Strona główna > książki > Rodzina, poezja i przeznaczenie pod niebem Sudanu

Rodzina, poezja i przeznaczenie pod niebem Sudanu

Dlaczego nikt nigdy nie powiedział mi, że Sudan jest pełen magii? Moja wiedza o Afryce jest ograniczona, co przyznaję z pewnym wstydem. Powoli staram się zapełniać luki w wykształceniu, jednak z braku większego zainteresowania tym kontynentem nie zawsze potrafię powiedzieć czegoś więcej o większości afrykańskich krajów. Do tej pory Sudan kojarzył mi się głównie z Darfurem, a więc głodem i ciężkimi (to mało powiedziane) warunkami życia. „Arabska pieśń” Leili Abouleli rzuciła nowe światło na ten kraj. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że przedstawieni w powieści bohaterowie mieszkają w dużym mieście i w większości są bardzo bogaci, więc moje nowe odczucia w żaden sposób nie wpływają na moje postrzeganie mrocznej strony Sudanu. Zbyt wstrząsające było dla mnie obejrzenie filmu „Darfur – wojna o wodę” Tomo Križnara, żeby jakakolwiek lektura pozwoliła mi o tym zapomnieć czy zbagatelizować problem. Niemniej jednak cieszę się, że teraz Sudan to dla mnie nie tylko głód i ubóstwo, ale bogata kultura i historia, o których wiem boleśnie niewiele, a które zdążyły mnie zafascynować.

„To ten kraj. Różni się od Egiptu czymś nieokreślonym, a zmierzch był tym czymś przesycony, czymś zmysłowym, o intensywnym zapachu. Podsumowując, bariera oddzielająca świat ludzi od świata duchów albo jest w Sudanie cieńsza, albo istnieją w niej pęknięcia, prześwity, przez które ten drugi, nieznany wymiar może czasem przeniknąć.”

Sama historia porwała mnie i zauroczyła, co nie jest zaskakujące, biorąc pod uwagę jak bardzo lubię rozmaite rodzinne sagi. Lata 50. W Sudanie, Egipcie i okolicach. Mahmud jest bogatym Sudańczykiem stworzonym do interesów i czujący się jak ryba w wodzie prowadząc swój biznes i bogate życie towarzyskie. Ma też dwie żony, odmienne od siebie jak ogień i woda. Starsza Wahiba jest rodowitą Sudanką, żyjącą według starodawnych tradycji i reguł. Urodziła Mahmudowi dwóch synów – starszy jest słabym nieudacznikiem, młodszego i utalentowanego Nura czeka świetlana przyszłość. Druga żona, młoda i elegancka Egipcjanka Nabilah jest matką dwójki jego małych dzieci, które chce wychować na nowoczesnych i wykształconych ludzi. Jest także brat Mahmuda i jego trzy córki, nauczyciel dzieci z rodziny Abuzajdów i jego własna rodzina, przyjaciele młodych ludzi… Mimo pokaźnej liczny bohaterów, ani przez chwilę nie ma się poczucia przesytu i dezorientacji – wszystkie przeplatające się ze sobą historie poprowadzone zostały umiejętnie i z talentem. Aboulela porusza tematy istotne w życiu każdego człowieka, pisze o jego miejscu i przeznaczeniu, o tym, co człowiek może zrobić ze swoim życiem, o wierze, styku kultur i tradycji. Wreszcie dotyka też kwestii poezji, relacji międzyludzkich zwłaszcza w rodzinie i przemyca opisy tradycyjnych obrzędów i zwyczajów. Historia opowiedziana w „Arabskiej pieśni” to także przede wszystkim smakowita i świetnie napisana opowieść. Autorka prowadzi fabułę z wielkim wyczuciem, nie wysnuwając nachalnych wniosków.

Aboulela ujęła mnie także tym, że pisząc o odmiennych kulturach zderzających się i przenikających ze sobą nawzajem, żadnej nie faworyzuje. Egipt jest pokazany jako kraj nowoczesny i o wysokiej kulturze, czerpiącej zarówno z przeszłości, jak i ochoczo dążącej do europejskości. Nad przedstawicielami tej opcji wisi jednak groźba konsumpcjonizmu, przejawiająca się w miłości Nabilah do coraz to nowszych strojów, które to uczucie chwilami zdaje się z niej czynić niewolniczkę mody – nawet przechodząc z jednego budynku do drugiego kobieta bierze torebkę, bo pasuje jej do całości kreacji. Nie znaczy to jednak, że Nabilah jest pusta i głupia. Tak samo Wahiba, przedstawicielka tradycji i kultury Sudanu z plemiennymi bliznami na twarzy, nie jest uosobieniem mądrości i cnoty – ostatnio powszechne jest przedstawianie cywilizacji na modłę europejską jako czegoś negatywnego i w sumie zacofanego, podczas kiedy mądrość ludowa jawi się jako ta prawdziwsza, bliższa człowiekowi i w skrócie mówiąc: lepsza. Tymczasem owszem, Wahiba i inne sudańskie kobiety radzą sobie w wielu kwestiach dzięki tradycji i odwiecznym zwyczajom, z drugiej jednak strony hołdują chociażby obrzezaniu dziewczynek, choć sprzeciwia się temu głowa rodziny w postaci Mahmuda. Fragment ten zresztą, choć bez żadnych obrazowych opisów, a wręcz opowiedziany z „trzeciej ręki” był dla mnie najgorszym i najbardziej bolesnym momentem powieści. Porównać go mogę do podwiązywania stóp w „Kwiecie Śniegu i sekretnym wachlarzy” Lisy See. W takich chwilach ogarnia mnie złość, smutek i bezsilność, pragnienie zrobienia czegoś i zwyczajne mdłości. Czytając o dramacie matki i jej córki poddanej temu okrutnemu zabiegowi, sama miałam łzy w oczach i nawet nie chciałam się zastanawiać, co bym zrobiła i czuła, gdyby moje dziecko spotkało coś takiego wbrew mojej woli. Pomijając jednak ten aspekt, Aboulela nie ocenia – codzienne życie, sposób wychowania dzieci, kontakty towarzyskie – wszystko to jest mniej lub odmienne, ale nie ma tu wartościowania, wszystko zależy od potrzeb i przyzwyczajeń.

Wspaniała to książka i boję się, że przez polski tytuł (w oryginale nosi nazwę „Lyrics Alley”) i niezbyt trafioną okładkę (osobiście zupełnie mi się nie podoba) zginie w morzu historii o ciemiężonych przez arabskich mężów kobietach, powodzi arabskich żon, córek, matek i kochanek. Byłaby to wielka szkoda, bo moim zdaniem „Arabska pieśń” jest powieścią wyjątkową i udaną pod każdym względem. Mnie zaczarowała i mocno poruszyła. Już się cieszę na inne książki Abouleli stojące na mojej półce i wiele sobie po nich obiecuję.

Tytuł: Arabska pieśń
Tytuł oryginału: Lyrics Alley
Autor: Leila Aboulela
Tłumaczenie: Joanna Urban
Wydawnictwo: Remi, 2011
Ilość stron: 432
Moja ocena: 6/6

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Remi.

Reklamy
  1. 28/07/2011 o 8:09 pm

    Anoż właśnie, ta okładka… Ech…Porażka.

    • 28/07/2011 o 8:17 pm

      Niestety. Ale naprawdę warto przymknąć na nią oko, bo sama książka jest bardzo, bardzo dobra. Może kiedyś wydawnictwa zrozumieją, że niekoniecznie trzeba na okładce pokazać kobietę w chuście, żeby przyciągnąć czytelnika.

  2. 28/07/2011 o 9:58 pm

    Już mi gdzieś to nazwisko wpadło w oko, w jakiejś recenzji. Nie pamiętam, na którym blogu, ale tam tez książka tej Autorki była gorąco chwalona. Zapisuję pozycję, bo lubię czytać o Afryce.
    A okładka – rany, myślałam, że to kolejne czytadło w stylu „wyszła za Araba, a on ją wywiózł i zmusił do rodzenia dzieci”. Nigdy bym po to ręki w księgarni nie wyciągnęła. Co to za jakaś chustomania – śliczną okładkę pierwszego wydania „Hakawatiego” też zmienili przy drugim na kobietę w chuście. Widać Arabowie się wydawnictwom kojarzą jednoznacznie.

    • 30/07/2011 o 12:26 pm

      Problem polega tu jeszcze na tym, że książka jest głównie o Sudanie (oraz o Egipcie), więc podciąganie tego pod „arabskość” w takim aż stopniu wydaje mi się naciągane i niepotrzebne… Zostawmy jednak nieszczęsną okładkę i tytuł, książka naprawdę się broni i jest zwyczajnie świetna, więc gorąco polecam!

  3. 28/07/2011 o 10:28 pm

    Piękna recenzja, bardzo słusznie zwróciłaś uwagę na nieocenianie różnych kultur i nie traktowanie żadnej w czarno-białych barwach. Ja też swoją recenzję napisałam, ale jeszcze nie publikuję :) Co do okładek to Aboulela na spotkaniu mówiła o tej kwestii dużo, bo to drażniąca sprawa i wiele osób porusza – generalnie czytelniczki są przeciwko takiemu wyborowi zdjęć, sama autorka jest przeciwko, ale wydawcy są głusi na sprzeciw i hołdują przekonaniu, że chyba na zasadzie domina jak jedna książka z kobietą w hidżabie się sprzeda, to następne dziesięć także. Szkoda, że chociaż nie dali Egipcjanki albo Sudanki…
    Angielska okładka ma chociaż dwie Sudanki z południowego Sudanu, jak wyjaśniła Aboulela, choć meczet na okładce tak naprawdę jest meczetem marokańskim, więc też średnio to prawdziwe.

    Wysłałam dziś pytania do wywiadu autorce i nieoficjalnie informuję czytelniczki, że w następnym numerze Archiepelagu najprawdopodobniej pojawi się wywiad z Leilą Aboulelą :)

    • 30/07/2011 o 12:30 pm

      Bardzo ciekawa jestem Twojej recenzji :)
      Smutne jest to, co napisałaś o okładkach. Skoro zarówno sama autorka jak i czytelniczki są przeciwne takim wydaniom, bezsensowne jest projektowanie takich okładek… Zwłaszcza, że przez to książki Abouleli giną wśród tych wszystkich pozycji o niewolonych żonach oraz mdłych romansików ze światem arabskim w tle. A w przypadku Abouleli to wielka szkoda i niesprawiedliwość wręcz, bo autorka ma do powiedzenia wiele, wiele więcej. I robi to w przepiękny sposób, więc z każdej strony jej książki są warte uwagi.

      Mam nadzieję, że uda się z wywiadem i zachęcimy jeszcze więcej polskich czytelniczek do Leili Abouleli :) A ja sama jestem bardzo ciekawa jej odpowiedzi!

      • 30/07/2011 o 6:35 pm

        Wiesz, jeszcze pół biedy, gdy okładki są do wydań angielskich czy amerykańskich – takie Aboulela dostała do akceptacji (i mówiła, że amer. okładka „Lyrics Alley” jest ładniejsza, faktycznie, sprawdziłam na amazon.com, że jest piękna, ale podobo nie sprzedaje się tak dobrze jak angielska), ale jeśli chodzi o wydania za granicą, to autorzy w ogóle nie mają nic do gadania w kwestii okładek.

        A Aboulela odpisała, że akurat odwiedza mamę w Kairze, ale że pytania jej się podobają, że bardzo się cieszy, że wywiad z nią ukaże się w polskim magazynie (bo jeszcze żaden polski dziennikarz z nią nie rozmawiał) i odpowie, jak tylko wróci do Szkocji. Naprawdę kontakt z nią jest czystą przyjemnością, po jej stosunku do mnie od pierwszego naszego spotkania widzę, że bardzo szanuje swoich czytelników.

  4. Lilithin
    29/07/2011 o 7:16 am

    No wlasnie ta okladka i tytul sa zniechecajace. Dobrze, ze napisalas tak pozytywnie o tej ksiazce, bo widzac ja w ksiegarni z pewnoscia bym ja zignorowala. Lilithin

    • 30/07/2011 o 12:41 pm

      Zastanawiałam się nawet, czy nie zacząć recenzji od „Niech nie zniechęci Was okładka!”, ale uznałam, że to byłoby chyba zbyt okrutne ;) Ale jest naprawdę wspaniała, więc polecam.

  5. 29/07/2011 o 8:43 am

    Bardzo zachęcająca recenzja. Dodam do mojej listy „do przeczytania” i dziękuję, bo przez okładkę pewnie bym ominęła z daleka.

    • 30/07/2011 o 12:42 pm

      Dziękuję :) Niestety, trzeba zignorować okładkę, opis książki na tyle książki też może trochę wprowadzić w błąd, ale naprawdę warto nie dać się zwieść!

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s