Archive

Archive for Maj 2010

What black magic can do

Jedna z takich ukochanych piosenek Tori Amos, kobiety o głosie anioła oraz o najseksowniejszych ustach i zębach świata ;) (jak dla mnie Tori w ogóle przoduje w tej kategorii, nie tylko jeśli o wygląd chodzi…) Zwłaszcza w tej aranżacji, którą wysłuchać można przy okazji teledysku lub na płycie „The Tales of Librarian”. A przy okazji – moja piosenka na jutro :)

Kategorie:muzyka, o sobie Tagi:

Trylogia Krwawych Kamieni: wciągająca, ale…

Ciężko mi zabrać się za recenzję trylogii „Czarnych Kamieni” autorstwa Anne Bishop, ponieważ mam niezwykle mieszane uczucia co do tej pozycji. Najłatwiej byłoby mi powiedzieć, że to książki stereotypowe i nie wnoszące do świata fantastyki nic nowego, więc szkoda tracić na nie czas… Ale jak w takim razie wyjaśnić fakt, że kiedy już zaczęło się czytać i przełknęło kilka rażąco głupich wątków, bez ograniczeń miało się ochotę przerzucać stronę za stroną, aż do końca danej części, nie przejmując się porą ani ewentualnymi obowiązkami. I choć sporo w tym czytaniu było tzw. „guilty pleasure” (wstydliwa przyjemność? Tak chyba należałoby to przetłumaczyć), to jednak w roli całkiem sprawnego czytadła „Czarne Kamienie” radzą sobie dobrze. Jestem świadoma tego, jak wielu książka ma wielbicieli (wielbicielek?), więc już spieszę z wyjaśnieniem, czemu historia Jaenelle nie rzuciła mnie na kolana… (a mogła…)

Zacznę jednak od plusów. Przede wszystkim Anne Bishop stworzyła naprawdę ciekawy świat, oryginalny i spójny, który zdecydowanie do mnie przemawia. Mamy więc odwrócenie typowych realiów fantasy – to Ciemność, a nie Światło, stanowi punkt odniesienia i wartość pozytywną, modlitwy wznosi się do Matki Nocy, a nie boga, zwyczajowo kojarzonego ze światłością bądź ogniem. Ciemność jest dobra, przynosi ukojenie, siłę i władzę. Dlatego to właśnie Czarne Kamienie świadczą o najpotężniejszej mocy. Kamienie to klejnoty, którymi zostają obdarzeni Krwawi, ludzie (i jak się z czasem dowiadujemy, nie tylko) obdarzeni talentem magii i jedyni tak naprawdę liczący się w Królestwie. Pierwsze Kamienie otrzymują w momencie urodzenia i to one pozwalają oszacować, jaka będzie siła danej osoby już po złożeniu Ofiary Ciemności, kiedy dostają swoje drugie Kamienie, a ich moc osiąga dojrzałość. Społeczność Krwawych oparta jest na matriarchacie, gdzie na szczycie drabiny zasiada Królowa, otoczona przez siostry ze swego sabatu oraz krąg oddanych mężczyzn, Wojowników mających jej służyć. Tak przynajmniej powinno to wyglądać, gdyż lata rządów zepsutych i żądnych władzy Królowych doprowadziło do przetrzebienia młodych i zdolnych kobiet oraz mężczyzn, a rasy inne niż ludzkie zepchnęło w cień lub też doprowadziło na skraj zagłady. Bishop w przemyślany sposób wprowadziła przedstawicieli innych gatunków, logicznie połączonych z historią Królestwa. Spodobała mi się także historia, czy też mitologia Krwawych, magia ściśle związana z seksualnością oraz zamysł postaci. Niestety, gdzieś po drodze coś poszło nie tak.

Fabuła jest niezwykle typowa. Można by nazwać ją klasyczną, ale niestety zbyt wiele już czytałam podobnych historii, a tu nie doszukałam się niczego nowego. Mamy więc kraj w stanie rozkładu, w którym ludzie wciąż pragną wierzyć w zbawienie, mające przyjąć formę Królowej, która da im wolność i pokój, będzie „mitem, który się spełnił”. Niestety, na czele państwa stoją Główne Złe, których jedynym motywem jest żądza władzy i umiłowanie sprawiania cierpień, nic ponadto. Mamy trzech mężczyzn, którzy są super silni, ale tkwią w niewoli u tychże Złych. W ich życiu pojawia się niezwykła, tajemnicza Dziewczyna obdarzona olbrzymią mocą, której nie potrafi jednak wykorzystywać, przynajmniej nie na takim poziomie, którego wymaga do niej rodzina niezdająca sobie sprawy z jej potęgi. Dziewczę ma obowiązkowe mroczne sekrety i traumę z dzieciństwa, które zabliźnić się mogą jedynie dzięki miłości. Któż jej ją zapewni? Oczywiście nasi silni mężczyźni, zostając odpowiednio jej Bratem, Ojcem i Kochankiem (po to się urodzili, nie ma więc między nimi żadnej rywalizacji co do roli, jaką mają sprawować). Dziewczę, kochane przez wszystkich dobrych i krzywdzone przez wszystkich złych, rośnie w siłę, w międzyczasie przeżywając mniejsze i większe dramaty, z których wyciąga ją zawsze któryś mężczyzna jej życia i pociesza. W końcu następuje rozrachunek ze złem i… nie powiem Wam, kto wygrywa.

Oczywiście, jest to pewne uproszczenie, ale tak to rzeczywiście wygląda i naprawdę szkoda, że Bishop obmyślając tak ciekawy świat, nie pokusiła się o bardziej oryginalną fabułę. A jeśli już zdecydowała się oprzeć swoją opowieść na podobnym schemacie, mogła pokusić się o więcej oryginalności w poszczególnych wątkach. Choć niektóre są naprawdę udane i zgrabnie opisane, inne przytłaczają nadmierną cukierkowatością lub też ilością posoki rozbryzgującej się po ścianach. Autorka sprawia wrażenie, jak gdyby historia wymykała jej się spod kontroli, co stawia pytanie – dla kogo w zamierzeniu jest właściwie ta powieść? Co z tego, że przez chwilę jesteśmy świadkami mrocznych scen, w których brutalnie torturowany jest Lucivar, skoro za chwilę akcja przenosi się do Pałacu, w którym Lord Piekła usilnie stara się wychować gromadę rozwrzeszczanych nastolatek, nieustannie „chichocząc” lub łapiąc się za głowę? Jak można wczuć się w tragiczną historię Briarwood, jeśli jest ona niemal przetykana uroczą historią zakochiwania się Daemona i Jaenelle, która w międzyczasie odnawia związki pomiędzy mocno specyficzną rodzinką? Czy to jest rzeczywiście powieść „tylko dla dorosłych”, jak przekonuje nas napis z tyłu okładki, czy może mroczna powieść dla starszych nastolatek, które może rzeczywiście przerazić okrucieństwo Dorothei? (Przyznaję, że i mnie niektóre sceny przyprawiały o dreszcz obrzydzenia, choć część była tak wymyślna, że właściwie nie do końca rozumiałam, o co ma w danej torturze chodzić… Może gdyby Główne Złe były diaboliczne nie tylko z nazwy, ale ich motywy naprawdę byłyby w stanie zrobić na mnie wrażenie, bardziej potrafiłabym się wczuć w całą historię). Takie skojarzenie miałam zwłaszcza w drugim tomie, zdecydowanie najsłabszym według mnie. Akcja prawie nie posuwa się do przodu, wciąż tylko ktoś rani Jaenelle, którą następnie trzeba utulić w ramionach, a całość przetykana jest wesołą historyjką o grupie czarownic i ich męskich przyjaciół okupujących Pałac.

Poza tymi wybijającymi z równowagi zmianami klimatu, irytuje też wiele zabiegów fabularnych. Chwilami autorka sięga wręcz do chwytów rodem z telenoweli, kiedy to bohaterowie postępują całkowicie wbrew wszelkim wyobrażeniom, bez logicznego uzasadnienia, byle było dramatycznie. Tak więc mamy zarówno sytuacje, w których ktoś daje wiarę przesłankom i nie pofatyguje się, żeby poznać prawdę, ale podejmuje decyzje mogące zaważyć na życiu wielu osób. Lub też taką, w której inna postać na podstawie własnych domysłów tworzy sobie własną wersję wydarzeń i odrzuca prawdę, nie dając dojść do słowa głównym zainteresowanym. Czytelnik od razu rozumie intencje bohatera, innym postaciom natomiast dość długo zajmuje ich pojęcie. Blado wypadają także wielkie plany knute przez Dorotheę i Hekatah, mało twórcze i aż dziw, że bohaterowie (rzadko, trzeba przyznać), w te ich pułapki rzeczywiście wpadają… Tym bardziej, że owe spiski niekiedy zupełnie nie zgadzały się z przyjętą przez autorkę koncepcją…

Szkoda, że Bishop nie zagłębiła się w psychikę swoich bohaterów, nie rozwinęła ich charakterów poza kilka (w najlepszym wypadku) głównych cech, które od razu definiują całą postać. Lepiej wypadają tu już panowie, choć na swój sposób są do siebie tak podobni, że poza tą jedną wyróżniającą cechą wydają się identyczni. Boli natomiast niewykorzystany potencjał w przypadku czarownic. Jaenelle jest postacią wzbudzającą sympatię, ale nie ma w niej nic porywającego, nic oryginalnego. Jeszcze gorzej wypadają siostry z jej sabatu – prawdziwie pole do popisu: silne osobowości, obdarzone wielką mocą. Niestety, nie dowiadujemy się o nich właściwie nic (może jedynie o Karli, choć trudno tu mówić o jej charakterze), poza tym, że są pełne temperamentu, a nawet bezczelne i kochają swoją Królową. Oczywiście, wszyscy bohaterowie pozytywni dają się lubić i z czasem nawet miałam już swoich ulubieńców, niemniej jednak ich potencjał pozostaje niewykorzystany. Najsłabsze są jednak złe bohaterki, które są po prostu złe: zazdrosne, żądne władzy, okrutne i wyzbyte jakichkolwiek wyższych instynktów. Dość ciekawie zapowiadała się Cassandra, ale szybko wyblakła i już tylko irytowała. A szkoda. Bishop radzi sobie natomiast z uczuciami, choć popada chwilami w przesadę, nie oszczędzając czytelnikowi pełnych lukru scen, kiedy to ponoć niezwykle brutalni i agresywni wojownicy co i rusz ze łzami w oczach wyznają sobie miłość lub też wzruszają się z innych powodów. Niemniej jednak i tak wzruszał mnie wątek Daemona i Lucivara, na co nic nie poradzę – pokażcie mi pokrętne relacje między rodzeństwem, dorzućcie ospowniednio wzruszające sceny, skomplikowaną miłość, wzajemne oskarżenia i zadawnione urazy, podszyte ironicznym poczuciem humoru – i jestem Wasza.

A jednak „Czarne Kamienie” potrafią wciągnąć i zainteresować. O ile w pierwszej części rażą wszystkie te powtórzenia, sceny balansujące na granicy niesmacznego kiczu, to z czasem można się przyzwyczaić do prezentowanego przez książkę poziomu i choć czasem ma się ochotę wznieść oczy w niemym wołaniu o pomoc, to z chęcią sięga się po tom kolejny. Tak jak napisałam, druga część jest najsłabsza, jednak trzecia w znacznym stopniu to rekompensuje – Anne Bishop udało się stworzyć punkt kulminacyjny i zakończenie odpowiadające rozmiarom serii, trzymające w napięciu i nie pozostawiające poczucia niedosytu i rozczarowania, co jest bolączką wielu książek fantasy. Tu zakończenie naprawdę mi się podobało – nie tylko te ostatnie kilka stron, ale cała droga do niego, spójna i w sumie dość zaskakująca jeśli wziąć pod uwagę, kto odegrał w niej znaczącą rolę. I choć miałam ochotę mocno potrząsnąć połową bohaterów (którzy znów zachowywali się irytująco nielogicznie, przecząc sobie samym), to naprawdę się wczułam w losy bohaterów.

Co mogę więc napisać na koniec? Polecam tę książkę do czytania w pociągu lub w okresie, kiedy zależy Wam na szybkim przemijaniu czasu – efekt gwarantowany. Jeśli nie czytaliście wielu książek spod znaku fantastyki jest nadzieja, że powielane schematy nie będą Was razić. Ogólnie rzecz ujmując, „Czarne Kamienie” czyta się szybko i w sumie przyjemnie, chwilami są naprawdę niezłe, chwilami osłabiające, ale… Przeczytałam te trzy tomy bezboleśnie, a na koniec czuję czytelniczą satysfakcję – było miło i choć nie jest to pozycja wybitna, można poświęcić na nią te kilka wieczorów.

Moja ocena: 3+/6
Anne Bishop, „Córka Krwawych. Czarne kamienie, księga I” (INITIUM, 2008)
Anne Bishop, „Dziedziczka cieni. Czarne kamienie, księga III” (INITIUM, 2009)
Anne Bishop, „Królowa ciemności. Czarne kamienie, księga III” (INITIUM, 2009)

P.S. Nie pisałam już o przekomicznych chwilami problemach autorki z wymyśleniem spójnych imion dla swoich postaci, zwróciła na to uwagę Ninedin, której recenzję serdecznie polecam.
_______________

Książki otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.