Archive

Archive for Wrzesień 2010

Poznawania Stasiuka ciąg dalszy

Są takie książki, które czytam z przyjemnością, bo podoba mi się styl, ale kończę i po skończonej lekturze nie wiem, co o takim dziele myśleć. Zawsze wtedy mam refleksję, że chętnie bym o tej książce podyskutowała, omówiła ją wspólnie z innym czytelnikiem, co pomogłoby mi wyrobić pewną opinię na temat książki. Z braku, zazwyczaj, osoby chętnej do dyskusji, przeglądam recenzje, pozytywne i negatywne głosy o mojej niedawnej lekturze, naświetlające mi tę część problematyki, która wymykała mi się podczas czytania. Zazwyczaj jednak i to nie przynosi rezultatu, bo opinia musi być wyłącznie moja, subiektywna i pochodząca z wewnątrz, na co zewnętrzne opinie końcowy wpływ mają jednak niewielki. Mija sporo czasu i patrząc z perspektywy mogę ocenić generalne wrażenie, jakie wywarła na mnie lektura. Tak było właśnie z powieścią Andrzeja Stasiuka „Biały Kruk”, za którą pisarz otrzymał nagrodę Fundacji im. Kościelskich.

Czterech przyjaciół z dzieciństwa, z których jeden zawsze różnił się od pozostałych oraz ich stosunkowo nowy znajomy wyruszają zimą w Bieszczady. Część z nich chce wierzyć, że jadą na zwykłą wycieczkę, inni mają co do podróży swoje własne plany i przez zbieg okoliczności to ta grupka triumfuje – wyjazd zamienia się w przedzieranie się drogami odległymi od utartych szlaków, a koledzy w brudnych i niekiedy okrwawionych partyzantów. To książka o zapomnianym świecie Bieszczad sprzed lat, brutalnej historii tamtych terenów, opowiedzianej mimochodem między wierszami powieści. To także wspomnienia młodości w prl-owskiej Warszawie, pozbawione sentymentów, ale z nostalgią wyzierającą z tonu retrospekcji. Stasiuk przedstawia historię przyjaźni mężczyzn z różnych kręgów społecznych, balansujących na krawędzi akceptacji społeczeństwa, choć przyczyny możliwego odrzucenia są różne. W końcu, czytelnik przygląda się także sytuacji, w której przyzwyczajeni do miastowego, spokojnego życia ludzie znajdują się pośród nieprzychylnej im przyrody, przemykają się opłotkami i ze strachu oraz nadmiernego wczuwania się w rolę partyzantów, pozwalają dochodzić do głosu mrocznym instynktom i tej złej stronie swego charakteru.

Historia opowiedziana w „Białym kruku” podobała mi się, chwilami Stasiukowi udawało się idealnie ująć istotę samotności, tęsknoty za akceptacją i presji, jaką na jednostkę potrafi wywrzeć grupa. Niezwykle podobały mi się fragmenty retrospekcyjne, potrafiły wzruszyć. Postać Wasyla Bandurki, uznawanego za odmieńca, zapadła mi w pamięć i napełniła smutkiem, dzięki relacji świadka zza drugiej strony barykady, oszczędnej i wyzbytej z większych sentymentów. Pesymistyczna to wizja wrażliwej i utalentowanej jednostki, która rezygnuje ze swoich talentów i życia, żeby zostać zaakceptowaną przez grupę mającą te wartości w pogardzie. Dobitnie widać, że rezygnacja z siebie to pierwszy, ale wielki krok na ścieżce samounicestwienia, która prowadzić może tylko do jednego.

Dlaczego więc mam wątpliwości? Podoba mi się styl Stasiuka, uważam, że mistrzowsko operuje słowem i potrafi wywrzeć na czytelniku odpowiednie wrażenie w stosunku do tego, co opisuje. I nad tym chyba polega problem – nie do końca odpowiadała mi atmosfera książki. Nad bohaterami nieustannie unoszą się opary alkoholu, brudu, bohaterowie nie potrafią porozumiewać się bez wulgaryzmów, co jest boleśnie prawdziwe, ale i na dłuższą metę trochę męczące przy czytaniu. „Biały kruk” jest szczery, ale i brutalny w tej szczerości, naturystyczny i zgrzytający przejawami szowinizmu bohaterów. Dopiero kiedy mijający czas rozwiał te niepokojące opary, mogłam stwierdzić, że tak, „Biały kruk” mi się podobał.

Czytając zastanawiałam się, ile jest samego Stasiuka w tej książce, czy znajdę w niej opinie samego autora. Patrząc jednak na zdjęcie wydrukowane na tylnej okładce mojego wydania, na ironiczny uśmiech i rozbawione spojrzenie stwierdziłam, że ten człowiek musi mieć wiele dystansu do własnej twórczości. Zdjęcie szalenie mi się podoba, a ja mam zamiar dalej zapoznawać się z twórczością Stasiuka. Póki co bardziej jednak ciągnie mnie do jego reportaży…

Tytuł: Biały kruk
Autor: Andrzej Stasiuk
Wydawnictwo: Czarne, 2002
Moja ocena: 4/5

Podzielę się radością…

Od dnia dzisiejszego jestem magistrem! Bardzo się cieszę i wielką ulgę odczuwam. W poniedziałek zaczynam pierwszą „poważną”, etatową pracę i mam nadzieję, że sobie poradzę. Pozdrawiam wszystkich czytelników jak najserdeczniej!

Kategorie:o sobie

Amatorką być

„Amatorki” to moje pierwsze spotkanie z prozą Elfriede Jelinek, austriackiej noblistki z 2004 roku. Wiele zdążyłam już usłyszeć o jej pisarstwie, sama autorka jest postacią dość kontrowersyjną, więc wyrobienie sobie zdania na temat jej twórczości było dla mnie kwestią czasu. „Amatorki” wpadły mi w ręce w bibliotece i postanowiłam nie zmarnować tej okazji, co bardzo mnie teraz cieszy.

Jelinek pokazuje życie dwóch kobiet, które nigdy nie miały okazji się spotkać, ale niemal identyczny los stał się ich udziałem, z małą różnicą na końcu historii. Brigitte to pracownica fabryki robiącej biustonosze, marząca o lepszym losie w komfortowym mieszkaniu. Zrobi wszystko, żeby wyrwać się z biedy i wykańczającej pracy, w czym ma jej pomóc Heinz, powoli otwierający własny biznes. Brigitte postanawia więc sobie kochać Heinza i wytrwale dąży do zdobycia go w roli męża, a więc źródła utrzymania. Paula natomiast wychowała się na wsi, lecz postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem i nauczyć się w mieście krawiectwa. Początkowy entuzjazm znika w momencie zakochania się (a przynajmniej przekonaniu samej siebie o tymże uczuciu) w młodym drwalu, mieszkańcu tej samej wioski. Romantyczna dziewczyna postanawia zrobić wszystko, by miłość zatriumfowała, a Pauli zapewniła godziwe życie w schludnym domku u boku swego męża. Brigitte nie ma złudzeń co do funkcjonowania świata, Paula je ma, ale i tak nie zmienia to scenariusza ich życia – obie poświęcają siebie i swoje życie mężczyźnie, nie mając do zaoferowania wiele ponad swoje ciało, z którego obaj chętnie korzystają.

Bohaterki nie należą do najinteligentniejszych, mówiąc delikatnie, niekiedy czytelnik ma ochotę potrząsnąć nimi mocno i pokazać możliwości otaczające je z różnych stron, równie średnio ciekawe, ale o niebo lepsze niż sprzedanie się mężczyźnie, który nie dość, że nie kocha, to jeszcze intelektem nie grzeszy. Poza irytacją kobiety wzbudzają jednak współczucie, gdyż autorka pokazuje, że tylko część winy ponoszą one same. Do obwiniania jest także społeczeństwo tkwiące w sztywnym patriarchacie, tłamszące obie dziewczyny i niejako zmuszające je do oglądania się na mężczyzn wokół nich.

Jelinek pisze niezwykle ironicznie, zapadającym w pamięć stylem. To taki rodzaj narracji, po którym myśli się w podobny sposób – urywanie, chaotycznie, ale z dużą wnikliwością. Choć jest to proza niezwykle mocno zaangażowana feministycznie, nie znajdzie się w niej postulatów, złotych myśli lub bezpośrednich oskarżeń. Nie ma takiej potrzeby, bo cały tekst głośno krzyczy o niesprawiedliwości i upodleniu, do jakiego mężczyźni doprowadzili kobiety i do jakiego one same się spychają, wyzbywają wszelkich ambicji, by bez słowa sprzeciwu powielać okropny schemat i samemu się do niego przymuszając. Bohaterki Jelinek, choć godne współczucia, nie są przedstawione jako nieskazitelne ofiary. Same ponoszą odpowiedzialność za swoje życie, o czym autorka przypomina. Nie jest tak, że wszelkie nieszczęścia są spowodowane przez mężczyzn, sukcesy zaś to już jedynie samodzielne działanie kobiet. Podobał mi się styl autorki jak i jej ostre, krytyczne spojrzenie na świat. Choć moje postrzeganie rzeczywistości różni się od przedstawionego w „Amatorkach” i jest dużo bardziej optymistyczne, o barwach nie wspominając, nie twierdzę, że takich osób i takich zakątków na świecie nie ma. Wręcz przeciwnie…

Choć nie było to spotkanie łatwe, lekkie i przyjemne, nie chciałabym poprzestać na jednym. Książka Jelinek to lektura ciężka, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że chwilami męcząca, drażniąca i wsadzająca czytelnikowi małe szpilki w momencie, kiedy niekoniecznie się ich spodziewa. Mimo to jednak książka zmusza do refleksji i w krzywym zwierciadle ukazuje niewygodne prawdy, które wciąż są rzeczywistością w cywilizowanym świecie. Warto zmierzyć się z „Amatorkami”.

Tytuł: Amatorki
Tytuł oryginału: Die Liebhaberinnen
Autor: Elfriede Jelinek
Wydawnictwo: WAB, 2007
Ilość stron: 192
Moja ocena: 4+/6

A to, co lubię…

Kolejny łańcuszek pojawił się na zaprzyjaźnionych blogach, tym razem z pytaniem o ulubione czynności, przedmioty, zjawiska… Wszystko to, co się lubi, jest więc z czego wybierać, a samo myślenia o tych wszystkich przyjemnościach natychmiastowo poprawia nastrój. Do zabawy zaprosiły mnie Abiela, Lilithin oraz Chihiro. I choć jak zwykle przy wszelkiego rodzaju wymienianiu momentalnie z głowy ucieka mi większość pomysłów, postanowiłam spisać po prostu te, które jako pierwsze przyszły mi na myśl. Co więc lubi mandżuria? Przypadkowa dziesiątka bardzo ulubionych rzeczy:

  1. Woda. W niemal każdej postaci, począwszy od szumiącego morza, w które mogę wpatrywać się godzinami, do gorącego prysznica. Nic mnie tak nie uspokaja i nie odpręża. No, może tylko…

  2. …oczywiście książki. Czytanie, przeglądanie, oglądanie na półce, przebywanie w miejscu, gdzie jest ich pełno, porządkowanie, oglądanie u kogoś… I tak dalej, i tak dalej.

  3. Sny. Fascynują mnie od dawna, nawet maturę ustną przygotowywałam na ten temat (tak, jestem pierwszym rocznikiem pokrzywdzonym nieszczęsną nową maturą). Niektóre pomagają mi zrozumieć własne nastroje i obawy, inne pozwalają przeżyć alternatywne ścieżki mojego życia, są wreszcie i takie, które stanowią filmową wręcz rozrywkę – z fabułą pełną przygód w klimacie fantasy, wieloma bohaterami, krajobrazami a nawet muzyką! Niestety, kiedy się budzę zazwyczaj nie potrafię zanucić motywu przewodniego, który towarzyszył mi w trakcie snu. W ogóle lubię spać, zwłaszcza, kiedy nie muszę się nigdzie rano spieszyć, a za oknem pada deszcz…

  4. Podróże. Im więcej jestem w stanie zobaczyć, tym bardziej pragnę podróżować więcej. Odkrywać świat dla siebie, poszerzać horyzonty poznając nowe kultury, a przede wszystkim ludzi. Kiedy nie mogę podróżować, lubię czytać o podróżach innych, zawsze to jakaś namiastka. Lubię to uczucie, kiedy po powrocie do domu czuję się w jakiś sposób wzbogacona nowymi doświadczeniami.

  5. Muzyka, która potrafi mnie poruszyć, obojętnie czy to melodią, tekstem, czy jeszcze czymś innym (np. teledyskiem, ale z reguły nie znam teledysków do piosenek, których slucham). Mam swoje ukochane piosenki, które nieustannie mnie inspirują, mam takie, które dają mi energię do działania w nawet najgorszy dzień, podnoszą na duchu, wprowadzają w stan pogodnej melancholii… Muzyka towarzyszy mi prawie nieustannie, choć ostatnio musiałam ograniczyć słuchanie jej poza domem, gdyż jestem wtedy za bardzo rozkojarzona i już dwa razy zapomniałam skasować bilet, który miałam w kieszeni przygotowany w tym celu. Raz skończyło się mandatem i jeśli nie mam „migawki”, to na słuchanie sobie raczej nie pozwalam…

  6. Jedzenie, a jeśli mam czas, to także przygotowywanie jedzenia. Lubię smaczne i ładnie wyglądające potrawy, chętnie próbuję nowych smaków, chyba że wygląd lub zapach mnie od potrawy odrzuca (pleśniowym serom mówię nie). Oczywiście plusem jest egzotyka potrawy, choć zazwyczaj dopiero w podróży mam szansę spróbować czegoś naprawdę oryginalnego, w moim mieście jest sporo chińskich knajpek wątpliwej jakości, ostatnio otworzyły się trzy tureckie, a tak to włoskich mamy sporo i od pewnego czasu coraz więcej sushi. Znajdą się oczywiście takie sieciowe Mexicany oraz kilka indyjskich. Ostatnio zostałam zaproszona do restauracji Ganesh, którą osoby będące w Indiach polecają jako prawdziwie indyjską, tyle że ciut łagodniejszą. Ja poprosiłam o bardzo łagodną wersję potrawy i dostałam idealnie jak na swój gust przyprawioną. Była swego czasu knajpka ujgurska, ale poza typowym dla tej kuchni deserem, zjeść tam można było głównie kotlety… Była i węgierska z olbrzymią przewagą dań mięsnych, ale znikła.

  7. Otaczanie się ładnymi rzeczami. Nie chodzi tu o ilość, już dawno nauczyłam się nie przywiązywać do przedmiotów i nie przechowywać ich latami (choć zdarzają się wyjątki), a o przyjemność obcowania z rzeczami miłymi dla oka i innych zmysłów. Lubię także mieć dużo zdjęć i obrazków porozwieszanych i porozkładanych wokół miejsca pracy (w domu oczywiście).

  8. Planowanie. Przyjemność sprawia mi układanie list zadań do zrobienia (a jeszcze bardziej ich późniejsze wykreślanie), wpisywanie wydarzeń w kalendarzu, robienie planów na najbliższy tydzień, miesiąc, nieokreśloną przyszłość. Z realizacją bywa już różnie, ale chodzi o sam akt tworzenia planów.

  9. Rozmowy, niekończące się rozmowy na wszelkie tematy. Z ukochanym, siostrą, przyjaciółmi. Pewnie dlatego mój ulubiony typ zajęć do prowadzenia to konwersacje, przychodzą mi naturalnie, podczas kiedy podręcznik potrafi zanudzić… Zwłaszcza, jeśli któryś raz z kolei muszę go robić z inną grupą.

  10. Jedną z moich ukochanych czynności jest zaglądanie do skrzynki. Uwielbiam dostawać listy, kartki, przesyłki… Gorzej z rachunkami. Ale zawsze, kiedy widzę przez dziurki skrzynki, że coś tam jest w środku, przechodzi mnie przyjemny dreszcz. I to rozczarowanie, kiedy poczta nie jest do mnie… Oczywiście, lubię także sama pisać listy, maile też, ale ciężej mi idzie z odpisywaniem. Ach, wiadomości w skrzynce mailowej też uwielbiam.

Jeśli ktoś ma ochotę wziąć udział w zabawie, serdecznie zapraszam!

Kategorie:o sobie, zabawa Tagi: ,

Najsłynniejsze śniadanie, które nigdy nie miało miejsca

Zanim na dobre wezmę się za wyzwanie „Popularna klasyka” (swoją drogą wyzwania literackie zaczynają na mnie działać uzależniająco…), postanowiłam zrecenzować książkę przeczytaną już jakiś czas temu, ale wpasowującą się w tematykę nowej zabawy. Mowa mianowicie o Trumanie Capote i jego noweli „Śniadanie u Tiffany’ego”, która od dość dawna za mną „chodziła” i miałam wielką ochotę ją przeczytać, ale dopiero ostatnio wreszcie miałam okazję. Sam Capote wydawał mi się intrygującą postacią, której uroku dodatkowo dodawała przyjaźń z Harper Lee. Przygodę chciałam zacząć z okazji wyzwania „Amerykańskie Południe” (znowu!), biblioteka zadecydowała jednak inaczej i tę minipowieść przeczytałam dopiero po upłynięciu daty kończącej wyzwanie. Cieszę się jednak, że wreszcie po Capote sięgnęłam.

„Śniadanie u Tiffany’ego” to niewielkiej objętości książka, opowiadająca o fascynacji bezimiennego narratora jego sąsiadką, a później także przyjaciółką, ekscentryczną Holly Golightly. Dziewczyna o niepewnym pochodzeniu robi swojego rodzaju karierę na bankietach i przyjęciach, wodząc za nos mężczyzn w różnym wieku, z właściwą sobie mieszaniną cynizmu i radosnej niewinności. Główny bohater sam nie do końca jest pewien, jakim uczuciem darzy Holly, która z jednej strony poszukuje stałych uczuć i poczucia bezpieczeństwa, z drugiej jednak jest niespokojnym duchem, który nie potrafi znieść stabilizacji i ucieka przed odpowiedzialnym, „dorosłym” życiem. Holly pojawia się i znika, szukając wielkiej miłości i wpadając w równie poważne kłopoty. Wszystko to dzieje się natomiast w scenerii Nowego Jorku z lat 40., opisanego niezwykle plastycznie, choć pozostającego w zdecydowanym tle.

Powieść, a właściwie nowela, napisana jest prostym, choć bardzo ładnym językiem. Nie znajdziemy w niej zaskakujących zwrotów akcji, ani nawet płomiennych namiętności. Co fascynującego jest w historii miłości, a może jedynie fascynacji początkującego pisarza dziewczyną łamiącą reguły swoich czasów? Podejrzewam, że zależy to od interpretacji, a w przypadku „Śniadania u Tiffany’ego” jest ich całkiem sporo, jak zazwyczaj w przypadku prozy przez duże „p”. Dla mnie była to przede wszystkim opowieść o zagubionej dziewczynie, szukającej swojego miejsca na świecie. Holly nie jest postacią płaczącą nad sobą w kącie, bierze życie w swoje ręce, próbuje i szuka, wciąż szuka. Chwilami jednak, w wypowiedzianych przez nią słowach czai się samotność i tęsknota za bezpieczną przystanią, domem, który mogłaby nazwać swoim. Historia obfituje także w wiele pięknych cytatów, napisanych w sposób niewymuszony i naturalny. Nie odnosi się wrażenia, że autor na siłę wepchnął je w usta bohaterów, aby przekazać czytelnikowi swoje głębokie myśli. A przecież słowa wypowiedziane w którymś momencie przez Holly są poruszającą prawdą, wypowiedzianą w piękny, choć prosty sposób.

Ale nie można oddawać serca dzikim stworzeniom: im bardziej się je kocha, tym silniejsze się stają. Mają siłę, żeby uciec do lasu. Albo polecieć na drzewo. A wreszcie wzlatują pod niebo. I tak to się kończy, panie Bell. Jeżeli pokocha pan dzikie stworzenie, już zawsze będzie się pan wpatrywał w niebo.

Czy osoba taka jak Holly jest w stanie odnaleźć swoje miejsce? A może jej przeznaczeniem jest na zawsze pozostać „w podróży”, jak dopisuje na kartce pocztowej wysłanej do jednego z bohaterów? Nie zdziwiłabym się, gdyby na jej prawdziwy dom tworzyła się przestrzeń, nieustanny ruch i poszukiwanie swojego miejsca, którym na chwilę stawało się zagracone mieszkanie w Nowym Jorku, rezydencja brazylijskiego milionera lub lepianka w Afryce. Inna sprawa, czy Holly w takiej realizacji znalazłaby szczęście, bo jak sama przyznaje:

Lepiej jest patrzeć w niebo, niż w nim żyć.

Gorąco polecam „Śniadanie u Tiffany’ego” każdemu. Nie bez przyczyny opowieść ta inspiruje nieustannie artystów wszelkiego rodzaju.

Audrey Hepburn jako Holly w ekranizacji z 1961 roku


Moja ocena: 5+/6
Truman Capote, „Wesele u Tiffany’ego” (Kolekcja „Gazety Wyborczej”: XX wiek, PIW, 2005)