Archiwum

Posts Tagged ‘powieść’

Zbiegi okoliczności („Za zakrętem” Marika Krajniewska)

Współczesna Rosja, Petersburg. Dwie kobiety żyjące przeszłością, teraźniejszość służy im niejako jedynie do rozpamiętywania tego, co było. Anna i Irina – dwie matki, które straciły swoje jedyne dzieci i tym samym stały się zupełnie same. Nie do końca, mają przecież siebie i mimo pozornie łączącej ich niechęci, żeby nie powiedzieć początkowej wręcz nienawiści, ich znajomość przekształca się w toksyczną przyjaźń, sieć zależności, sytuację, w której obie nie potrafią już bez siebie żyć, choć wspólne spotkania, wspominanie właściwie tylko je wykańcza, nie pozwala zrobić kroku na przód. Nie potrafią zrezygnować ze spotkań, odwiedzin, małych rytuałów, a jednocześnie w tle wciąż kołacze się poczucie winy i tą winą obarczanie tej drugiej. Są połączone, ale połączone tragedią, rozpaczą i stratą, czy taka przyjaźń ma szansę przetrwać? Czy nie zabija ona wszelkiej nadziei na dalsze, normalne życie? Anna i Irina ledwo dostrzegają ludzi wokół siebie, obie straciły swoich ukochanych – jedna z powodu wypadku, druga – alkoholu. Co trzeba zrobić, żeby w takiej sytuacji postawić krok naprzód, zakończyć żałobę? Czy to w ogóle jest możliwe?

Opis „Za zakrętem” Mariki Krajniewskiej wydał mi się intrygujący, nakreślał główny wątek tej króciutkiej powieści, ale nie zdradzał zbyt wiele, miałam więc nadzieję na ciężką, ale dobrą opowieść z psychologią bohaterek na pierwszym planie. Do tego Rosja, a w dodatku Petersburg – jak mogłabym się oprzeć? Książka ma zaledwie 150 stron, więc czyta się ją błyskawicznie, napisana jest przyjemnym językiem. Początek naprawdę mi się spodobał – bohaterki zostały realistycznie przedstawione, ich relacja, choć dająca im obu pewne wytchnienie, duszna i przytłaczająca. Zrozumienie nie wystarczy, by pomóc, a przede wszystkim pojawia się pytanie – czy Anna i Irina chcą sobie pomóc i tej pomocy oczekują? Czego właściwie chcą, od życia i siebie nawzajem? Na drugim planie rysuje się natomiast historia znajomości ich dzieci, a czytelnik z czasem poznaje szczegóły tragicznego wypadku, mamy więc nawet pewien element tajemnicy, choć bez żadnego zaskoczenia, ale przecież zupełnie nie o to chodzi w tej historii.

A mimo to książka gdzieś tak w połowie zaczęła mnie drażnić. I to elementami moim zdaniem tak zbędnymi, że bez żadnej szkody można było z nich zrezygnować, a w moim odczuciu odebrały one historii cały realizm i moc wzruszania. I już nawet nie chodzi mi o to, że dzieci obu kobiet noszą imiona Julia i Roman, choć wydaje mi się to niepotrzebne i jakoś bliżej temu do żartu czy mrugnięcia okiem autorki, a sama książka jest raczej pozbawiona humoru. Jednak wątek dotyczący Iriny i męża Anny wydaje mi się wręcz absurdalny, owszem, wiąże bohaterki jeszcze ściślej, jeszcze bardziej komplikuje ich relację, ale po co? Tak wielkie zrządzenie losu oczywiście może się zdarzyć w „prawdziwym życiu”, nie jest mi obce przysłowie o scenariuszach, jakie to życie pisze, ale w powieści niestety raczej sprawia, że człowiek podnosi brew i zastanawia się, jaki sens miało wprowadzenie takiego zdarzenia. I już bym nawet to przełknęła, bo cóż, mogło być i tak, ale zaraz dostajemy rozwiązanie, które zapowiadało się tak dobrze (nie chcę tu zdradzać zakończenia, więc nie podam szczegółów), psychologicznie realnie, słodko-gorzko i w sumie w sposób napawający nadzieją… Tu jednak przychodzi kolejne zaskoczenie, niebywały zbieg okoliczności, być może uroczy i optymistyczny, ale ja niepewnie wpatrywałam się w ostatnią stronę, niedowierzając, że autorka naprawdę zdecydowała się na taki zabieg. Być może się czepiam, być może za mało wierzę w szczęśliwe trafy i niebywałe przypadki, które wszystko szczęśliwie kończą, ale moim zdaniem niestety wyżej wspomniane wątki odebrały powieści jej ciężar, zamieniając w bajkę, która owszem, okrutna, ale kończy się tak, że większości baśni daleko do tego rodzaju happy endów. Niestety, nie jestem wielbicielką takich rozwiązań.

Żal mi tej współczesnej Rosji, tego Petersburga i tego tematu. I w sumie potencjału, bo książka ma naprawdę dobrze napisane pewne wątki i takie niepotrzebne wtręty (a przy tak niewielkiej w sumie objętości ma to tym większe znaczenie) zepsuły ją w moich oczach. Mogło być naprawdę bardzo dobrze, a końcem końców wyszło tak sobie. Szkoda.

Tytuł: Za zakrętem
Autor: Marika Krajniewska
Wydawnictwo: Papierowy Motyl, 2010
Ilość stron: 150
Moja ocena: 2/6

Walijska prowincja („Eve Green” Susan Fletcher)

Ostatnio napisałam kilka recenzji książek, które niestety niespecjalnie mi się podobały. Kilka ich jeszcze pojawi się na blogu, bo mam mocne postanowienie nadrobienia zaległości, aby więc nie wyjść na wiecznie niezadowoloną marudę, tym razem napiszę o książce uroczej, którą czytało mi się niezwykle przyjemnie i którą mogę spokojnie i tym razem bez zbędnej ilości różnych „ale” polecić. „Eve Green” Susan Fletcher, bo o tej książce mowa, znalazła się na mojej półce jakoś w pierwszych miesiącach mojego blogowania. Musiałam o niej przeczytać u kogoś na blogu pozytywną recenzję, bo okładka raczej by mnie to zakupu nie zachęciła (poza kolorem, oczywiście), a opis z tyłu, choć przyjemny, też nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego. Książkę znalazłam za kilka złotych w Matrasie i przeczekała sobie kilka lat na półce, aż mi się o niej przypomniało i zażyczyłam sobie przyniesienia jej do szpitala, gdzie niestety przedłużała nam się wizyta z powodu wstrętnych infekcji. I choć końcem końców przeczytałam ją już po powrocie do domu, kiedy nareszcie zrobiła się wiosna, to uważam ją za dobry pomysł na poprawę humoru. A nie jest to wcale książka specjalnie optymistyczna! Powiedziałabym raczej – ciepła, subtelna i mówiąca o pogodzeniu się z samym sobą, odnalezieniu pewnej wewnętrznej harmonii. Brak jej jednak uduchowienia częstego przy takich tematach, to powieść na wskroś naturalna, niekoniecznie wyróżniająca się wybitnie na tle innych, ale warta przeczytania.

Zarys tej powieści jest dość prosty. Dwudziestodziewięcioletnia Eve Green wspomina swoje pierwsze lato w Walii. Trafiła tam do domu swoich dziadków mając lat osiem, zaraz po przedwczesnej śmierci swojej matki. Od tamtej pory wieś Cae Tresaint stała się jej domem, jednak to pierwsze lato, a właściwie cały pierwszy rok mieszkania w nowym miejscu odcisnęły piętno na całym życiu Eve. To właśnie wtedy poznała ludzi, którzy w pewien sposób ją ukształtowali, poznała swoją duchową ojczyznę, ponieważ już nigdy nie mogła mieszkać poza Walią i nie móc oglądać jej nieba, nie być otoczona jej przyrodą. A wreszcie tamtego lata zaginęła niewiele starsza od niej dziewczynka, Rosie, a cały dramat owiany był tajemnicą. Być może Eve znała do niej klucz, choć zupełnie inny, niż spodziewali się inni mieszkańcy wsi. Dodatkowo mała Evie ze strzępków rozmów, niechętnych spojrzeń lub otwarcie wrogich komentarzy poznaje historię miłości swojej matki, którą dopiero dorosła Eve w pełni zrozumie, o ile oczywiście zrozumienie czyichś uczuć jest do końca możliwe…

Mamy więc w powieści kilka sprawdzonych motywów – rodzinne sekrety, tu poznawane zwłaszcza oczami dziecka, miłości z dawnych lat, przenosiny na prowincję, zapierająca dech w piersiach przyroda i kilkoro fascynujących mieszkańców. A jednak autorce udało się wymknąć banałowi i wszystkie te elementy się w jej powieści sprawdzają, mają sens i są opisane naprawdę ładnym językiem, który pozwala zobaczyć każdą scenę i poczuć klimat Cae Tresaint, zarówno kiedy kwitną we wsi kwiaty, jak i kiedy błoto wciska się wszędzie i krowy chorują na niebezpieczną chorobę racic. Susan Fletcher poradziła sobie z tematem doskonale, a kilka wątków mnie po prostu zauroczyło, jak choćby wątek uczuciowy głównej bohaterki, tak odmienny od typowego romansu z książek obyczajowych (choć i taki tu znajdziemy dzięki matce Eve). Wspaniale też zostali opisani dziadkowie Eve i kiedy myślę o wielu innych wątkach tej powieści, aż żałuję, że nie była dwa razy dłuższa, bo mogłabym ją czytać i czytać, poznając kolejne małe i wielkie sekrety, rodzinne dramaty, a także samą wieś i jej okolice. Nie mówiąc już o tym, że zapragnęłam pojechać do Walii, co też chyba mówi sporo o tym, jak urzekająca jest to książka.

„Eve Green” wydaje mi się idealną powieścią na lato. Jest lekka, wciągająca, pełna sekretów i uroku. Bohaterowie są psychologicznie naprawdę dobrze zarysowani i nie trudno jest wciągnąć się w ich historie, nawet jeśli to jedynie skrawki opowieści z dawnych lat, których rozwiązanie już siłą rzeczy czytelnik zna. Prawdziwa to czytelnicza przyjemność, a dodatkowym smaczkiem jest fakt, że to debiut autorki, która napisała powieść mając lat 25. Nic tylko westchnąć z zazdrością (pozytywną!) i cieszyć się na inną jej powieść czekającą na półce, czyli świetnie przyjęte „Ostrygojady”.

Tytuł: Eve Green
Autor: Susan Fletcher
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Wydawnictwo: Muza, 2006
Ilość stron: 264
Moja ocena: 5/6

A miało być tak pięknie („Wysepka” Andrea Levy)

Jamajka, lata czterdzieste ubiegłego wieku. Hortense uczy się w brytyjskiej szkole, by zostać nauczycielką. Jest dziewczyną dobrze wychowaną, choć jej pochodzenie jest dość skomplikowane, w naukę wkłada wiele pracy, a przede wszystkim – nie brak jej ambicji. Ambicja zaczyna przysłaniać jej inne wartości i wkrótce dziewczyna marzy już niemal o jednym – osiedleniu się na wyspie-matce, Wielkiej Brytanii, którą przecież tak dobrze zna, ucząc się o niej od małego. Pomóc jej w tym może niejaki Gilbert Joseph, jamajski chłopak, który podczas wojny zaciągnął się do brytyjskiej armii i służył w niej, zamiast obiecanej chwały przekonując się raczej o tym, jak czarnoskórzy obywatele imperium są traktowani w Anglii. Na pewno nie tak fatalnie, jak w Ameryce, ale do ideału wciąż sporo brakuje… Mimo to Gilbert po wojnie zamieszkuje w Londynie, wynajmując pokój u swojej angielskiej znajomej z czasów wojny, Queenie Bligh, która oczekuje powrotu męża z wojny. Bernard wyruszył do Indii, a następnie ślad po nim zaginął, sama Queenie natomiast czas wojny, mimo wszechobecnego strachu i dziejących się naokoło dramatów, spędziła wyjątkowo intensywnie, odkrywając nowe strony swojego charakteru i osobowości. Cała trójka trafi w końcu do domu Queenie w Londynie i zwiąże się ze sobą w sposób zaskakujący i dużo silniejszy, niż którekolwiek z nich mogłoby przypuszczać, niż kiedykolwiek przeszłoby im to przez myśl.

Zanim jednak czytelnik się o tym dowie, pozna historie całej trójki, a nawet czwórki, jak się z czasem okaże, pisane w pierwszoosobowej narracji, przedstawiające różne aspekty tych samych sytuacji, różne spojrzenia, wreszcie tych samych bohaterów widzianych oczami innych, a także ich własną wersję wydarzeń. Wiele retrospekcji pomaga wczuć się w sytuację narratorów i choć początkowo wydaje się to niełatwe, końcem końców polubić każdego z nich na swój sposób, skoro możemy poznać ich motywy, marzenia i małe bądź większe dramaty. Na pierwszy plan wysuwają się jednak nie te indywidualnie historie, nierzadko naszpikowane humorem i ironią, ale obraz powojennej Anglii, która mierzy się z napływem mieszkańców kolonii oraz powolny proces tworzenia się społeczeństwa wielokulturowego, pełnego odmienności. Dużo w powieści rozczarowania, któremu nierzadko towarzyszy czarny humor, dużo ironii. Przybysze z Jamajki, niewielkiej w porównaniu z Wielką Brytanią wysepki, nauczeni nabożnego wręcz szacunku do kraju macierzystego, jego języka i tradycji są skonfrontowani z angielską rzeczywistością i niestety, marzenia o kraju mlekiem i miodem płynącym trzeba odłożyć, być może na zawsze.

Nie mam wątpliwości, że „Wysepka” to książka dobra, dobrze napisana, pełna błyskotliwych uwag, ironicznego humoru i z ciekawie wykreowanymi bohaterami. Do tego dochodzą wątki imigracyjne, wielokulturowe, a całość dzieje się w dużej mierze w Anglii – wszystko to wydaje się być niemal przepisem na stworzenie książki, którą się z miejsca zachwycę, jakby na miarę dla mnie szytą. Niestety, tak się nie stało i choć „Wysepka” mi się podobała, to jednak nie zachwyciła. Być może miałam za duże co do niej oczekiwania, właśnie z powodu tych wszystkich „moich” wątków, a może mnogość nagród, jakie powieść zdobyła wywindowała moje nadzieje nadmiernie wysoko? A może, zwyczajnie, czytałam ją w nieodpowiednim czasie, bo pod koniec ciąży, kiedy generalnie do czytania siadałam raczej niechętnie. Nie mogłam do końca wczuć się w bohaterów, żadnego z nich tak po prostu polubić, bez żadnych „ale”, choć im kibicowałam i było mi ich bardzo szkoda. Może oczekiwałam, że znajdę tam jakieś zaskakujące dla siebie treści, a po iluś przeczytanych książkach o tej tematyce nie jest to już takie łatwe? Trochę mi żal, bo dużo sobie po tej lekturze obiecywałam, a trochę pozostaje mi tylko wzruszyć ramionami, bo książek tego rodzaju wciąż sporo czeka na półce, a skoro ta nie zachwyciła… Trudno. Mimo wszystko, czasu nad nią spędzonego zdecydowanie nie uważam za stracony i książkę mogę z czystym sumieniem polecić. Przekonajcie się sami, czy Was zachwyci.

Tytuł: Wysepka
Tytuł oryginału: Small Island
Autor: Andrea Levy
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros, 2006
Ilość stron: 512
Moja ocena: 4/6

Widok z Piaskowej Góry

Postanowiłam, że na pierwszą recenzję po mojej nieobecności na blogu wybiorę książkę, która zachwyciła mnie późną wiosną tego roku. Nie tak często czytam książki, w których podoba mi się właściwie wszystko i które z czystym sumieniem mogłabym polecić każdemu, bo myślę, że każdy czytelnik nawet jeśli nie zachwyci się nią tak, jak ja, to jednak doceni przynajmniej pojedyncze wątki. A mowa tu o genialnej moim zdaniem „Piaskowej Górze” Joanny Bator.

Powieść Bator, którą do tamtego czasu znałam jedynie z „Japońskiego wachlarza” (który do tej pory uważam za bardzo pozytywne pierwsze spotkanie) opowiada o losach mieszkańców pewnego wałbrzyskiego osiedla, czy raczej blokowiska – zwanego właśnie Piaskową Górą, a także ich rodzin i znajomych. Główną osią fabuły jest historia Jadzi Maślak, która do Wałbrzycha przybywa z małej wsi i jej córki Dominiki, różniącej się od niej w każdym możliwym aspekcie. To tu, już na dworcu poznaje swego przyszłego męża, Stefana Chmurę – dosłownie wpada w jego ramiona, co wszyscy uznają za szalenie romantyczne. Po pewnym czasie para bierze ślub, rodzi się córka Dominika i pełne zadowolenie Jadzi zostaje wystawione na próbę, bo jej jedyne dziecko to prawdziwy odmieniec. Zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i zachowanie. Zamiast jak przystało na dziewczynkę być słodkim, posłusznym i trzymającym się domu stworzeniem, Dominika jest skryta, nie interesują ją „kobiece” zajęcia i woli czas spędzać czytając na dachu bloku, a nie na oglądaniu seriali wraz z matką. Trudno tu nawet mówić o narastaniu konfliktu, Jadzia i Dominika to ogień i woda, choć pewnie chciałyby zrozumieć się i odnaleźć nawzajem, porozumienie wymaga wielkiego wysiłku i poświęcenia, na które obie kobiety nie są jeszcze gotowe. Jednak ta relacja jest jedynie jednym z wątków, ponieważ strony „Piaskowej Góry” kłębią się od bohaterów, a każdy z nich ma do opowiedzenia swoją własną, choćby krótką historię.

To właśnie bohaterowie są siłą powieści Bator, zwłaszcza postaci kobiece, zapadające w pamięć i mimo całej masy wad wzbudzające sympatię. Spotkałam się z opiniami, że ciężko polubić jakąkolwiek postać w tej książce, ponieważ wszystkie są ułomne, błądzą, niekiedy irytują. Ja jednak miałam zupełnie odwrotne odczucia – to właśnie te wszystkie potknięcia, pomyłki i wady, opisane przez autorkę z dużą dozą ironii, ale i czułości sprawiają, że nawet jeśli czyjeś zachowanie (poza może dwiema lub trzema wyłącznie negatywnymi postaciami) denerwuje mnie niepomiernie, byłam zazwyczaj w stanie wykrzesać z siebie współczucie, a nawet zrozumienie i sympatię. Nietrudno krytykować mieszkańców Piaskowej Góry, jednak mając wgląd w ich życie, wcześniejsze doświadczenia i często jak najbardziej pozytywne intencje, dużo łatwiej dostrzec niekończące się zależności, powiązania, przyczyny i skutki. Niekoniecznie muszą one usprawiedliwiać działania bohaterów, ale zrozumienie, co powszechnie wiadomo, ułatwia wybaczenie.

Kolejnym wielkim atutem „Piaskowej Góry” jest język. Bator pisze z niesamowitym wyczuciem, oscylując pomiędzy gawędziarskim stylem, a strumieniem świadomości, który idealnie wpasowuje się w koncepcję fabuły. Mimo niemal nieprzerwanego bloku tekstu książkę czyta się niezwykle szybko i gładko, określenia i powiedzonka bohaterów towarzyszą czytelnikowi jeszcze po lekturze. Czasem gdy czytam książkę napisaną w charakterystyczny sposób, już po jej lekturze łapię się na tym, że formułuję myśli w sposób, w jaki autor bądź autorka układali zdania w swojej powieści. Tak było w przypadku „Piaskowej Góry”, która pozostała ze mną na długo po jej przeczytaniu.

Nie chcę zdradzać fabuły książki, ponieważ sama wiedziałam o niej niewiele i dużo radości sprawiło mi jej odkrywanie. Mam nadzieję, że laurka, jaką tu książce wystawiam wystarczy, by zainteresować tych czytelników, którzy „Piaskowej Góry” jeszcze nie czytali. Na pewno nie będzie to zmarnowany czas, a może nawet zachwycicie się nią tak bardzo, jak ja. Tymczasem mnie pozostaje się cieszyć, że „Chmurdalia” wciąż przede mną, a nowa książka Joanny Bator jeszcze nawet niekupiona, więc będzie mnie czekało wiele radości.

Korzystając z okazji, zapraszam Was jeszcze do przeczytania wywiadu, jaki przeprowadziłam z Joanną Bator dla Archipelagu i który znajduje się w najnowszym numerze pisma, jak zawsze do pobrania z oficjalnej strony.

Tytuł: Piaskowa Góra
Autor: Joanna Bator
Wydawnictwo: W.A.B, 2009
Ilość stron: 446
Moja ocena: 6/6

Iran za zasłoną snu

„Istnieją rany psychiczne, które jątrząc się toczą powoli, jak trąd, psychikę człowieka. Chory nie może jednak wyjawić swoich cierpień, tak są one osobliwe, dziwne i niewiarygodne. Jeżeli jednak ktoś zechce je wyznać, a nawet opisać, ludzie przyjmują te niezwykłe wyznania sceptycznie lub, co gorsza, bezdusznie z nich szydzą, kpiąc i uśmiechając się ironicznie, uznają bowiem aktualnie panujące sądy za własne, a przecież nie odkryto jeszcze sposobu leczenia cierpień psychicznych, uśmierza się je tylko odurzającym snem, wywoływanym przez alkohol, opium czy też inny narkotyk.”

„Ślepą sowę”, powieść uznawaną za najważniejsze dokonanie Sadegha Hedajata, przeczytałam już dłuższy czas temu. Książka ta wraca do mnie co jakiś czas, ja natomiast wciąż czuję, że nie odkryłam tajemnic w niej zawartych, mimo przeczytania kilku tekstów, które miały mi przybliżyć ten temat. Może to brak znajomości literatury irańskiej, której odnowicielem nazywany jest Hedajat, a którą ja dopiero poznaję, stopniowo i w dużej mierze intuicyjnie. Nie zmienia to faktu, że nawet błądząc wśród powieściowych wątków jak we mgle, a może bardziej pasowałoby stwierdzenie – jak w oparach opium, które unoszą się niemalże z kart książki, nie trudno dać się choć na chwilę uwieść onirycznej atmosferze i wciągnąć w losy bohatera.

A losy te od początku są niejasne, bo choć bohater rozpoczyna swą opowieść zwróceniem się do czytelnika bądź swojego cienia twierdząc, że w tej spowiedzi wyjaśni motywy swojej zbrodni. Od tej chwili jednak nic już nie będzie oczywiste i wyjaśnione, a całość przypominać będzie sen, zmienny, emocjonalny i pełen niedomówień.

„Jeżeli więc teraz postanowiłem wszystko opisać, to po to tylko, aby poznał mnie mój cień (…)”

„Czytelnik zostaje wrzucony niemalże w środek akcji – opisanej w sposób dość statyczny, jednak wydarzenia dzieją się szybko i nierzadko trzeba przejść do porządku dziennego nad tym, że obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, postaci występują w coraz to nowych rolach, a główny bohater dzięki opium i prawdopodobnie narastającej chorobie psychicznej zaczyna przeżywać losy człowieka z przeszłości, zakochanego bez wzajemności w młodej i pięknej żonie. Czy jest to tylko sen, narkotyczna wizja bądź omamy spowodowane zaburzeniami? Jeśli tak – które z żyć jest prawdziwe? Choć bohater daje nam wskazówkę, że to początek, w którym przez tajemnicze okienko obserwuje dziwną scenę z dziewczyną i starcem jest tym właściwym biegiem wydarzeń, to jednak losy chorego człowieka z przeszłości opisane są dokładniej, a choć dość niesamowite, wciąż wydają się być bardziej rzeczywiste niż opowieść, w której do bohatera przychodzi piękna dziewczyna – i po chwili osuwa się martwa na ziemię. Może więc szalona jazda powozem w celu jej pochowania to tylko senna mara, wyśniona przez znużony chorobą umysł? Takie wyjaśnienie dużo bardziej do mnie przemawia, a całość staje się łatwiejsza do odczytania. Ucieczka w niezwykłe wizje, które odbijają rzeczywiste wydarzenia i postaci. A może prawda jest jeszcze inna, może czytelnik uczestniczy w dwóch wcieleniach bohatera? Może wspomnienia z poprzedniego życia wracają do niego po znalezieniu naczynia z przeszłości? Czy istnieje klucz do tej powieści, czy też czytelnik celowo ma błądzić wśród domysłów i odczuć?

Czytając wielokrotnie łapałam się na tym, że chciałabym zobaczyć ilustrację przedstawiającą konkretną scenę – mroczną, tajemniczą, z perskimi ornamentami. To właśnie takie obrazy pozostają z czytelnikiem. Fantastyczne, chwilami wręcz poetyckie, niepokojące. Poza niewątpliwymi doznaniami estetycznymi służą też jako zdecydowany przejaw buntu wobec skostniałych konstrukcji, w tym przede wszystkim tych społecznych. Tylko czy jest to bunt świadomy, czy też ucieczka od pustego, samotnego życia? „Ślepa sowa” pozostawia więcej pytań, niż odpowiedzi. Być może zrozumiem więcej po przeczytaniu większej ilości książek irańskich i o Iranie, powieść ta jednak mocno mnie zaintrygowała, a czytanie było prawdziwą przyjemnością dzięki stylowi i dobremu tłumaczeniu. Po polsku ukazały się także opowiadania Hedajata i jeśli tylko będę miała okazję, na pewno po nie sięgnę.

Tytuł: Ślepa sowa
Tytuł oryginału: Būf-i kūr
Autor: Sadegh Hedajat
Tłumaczenie: Barbara Majewska
Wydawnictwo: PIW, 1979
Ilość stron: 120
Moja ocena: 4/6

Homo sovieticus a muzyka życia

Dawno już nie pisałam o żadnej książce Andreï’a Makine’a, czas więc to zmienić i trochę się tu znowu pozachwycać nieprzeciętnym talentem tego francuskiego pisarza o rosyjskich korzeniach. Tym bardziej, że ostatnio przeczytana przeze mnie „Muzyka życia” wskoczyła do trójki moim zdaniem najlepszych książek autora. A biorąc pod uwagę, że Makine zawojował w zeszłym roku mój osobisty ranking pisarzy, z przekonaniem mogę stwierdzić, że czytelnik ma do czynienia z dziełem.

Obserwowanie ludzi czekających na pociąg na małej stacji ukrytej wśród śniegu na Uralu jest wyjściem do snucia refleksji na temat rosyjskiego społeczeństwa przez zmęczonego i rozdrażnionego emigranta. W jego głowie niczym refren rozbrzmiewa niedawno ukute określenie: homo sovieticus. Zdaniem narratora pasuje ono do obserwowanych ludzi idealnie, bo patrząc na ich brak sprzeciwu, pokorne czekanie na opóźniony o wiele godzin pociąg, nie jest w stanie doszukać się w nich godności, ludzkiej dumy właściwej większości homo sapiens. Zmęczony, podróżnik trafia do pozornie opuszczonego pomieszczenia, gdzie jednak przy fortepianie siedzi wzruszony mężczyzna – Aleksiej Berg. Wkrótce czytelnik poznaje jego historię – wypełnioną cierpieniem, dramatyzmem, odrobiną miłości oraz – muzyką. W przeddzień swojego pierwszego koncertu, młody pianista Aleksiej Berg w drodze powrotnej do domu spotyka sąsiada, który przestrzega go przed powrotem do mieszkania – tajne służby aresztowały jego rodziców. Przerażony i zdezorientowany chłopak postanawia uciekać do rodziny matki – jej siostra mieszka z mężem na Ukrainie. Tak rozpoczyna się tułaczka Berga, w której usiłuje uciec od przeznaczenia narzuconego mu przez reżim. Czy się ono wypełni – zakończenie pozwala na różne interpretacje.

Poza samą wzruszającą i dającą do myślenia historią, niezwykle istotna jest kwestia tożsamości, jeden ze stałych punktów pisarstwa Makine’a. Młody Berg zdaje się dopiero określać własną tożsamość, kiedy państwo decyduje, że za tożsamość swoich rodziców zostanie zesłany daleko na wschód, by odpracować winy, których nie popełnił. W wojennej zawierusze decyduje się stać kimś innym – zmarłym podczas bitwy żołnierzem. Nowa tożsamość, tak różna od jego prawdziwej pozwala mu jednak na przeżycie w niepewnych czasach, stając się wybawieniem i przekleństwem. I choć granica między własnym „ja” a młodym żołnierzem poległym na polu bitwy chwilami się zaciera, a jeszcze częściej przestaje mieć znaczenie w obliczu śmierci i okruchów miłości (niekiedy jest to uczucie desperackie i nasiąknięte dramatyzmem, innym razem ciche i zrezygnowane dawanie sobie schronienia od samotności i lęków), to jednak ucieczka od tego, co kiedyś stanowiło pewny trzon kształtującej się tożsamości Berga wydaje się być niemożliwa. Muzyka zepchnięta w odmęty podświadomości musi wypłynąć i powróci, w okolicznościach, jakich młody pianista sobie nie wyobrażał.

Czy Aleksiej Berg uciekł od piętna homo sovieticus, a może właśnie jest żywym przykładem takiej postawy, człowiekiem naznaczonym przez reżim, złamanym wojną i cierpieniem? A może wrzucanie całego narodu do jednego worka, wszystkich historii, ludzkich losów, kultur i postaw jest uproszczeniem tak wielkim, że samo hasło nabiera wręcz antyhumanistycznego zabarwienia? Makine jak zawsze nie daje czytelnikowi rozwiązań i odpowiedzi, pozostawiając miejsce na własne przemyślenia. Z właściwą sobie wrażliwością przedstawia losy pozornie przeciętnych ludzi, którzy nabierają niezwykłych cech, a ich losy wydają się być niezwykłe – tymczasem czytając mamy świadomość, że co druga z ukazanych na stronach książki postaci miałaby do opowiedzenia równie dramatyczną historię. Nie chodzi o licytację, nagromadzenie cierpienia, a bardziej o ujrzenie człowieka w ludzkiej masie. Tak jak na początku narrator ocenia ludzi siedzących w poczekalni, jawią mu się jako jeden anonimowy organizm – łatwo jest popaść w uogólnienia, z których część może być zwyczajnie krzywdząca i niesprawiedliwa. Narrator poznaje wzruszającą historię Berga – czy jednak opowieść śpiącego na gazetach dziadka nie mogłaby być równie przesycona emocjami i niekiedy strasznym pięknem, wrażliwością bohatera, szukaniem swojej ścieżki?

Gdybym miała ją określić jednym tylko słowem, musiałabym zdecydować się na banalne „piękna”, bo właśnie ten przymiotnik opisuje ja najpełniej. Forma, treść, emocje, obrazy, jakie wywołuje w wyobraźni – wszystko to jest wspaniałe, choć jednocześnie kameralne i niemal intymne. Nie bez powodu do głowy przychodzi mistrzowsko odegrany utwór muzyczny, w którym każdy dźwięk ma znaczenie, nawet półtony, nakreślone dłońmi pisarza w zamyśleniu, pozornie niedbale, bez widocznej potrzeby. „Muzyka życia” jest krótką powieścią, a w takich, podobnie jak w opowiadaniach, ważne jest moim zdaniem mocne wrażenie. Puenta bądź obraz, które nie opuszczą czytelnika zaraz po skończonej lekturze, która z racji objętości siłą rzeczy nie trwa długo. Historia Berga towarzyszyła mi jednak długo po skończonej lekturze i wciąż wspominam wrażenie, jakie na mnie zrobiła ta oszczędna w słowach książka.

Tytuł: Muzyka życia
Tytuł oryginału: La musique d’une vie
Autor: Andreï Makine
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Czytelnik, 2002
Ilość stron: 88
Moja ocena: 6/6

Witajcie w piekle

Chuck Palahniuk stał się ostatnio pisarzem bardzo modnym, którego dobrze jest znać, a wśród wielu kręgów towarzyskich jeszcze lepiej jest go lubić, a nawet ekscytować się jego twórczością. Do niedawna kojarzyłam autora jedynie z „Podziemnego kręgu” („Fight Club”) – nie czytałam jednak książki, oglądałam tylko film. Kiedy dostałam propozycję przeczytania i zrecenzowania książki Palahniuka nie kryłam radości, bo sama chciałam się przekonać, na czym opiera się jego popularność i czy dołączę do grona wielbicieli jego pisarstwa. Ponieważ „Fight Club” nie był dostępny, zdecydowałam się na „Potępionych” i gdy tylko zaczęłam czytać, wciągnęłam się błyskawicznie. Fanką Palahniuka raczej nie zostanę, bo to jednak literatura wykraczająca poza moje ulubione tory (a czytać wszystkiego, co mnie interesuje nie dam rady), ale myślę, że rozumiem fenomen tego pisarza.

„Potępieni” są opowieścią o Madison, trzynastolatce, która wyróżnia się spośród swoich rówieśników tym, że… nie żyje od kilku godzin i jej aktualnym miejscem pobytu jest Piekło. Madison znajduje się w brudnej klatce sąsiadującej z tysiącami takich samych, obskurnych i klejących się od brudu klitek. Wybitnie rezolutna dziewczyna analizuje swoją przeszłość i różne fakty z życia jej i jej rodziców, które doprowadziły ją do tego miejsca, nie traci jednak czasu na roztkliwianie się nad swoim losem. A kiedy nadarza się okazja, razem z grupka nowopoznanych przyjaciół opuszcza swoje więzienie i rusza na podbój Piekła – a dokładniej do centrali, gdzie będzie mogła złożyć odwołanie i być może przenieść się do Nieba. Na drodze napotykają cały przekrój demonów z najróżniejszych religii i wierzeń, a także tak urocze lokalizacje jak Pustynia Łupieżu czy Morze Wrzącej Śliny. Na miejscu okazuje się jednak, że piekielna przygoda Madison dopiero się zaczyna, ona sama zaś będzie miała dość czasu, żeby przemyśleć sobie swoja dotychczasową postawę i poważnie zastanowić się nad przyszłością (cóż z tego, że pośmiertną).

Jak na dłoni widać, że Palahniuk bawi się znanymi motywami literackimi (typowy dla fantasy quest, przemiana wewnętrzna bohatera z szarej myszki w przywódcę grupy) łącząc je w wybuchową mieszankę z krytyką współczesnego sposobu życia z naciskiem na bogaczy i wszelkiej maści celebrytów, mitologią Piekła i wreszcie niebanalnymi przemyśleniami dojrzałej nad wiek trzynastolatki, której wiele problemów wzięło się ze zwyczajnej samotności. Wszystko to zaprawione jest obficie groteską, niekiedy wręcz obrzydliwą w swoim natężeniu, absurdem i czarnym poczuciem humoru. Palahniuk musiał dobrze się bawić tworząc topografię Piekła, ja natomiast odradzam czytanie po jedzeniu, bo lektura bywa chwilami mocno paskudna w swoich ohydnych detalach. W tym miejscu (a także w odniesieniu do żywej i autentycznej narracji Madison) należą się oklaski dla tłumaczki Elżbiety Gałązki-Salamon, która rewelacyjnie poradziła sobie z zadaniem przełożenia wszelkich nazw i oddania wielobarwnej i wielonastrojowej opowieści dziewczyny, która mimo śmierci bohaterki wręcz tętni życiem. Naleciałości slangowe również brzmią w ustach Madison naturalnie, o co nie jest wcale tak łatwo i często idiolekt tego rodzaju brzmi sztucznie i odrobinę śmiesznie w nie do końca zamierzony sposób. Tutaj czytelnik nie odnosi takiego wrażenia. Książka napisana jest z dużą elokwencją, a nawet erudycją.

Mimo tego, że doceniam niewątpliwy talent Palahniuka (choć oceniam go tylko po tej jednej książce) i książkę przeczytałam szybko i z zaciekawieniem, raczej nie sięgnę po kolejne książki autora. Mogę polecić tę książkę wielbicielom groteski i tak zwanego „mocnego” pisarstwa (a z tego co wiem, „Opętani” należą do jego delikatniejszych powieści), sama jednak gustuję w innej literaturze, nastawionej na inne aspekty, z inną wrażliwością. Nie krytykuję „Opętanych”, bo nie mam do takiej krytyki tak naprawdę argumentów (poza zbyt dużym stężeniem obrzydliwości, nie jestem na nie wybitnie odporna). To po prostu kwestia gustu i tego, czego się w literaturze szuka. Ja zaspokojenia swoich literackich potrzeb nie znalazłam, ale sądząc po rzeszy fanów – Palahniuk trafia do wielu czytelników, nie zaszkodzi Wam więc spróbować.

Tytuł: Potępieni
Tytuł oryginału: Damned
Autor: Chuck Palahniuk
Tłumaczenie: Elżbieta Gałązka-Salamon
Wydawnictwo: Niebieska Studnia, 2011
Ilość stron: 288
Moja ocena: 4/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia.