała potrawy na to, co akurat było dostępne w sklepach) od razu przykuwały moją uwagę i podobały mi się dalece bardziej, niż opisy tego, gdzie pani Agnieszka bawiła się podczas przybycia danych delegatów i co jadła. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że forma pamiętnika niejako wymusza tak osobiste wtręty. Być może po prostu autorka na tyle różni się ode mnie charakterem, że nie potrafiłam się utożsamić z jej przeżyciami? Ciężko mi to stwierdzić.

Nie znaczy to jednak, że chcę mocno książkę skrytykować. „Kuba – daleka piękna wyspa” jest interesującą lekturą i przybliża ten egzotyczny kraj. Narzekać można na jakoś i ilość zdjęć, pochodzą jednak one z archiwum autorki i robione były zwykłym aparatem, co wyjaśnia ich wygląd. Trochę szkoda…

Moja ocena: 4/6
Agnieszka Buda-Rodriguez, „Kuba – daleka piękna wyspa” (Zysk i S-ka, 2006)


Zostałam zaproszona do wakacyjnego łańcuszka przez Abielę, poniżej zamieszczam więc kilka wyznań czytelniczych :) Wprawdzie zawsze mam problem z wymienieniem jednej pozycji w takich pytaniach i to nawet nie dlatego, że do głowy przychodzi mi ich tak wiele, że nie wiem, którą wybrać. Wręcz przeciwnie, nagle mam w głowie zupełną pustkę i nie potrafię przypomnieć sobie żadnego tytułu… Wszelkie zestawienia, Top-ileś-tam i rankingi, choć lubię je oglądać, były i są dla mnie ciężkim zadaniem.

1. Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?

Takim krajem była i wciąż jest Anglia. Nie pamiętam już, która książka miała na mnie największy wpływ i czy w ogóle można mówić o jednej pozycji. Tak samo rzecz się ma ze Wschodem, choć nie jestem już w stanie powiedzieć, co było pierwsze – fascynacja, czy lektury. Wiem! Skandynawia, a przede wszystkim Norwegia! Zwłaszcza po ostatnio przeczytanym „Kradnąc konie” Pettersona (recenzja niebawem). Na przyszły rok już planuję tam wyprawę. Chyba, że plany potoczą się w innym kierunku i pojedziemy jednak na Ukrainę, której prawie nie znam z literackiej strony.

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?

Najchętniej czytam na dworze, na kocu lub na leżaku. W domu – przy oknie, chyba że upał staje się nieznośny, wtedy przydaje się wiatrak.

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.

Z tych czytanych ostatnio idealne wydaje mi się „Kradnąc konie”. Większość z Was już tę książkę ma za sobą z tego co się orientuję, jednak jeśli nie, to gorąco polecam. Owszem, część książki dzieje się mroźną zimą, druga natomiast upalnym latem i właśnie w tę można wspaniale się wczuć przy ostatnich temperaturach.

Jeśli ktoś ma ochotę na udział w zabawie, zapraszam!

W irańskiej kuchni

Przy panujących ostatnio upałach ciężko czasem zabrać się za poważną lekturę, która wymaga głębokiego skupienia i rozmyślania nad treścią. Wtedy nierzadko dobrze sprawdzają się lektury lżejsze w odbiorze, sympatyczne i wciągające, które trzymają jednak pewien poziom, by obyło się bez poczucia straconego czasu. Taką książką jest według mnie „Zupa z granatów” Marshy Mehran, opowiadająca o losach trzech sióstr Aminpur, które uciekają z ogarniętego rewolucją Iranu i po trwającej dłuższy czas tułaczce postanawiają osiedlić się w Ballinacroagh, niewielkim miasteczku w Irlandii. Najstarsza, Mardżan, potrafi wyczarować iście niebiańskie potrawy, siostry otwierają więc Cafe Babilon, w którym serwują egzotyczne dla mieszkańców swojego nowego domu potrawy. Początkowo nieufni mieszkańcy Ballinacroagh ulegają stopniowo magii irańskiej kuchni, która nie tylko syci, ale leczy ciała i dusze, przekonują się też do panien Aminpur. Oczywiście, nie wszyscy…

Brzmi znajomo? Domyślacie się, w którą stronę może potoczyć się ta historia? Prawdopodobnie się nie mylicie. Zwłaszcza, jeśli oglądaliście film „Czekolada” (a tym bardziej czytaliście książkę, ja niestety nie mogę się pochwalić jej znajomością, a i tak skojarzenia były natychmiastowe). Akcja toczy się podobnie, kilka scen wydało mi się być niemal identycznych. Mamy nawet Cyganów! A jednak nie świadczy to o braku wartości książki, bo jest ona naprawdę przyjemną lekturą. Widać w niej wyraźnie charakter samej autorki (nawiasem mówiąc, piękna z niej kobieta), która wraz z rodzicami uciekła z Iranu, a jak sama przyznaje, na studiach pokochała wszystko, związane z kulturą celtycką, drugą jej pasją jest natomiast gotowanie. Mehran pisze więc o tym, co kocha i to się w lekturze czuje. Bez trudu można wyobrazić sobie irlandzką prowincję i klimat małego miasteczka. Z książki aż bije aromat wschodnich potraw, ma się ochotę natychmiast spróbować jakiegoś dania z irańskiej kuchni. Autorka podpowiada nawet, jak to zrobić zamieszczając w każdym rozdziale jeden przepis na danie występujące w powieści. Smaku dodają także wspomnienia sióstr z Iranu. Choć przykre, za pomocą wartkiej narracji przybliżają wydarzenia tamtego okresu, w które zaangażowane były obie starsze siostry, Mardżan i Bahar. Moim zdaniem to najlepsze fragmenty powieści, zmieniające na chwilę jej klimat, dodając uczucia, takie jak ból i strach, dodające głębi całej reszcie.

Tytułowa potrawa, jak i inne pojawiające się w tekście, mają swoje znaczenie i stanowią metaforę leków na ludzkie lęki i słabości. „Zupa z granatów” jest taką ciepłą, poprawiającą humor pozycją, dlatego boli trochę jej niewykorzystany potencjał. Mehran mogła stworzyć coś więcej niż przyjemne czytadło. Gdyby swoim postaciom dodała tyle głębi i smaku, które potrafiła nadać opisywanym przez siebie potrawom, efekt byłby znacznie lepiej. Bo czyż nie jest to samonapędzająca się historia – trzy imigrantki o różnych charakterach próbujące odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Autorka potrafi pisać zabawnie, karykaturalnie przedstawiać negatywnych bohaterów i nie raz wywołać uśmiech na twarzy czytelnika. Jej postacie są jednak papierowe, czarno-białe i niczym nie zaskakują. Nawet moja ulubiona bohaterka, Bahar o zmiennych nastrojach i potężnym strachu w sercu, przechodzi metamorfozę, w którą trochę trudno mi uwierzyć. A można się było zagłębić w psychikę tej (i nie tylko tej) bohaterki trochę bardziej, pokazać jej więcej z czasów Iranu i jej wyborom poświęcić o te kilka stron więcej. Niestety, mam wrażenie, że Mehran dodała wspomnienia z Iranu na zasadzie gorzkiej przyprawy w słodkim ciasteczku – tylko trochę dla wyrazistego smaku, ale nie za wiele, by nie zepsuć słodyczy. Ja chętniej poczytałabym książkę, w której ta część to nie tylko przyprawa… Pomijając już ten wątek, autorka dotyka kilku naprawdę ciekawych problemów, jak choćby akceptacja najmłodszej z sióstr, cynamonowo-różanej Leyli w nowej szkole. Niestety, Mehran wydaje się ślizgać po tematach i w żaden nie zagłębia się wystarczająco, jak na mój gust.

Książka mi się podobała i choć nie mogę powiedzieć, że odłożyłam ją przepełniona zachwytem, to jednak spędziłam nad nią miło czas i z chęcią sięgnę po kontynuację. Polecam na gorące dni. Wielbiciele Bliskiego Wschodu również znajdą w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 4/6
Marsha Mehran, „Zupa z granatów” (WAB, 2008)

W odmętach „Topieli”

Junot Díaz zadebiutował zbiorem dziesięciu opowiadań pt. „Topiel” w 1996 roku, a dwanaście lat później otrzymał nagrodę Pulitzera za książkę „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”. Nie czytałam jeszcze tego nagrodzonego dzieła, jestem natomiast po lekturze debiutu i muszę przyznać, że choć książka objętościowo jest dość cienka, to na czytelnika działa jak tytułowa siła natury – wciąga, „kotłuje” nim na wszystkie strony i wreszcie wypluwa – trochę zdezorientowanego, wstrząśniętego i pragnącego zrozumieć, co się właściwie przed chwilą stało.

Wszystkie opowiadania powiązane są ze sobą osobą narratora. Jest nim chłopak zwany przez rodzinę Juniorem, którego prawdziwe imię pozostaje nieznane. Opowiada historię swojej dominikańskiej rodziny, najpierw w rodzinnym kraju, w Santo Domingo, a później w Stanach Zjednoczonych. Można przypuszczać, że Díaz posiłkował się własnymi doświadczeniami, gdyż w wieku sześciu lat sam emigrował z rodziną z Dominikany do Stanów, gdzie czekał na nich jego ojciec, mieszkający tam już od jakiegoś czasu. Tak samo potoczyły się losy Juniora, jego opiekuńczej matki i starszego brata. Opowiadania zawarte w „Topieli” przedstawiają ich historie na różnych etapach życia, bez utrzymania chronologii. Niekiedy bohaterem staje się ktoś inny, o kim sam Junior wie niewiele i zapis myśli i przeżyć oparty jest bardziej na domysłach i obserwacjach, przeistaczając się w metaforę i analogię, nie tylko do życia ubogich emigrantów. Czasem opowiadanie bardziej przypomina krótki esej na dany temat, tak więc już w samej formie można doszukać się wielu stylów i rodzajów. Treść opowiadań porusza i waha się od dość zabawnych scen, aż po fragmenty, gdzie czytelnik ma łzy w oczach lub nie może powstrzymać się przed sięgnięciem po dane opowiadanie jeszcze raz, z uwagi na mnogość interpretacji w kontekście całego zbioru. Brak chronologii sprawia, że na historie możemy patrzeć na różne sposoby, w zależności od znajomości wcześniejszych i późniejszych fragmentów życia rodziny Juniora. Po skończeniu lektury wciąż miałam wiele pytań o dalsze losy postaci, bądź wydarzenia spomiędzy opisywanych w opowiadaniach. Moim ulubionym, choć dość ciężkim i przykrym w odbiorze, został rozdział „Topiel”, po skończeniu którego po prostu musiałam wrócić się o te kilka stron i przeczytać go jeszcze raz. A potem zrobić przerwę i dopiero po pewnym czasie wznowić czytanie książki. Generalnie, lepiej czytać zbiór powoli, by lepiej dostrzec powiązania, analogie i pełen obraz wyłaniający się z mieszaniny wątków, sytuacji i zmian chronologicznych.

Styl Díaza jest równie interesujący, jak treść jego opowiadań. Zgrabnie udaje mu się połączyć kolokwialny język pełen przekleństw z niemal poetyckimi fragmentami, melancholię z brzydotą, komizm z tragizmem. Dodatkowo pełno w książce hiszpańskich słówek i zwrotów, nie stanowią one jednak problemu z rozumieniu całości. Czytelnik dostaje słowniczek z wyjaśnieniami kilkunastu słów na końcu książki, znaczenie pozostałych dosyć łatwo wyłapać z kontekstu, w jakim się pojawiają. Nigdy nie uczyłam się hiszpańskiego, jednak nie miałam żadnych problemów z odbiorem książki pisanej w ten sposób. Hiszpańskie wtrącenia mają swoją funkcję i w narracji pierwszoplanowej stają się czymś naturalnym.

Zdecydowanie polecam tę lekturę. „Topiel” nie jest raczej książką do autobusu (choć częściowo tak ją właśnie czytałam i mimo wszystko dałam radę), wymaga pewnej koncentracji, skupienia nad tą emigracyjną mozaiką. Moim zdaniem warto.

Moja ocena: 5/6
Junot Díaz, „Topiel” (Prószyński i S-ka, 1998)

Wyzwania: podsumowanie i plany na kolejne

Pierwsza część wyzwania Nagrody Literackie dobiegła końca 30 czerwca i zadowoleniem przyznaję, że udało mi się przeczytać książki na czas, choć ostatnią, „Gnój” Kuczoka, czytałam w całości 30 czerwca wieczorem – wcześniej brakowało czasu, a także wciąż miałam nadzieję na zdobycie „Jadąc do Babadag” Stasiuka. Tak więc poza nagrodą Nike, przeczytane przeze mnie pozycje zgadzają się z tymi planowanymi na początku wyzwania. Do wszystkich napisałam recenzje i niniejszym mogą podsumować wyzwanie:

  • Nike: „Gnój” Wojciecha Kuczoka (5/6)
  • Booker: „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro (5/6)
  • Orange Prize: „Belcanto” Ann Patchett (4-/6)
  • Prix Goncourt: „Francuski testament” Andrei Makine (5+/6)

Zdecydowanie mogę uznać tę część wyzwania za bardzo udaną, ponieważ wszystkie książki, poza nieszczęsnym „Belcanto”, do którego chyba po prostu nie miałam nastroju i zupełnie nie porwała mnie ta historia, przeczytałam z wielką przyjemnością. Nie dziwi mnie przyznanie im nagród, a nazwiska autorów na pewno jeszcze pojawią się nieraz na moim blogu, bo z całą pewnością będę czytać kolejne ich książki. Ciekawa jestem, które nagrody zostaną wybrane do drugiego etapu i już się cieszę na kontynuację tego wyzwania. Oczywiście, po raz kolejny dziękuję niezrównanej Padmie za organizację zabawy.

Tymczasem, by skrócić sobie czas oczekiwania i polepszyć swoją znajomość literatury skandynawskiej, biorę udział w kolejnym wyzwaniu. Himilika zorganizowała wyzwanie Kraje Nordyckie, w ramach którego do 30 listopada należy przeczytać przynajmniej jedną książkę napisaną przez autora z „głównych” państw skandynawskich. W wyborze książek pomogła mi lista sporządzona z czasów Wyzwania Perfyferyjnego, a także… ograniczenia, ponieważ dostępność interesujących mnie książek w bibliotece nie była zbyt duża, a na własnej półce miałam tylko jedną z nich. Po zapoznaniu się z możliwościami i wycieczką do biblioteki, moje plany wyglądają następująco:

  • Dania: „Młyn na wzgórzu” Karl Gjellerup
  • Szwecja: „Hohaj” Elisabeth Rynell
  • Norwegia: „Kradnąc konie” Per Petterson
  • Islandia: „Skugga Baldur. Opowieść islandzka” Sjón
  • Finlandia: „Niech się rozpęta burza” Leena Lander

Jeśli się uda, chcę także przeczytać:

  • Estonia: „Kamienie z nieba” Jaan Kross
  • Laponia: „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna” Ailo Gaup
  • Wyspy Alandzkie: „Katrina” Sally Salminen
  • Wyspy Owcze: „Wyspy dobrej nadziei” William Heinesen

Niestety, nie znalazłam żadnej pozycji z Grenlandii, jedynie książki autorów z innych stron świata, którzy o tym regionie pisali. Może jeszcze uda mi się coś odszukać, ale i bez Grenlandii zapowiada się naprawdę skandynawskie lato.

Krótka powieść o przemocy

Gdyby nie wyzwanie dotyczące nagród literackich i fakt, że przez różne złośliwości losu nie zdążyłam zdobyć „Jadąc do Babadag” Stasiuka, pewnie długo jeszcze nie sięgnęłabym po „Gnój” Wojciecha Kuczoka. Nie stronię od książek opisujących ludzkie tragedie, ciężkie tematy mnie nie zniechęcają, obawiam się jednak znaleźć w książkach nadmierne epatowanie się danym problemem. Nie lubię książek, którą jedyną wartością ma być szokowanie brutalnością i wzruszanie dramatyczną historią, nierzadko wyeksponowaną do przesady. Nie twierdzę, że książki takie nie powinny powstawać, jeśli ktoś je czyta i daje mu to do myślenia lub chociaż stanowią swoistą terapię dla piszącego – niech powstają, ja jednak staram się je omijać i to dość szerokim łukiem. Nie lubię czuć się wykorzystywana przez autora, czuć, że zmusza mnie on bądź ona do negatywnych emocji, do płaczu prostymi zabiegami, nagromadzeniem patologii i odpowiednio dramatycznym tłem. Oczywiście, jeśli taki motyw (tak samo jak np. choroby małych dzieci) stanowi część składową książki, nie ma być jej jedyną „zaletą” i sensem, to nie zgłaszam żadnego sprzeciwu. Pomijając wszystko inne, chodziłam do podstawówki i gimnazjum (tak, byłam pierwszym rocznikiem uszczęśliwionym tym wątpliwej jakości tworem) o mocno średniej renomie, gdzie uczęszczało sporo dzieciaków z rodzin, które spokojnie można by uznać za patologiczne. Słuchając niektórych z ich historii doszłam do wniosku, że prawdziwe życie wystarcza i nie muszę jeszcze posiłkować się lekturą. Tym samym starałam się ‘takie’ książki omijać.

Cały ten przydługi wstęp służy wyjaśnieniu podstawowego faktu: owszem, „Gnój” Kuczoka opowiada o przemocy w rodzinie i poza nią. Przedstawia sytuację małego, samotnego chłopca, który jest bity i poniżany przez własnego ojca o wątpliwej stabilizacji psychicznej (lub też dokładniej: całkowitym jej braku). Poza historią głównego bohatera, narratora książki, poznajemy pobieżnie losy jego rodziny, a w większości nie są to historie zbyt wesołe. Nie mniej jednak „Gnój” nie jest wyciskaczem łez, podstępnie zmuszającym człowieka do płaczu. Zdecydowanie nie.

Przede wszystkim Kuczok pisze wspaniałym językiem, chwilami wręcz poetyckim, z dużym wyczuciem i subtelnością kreuje atmosferę oraz sylwetki bohaterów. Nie ubiera przemocy w płaszczyk pięknych słówek, ale i nie epatuje brutalnością, naturalistycznym językiem nie podkreśla tragedii i okropieństw przez siebie opisywanych. Stara się natomiast przedstawić mechanizmy kierujące przemocą, potencjalne przyczyny i skutki. W tle kreśli obraz kilku pokoleń rodziny w jednym ze śląskich miast – starającej się podnieść poziom życia, który wydarzenia bądź oni sami co i rusz obniżają. „Gnój” to powieść konkretnie osadzona w czasie, a na bohaterów mają wpływ wydarzenia historyczne, nierzadko w sposób zaskakujący (jak choćby radość bohatera z wprowadzenia stanu wojennego). Dla mnie jednak najważniejszym wątkiem książki jest samotność i brak zrozumienia, która łączy wszystkich bohaterów pomniejszych opowiadań, wplecionych w główną historię, a członków jednej rodziny. Sama przemoc rodzinna pokazuje wyobcowanie dziecka, które już wszędzie uważane było za inne – dzieci zawsze wyczuwają takie rzeczy sobie tylko znanym zmysłem.

Dotąd te sześcioletnie istoty nie wiedziały, co czują, nie potrafiły tego nazwać, potrzebowały wzoru, reguły, przykładu, dotąd ich przeczucie było od pełni świadomości równie dalekie jak malowane w zeszytach szlaczki od pisma; dotąd, do tego balu czuli, że jestem inny, ale nie wiedzieli, co to znaczy ani co z tego wynika, ani co się robi, jak się mówi, jak się wymawia słowo „inny”. (s. 92)

To samotność, która sprawia, że ludzie desperacko trwają przy innych ludziach, mimo krzywd i wzajemnej nienawiści nie potrafią od siebie odejść i całkowicie zrezygnować. Samotność, która sprawia, że chłopiec wciąż ma nadzieję, gdzieś podświadomie i po dziecinnemu wierzy, że jego ojca stać na normalne, ciepłe odruchy (np. woła go do telewizora, żeby razem oglądali zawody sportowe), a wreszcie łapie się na tęsknocie nawet za tym właśnie tyranem, kiedy jest bardzo daleko, bez rodziny.

Wojciech Kuczok napisał przekonujące stadium patologicznej rodziny. Jest to lektura bolesna, smutna, zmuszająca do myślenia. Płakałam nad nią, ale i zachwycałam się psychologicznymi umiejętnościami, a także stylem i konstrukcją. Polecam tę książkę gorąco. Nie dziwi mnie, że „Gnój” dostał nagrodę Nike w 2004 roku. Jako ciekawostkę dodam, że na motywach powieści Kuczok napisał scenariusz do nagradzanego filmu „Pręgi”, którego jeszcze nie widziałam, ale teraz jestem go bardzo ciekawa.

Moja ocena: 5/6
Wojciech Kuczok, „Gnój” (WAB, 2003)