Archive

Archive for Maj 2009

Filmowo

31/05/2009 2 uwag

Pogoda ostatnio sprzyja czytaniu jak mało kiedy. Kiedy jest zimno i leje deszcz wprost marzę o zagrzebaniu się pod kocem z gorącą herbatą i książką. Zwłaszcza, że ostatnio mam szczęście do dobrych książek, tylko gorzej z energią do napisania recenzji, ale to się powinno wkrótce zmienić (przeżyłam zeszłym tydzień, więc teraz już będzie z górki). Tymczasem zabrałam się za napisanie kilku słów o dwóch filmach, które widziałam jakiś czas temu.

mmRodzina życiowych nieudaczników wybiera się w podróż, by spełnić życzenie małej dziewczynki, która choć nie jest wyjątkowo pięknym dzieckiem, pragnie wziąć udział w wyborach małej miss odbywających się w miejscowości sporo oddalonej od ich domu. Wydawałoby się, że to nic nowego, w końcu ile można oglądać komedii o ludziach niedopasowanych do środowiska, w jakim przyszło im żyć. Sama nie jestem zbyt entuzjastycznie nastawiona do komedii, ponieważ nie mam szczęścia do trafiania na takie, które by mnie śmieszyły (także dlatego, że w ogóle jestem bardzo „do tyłu” z oglądaniem filmów w ogóle…). Jednak „Mała Miss” (ang. „Little Miss Sunshine” od nazwy konkursu, w którym pragnie zastartować Olive) się broni i naprawdę film ogląda się bardzo dobrze. Dowcip jest mocno ironiczny, chwilami nawet czarny, a rodzinka Hoover’ów to prawdziwe oryginały (można wymienić choćby brata, który złożył śluby milczenia do czasu, póki nie dostanie się do szkoły lotniczej), które można polubić. Przesłanie filmu nie jest zbyt oryginalne jeśli chodzi o filmy tego rodzaju – najważniejsze jest pozostawać sobą (czego najlepszym przykładem jest Olive – dziewczynka jest dzieckiem miłym i słodkim, ale na pewno nie wyjątkowo ładnym, ale w porównaniu z imitacjami Barbie biorącymi udział w konkursie jest po prostu śliczna w swojej naturalności). A także dodaje: i potrafić się z siebie śmiać. Autorzy śmieją się z amerykańskiego społeczeństwa w sposób ironiczny i nie przekraczający granicy, kiedy śmiech staje się nieprzyjemny. Sam film, choć ciepły nie jest jednak ckliwy, a dzięki temu nie jest męczący. Polecam.
5/6
Mała Miss (Little Miss Sunshine), reż. Jonathan Dayton, 2006

lijNie jestem wielbicielką filmów wojennych, bo choć nie należę do szczególnie wydelikaconych osób, nie lubię też nadmiaru przemocy i krwi w filmach (w książkach lepiej to znoszę, choć też bez przyjemności). Nie odpowiada mi także gloryfikowanie wojny i pokazywanie jej jako niezwykłej, choć nieprzyjemnej przygody, która z chłopców robi mężczyzn a kobietom pozwala poznać wielką miłość ich życia. Czasem jednak nachodzi mnie na takie filmy ochota, zwłaszcza, jeśli leżą pod ręką. „Listy z Iwo Jimy” chciałam zobaczyć ze względu na historię w nim poruszaną jak i fakt, że film z perspektywy Japończyków nakręcił Amerykanin. O samej bitwie o Iwo Jimę wiedziałam trochę przed obejrzeniem – najbardziej dramatyczne wydaje się być to, że Japończycy zdawali sobie sprawę, że są skazani na klęskę, nikt im nie pomoże, a oni nie odeprą ataku Amerykanów, a mimo to bronili się tam ponad miesiąc. Nie przyszły posiłki, nie mieli też więc nowego zaopatrzenia i z głodu, pragnienia i grozy nadchodzącej śmierci dochodziło tam do iście przerażających sytuacji. W końcu wyspa padła, a tylko niewielka część Japończyków dostała się do niewoli. Film nie jest tak brutalny, jakby to sugerowała historia japońskich żołnierzy, powiedziałabym nawet, że ciężko jest wczuć się w ich dramat (pomijając już dramat samej wojny). Oczywiście, widać wojenne okrucieństwo, pojawiają się miotacze płomieni używane przez Amerykanów oraz wspomnienie, że pragnienie i głód doprowadziły do strasznych rzeczy. Podoba mi się położenie nacisku na historie pojedynczych żołnierzy, choć obierając taką strategię w filmie można było jeszcze głębiej zajrzeć w ich psychikę. Sam fakt, że historia jest opowiedziana jakby z perspektywy pisanych listów (to fakt historyczny, listy zostały odnalezione nie tak dawno temu) jest niezwykle wzruszający i przemawiający do wyobraźni, ale również jakby nie do końca wykorzystany. Za dużo w tym filmie biegania z karabinem, biorąc pod uwagę zamysł reżysera chyba nie tak powinno to wyglądać. Widz nie czuje upływu czasu, równie dobrze oblężenie mogłoby trwać pięć dni, a nie ponad miesiąc. Świetne aktorstwo (w głównego bohatera wciela się piosenkarz z popularnego japońskiego boysbandu i jest naprawdę dobry – szkoda, że to rzadka sytuacja) zasługuje na uwagę. Przy okazji nasunęła mi się smutna refleksja, że jakoś Japończycy mogli być grani przez Japończyków w filmie nakręconym przez Amerykanina (wiem, że to kwestia rasowa, ale na pewno znalazłaby się masa azjatyckich emigrantów w Ameryce, którzy mogliby tam zagrać), a Polacy w filmie nakręconym przez Polaka byli grani przez Amerykanów (po tylu latach wciąż mam dreszcze na wspomnienie nieszczęsnego „Władek is coming” z „Pianisty”, z której to kwestii podśmiewywaliśmy się całe liceum). Cała ścieżka muzyczna może jest trochę monotonna, ale pierwszy utwór z płyty swoim pięknem nadrabia za pozostałe utwory. Sami posłuchajcie:

„Listy z Iwo Jimy” to naprawdę dobry film, który miał potencjał (zwłaszcza historyczny), by stać się film wspaniałym i drażni fakt, że się tak nie stało. Mimo wszystko zdecydowanie warto go obejrzeć, a ostatnia scena wycisnęła mi prawie łzy z oczu.
5/6
Listy z Iwo Jimy (Letters from Iwo Jima), reż. Clint Eastwood, 2006

Imieninowy stosik

25/05/2009 13 uwag

Plus kilka książek, które sama sobie ostatnio nabyłam na poprawę humoru. Teraz ten widok poprawia mi humor wręcz niezwykle. Na pierwszym planie fragment pudełeczka z miętowymi czekoladkami, które uwielbiam (zastępują mi „Miętowe pastylki”, ktore jako dziecko mogłam pochłaniać kilogramami, ale teraz ciężko je gdzieś znaleźć, kupowało się je na wagę i miały zielone sreberka).

IMG_9075

Z tej wieżyczki do tej pory czytałam tylko „Rok 1984”, ale bardzo chciałam mieć swój własny egzemplarz, bo to dla mnie bardzo ważna książka. Reszta czeka na przeczytanie, ja tymczasem w tramwaju podczytuję pozycje kupione już dość dawno temu i mozolnie piszę dalej pracę…

Dwa przewodniki kupiłam za śmieszne pieniądze (nie potrafiłam się powstrzymać) w Taniej Książce, a są to miejsca, w które może uda mi się wybrać w najbliższej przyszłości.

Kategorie:książki, stosik

O książkach i Moskwie

19/05/2009 9 uwag

Złamałam się i to podwójnie. Po pierwsze, wzięłam się za nową książkę, czyli „Dzikie Łabędzie” i lektura pochłania mi czas, który powinnam poświęcić na pisanie pracy (niestety, Wysoki Sądzie, decyzji swej nie żałuję, bo książka jest naprawdę ważna, o czym w przyszłości napiszę więcej). Druga kwestia to postanowienie, że nie będę kupować nowych książek, dopóki nie przeczytam tych, które już mam. Ale jak mogłam się powstrzymać, skoro w Buchmannie (polecam tę sieć księgarni, można znaleźć prawdziwe perełki za grosze) znalazłam polecaną przez net.a.a ”Miłość zimniejszą od śmierci” za 10 zł i polecane chyba przez wszystkich „Psy z Rygi” za 6 – no nie mogłam się oprzeć :) Bardzo jestem obu książek ciekawa i chyba przeskoczą w kolejce do przeczytania kilka innych pozycji.

Przy okazji znalazłam ciekawą informację (może kogoś ona zainteresuje) – z okazji 54. Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie znajdzie się także trochę atrakcji dla osób spoza stolicy. Merlin proponuje naprawdę sporo książek w cenie obniżonej o 25%, wśród których można znaleźć naprawdę ciekawe rzeczy.

thmKsiążka, o której chciałam dziś napisać pozostawiła mnie z odrobinę sprzecznymi uczuciami. „Tajemna historia Moskwy” pokazuje stolicę Rosji jako miasto niezwykłe, skrywające wiele tajemnic, w którego kątach aż huczy od magii. W tej scenerii kilkoro zagubionych, nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie bohaterów jest świadkami niezwykłych wydarzeń – choć trudno im w to uwierzyć, na ich oczach ludzie zamieniają się w kawki i wrony, a następnie znikają. To właśnie przytrafiło się siostrze Galiny, dziewczyny próbującej ułożyć sobie życie po pobycie w szpitalu psychiatrycznym. Sprawę stara się rozwikłać policjant Jakow, a jedyną osobą, która wydaje się mieć pojęcie o tej tajemnicy jest malarz Fiodor. Razem odkrywają niezwykły świat podziemi Moskwy, gdzie rzeczywistość miesza się z fantazją, a teraźniejszość z przeszłością.

Autorka wpadła na kilka bardzo dobrych pomysłów, czerpiąc ze słowiańskich wierzeń, legend oraz popularnych baśni i bajek. „Tajemna historia Moskwy” porównywana jest do „Nigdziebądź” Gaimana, ale póki co tej drugiej powieści nie czytałam, więc pozostaje mi przyklasnąć pomysłowi Sedii. Co prawda chwilami odniesienia nie były zbyt jasne (tu trochę nawalił tłumacz, przydałby się jakiś przypis, kiedy mowa jest o popularnym w Rosji bohaterze emitowanych seriali (?), zachodni czytelnik może nie wyłapać żartów), a także odniosłam wrażenie, że autorka trochę przesadziła z ilością fantastycznych stworzeń – wiadomo było, że nie uda jej się zamieścić wszystkich istotnych postaci, mogła więc skoncentrować się na kilku ważniejszych. Nie mniej jednak oniryczny klimat książki bardzo mi się podobał.

Niestety, jeszcze bardziej mieszane uczucia mam co do stylu Sedii. Chwilami byłam po prostu zachwycona jej opisami, porównaniami, subtelną atmosferą i przemyśleniami bohaterów (zwłaszcza z początku książki). Nie wszystko jednak wychodzi autorce tak dobrze – dialogi w większości były strasznie sztuczne, stanowiły jedynie wstęp do dłuższego opisu (te wszystkie pytania „kim jesteś?”, „opowiedz mi, jak to się stało”, „co o tym wiesz?” przywodziły mi na myśl te zadawane w grach fabularnych, gdzie bohater ma zamiar dowiedzieć się jak najwięcej o swoim najnowszym zadaniu). To, co teoretycznie miało być zabawne, często nie było wcale śmieszne, a końcówka, cała kulminacja jakoś się rozmyła i pozostawiła uczucie niedosytu graniczącego z rozczarowaniem (nie pasowała do ogólnego klimatu powieści ta końcowa bitwa). Trochę za mało było mi też samej Moskwy, choć te fragmenty o mieście zdecydowanie przypadły mi do gustu. Choć po przeczytaniu książki Moskwa w mojej głowie przeobraziła się w miasto przypominające bardziej Toruń, niż dużą stolicę. Autorka napisała swoją książkę po angielsku, bo aktualnie żyje i pracuje w Stanach. Wychowała się w Moskwie i ciekawi mnie, czy tak właśnie zapamiętała to miasto z dzieciństwa, czy też celowo opisała je w taki sposób – niczym senne miasteczko.

Myślę, że gdyby Sedia skoncentrowała się na wątku obyczajowym, dodając jedynie elementy fantastyczne lub ograniczając się do realizmu magicznego, książka miałaby się zdecydowanie lepiej. Mimo wszystko warto ją przeczytać, choćby dla tych kilkunastu pięknych fragmentów.

4/6
Ekaterina Sedia, „Tajemna Historia Moskwy” (Mag, 2008)

Chłopiec z latawcem

09/05/2009 7 uwag

Dałam sobie szlaban na czytanie. Co prawda nie wiem, czy wytrwam w swoim postanowieniu, ale coś muszę zrobić, bo wciąż jakaś książka mnie rozprasza, a do końca maja muszę oddać pierwszy rozdział pracy, który niestety nie chce się sam napisać. Przerzucam się więc na książki akademickie i liczę na przypływ weny, choć ciężko mi się zmobilizować, zwłaszcza przy tak pięknej pogodzie. Wciąż mam trochę zaległych recenzji, o których chciałam tu napisać, mam nadzieję, że co jakiś czas uda mi się tu coś wrzucić.

Jedną z takich zaległych recenzji jest „Chłopiec z latawcem”, którego przeczytałam już ładny kawałek czasu temu, ale ponieważ to ważna dla mnie książka, chciałam coś o niej napisać. Fabuła opowiada historię Amira, chłopca wychowującego się w Afganistanie lat 70 wraz z dwiema najważniejszymi dla siebie osobami – ojcem i służącym Hassanem, z którym Amir się przyjaźni. Nie jest to jednak prosta przyjaźń, a skomplikowana relacja, w której przywiązanie miesza się z irracjonalną zazdrością i poczuciem wyższości z jednej strony, a całkowitym oddaniem z drugiej. Pewnego dnia, podczas zawodów w puszczaniu latawców Amir jest świadkiem dramatu Hassana. Reakcja chłopca na zawsze zmieni jego przyjaźń z służącym, a także losy samego Amira i jego rodziny, ponieważ dodatkowo historia dzieje się na tle dramatycznych wydarzeń historycznych, kiedy do Afganistanu wkraczają rosyjscy żołnierze. Amir wraz ze swoim Babą uciekają do Ameryki, w której próbują ułożyć sobie życie na nowo. Jednak wydarzenia z przeszłości nie pozwalają dać o sobie zapomnieć. Pewnego dnia dorosły Amir dostaje propozycję: „Znów można być dobrym”. Postanawia wykorzystać tę szansę, wraca do zmienionego Afganistanu, by spotkać się z jedyną osobą, która naprawdę go rozumiała, z przyjacielem swojego ojca.

Bardzo przypadł mi do gustu sposób pisania Hosseiniego. Jego dialogi są naturalne, wydarzenia i osoby widziane oczami Amira przekonują mnie. Afganistan jego dzieciństwa sprawił, że moja fascynacja Wschodem rozszerzyła się z tego Dalekiego na Bliski. Choć autor nie skupia się na opisywaniu kraju (w końcu dla chłopca, który się w nim urodził i wychował nie jest on niczym niezwykłym), to jednak otrzymujemy subtelny opis miejsca, które na zawsze już znikło z powierzchni ziemi, zmiecione przez wojnę, okupację i kolejne wojny. Podwójnie przykry jest powrót Amira do zrujnowanego Kabulu, starego miasta, pełnego gwaru, kebabiarni i biegających dzieci. Choć druga część powieści może wydawać się trochę nierealna, to jednak ją przyjmuję, bo właściwie dlaczego nie? Owszem, można powiedzieć: „takie rzeczy tylko w filmach”, ale wystarczy posłuchać opowieści naszych dziadków z czasów wojny, żeby uwierzyć w najbardziej niezwykły scenariusz (przepłakałam wiele godzin słuchając historii mojego pradziadka, którą opisał mi mój dziadek… za taką historię nie jeden reżyser oddałby fortunę. Podejrzewam, że większość rodzin ma choć jedną taką niezwykłą historię w swojej rodzinie).

Hosseini nie opisał w „Chłopcu z latawcem” losów Afganistanu. Skupił się na małym chłopcu, Amirze, opowiedział jego historię, tylko maleńki wycinek dziejów całego narodu, co zarzucają mu Afgańczycy (sądząc przynajmniej z dyskusji na międzynarodowych forach internetowych). To chyba właśnie tak do mnie przemówiło. To oraz prostota, z jaką tę historię opisał. Nie ma tu może głębokich analiz psychologicznych, ale czytelnik dostaje wystarczająco dużo informacji, żeby ułożyć z nich portrety bohaterów, a także zastanowić się nad tym, co nimi kierowało. Czy ojciec irracjonalnie winił Amira za śmierć swojej żony? Czy uważał syna za zupełnie od siebie różnego, a może nie potrafił pogodzić się z tym, że widział w nim swoje własne słabości? Myślę, że każdy zna takiego Amira, jego ojca, innych bohaterów. Znam nawet takiego Hassana, co ciekawe, ma tak samo na imię, choć pochodzi z innego „…stanu”. To także składa się na siłę i urok książki. Oraz przesłanie, że można odpokutować winy, że nawet jeśli nie naprawimy wszystkiego zła, możemy zacząć od nowa, „znów być dobrym”. Nie mówiąc już o bliskim mi, antywojennym przesłaniu, wciąż aktualnym.

„Chłopiec z latawcem” to debiut Hosseiniego, więc dostaje ode mnie 6, bo choć zdarzają się odrobinę słabsze momenty i na pewno nie jest to wyjątkowo bogato rozbudowana powieść, to trafiła do mnie idealnie i ją pokochałam. Przyczepić się można natomiast do polskiego wydania. Literówki są przerażające, pierwszy raz w życiu złapałam ołówek i zaczęłam je poprawiać, tak mnie zdenerwowały. Widziałam wydanie z inną okładką, ale nie wiem, czy jest ono też autorstwa Amberu. Pomijając ten fakt, polecam. Bardzo.

6/6
Khaled Hosseini, “Chłopiec z latawcem” (Amber, 2008)