Archiwum

Posts Tagged ‘miłość’

Żyjąc z duchami

Zdarza się tak, że książka przeczytana w danym momencie wpasowuje się idealnie w czytelnicze potrzeby i choć ma się świadomość, że nie jest dzieło wiekopomne, a nawet jego autor ma na swoim koncie znacznie lepsze pozycje, ale właśnie ta książka, z uwagi na chwilę, staje się bliska i zachwyca, choć obiektywnie rzecz biorąc, nie jest to nic wybitnego. W ostatnich (przedwakacyjnych jeszcze) czasach taką książką stała się dla mnie powieść Amy Tan „Sto tajemnych zmysłów”. Patrząc z pewnego już dystansu przeczytany kiedyś „Klub radości i szczęścia” tej samej autorki był bardziej rozbudowaną, głębszą i jednak wartościowszą pozycją, ale to właśnie opowieść o Olivii i jej widzącej duchy siostrze szczególnie do mnie trafiła.

Olivia marzyła o siostrze i los postanowił spełnić to marzenie – tuż przed wczesną śmierci ojca Olivii, jej matka złożyła obietnicę sprowadzenia do Ameryki córki z pierwszego małżeństwa swojego małżonka sprzed wyemigrowania z Chin, sporo od Olivii starszą Kwan. Przysięga zostaje spełniona, Kwan przybywa do Stanów Zjednoczonych. Niestety, daleko jej do wymarzonej siostry – jest do bólu chińska w sposobie bycia, dla amerykańskich nastolatków wygląda na niedorozwiniętą, mówi dziwne rzeczy, a przede wszystkim – widzi duchy. Co więcej, z owymi duchami rozmawia i wspomina dawne dzieje, ze swego wcześniejszego wcielenia. Olivia, nazywana przez przybraną siostrę Libby-ja, nie może ścierpieć zachowania tamtej, walcząc dodatkowo z głębokimi wyrzutami sumienia, jako że Kwan darzy ją bezgranicznym przywiązaniem i miłością. Dziewczęta dorastają. Kwan doskonale odnajduje się w Ameryce, wychodzi za mąż, żyje po swojemu i wciąż spotyka się z duchami, choć jej opowieści zaprowadziły ją w młodości do szpitala psychiatrycznego. Tymczasem Olivia postanawia rozwieść się z mężem, Simonem. Chce ułożyć sobie życie od nowa, Kwan jednak uparcie wraca do przeszłości. Jak się okazuje, nie tylko ona chce powrotu Libby do męża, a opowieści o poprzednim życiu Kwan i tajemniczej Pannie Wstędze z czasem zaczynają mieć drugie dno. Wreszcie Olivia będzie musiała zmierzyć się z własnym życiem, uczuciami do byłego męża i starszej siostry.

Tan z wielkim wdziękiem połączyła ze sobą dwie historie – współczesną opowieść o dwóch różniących się od siebie diametralnie siostrach oraz dziejące się w dawnych czasach w Chinach życie poprzedniego wcielenia Kwan. Opowiadania przenikają się, przeszłość zaczyna ingerować w teraźniejszość, a Olivia przekonana o wybujałej wyobraźni Kwan, a nawet o pewnej niepoczytalności siostry, zaczyna tracić grunt pod nogami. Amerykańska część wydarzeń przyciąga trafnymi spostrzeżeniami i realistycznym przedstawieniem psującego się związku, w którym od miłości okazały się być silniejsze irytacja i zmęczenie. Choć i tu wiele namieszał duch przeszłości, przybierający postać byłej ukochanej Simona. Część chińską wzbogacają realia dawnej chińskiej prowincji, ironiczny nierzadko sposób przedstawienia wydarzeń i interesujące zderzenie kultury zachodniej z chińską. Choć autorka pisze wzruszająco i „Sto tajemnych zmysłów” traktuje głównie o uczuciach, nie ma tu popadania w ckliwość, zbytnią emocjonalność czy egzaltację. Jest za to sporo przymrużania oczu, trzeźwego spojrzenia na różnice kulturowe i dużo ciepła.

Co mogło wydarzyć się naprawdę, a co było misterną mistyfikacją utkaną przez lata z historii opowiadanych przez Kwan? Czy Kwan przywoływała duchy, by osiągnąć upragnione cele, czy też naprawdę miała oczy yin i pamiętała na tyle własne wcielenie? A wreszcie najważniejsze pytanie – czy to w ogóle ma znaczenie? Z olbrzymią przyjemnością zanurzyłam się w tym amerykańsko-chińskim świecie, który umiejętnie stworzyła sobie Kwan, łącząc stare z nowym, tradycję z zabawną nowoczesnością. Nie ma tu łatwych rozwiązań, cukierkowych zakończeń, a optymizm i pozytywne wyjście z sytuacji nie musi oznaczać banału. „Sto tajemnych zmysłów” pozostaje życiowe, mimo że granica między snem a jawą wydaje się niebywale płynna i od czytelnika zależy, w co postanowi uwierzyć. Ja swoją wersję wybrałam, każdego mogę zachęcić do sprawdzenia, która Wam bardziej będzie pasować.

Tytuł: Sto tajemnych zmysłów
Tytuł oryginału: The Hundred Secret Senses
Autor: Amy Tan
Tłumaczenie: Zofia Kierszys
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2003
Ilość stron: 376
Moja ocena: 5/6

Mandżuriowy Przegląd Filmowy: na Dalekim Wschodzie

Do pisania o filmach trudno mi się zabrać. Książki stanowią temat bezpieczniejszy, przy filmach natomiast mam jeszcze silniejsze poczucie nieznajomości klasyki, przegapianie różnych znaczeń zawartych między obrazami. Oraz mam świadomość faktu, że nierzadko dobrze się bawię na filmach, które sama uważam za produkcje niskich lotów (co jakiś czas lubię sobie obejrzeć film sensacyjny, na przykład z Bruce’m Willisem, choć wszystkie są niemal bliźniaczo do siebie podobne). Choć aktualnie z braku czasu staram się dobierać sobie tylko takie, które mają dużą szansę mi się spodobać. W dodatku nie mamy w domu telewizora, więc odpadają filmy oglądane do kolacji z rodziną – właśnie w ten sposób oglądaliśmy zazwyczaj lżejsze filmy sensacyjne, w sam raz do kanapki. Z drugiej strony staram się zaznajamiać z filmami uznawanymi za klasykę, wyrabiać sobie gust i zacząć bardziej kojarzyć reżyserów, bo na ten moment znam może kilkanaście nazwisk na tyle, żeby połączyć je z filmami i jeszcze te produkcje znać. Szalenie lubię czytać recenzje filmowe, sama postanowiłam też wreszcie zebrać się w sobie i spróbować pisania. Zwłaszcza, że prowadzenie własnego bloga a zwłaszcza czytanie innych bardzo moim zdaniem pomaga w wyrażaniu własnych myśli i ćwiczeniu towarzyszącej temu pewności siebie. W moim środowisku opinie dotyczące kina są dość jednoznaczne i nieznoszące sprzeciwu. Blogi natomiast dają ten komfort, że znaleźć tu można ludzi w przyciągający sposób wyrażający nierzadko skrajne opinie na temat tego samego dzieła, czy to książkowego czy filmowego, co daje komfort psychiczny – nawet jeśli nie spodobał mi się jakiś film uznawany przez większość za dzieło, nie musi to znaczyć, że go nie zrozumiałam. Nawet jeśli spodobało mi się coś, co większość uważa za gniot – niekoniecznie musi być ze mną coś nie tak. Och, no i teraz przyznałam się do problemów rodem z podstawówki :) Na swoje usprawiedliwienie powiedzieć mogę, że od czasu założenia bloga ta niepewność skurczyła się do niewielkich rozmiarów, a pisanie o filmach ma się rozprawić z nią całkowicie.

Żeby więc nie być gołosłowną nareszcie to powiem: nie jestem wielbicielką Quentina Tarantino! Po prostu nie i już. Owszem, „Pulp Fiction” mi się podobało, nawet bardzo, ale nie dzielę kinematografii na filmy przed i po „Pulp Fiction”, a choć kiedyś zaczęłam oglądać jakieś dwa inne dzieła tego reżysera, przerwałam w połowie. Może powinnam spróbować jeszcze raz, ale nie mam w sobie żadnej motywacji, by to zrobić. Straszne rzeczy, prawda?

Dramatycznych wyznań będzie pewnie z czasem więcej, a teraz zapraszam na Mandżuriowy Przegląd Filmowy, mam nadzieję cykliczny.

Mimo że dość regularnie (choć nie tak często, jakbym chciała) oglądam filmy z Dalekiego Wschodu, kino azjatyckie jest dla mnie nierzadko dość skomplikowane. Odpowiada mi jednak jego nastrojowość, a także refleksyjność – po seansie długo jeszcze myślę o tym, co widziałam (czasem próbując zrozumieć zamysł filmu, innym znowu rozmyślam nad znaczeniami, które w moim odczuciu pojmuję doskonale). Oczywiście trochę inaczej jest z azjatyckim kinem typowo popularnym, które też zdarza mi się oglądać – tu nie mam problemów zwłaszcza w przypadku produkcji japońskich, w przeszłości oglądałam ich dużo, a i lata oglądania anime zrobiły swoje. Moja lista filmów do obejrzenia z tego kawałka świata jest dość długa, na szczęście robią się one coraz bardziej dostępne. Dziś więc kilka słów o dwóch obejrzanych (już dość dawno temu) filmach z Azji rodem.

„Nie bój się, Bi” (Bi, dung so!) reż. Dang Di Phan, 2010


Wietnam. Mały Bi mieszka z rodzicami i ciotką na obrzeżach miasta. Stałym gościem w ich domu jest także stara niańka ojca, opiekująca się domem. Chłopiec całe dnie spędza biegając po polach i bawiąc się nad rzeką lub w pobliskiej fabryce lodu. Jego rodzina wygląda na szczęśliwą, to jednak tylko pozory, każdy z jej członków bowiem tęskni za czymś, czego nie może lub nie potrafi zdobyć. Wszyscy jednak trzymają się swoich ról. Matka pragnie być potrzebna, chce od męża czułości i okazania uczucia, choćby w łóżku. Pojawienie się schorowanego, dawno niewidzianego teścia daje jej namiastkę spełnienia się w roli kogoś, kto jest chciany i potrzebny. Kobieta nie skarży się jednak i niczego nie wymaga od męża, uwodzi go i spełnia jego niewypowiedziane zachcianki. Ten z kolei zdaje się być człowiekiem pustym w środku, niezdolnym do okazywania uczuć. Po pracy chodzi z kolegami do barów, gdzie upija się niemal do nieprzytomności. Unika spotkania z ojcem, który z niewypowiedzianą naganą patrzy na jego ucieczki od odpowiedzialności. Wiele między nimi milczących pretensji, zadawnionego bólu, o których widz niewiele się dowie. Mężczyzna nie odnajduje się w roli męża i ojca, jedyne chwile szczęścia przeżywa w salonie fryzjerskim, gdzie pracuje młoda dziewczyna, niezainteresowana jednak jego natarczywymi awansami. Ciotka Bi to młoda kobieta, uginająca się pod presją rodziny, by wreszcie znalazła sobie męża. Posłusznie chodzi na randki z umawianymi jej znajomymi. Kolejny z nich wydaje się być poważnie zainteresowany kobietą, ona jednak przyjmuje jego zainteresowanie bez entuzjazmu. Jej myśli krążą wokół nastoletniego chłopaka uczęszczającego do szkoły, w której jest nauczycielką. Nastolatek wyraźnie odwzajemnia jej fascynację, spełnienie jest więc na wyciągnięcie ręki… Dziadek natomiast powrócił do rodzinnego domu, by leczyć się z choroby. Ciężko stwierdzić, czy wierzy w powrót do zdrowia, czy też powrócił, by spokojnie umrzeć wśród wspomnień. Męczy go ból i poczucie ciężaru, jaki sprawia rodzinie, wydaje się być pogodzony z przyszłością, ale poza chwilami spędzonymi z Bi, zastana rzeczywistość nie przynosi ukojenia.

Mimo tego wszystkiego dzieciństwo Bi jest beztroskie. Nie dotyczą go problemy świata dorosłych, jeśli czegoś pragnie, zdobywa to. Kiedy dziadek proponuje mu egzotyczny liść w zamian za jakiś inny skarb, Bi początkowo jest zmartwiony, bo przecież nie ma nic, co mógłby dać staruszkowi. Zaraz jednak rozpromienia się i wybiega na dwór – przecież cała okolica to jego wielki plac zabaw i wszystko co tam jest, jest w pewien sposób jego. Własna lodówka w równie dobrym stopniu może służyć do zabawy jak i wielkie pojemniki w fabryce lodu. Bi ma pozytywne relacje ze wszystkimi członkami rodziny i nawiązuje przyjaźnie wszędzie, gdzie się pojawia, czy to z innymi dzieciakami nad wodą, czy z pracownikami fabryki. Wracając do lodu – tylko ta substancja przynosi dorosłym ukojenie, a z racji swej natury jest to ulga chwilowa, roztapiająca się szybko w parnym upale unoszącym się nad miastem. Jednak nawet fabryka lodu produkująca to nietrwałe ukojenie jest pełna bólu i znoju, czai się tam strach i cierpienie.

Czego więc może bać się Bi? Nie boi się śmierci stojącej przy łóżku dziadka – podchodzi do niej równie naturalnie jak do życia. Przed innymi ludźmi zawsze może uciec, świat otwiera się przed nim. Patrząc na spętanych normami dorosłych, którzy wbrew sobie z pokorą wypełniają obowiązki, by nie stać się wyrzutkami, nasuwa się niewesoła refleksja. To dorosłość może napawać lękiem kochające swobodę dzieciaki, zmienia i zabrania spełniania pragnień. Czy tego boi się Bi? Nie zdziwiłabym się. Zastanawiam się, na ile jest to refleksja nad wietnamskim społeczeństwem, a na ile uniwersalna obserwacja o pętach dorosłości i norm społecznych. Film długo pozostał we mnie po obejrzeniu, choć wychodząc z kina nie byłam pewna, czy mi się do końca spodobał. Uczucie niedosytu szybko jednak zastąpiły rozmyślania na tematy pokazane w filmie, a kilka obrazów (zatopiony w lodzie liść, kobieta podglądająca chłopców grających w piłkę w strugach deszczu, czy choćby scena w autobusie, gdzie ciotka Bi po raz pierwszy zwraca uwagę na swojego ucznia) wciąż mam przed oczami. „Nie bój się, Bi” to chyba moje pierwsze spotkanie z kinem wietnamskim i uważam je za zdecydowanie udane.

„Cesarzowa i wojownicy” (Kwong saan mei yan) reż. Siu-Tung Ching, 2003


Zawsze bardzo lubiłam wszelkiego rodzaju baśnie i legendy, także w wersji filmowej. Mam świadomość, że nie wszystkie z nich przedstawiają treści warte głębszej uwagi, nie przeszkadza mi to jednak oglądać je od czasu do czasu, ciesząc się z perełek i pomstując nad gniotami. „Cesarzowa i wojownicy” to właśnie taka baśń o dzielnej królewskiej córce i miłości – dalekowschodnia, pięknie opowiedziana głównie pod względem wizualnym i obsypana bogactwem kolorów i widoków. Trzeba się na to nastawić z góry i zaakceptować elementy konwencji (a także brak większej głębi), inaczej mogą widza rozboleć zęby od romantyzmu i słodkości wypełniającej szczęśliwe chwile – mój mąż wzdychał chwilami ciężko sygnalizując, że na ekranie już przesadzają, ja natomiast z uśmiechem odprężałam się dzięki wizualnej estetyce, nie przejmując się całą słodyczą i chwilami mocno przesadną bajkowością historii. To kino rozrywkowe, pozbawione zbytniej głębi i jeśli ma się ochotę na film tego rodzaju, można po niego sięgnąć.

Starożytne Chiny, podzielone na królestwa państwo nękane jest wojnami. Podczas jednej z nich umiera władca Yan, na swego następcę mianując wyszkolonego generała imieniem Muyong Xuehu, człowieka z nizin, który na szczyt wybił się ciężką pracą i wojskowym geniuszem. Jednak wasale buntują się przeciwko temu testamentowi, nie chcą służyć komuś takiemu jak Muyong. Młody człowiek ucieka się więc do fortelu, dzięki któremu następcą zostaje ogłoszona jedyna córka cesarza – piękna Feier. Mimo początkowego przerażenia i braku wiary we własne siły dziewczyna jest córką swego ojca, przyjmuje więc wyzwanie i brzemię z podniesionym czołem, dając z siebie wszystko. Zjednuje sobie większość poddanych, a pomocą służy jej oddany Muyong, towarzysz jeszcze z czasów jej dzieciństwa, który chętnie zobaczyłby się w innej roli niż tylko starszy brat młodej cesarzowej. W czasie jednej z potyczek władczyni zostaje ranna zatrutą strzałą, koń ponosi ją w leśne ostępy i tam znajduje ją tajemniczy Duan Lan-quan, żyjący na odludziu mnich. Opiekując się Feier uczy ją wielu pożytecznych umiejętności, a przy okazji przypomina, czym jest zwyczajna radość płynąca z życia, swobody, a wreszcie uczuć. Feier to w końcu przede wszystkim młoda dziewczyna obciążona odpowiedzialnością i obowiązkami nierzadko ponad jej siły. Każdy ma prawo do miłości, często jednak ta zasada okazuje się obowiązywać w teorii. Rzeczywistość i jej prawa upomną się o Feier, a biorąc pod uwagę, że jest to baśń niczym z danych czasów, dodatkowo z Dalekiego Wschodu – nie ma co liczyć na słodkie zakończenie i radosnych bohaterów trzymających się za ręce. W takich opowieściach rozwiązanie w najlepszym razie jest słodko-gorzkie, z nutką melancholii.

„Cesarzowa i wojownicy” to uroczy film, na który jednak trzeba mieć nastrój, nie jest to bowiem nic odkrywczego bądź ambitnego. Stanowi jednak radość dla oczu, odpręża i choć słodycz chwilami leje się z ekranu, historia miłosna ma ten posmak dziewczęcych marzeń, które czasem miło sobie przypomnieć. Tylko tyle lub aż tyle, w zależności od Waszego nastroju. Ja obejrzałam w odpowiednim czasie i wspominam go dość ciepło.

„Zatochi” (Zatôichi) reż. Takeshi Kitano, 2003


„Zatoichi” w reżyserii Takeshiego Kitano był pierwszym filmem, jaki zobaczyłam w tym roku kalendarzowym, wieczorem pierwszego stycznia, rozleniwiona i lekko śpiąca po kilku tylko godzinach snu (nieplanowana impreza sylwestrowa rozkręciła się nie wiadomo jak i kiedy, było przezabawnie). To kino z jednej strony rozrywkowe, opowieść o niewidomym masażyście wymierzającym sprawiedliwość dręczycielom różnej maści, którzy lekceważą go jako przeciwnika nie jest nowa jeśli chodzi o sam pomysł, a i realizacja nie wnosi wiele do tematu. Nie brak jednak filmowi jakiegoś rysu szlachetności, czegoś, dzięki czemu „Zatoichi” nie jest jedynie kolejnym japońskim filmem walki. Ciężko mi dokładnie sprecyzować, na czym polega ta różnica – być może sprawia to klimat feudalnej Japonii i odpowiednie tempo, charakterystyczne dla filmów z tamtego kawałka świata? Podobało mi się to, że sekwencje walki wbrew głównemu tematowi historii nie trwały zbyt długo, a najdłuższą chyba sceną jest tradycyjny japoński taniec ćwiczony przez jednego z bohaterów. Film nasiąknięty jest japońską obyczajowością tamtych lat, dodając smaku tej klasycznej opowieści. Wszystko jest estetyczne, interesujące głównie pod względem kulturowym, ale i sama historia zaciekawia, zwłaszcza jeśli lubi się filmy spod znaku Zorra i innych niepozornych bohaterów upominających się o prawa ubogich i słabych. Na koniec otrzymujemy scenę rodem z Bollywoodu, zaskakującą w tych dekoracjach, ale zadziwiająco pasującą do całości.

Oglądanie było dla mnie przyjemnością w tamten leniwy wieczór, „Zatoichi” nie jest jednak filmem, który szczególnie polecam. To raczej kino dla wielbicieli gatunku, naprawdę przyjemne i estetyczne, ale nic poza tym. Może za dużo już widziałam opowieści o uczciwych samurajach sprzeciwiających się korupcji (głównie w wersji animowanej), żeby „Zatoichi” zrobił na mnie większe wrażenie. Nie mam mu jednak wiele do zarzucenia, to film naprawdę dobry w swojej klasie.

Czy wielkie dramaty da się wyrazić małymi słowami?

Dzięki dość głośnej ekranizacji i generalnie pozytywnemu odbiorowi samej książki, ciężko znaleźć kogoś, kto o „Lektorze” Bernharda Schlinka nie słyszał nic. Film jeszcze przede mną, natomiast na powieść natknęłam się w bibliotece i wypożyczyłam z ciekawością, ale i pewnym dystansem. Bo i jak tu dać się tak zupełnie ponieść fabule, jeśli się wie, o co będzie w książce chodziło? Tymczasem jednak, czy to z powodu inaczej rozłożonych akcentów w filmie, czy też może dzięki udanym recenzjom, nie znałam głównego wątku książki i zostałam zaskoczona. Co więcej, nie o zaskoczenie w tej historii głównie chodzi.

Zarys historii jest sugeruje, że czytelnik będzie miał do czynienia z kolejnym rozliczeniem z tragedią holocaustu i tak do pewnego stopnia jest w istocie. Powojenne Niemcy. Młodziutki Michael przypadkiem spotyka dużo starszą od siebie Hannę i nawiązuje z nią romans (inicjatywa wychodzi w dużej mierze od kobiety, choć chłopak jest nią zafascynowany i wręcz opętany fantazjami na jej temat). Trzymany w tajemnicy, wielomiesięczny związek wpływa na charakter i dalsze życie Michaela. Kiedy Hanna pewnego dnia znika bez śladu, Michael obwinia za to swoje zachowanie. Poszukiwania spełzają na niczym, więc choć nie jest w stanie zapomnieć o swojej byłej kochance, próbuje zaangażować się w dalsze życie. Kończy szkołę i zaczyna studiować prawo. Właśnie dzięki temu ponownie spotyka Hannę, choć Michael nigdy nie przewidziałby warunków, w jakich do spotkania dochodzi. Młody mężczyzna w ramach seminarium obserwuje proces wytoczony przeciwko byłym strażniczkom hitlerowskiego obozu pracy i właśnie tam, po wielu latach rozłąki, znów widzi Hannę.

Kiedy czytałam „Lektora” żałowałam, że znam te fakty. Wyobrażałam sobie swoje zaskoczenie, w które wprowadziłaby mnie przeszłość Hanny. Tymczasem historia kobiety przedstawiona jest z dystansem, bez nastawienia na zaskoczenie. Nie chodzi tu o szokowanie i nawet prawdziwej zagadki Hanny można się domyślić już na pewien czas przed jej oficjalnym wyjawieniem przez narratora. Powieść dotyczy bowiem głównie dylematu moralnego, przed jakim staje Michael i to nie tylko podczas rozprawy na sali sądowej, ale i później. Hanna stanowi przykład osoby, z jakimi społeczeństwo niemieckie nie potrafiło sobie poradzić w latach powojennych. Tuż po wojnie dawni oficerowie, żołnierze, strażnicy – stanowiący przecież pokaźny procent niemieckiej ludności – byli ich sąsiadami, współpracownikami, znajomymi. Dopiero w latach rozliczania się z przeszłością i procesów przyszło obywatelom stawić czoła pytaniom i szeptom własnego sumienia. Bunt młodych ludzi wiązał się nie tylko z typowymi różnicami pokoleń, ale podsycało go także rozczarowanie generacją rodziców, która tolerowała zbrodniarzy. Schlink obnaża jednak pewną młodzieńczą butę, każącą widzieć wszystko czarne bądź białe, nie tłumacząc zbrodni, ale przedstawiając historie pojedynczych jednostek. Czytelnik widzi wszystkie wydarzenia oczami Michael, który choć należy do młodej generacji, nie potrafi jednoznacznie przekreślić swojej własnej przeszłości, nierozerwalnie związanej z Hanną. Miłość do niej położyła się cieniem na jego życia, a jej sekret wpędził go w dodatkową rozterkę. Hanna okazała się być gotowa poświęcić życie dla ukrycia sekretu, który w porównaniu z innymi wydarzeniami z jej życia wydaje się nikły i pozbawiony głębszego sensu. Nie chcę zdradzić tej największej tajemnicy Hanny, przyznam jednak, że autor niezwykle umiejętnie poprowadził losy Hanny, tworząc z jej sekretu motor działania. Wyszło przekonująco i w sposób prowokujący dalsze rozmyślania nad treścią książki.

Pisząc o książce „Tysiąc żurawi. Śpiące piękności” wspominałam, że wolę niedopowiedzenie niż przegadanie. Wprawdzie Schlink nie pozostawia wiele miejsca na domysły, to jednak słowa traktuje niezwykle oszczędnie. Wydawać by się mogło, że spod jego pióra nie wydostaje się ani jedno słowo więcej, niż to potrzebne. Dzięki temu wzrasta jeszcze moc opowiadanej historii. „Lektor” bardzo mi się spodobał i choć nie czuję potrzeby, by sięgać po kolejne książki autora (choć jeśli zainteresuje mnie fabuła zrobię to z przyjemnością, bo styl wpasował się w mój gust), to cieszę się, że przeczytałam właśnie tę. Film także obejrzę i z ciekawością porównam oba dzieła. Tymczasem polecam Wam lekturę.

Tytuł: Lektor
Tytuł oryginału: Der Vorleser
Autor: Bernhard Schlink
Tłumaczenie: Karolina Niedenthal
Wydawnictwo: MUZA, 2009
Ilość stron: 168
Moja ocena: 5/6

Historia pewnego listu i Żydzi w Afganistanie

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o książce „Chicken Street” Amandy Sthers zapragnęłam przeczytać tę powieść. Afganistan, główne choć nie jedyne miejsce wydarzeń, działa na mnie w literaturze jak magnes. Kiedy jednak już sprawiłam sobie tę cieniutką objętościowo książkę, dopadły mnie wątpliwości. Bo jak osoba, która z tego, co podają internetowe źródła, nigdy w Afganistanie nie była, odda jego atmosferę i dramat się tam rozgrywający? Czy nie powieli schematów i nie wykorzysta tragedii jako siły napędowej banalnej historii? Czy nie będzie to aby schematyczna historia dla spragnionych egzotyki mieszkańców Europy spod znaku „dwa światy, jedna miłość”? (Który to motyw, przyznaję z pewnym zawstydzeniem, jest moim „guilty pleasure”) „Chicken Street” odleżało więc swoje na półce, choć i tak był to czas dość krótki ze względu na niewielką objętość (i co za tym idzie, wagę wprost do torebki). Zaczęłam czytać i moje wątpliwości szybko się rozwiały: niepozorne „Chicken Street” ma siłę rażenia bomby, mnogością subtelnie zarysowanych wątków mogłoby obdzielić kilka nowelek zbliżonej długości, wzrusza do łez, nie popadając przy tym ani na chwilę w wymuszoną łzawość.

Chicken Street to jedna z ulic w Kabulu, na której mieszka dwóch jedynych Żydów w Afganistanie – Szymon i Alfred. Nie są ze sobą blisko zaprzyjaźnieni, choć pozostają w pewien sposób od siebie zależni, nie tylko z powodu wspólnej tradycji i wyobcowania w muzułmańskim świecie. Obu zaprowadziły do Kabulu pokrętne ścieżki historii i osobistych przeżyć, kraj nieustannie targany przez konflikty stał się dla dwóch Żydów schronieniem, choć w radykalnym świecie tak naprawdę nigdy nie mogą czuć się do końca bezpieczni. Wiodą jednak spokojne życie – Szymon jest utalentowanym szewcem, Alfred to uliczny pisarz, znający kilka języków i piszący listy w imieniu niepiśmiennej ludności. Ta umiejętność doprowadza do sytuacji, która zmienia życie obu mężczyzn, a także kilku innych osób. Do drzwi Alfreda puka Naema, młoda dziewczyna pragnąca wysłać list do Ameryki. Jej życie znajduje się w niebezpieczeństwie i to nie tylko z powodu odwiedzin u starego mężczyzny niebędącego jej krewnym w towarzystwie jedynie upośledzonego brata. Naema skrywa tajemnicę – podczas pewnego bombardowania spędziła noc z amerykańskim reporterem i teraz spodziewa się jego dziecka. Zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie spotkają ją w momencie wyjścia sekretu na jaw, odpowiedź od Petera jest jej jedyną nadzieją na ratunek. List trafia do Ameryki, pierwsza jednak sięga po kopertę Jenny, żona Petera… Tymczasem w Kabulu Alfred przeżywa nieznane mu dotąd uczucia i jest gotowy zrobić wszystko, by uratować Naemę, która od życia zapragnęła jedynie odrobinę miłości…

Czy taka historia ma szansę skończyć się dobrze? W radykalnie urządzonym świecie nie ma miejsca na odstępstwa od przyjętych norm, twarde zasady nawet miłość są w stanie rozetrzeć na proch. A może właśnie miłość, czyta i prawdziwa jest w stanie zatriumfować nad brutalnym życiem? Amanda Sthers sięgnęła po uniwersalne tematy miłości, poświęcenia, zdrady, wierności, odwagi i samotności. W zwięzłej formie zawarła ogrom ich znaczeń, nie zakładając, że przedstawia całą ich treść, a jedynie wycinek. Nie brak jej słowom poezji, między nimi plączą się niedopowiedziane treści, napięcie przeplata się z łzami. Nie czułam się jednak zmuszana do przeżywania tak silnych uczuć przesadnie obrazowymi scenami, czego bardzo nie lubię. Opowiadający historię Szymon mimochodem niekiedy napomyka o największych dramatach, wracając do nich później, by zachować chronologię lub też zostawiając je wiszące w powietrzu, nie do końca opisane, wierząc w wyobraźnię czytelnika.

Ciężko pisać więcej o tej książce nie zabierając przyjemności czytania, choć nie o zaskoczenie tutaj chodzi. Raczej o olbrzymi ładunek emocjonalny, jaką historia ze sobą niesie, poruszając tematy, o których rzadko pomyślałoby się w kontekście jednej książki. A jednak Sthers dowodzi, że jest to możliwe z powodzeniem. Nie jest to książka przyjemna i odprężająca, warta natomiast każdej chwili spędzonej na czytaniu. Gorąco polecam Wam lekturę „Chicken Street”.

Tytuł: Chicken Street
Autor: Amanda Sthers
Tłumaczenie: Anna Michalska
Wydawnictwo: Noir sur Blanc, 2010
Ilość stron: 168
Moja ocena: 5+/6

Historia pewnego Światła

„Światła pochylenie” to debiutancka powieść Laury Whitcomb (po niej napisała jeszcze „The Fetch”), zaliczająca się do nurtu książek dla tak zwanej „starszej młodzieży” („young adults” w wersji angielskiej). O ile ta grupa docelowa wydaje mi się stworzona nieco sztucznie, zwłaszcza patrząc na listę pozycji do niej zaliczanych, to spokojnie można stwierdzić, że książki opisane w ten sposób przez wydawców bądź samych autorów spodobają się zarówno młodszym jak i starszym czytelnikom (oczywiście dochodzi jeszcze kwestia gustu). Nie inaczej jest właśnie z powieścią „Światła pochylenie”. Rozpoczynając czytanie obawiałam się trochę, że książka może okazać się pozycją dla mrocznych nastolatków (miłość, duchy, śmierć… brzmi znajomo?). Poetycki styl łatwo mógł zamienić się w naładowany egzaltacją bełkocik… Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, a po kilkunastu stronach wciągnęłam się w lekturę tak mocno, że ciężko było mi ją odłożyć.

Helen nie żyje od około stu trzydziestu lat. Jako Światło wyrywa się z prywatnego piekła i wciąż przebywa na ziemi dzięki obecności gospodarzy – ludzi, którym Helen musi towarzyszyć jak cień, jeśli nie chce wrócić w pełną ciemności i bólu otchłań. Gdy gospodarz umiera, kobieta natychmiast musi znaleźć zastępcę. Ostatnim jest Brown, młody nauczyciel, do którego Helen czuje coś więcej, niż tylko przywiązanie. Jak każdy gospodarz i człowiek żyjący w ogóle, Brown nie ma pojęcia o jej obecności, nie jest w stanie zobaczyć Helen, ani usłyszeć tego, co kobieta chciałaby mu przekazać. Helen cierpi męki zazdrości i odrzucenia w związku ze szczęśliwym małżeństwem Browna, żyje w nieustannym strachu przed powrotem do swego piekła, targają nią wątpliwości – kim była za życia? Co takiego uczyniła, że nie udało jej się trafić do raju? Cały ten świat przewróci się do góry nogami w momencie, kiedy podczas jednej z lekcji, na których towarzyszy swojemu gospodarzowi, spocznie na niej wzrok jednego z uczniów Browna. Przerażona i zafascynowana Helen zrobi wszystko, żeby zbliżyć się do tego, który jest w stanie przerwać jej ponad stuletnią samotność.

Jest to jedynie zarys fabuły, niewychodzący właściwie poza pierwszy rozdział. Fabuła jest dość zaskakująca, ale przede wszystkim dobrze skonstruowana, spójna i przemyślana. Czytelnik stopniowo dowiaduje się, jakie zasady rządzą byciem Światłem, poznaje historię James’a oraz kilku rodzin zamieszanych w całą historię. Przede wszystkim jednak autorka kładzie nacisk na duchowość. Poza tematem miłości, pojawia się także wątek wiary, moralności i odkupienia. Whitcomb nie pisze o konkretnej religii, jej pojęcia Boga, piekła i raju są umowne i można odnieść je do wielu wierzeń lub też do żadnego. Na dobrą sprawę ciężko stwierdzić, czy w książkowej rzeczywistości istnieje dla Helen jakiś wyższy byt – biorąc pod uwagę przedstawiony sposób odkupienia można interpretować przedmiot wiary na dowolny sposób. Zresztą, nie to jest istotne. „Światła pochylenie” traktuje raczej o stosunku człowieka do własnych wierzeń, przedstawia destrukcyjną siłę hipokryzji. Ciekawy jest także wątek obyczajowy, przedstawiony realistycznie i poruszająco, bez wyciskania łez, ale i bez tandetnego lukru. Spodobał mi się też sam związek między bohaterami, co jest niezaprzeczalnym plusem. Zakończenie pasuje do całości książki, daje czytelniczą satysfakcję i stawia pytania odnoszące się do duchowości, sensu miłości (nie tylko partnerskiej) i odkupienia.

Język Whitcomb jest przyjemny i poetycki, więc „Światła pochylenie” czyta się przyjemnie i szybko. Chwilami autorka niebezpiecznie zbliżała się do krawędzi, za którą jej sposób pisania stałby się zanadto uduchowiony, a nawet egzaltowany, zawsze jednak w porę zdążyła się opanować. Dialogi pozostają realistyczne, nie ma więc zbyt wielu powodów, do których można byłoby się przyczepić. Nie jest to może wielka literatura, ale bardzo dobra książka, refleksyjna i zachęcająca do myślenia. Polecam!

Moja ocena: 4+/6
Laura Withcomb, „Światła pochylenie” (Initium, 2010)
_______________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.


Na marginesie natomiast chciałam dodać, że Herbatniki skończyły wczoraj roczek, z czego bardzo się cieszę. Blog pomaga mi w porządkowaniu myśli, dzięki Waszym blogom poznaję wiele ciekawych książek i filmów (nie wspominając już o wspaniałych kontaktach z autorami tychże blogów :)). Mam nadzieję, że Herbatniki będą się rozwijać, a Wy będziecie dalej pisać, żebym mogła czytać Wasze recenzje i przemyślenia. Pozdrawiam ciepło wszystkich Czytelników!

„Miłość i jej następstwa” Sulaiman Addonia

Sulaiman Addonia, autor książki „Miłość i jej następstwa” spokojnie mógłby napisać autobiografię, która miałaby spore szanse na stanie się bestsellerem, jako że autor nie mało przeszedł. Pół-Erytrejczyk, pół-Etiopczyk spędził dzieciństwo w sudańskim obozie dla uchodźców, następnie studiował w Arabii Saudyjskiej, aż wreszcie osiedlił się w Londynie i tam powstała jego pierwsza książka. Co prawda autor nie napisał książki o własnym życiu, ale w historii Nasera zamieścił wiele wątków autobiograficznych. Czytając powieść czytelnik czuje, że Addonia naprawdę wie, o czym pisze, nie są to jego domysły lub egzotyczne historie stworzone specjalnie dla spragnionych „pikantnych” szczegółów z życia Arabów cudzoziemców. Dzięki temu „Miłość i jej następstwa” to książka niezwykła, którą przeczytałam w jedną noc, nie mogąc się oderwać, co już od dość dawna mi się nie zdarzyło.

Jest to historia młodego emigranta z Erytrei, który razem z bratem zostaje przygarnięty przez wuja mieszkającego w Arabii Saudyjskiej. Chłopiec tęskni za ukochaną matką i ciężko mu żyć w społeczeństwie, które rozdziela kobiety i mężczyzn granicą nie do przeskoczenia. Przynajmniej pozornie jest to mur nie do przebicia, ponieważ któregoś dnia pod nogi Nasera zostaje rzucony liścik. Niewielka karteczka od dziewczyny od stóp do głów załoniętej czarną tkaniną, ktora postanowiła wyznać mu uczucie. Jakiekolwiek kontaktowanie się jest zarówno dla dziewczyny i chłopaka niezwykle ryzykowne, ponieważ cały czas muszą liczyć się ze schwytaniem przez policję religijną, co w najlepszym razie skończyć się może publiczną chłostą i więzeniem, jednak Naser i jego tajemnicza wielbicielka postanawiają podjąć ryzyko.

Z jednej strony jest to intrygująca historia, uchylająca rąbek zakazanego i niedostępnego dla większości Europejczyków świata, z drugiej – piękna i niezwykle klasyczna historia miłosna. Podobała mi się bardzo charakterystyka zarówno Nasera jak i jego tajemniczej Fiore. Naser ma w sobie to, czego zabrakło bohaterowi „Rozdroża proroków”, czytelnik naprawdę przeżywa jego losy i życzy mu jak najlepiej. Przynajmniej ja znalazłam w sobie natychmiast dużo ciepłych uczuć dla wrażliwego, odrobinę wyobcowanego buntownika. Nie sposób nie polubić jego ukochanej, niezwykle odważnej i silnej psychicznie dziewczyny, pełnej marzeń i ambicji. Bohaterowie drugoplanowi także stanowią ciekawą galerię postaci, a akcja toczy się wartko i pełna jest wydarze, które mogą zaskoczyć, więc czyta się naprawdę szybko i ciężko jest się oderwać od lektury.

Dodatkowo, już po skończeniu, nasuwa się kilka kwestii do przemyślenia, przy czym dla mnie najważniejszą było owo rozdzielenie świata na dwa: męski i kobiecy. Co dobrego może przyjść z zakazywania ludziom tego, co dla mnie świadczy o ich człowieczeństwie właśnie – miłości i pragnienia bycia z drugim człowiekiem. Przesłanie książki jest więc niezwykle ważne i prawdziwe, nieważne jakie przeszkody dzieliłyby od siebie ukochanych, mogą je przezwyciężyć, a przynajmniej próbować, niczym w starodawnych romansach. Chwilami aż ciężko uwierzyć, że historia opisywana w „Miłości i jej następstwach” przypada na koniec lat osiemdziesiątych, a nie ileśset lat w przeszłości… Porównując ją z naszym światem można zadać sobie pytanie, czy przypadkiem ludzie, rozpieszczeni wolnością (oczywiście jestem szczęśliwa, że urodziłam się w wolnym kraju) nie przestali doceniać miłości i możliwości bycia z ukochaną osobą. Czy ludzie są zdolni do bohaterskich czynów i poświęceń tylko w obliczu niebezpieczeństwa? Myślę, że jednak nie, choć takie sytuacje na pewno dają więcej okazji do przejawiania tego typu postaw.

Polecam tę książkę wszystkim. Nawet jeśli ktoś nie lubi historii o miłości, niech da jej szansę, bo „Miłość i jej następstwa” porusza przede wszystkim problem człowieczeństwa, a także zawiera wiele ciekawych informacji na temat życia codziennego w Arabii Saudyjskiej.

Moja ocena: 6/6 (miało być 5,5 ale właściwie – dlaczego nie 6 :))
Sulaiman Addonia, „Miłość i jej następstwa” (Prószyński i S-ka/ Prószyński Media, 2009)

Tym samym kończę wyzwanie peryferyjne. Zbyt wielu książek nie dałam rady przeczytać, ale moja lista książek-do-przeczytania zapełniła się wieloma nowymi pozycjami, co bardzo mnie cieszy. Dziękuję Padmie za zorganizowanie wyzwania!