Archiwum

Archive for Grudzień 2011

A pod choinką znalazłam…

Mam nadzieję, że Wasze Święta były równie cudowne, jak moje. Zawsze są, atmosfera magiczna wręcz, ciepło, rodzinnie, radośnie. Aż mam energię do działania, pisania, o czytaniu nie wspominając! Tymczasem po prostu nie wytrzymam i podzielę się z Wami moją radością. Oto książkowe prezenty, które znalazłam pod choinką!

Tym samym dołączam do szacownego grona posiadaczy e-czytników i choć zarzekałam się, że właściwie mi takie cudeńko niepotrzebne, cieszę się z niego szalenie i powoli orientuję w jego możliwościach i funkcjach. Wiem, że część z Was już ma spore doświadczenie w obsłudze Kindle’a, może macie jakieś wskazówki, o których początkujący użytkownik nie ma pojęcia, a warto to wiedzieć? Albo czegoś unikać? Przy okazji – wiem, że istnieje możliwość subskrypcji blogów na Kindle’a – czy wiecie, jak to zrobić?

Oczywiście niemniej cieszą książki papierowe. Dostałam też aż jedenaście różnych herbat, zestaw zimowy mam więc idealny. Teraz już mogą mnie zasypać śniegi!

Nowe notki pojawią się wkrótce, ja odpoczęłam i mam nowe pomysły na bloga i nie tylko… Zastanawiam się też nad przeprowadzką, na blogspot. Jakie są Wasze doświadczenia z tym serwisem? Szkoda byłoby mi porzucić tego, co już tu stworzyłam, ale ograniczenia wordpressa chwilami doprowadzają mnie do szału. Lepiej zostać, czy się przenosić? Sama jeszcze nie wiem :)

A tymczasem pozdrawiam ciepło i w ramach bonusu – Simon pragnący zostać prezentem:

Słów kilka – świątecznie

Miałam wkleić jakąś ładną kartkę z życzeniami, napisać więcej – niestety, w tym roku Święta przyszły niemal niespodziewanie, bo przecież dopiero co był październik i co się właściwie stało z tymi dwoma miesiącami? Gdzieś się zagubiłam po drodze i dopiero odnajduję, a zaległości mam spore… Nic to, nadrobię je szybko a i o blogu nie zapomnę.

Teraz jednak, skromnie i szeptem niemalże, życzę Wam, moi drodzy Czytelnicy, przede wszystkim spokoju i takiej właśnie spokojnej, cichej radości – na Święta i każdy dzień. Pewności, że jesteście w miejscu i czasie, w jakim być chcecie. I oczywiście otoczeni przez ludzi, których kochacie.

A na życzenia noworoczne i podsumowanie przyjdzie jeszcze czas!

Koszmarna korporacja

Gdyby tak zapytać osoby średnio zainteresowanej Japonią, z czym kojarzy jej się Kraj Kwitnącej Wiśni, myślę że w pierwszej dziesiątce (oczywiście po samurajach, gejszach, sakurze i pewnie nawet czerwonych karpiach koi) znalazłyby się korporacje. Mityczne placówki, które ze swych pracowników wysysają wszelkie siły do pracy i energię do życia, aż nieszczęsny człowiek popełnia samobójstwo lub umiera z przepracowania. Gdzieś w tle majaczą hotele kapsułkowej, bo przecież nieszczęśnicy nie mają czasu na powrót do domu i generalnie, ich żywot to piekło na ziemi. Wszystko to trzeba oczywiście przesiać przez grube sito, jako że wokół pracowitych jak mrówki Japończyków narosły już niemałe mity, przyznać jednak należy, że pracujący w wielkich korporacjach ludzie muszą pracy poświęcić rzeczywiście dużo swego czasu i zaangażowania. O tym traktuje książka Amélie Nothomb, „Z pokorą i uniżeniem”. Książka powstała w oparciu o jej własne doświadczenia, a ona sama jest główną bohaterką. Nie uznałabym jej jednak za powieść biograficzną, gdyż nie znalazłam nigdzie potwierdzenia takiego stanu rzeczy, a opisane zdarzenia wydają mi się aż nazbyt „drastyczne”, by mogły przydarzyć się osobie kilka lat mieszkającej w Japonii, posiadającej tam przyjaciół i siłą rzeczy mającej pojęcie o tamtejszych realiach.

Amélie przyjmuje posadę tłumaczki w firmie Yumimoto, szybko jednak okazuje się, że nie ma dla niej konstruktywnego zajęcia i dziewczyna znajduje sobie mniej lub bardziej pozbawione sensu zadania, byle tylko móc się czymś zająć. Nie mogąc dostosować się do reguły, według której przed awansem prowadzącym do pracy na stanowisku docelowym, pracownik musi swoje odrobić jako firmowe popychadło, Amélie pakuje się sado-masochistyczny konflikt z przełożoną i mimo chwilowych wzlotów, ląduje na etacie sprzątaczki łazienek. Na szczęście do całej sytuacji podchodzi z humorem i determinacją, obiecując sobie, że przepracuje pełny rok kontraktu. Jej perypetie, chwilami przezabawne, innym razem frustrują swoją niesprawiedliwością. Czytelnik coraz bardziej wczuwa się w losy bohaterki, życząc jej, by sprawiedliwość zatriumfowała… I choć pewien triumf przychodzi, nie jest to mimo wszystko scenariusz hollywoodzkiego filmu, niegodziwi pracodawcy nie zostaną więc należycie ukarani, a samej Amélie nierzadko chce się przypomnieć, że skoro chciała pracować w japońskiej firmie, to powinna się trochę więcej dowiedzieć o specyfice takiej pracy, można więc uznać, że ma to, na co zasłużyła…

Autorka snuje niezwykle pesymistyczną wizję bycia Japonką i choć wiele w niej cieni, które rzeczywiście grożą japońskim dziewczynom, to trzeba pamiętać, że czasy współczesne różnią się od sytuacji społecznej jeszcze sprzed kilku lat, a także że mimo wszystko Nothomb przedstawia pewne fakty niemal karykaturalnie, z przymrużeniem oka i dużą dawką czarnego humoru. Znam kilka młodych Japonek i żadna z nich nigdy nie narzekała na swój status, ciesząc się raczej z należnym im wygodom. Oczywiście, jako gaijince być może nie opowiadają mi swoich wszystkich przemyśleń na temat bycia Japonką, jednak z pewnością wizja takiego życia nie jest czarna i beznadziejna. Mimo ciężkiego tematu, powieść Nothomb czyta się błyskawicznie dzięki lekkiemu stylowi i sporej dawce humoru, nierzadko dość absurdalnego.

Choć nie traktowałabym „Z pokorą i uniżeniem” jako przewodnika po japońskiej obyczajowości, wiele wspólnego można znaleźć i w strukturach polskich korporacji, na szczęście jednak tak jawne wykorzystywanie pracownika wydaje się być odstępstwem od normy, a nie jej przejawem. Moje pierwsze spotkanie z Nothomb mogę zaliczyć do całkiem udanych, choć autorka nie zachęciła mnie raczej do innych swoich powieści. A może powinnam się na coś skusić? Coś polecacie?

Tytuł: Z pokorą i uniżeniem
Tytuł oryginału: Stupeur et tremblements
Autor: Amélie Nothomb
Tłumaczenie: Barbara Grzegorzewska
Wydawnictwo: Muza, 1999
Moja ocena: 4/6

Powrót do Westeros

Wszystko zaczęło się niemal dokładnie sześć lat temu. Lekko zawiedziona i pełna niedosytu po drugim tomie trylogii husyckiej zwierzyłam się zaczytanemu w fantastyce kuzynowi, że marzy mi się wciągająca saga, pełna dopracowanych bohaterów i intryg. Podał mi „Grę o tron” ze słowami „To przeczytaj to”. Zaczęłam czytać pewnego grudniowego wieczora w 2005 i już po kilku pierwszych zdaniach zakochałam się bez pamięci i nieodwracalnie. Wchłonęłam cztery pierwsze tomy jak wysuszona gąbka i na piąty, „Taniec ze smokami”, przyszło mi czekać długie sześć lat. W międzyczasie jednak wybrane fragmenty sagi czytałam po kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy, zapisałam się na forum poświęcone twórczości George’a R.R. Martina, gdzie poznałam fantastycznych ludzi, a wreszcie moje własne pomysły i inspiracje znalazły kierunek, jakiego potrzebowały. Mogę spokojnie stwierdzić, że Pieśń Lodu i Ognia to jedna z najważniejszych książek (cóż, cała seria), jakie czytałam i generalnie jedna z lepszych rzeczy, jakie mi się czytelniczo przytrafiły. Nie dziwi więc, że pierwszy tom „Tańca…” przeczytałam błyskawicznie (pomstując, że już nie studiuję i nie mogę po prostu zarwać nocy i nie iść na zajęcia, jak to się zdarzało przy czytaniu poprzednich) i pozostaje mi z drżeniem serca czekać na tom kolejny, jako że polskie wydanie rozbite jest na dwie części, a tak się złożyło, że Pieśń czytam tylko po polsku. Martin trzyma formę, a ja wciąż kocham jego sagę.

Wydarzenia w „Tańcu ze smokami” biegną paralelnie do tych z poprzedniego tomu, „Uczty dla Wron”, tym razem jednak czytelnik towarzyszy innej grupie bohaterów. Jednym z wielkich plusów warsztatu Martina jest to, że z wielkim wyczuciem opisuje miejsca i krajobrazy, dzięki czemu natychmiast czuje się ich atmosferę. W „Tańcu…” to bardzo istotne, ponieważ dzięki podzielonej narracji czytelnik ma szansę odwiedzić mroźną Północ, skwarne i pełne pyłu Meereen, gdzie nawet słońce wydaje się zachodzić krwawo, wilgotne tereny rzeki Rhoyne, miasta oddzielone od Westeros Wąskim Morzem… Za każdym razem poza główną postacią zmieniał się klimat opowieści, co nie pozwalało nawet na chwilę nudy. Słuchając różnych opinii niejednokrotnie spotykałam się ze zdaniem, że począwszy od „Uczty…” poziom sagi spada i „Taniec ze smokami” również nie trzyma wysokiego poziomu trzech pierwszych część. Choć przy „Uczcie…” miałam takie wątpliwości, pierwszą część „Tańca…” uważam za bardzo udaną. Pamiętać należy, że to środek opowieści, moim zdaniem najtrudniejszy moment, w którym trzeba pewne treści przekazać, wątki się mnożą, a jeszcze nie sposób ich rozwiązać. Po rewelacyjnym początku nie tak łatwo jest trzymać równy stopień napięcia przez cały czas. Ja traktuję tomy czwarty i piąty jako rozwinięcie, które zmierza do epickiego (wierzę w to mocno) rozwiązania. Już podobno w drugiej części tomu piątego akcja dostarcza czytelnikowi mocnych wrażeń i urywa się w takich momentach, że oczekiwanie, aż Martin napisze kolejne dwie części wydaje się być wyrafinowaną torturą… Mam nadzieję, że wkrótce sama się o tym przekonam. Jednak już i w pierwszym tomie „Tańca…” ciśnienie może skoczyć, pojawiają się bohaterowie, o których mówiło się, że nie żyją (choć oczywiście wnikliwi czytelnicy przynajmniej jeden z wątków już rozpracowali, drugi był sporym zaskoczeniem i do tej pory pozostawał w sferze marzeń… ale nie martwcie się – Ned nie powstał jako zombie, to na szczęście inna liga), inni podejmują decyzje, które mogą sporo namieszać… Dzieje się wiele, jak zawsze w Pieśni.

Innym aspektem, który przemawia dla mnie na zdecydowany plus tej części historii jest skupienie się na rozwoju psychologicznym bohaterów. U Martina zawsze fascynowała mnie plejada przemyślanych postaci, tych, które pokochałam niemal od początku i takich, o których czytam z dreszczem obrzydzenia bądź grozy. Choć jest to powieść głównie przygodowa (mimo że słowo to wydaje się być mocno nie na miejscu w tym kontekście), postaci są psychologicznie wiarygodne i nie stoją w miejscu, zmieniając się adekwatnie do przeżyć i sytuacji. Jon Snow, mimo całej mojej sympatii, wydawał mi się jednak bohaterem dość mdłym, przeznaczonym „do lubienia”, a więc nie posiadającym żadnych kontrowersyjnych cech. Tu jednak Lord Dowódca Nocnej Straży z chłopaka staje się mężczyzną, stara się dorosnąć do oczekiwań i nadziei, które w nim położono, wątpi i szuka swojego miejsca, cały czas pozostając w cieniu nieżyjących ojca i brata, wyznaczając ich sobie na wzór. To właśnie chęć zdobycia uznania w ich oczach jest jego siłą napędową, a ciężar nałożony na jego barki i brak zrozumienia otoczenia, samotność i wyobcowanie potwierdzają tylko, że milczący biały wilkor przypadł mu nie tylko ze względu na pochodzenie. Podobała mi się również bolesna lekcja pokory, jaką los zgotował smoczej królowej – Dany z trudem uczy się własnych ograniczeń i starając się być wierna samej sobie popełnia błąd za błędem. Tyrion pozostaje sobą, co jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie można znaleźć w całej sadze, a jego ścieżka wiedzie przez miejsca mityczne. To właśnie on spotka największe zaskoczenie całego tomu. Pojawia się także kolejna z moich ukochanych postaci, czyli jedyny dobry do szpiku kości bohater, który jednak w przeszłości był przemytnikiem – Davos płynący z poselstwem do Białego Mostu. Finał tej wyprawy również podniósł mi ciśnienie i zachwycił, bo tego pragnę dla Północy. Rozdziały Brana nigdy nie należały do moich ulubionych, przyznać jednak trzeba, że dowiedzieć się z nich można rzeczy intrygujących o samym Westeros, a rozdział ukazany oczami Melisandre stanowi prawdziwą gratkę.

Jako wisienkę na torcie uznać można fakt, że jest to chyba najładniej wydany tom sagi, jeśli chodzi o okładkę. Jest estetycznie i na temat, co cieszy zwłaszcza po absolutnie nietrafionych okładkach do obu tomów „Uczty…”. Nie muszę już chyba dodawać, że czyta się szybko – już po pierwszych zdaniach prologu przenosimy się do znanego świata, z którego z niechęcią wracałam do codziennych zajęć. Z utęsknieniem czekam na tom kolejny i wierzę, że się nie zawiodę. Mogłabym pisać i pisać o tej książce i całej serii, nie chcę jednak nikomu psuć zabawy przy czytaniu, bo w Pieśni jest to prawdziwym przestępstwem. Dlatego mogę tylko gorąco zachęcać do zapoznawania się z twórczością Martina, co niniejszym czynię.

Tytuł: Taniec ze smokami
Tytuł oryginału: A Dance with Dragons vol. 1
Autor: George R.R. Martin
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2011
Ilość stron: 634
Moja ocena: 5+/6

Serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za sprezentowanie mi egzemplarza.