Archive

Archive for Grudzień 2009

Życzenia

23/12/2009 17 uwag

Kategorie:wydarzenia Tags: ,

„Spokojny Amerykanin” Graham Greene

23/12/2009 6 uwag

„Spokojny Amerykanin” Grahama Greene’a to cieniutka książka opowiadająca o brytyjskim korespondencie wojennym nazwiskiem Thomas Fowler, który mieszka w Wietnamie w latach pięćdziesiątych i pisuje do swego kraju o wydarzeniach związanych z z konfliktem wietnamsko-francuskim. Bardziej jednak niż wojna, absorbuje go opium i romans z piękną Fuong. Dziewczyna wierzy, że Thomas (czy też Tomasz, jak chce tłumacz) dostanie rozwód od swojej miekszającej w Wielkiej Brytanii żony i będą mogli być razem. Sam bohater nie jest jednak o tym przekonany. Na świat wokół patrzy cynicznie i stara się nie mieć złudzeń. Jego sposobem na życie jest brak angażowania się i pozostawanie neutralnym. Do Wietnamu przyjeżdża młody Amerykanin, Alden Pyle i niestrudzenie zabiega o przyjaźń Thomasa, choć wydaje się być jego calkowitym przeciwieństwem. Zakochuje się w Fuong, a w między czasie prowadzi swoją tajemniczą misję. Fowler przekonuje się natomiast, że największym złudzeniem w jego życiu było owo pozostawanie neutralnym i końcem końców człowiek musi opowiedzieć się po którejś ze stron.

Odpowiada mi styl pisania Greene’a. Potrafi oszczędnie pisać o wielkich emocjach, nie wydając się przy tym suchym lub zimnym. Jego bohaterowie są wielowymiarowi i prawdziwi, choć nie poznajemy ich na wylot, pewnych motywacji i celów możemy się tylko domyślać. Niezwykle dobrze czytało mi się o Fowlerze, pozbawionym nadziei cyniku, którego jednak stać na zachowania zgoła romantyczne, przeczące wizerunkowi, który sam dla siebie stworzył. Jako że narracja w książce jest pierwszoplanowa, nie zobaczymy Fowlera oczami innych bohaterów, a przynajmniej nie bezpośrednio, więc możemy się tylko domyślać, czy poza przyjęta w ramach bycia narratorem powieści jest tożsama ze sposobem, w jaki jest postrzegany przez innych zachodnich mieszkańców Wietnamu. Choć czytelnik nie znajdzie tu rozległych, jak opisów sytuacji politycznej i wojen, to jednak dzięki przygodom bohaterów, ich rozmowom i sytuacjach, w ktorych się znajdują, można sporo dowiedzieć się o konflikcie wietnamsko-francuskim, a także o życiu zachodnich korespondentów w Wietnamie w latach pięćdziesiątych.

„Spokojny Amerykanin” przełamał mój literacki kryzys, kiedy to nie mogłam jakoś skończyć żadnej zaczętej książki. Czyta się naprawdę bardzo dobrze, porusza i zostaje w pamięci. Niestety, trochę zgrzytało mi tłumaczenie. Z jednej strony tłumacz spolszcza część imion, z drugiej zostawia „danserkę” i „whisky and soda”. Czy jest coś złego w „tancerce” lub „whisky z sodą”? Poza tymi drobiazgami, to naprawdę dobra lektura. Polecam.

Moja ocena: 4,5/6
Graham Greene, „Spokojny Amerykanin” (Muza, 2004)

„Bóg Rekin” Charles Montgomery

22/12/2009 2 uwag

O Melanezji wiedziałam prawie tyle, co nic. Jedynie, gdzie mniej więcej znajdują się owe wyspy i może jakieś najważniejsze informacje, ale i tak niewiele. Dlatego z wielkim zainteresowaniem sięgnęłam po „Boga Rekina”, kiedy wpadłam na tę książkę w osiedlowej bibliotece. Charles Montgomery wyruszył w podróż śladami swojego pradziadka misjonarza, który sto lat wcześniej odwiedził te ziemie. W ręce autora trafił kiedyś pamiętnik owego przodka i to właśnie ten tekst zainspirował Montgomery’ego do odbycia owej podróży, aby skonfrontować spostrzeżenia swojego pradziadka oraz znalezione prace mniej lub bardziej współczesnych podróżników i antropologów z rzeczywistością. Montgomery starał się odwiedzić wszystkie najważniejsze miejsca w Melanezji, wzbogacając swój plan podróży o kolejne punkty na podstawie historii zasłyszanych od tubylców. Wynikiem tej podróży jest niezwykle ciekawa mieszanka pamiętnika z reportażem, z poruszającymi wnioskami na koniec.

Melanezja jest krainą niezwykle egzotyczną, gdzie magia miesza się z rzeczywistością, a rozmaite wierzenia współistnieją, niekiedy w sposób wręcz zadziwiający. Autor czyni wiele fascynujących spostrzeżeń i przede wszystkim ma talent, który pozwala opisać mu przeżywane przez siebie przygody, a było ich niemało, w sposób intrygujący. Książkę czyta się niezwykle szybko, bardziej przypomina ona powieść niż poważny reportaż, a jednak czytelnik ma szansę poznać wiele aspektów życia na wyspach, dowiedzieć się mnóstwa podstawowych informacji na temat historii i współczesnej sytuacji politycznej, jak także przeczytać o ciekawostkach i anegdotach związanych z Melanezją.

Jest to książka podróżnicza z gatunku tych, w których autor jest równocześnie bohaterem opisywanej przez siebie historii. Jaki jest Montgomery? Na pewno inteligentny i oczytany, pragnący dowiedzieć się jak najwięcej o melanezyjskiej kulturze. Swoje odkrycia konfrontuje z „zachodnią” rzeczywistością, a także czytanymi przez siebie tekstami. Krytykuje religię chrześcijańską i kolonializm, które bezpowrotnie zmieniły oblicze wysp. A jednak jak na świadomego i obytego podróżnika, dużo w autorze skłonności do marudzenia i obrażania się, że świat tubylców nie jest już tak egzotyczny, jak Montgomery chciałby, żeby był. Bezlitośnie krytykuje kulturę zachodnią w porównaniu z Melanezyjczykami, jednak kiedy znajduje się wśród tych drugich, traktuje ich z przymrużeniem oka, chwilami w sposób iście protekcjonalny. I choć do pewnego stopnia można to zrozumieć, to jednak ja chwilami miałam ochotę po prostu książkę odłożyć, tak mnie postać autora irytowała. Na szczęście, im dalej tym lepiej. Choć Montgomery pisze z perspektywy całej podróży, siedząc we własnym domu, to jednak wydaje się, że na nowo przeżywa swoją podróż, która poza znaczeniem dosłownym stała się dla niego także ową metaforyczną drogą, która zmieniła jego postrzeganie świata, wiary i samego siebie. I to stanowi o kolejnym istotnym punkcie książki. Bohater-autor dojrzewa, uczy się i zaczyna rozumieć. Poruszyły mnie jego przemyślenia, zwłaszcza te końcowe. Fragmenty o duszy mieszkańców Melanezji również podziałały na moją wrażliwość i wyobraźnię. Dodatkowo nie można Montgomery’emu odmówić poczucia humoru, więc mimo kilku zgrzytów w trakcie czytało się bardzo dobrze i zachęcam do lektury każdego, kto lubi książki podróżnicze i egzotyczne miejsca.

Moja ocena: 5-/6
Charles Montgomery, „Bóg Rekin” (Świat Książki, 2007)

„Miłość i jej następstwa” Sulaiman Addonia

20/12/2009 4 uwag

Sulaiman Addonia, autor książki „Miłość i jej następstwa” spokojnie mógłby napisać autobiografię, która miałaby spore szanse na stanie się bestsellerem, jako że autor nie mało przeszedł. Pół-Erytrejczyk, pół-Etiopczyk spędził dzieciństwo w sudańskim obozie dla uchodźców, następnie studiował w Arabii Saudyjskiej, aż wreszcie osiedlił się w Londynie i tam powstała jego pierwsza książka. Co prawda autor nie napisał książki o własnym życiu, ale w historii Nasera zamieścił wiele wątków autobiograficznych. Czytając powieść czytelnik czuje, że Addonia naprawdę wie, o czym pisze, nie są to jego domysły lub egzotyczne historie stworzone specjalnie dla spragnionych „pikantnych” szczegółów z życia Arabów cudzoziemców. Dzięki temu „Miłość i jej następstwa” to książka niezwykła, którą przeczytałam w jedną noc, nie mogąc się oderwać, co już od dość dawna mi się nie zdarzyło.

Jest to historia młodego emigranta z Erytrei, który razem z bratem zostaje przygarnięty przez wuja mieszkającego w Arabii Saudyjskiej. Chłopiec tęskni za ukochaną matką i ciężko mu żyć w społeczeństwie, które rozdziela kobiety i mężczyzn granicą nie do przeskoczenia. Przynajmniej pozornie jest to mur nie do przebicia, ponieważ któregoś dnia pod nogi Nasera zostaje rzucony liścik. Niewielka karteczka od dziewczyny od stóp do głów załoniętej czarną tkaniną, ktora postanowiła wyznać mu uczucie. Jakiekolwiek kontaktowanie się jest zarówno dla dziewczyny i chłopaka niezwykle ryzykowne, ponieważ cały czas muszą liczyć się ze schwytaniem przez policję religijną, co w najlepszym razie skończyć się może publiczną chłostą i więzeniem, jednak Naser i jego tajemnicza wielbicielka postanawiają podjąć ryzyko.

Z jednej strony jest to intrygująca historia, uchylająca rąbek zakazanego i niedostępnego dla większości Europejczyków świata, z drugiej – piękna i niezwykle klasyczna historia miłosna. Podobała mi się bardzo charakterystyka zarówno Nasera jak i jego tajemniczej Fiore. Naser ma w sobie to, czego zabrakło bohaterowi „Rozdroża proroków”, czytelnik naprawdę przeżywa jego losy i życzy mu jak najlepiej. Przynajmniej ja znalazłam w sobie natychmiast dużo ciepłych uczuć dla wrażliwego, odrobinę wyobcowanego buntownika. Nie sposób nie polubić jego ukochanej, niezwykle odważnej i silnej psychicznie dziewczyny, pełnej marzeń i ambicji. Bohaterowie drugoplanowi także stanowią ciekawą galerię postaci, a akcja toczy się wartko i pełna jest wydarze, które mogą zaskoczyć, więc czyta się naprawdę szybko i ciężko jest się oderwać od lektury.

Dodatkowo, już po skończeniu, nasuwa się kilka kwestii do przemyślenia, przy czym dla mnie najważniejszą było owo rozdzielenie świata na dwa: męski i kobiecy. Co dobrego może przyjść z zakazywania ludziom tego, co dla mnie świadczy o ich człowieczeństwie właśnie – miłości i pragnienia bycia z drugim człowiekiem. Przesłanie książki jest więc niezwykle ważne i prawdziwe, nieważne jakie przeszkody dzieliłyby od siebie ukochanych, mogą je przezwyciężyć, a przynajmniej próbować, niczym w starodawnych romansach. Chwilami aż ciężko uwierzyć, że historia opisywana w „Miłości i jej następstwach” przypada na koniec lat osiemdziesiątych, a nie ileśset lat w przeszłości… Porównując ją z naszym światem można zadać sobie pytanie, czy przypadkiem ludzie, rozpieszczeni wolnością (oczywiście jestem szczęśliwa, że urodziłam się w wolnym kraju) nie przestali doceniać miłości i możliwości bycia z ukochaną osobą. Czy ludzie są zdolni do bohaterskich czynów i poświęceń tylko w obliczu niebezpieczeństwa? Myślę, że jednak nie, choć takie sytuacje na pewno dają więcej okazji do przejawiania tego typu postaw.

Polecam tę książkę wszystkim. Nawet jeśli ktoś nie lubi historii o miłości, niech da jej szansę, bo „Miłość i jej następstwa” porusza przede wszystkim problem człowieczeństwa, a także zawiera wiele ciekawych informacji na temat życia codziennego w Arabii Saudyjskiej.

Moja ocena: 6/6 (miało być 5,5 ale właściwie – dlaczego nie 6 :))
Sulaiman Addonia, „Miłość i jej następstwa” (Prószyński i S-ka/ Prószyński Media, 2009)

Tym samym kończę wyzwanie peryferyjne. Zbyt wielu książek nie dałam rady przeczytać, ale moja lista książek-do-przeczytania zapełniła się wieloma nowymi pozycjami, co bardzo mnie cieszy. Dziękuję Padmie za zorganizowanie wyzwania!

„Rozdroże proroków” Jocelyne J. Awad

14/12/2009 2 uwag

Jocelyne J. Awad to libańska autorka pisząca po francusku. W ramach wyzwania Literatura na Peryferiach przeczytałam jej książkę „Rozdroże proroków”, opisującą perypetie Ta’ana, młodego poety pracującego w charakterze przewodnika belgijskiej wycieczki. Spragnieni egzotyki Belgowie wyruszyli w podróż-pielgrzymkę w czasie Świąt Wielkiejnocy przez Liban, Syrię i przede wszystkim Jerozolimę. Ani uczestnicy, ani pracodawca Ta’ana nie zdają sobie sprawy z faktu, że ich autokar ma posłużyć w wykonaniu przemytniczej akcji wszechczasów – wypełniony haszyszem prześlizguje się przez granice państw pragnących zachęcić do siebie turystów. Sam główny bohater nie jest zachwycony rolą, jaka przypadła mu w udziale. Dodatkowo zamiast koncentrować się na powierzonym mu zadaniu, myślami jest przy jednej z turystek, Lei, przepięknej kobiecie o tajemniczej przeszłości.

„Rozdroże proroków” to niewielka książeczka, którą spokojnie przeczytać można w jeden wieczór. Choć jest to opowieść wielowątkowa i poruszająca niezwykle ciekawe tematy, jak choćby konflikt arabsko-żydowski, miałam zbliżone do nieszczęsnych turystów odczucia – autorka ślizga się po różnych zagadnieniach, ale książka pozostawia mocne uczucie niedosytu. Czyta się przyjemnie, ale ciężko oprzeć się wrażeniu, że to dopiero szkic, sam pomysł, który można dopiero rozwinąć w niezwykle ciekawą powieść. Gdyby Awad dopieściła akcję i rozbudowała trochę bohaterów, „Rozdroże proroków” wiele by zyskało. Niestety, nawet sensacyjny wątek przemytu gdzieś się rozmywa po drodze i zamiast trzymać w napięciu, skwitować go można wzruszeniem ramion. Wątek miłosny nie przemówił do mnie ani trochę, może dlatego, że nie przepadam za bohaterkami w typie Lei – młodymi niezależnymi kobietami, z niezwykle cynicznym i zimnym podejściem do świata, skrywającymi w sobie wielkie zagubienie i samotność. Nie twierdzę, że nie jest to psychologicznie wiarygodny portret, ale taki typ bohaterki trzeba naprawdę umieć opisać. Niestety, Lea nie ma w sobie wiele fascynującego, chwilami jest po prostu odpychająca. Ta’an wypada trochę ciekawiej – młody człowiek, który po latach ślepoty odzyskuje wzrok, ale ma świadomość, że w każdej chwili może go znowu stracić, ale i jemu zabrakło głębszej charakteryzacji. Szkoda.

Jeśli kogoś interesuje Bliski Wschód, to może „Rozdroże proroków” przeczytać, bo zdecydowanie nie jest ono stratą czasu. Jednak niech nie nastawia się na bogate opisy przeżyć bohaterów, wartką akcję czy rozbudowanie wątków.

Moja ocena: 3,5/6
Jocelyne J. Awad, „Rozdroże proroków” (Państwowy Instytut Wydawniczy, 2005)

God is an Astronaut – All is Violent All is Bright

10/12/2009 6 uwag

Czasem tak łatwo jest się pogubić gdzieś w codzienności, przy natłoku spraw niecierpiących zwłoki zapomnieć o zwyczajnym cieszeniu się drobiazgami. Często tak mam jesienią, na przemian z napadami ciepłej i pogodnej melancholii, które akurat bardzo lubię. Kiedy tak wszystko biegnie jakoś zbyt szybko i na nic nie mam czasu, a właściwie mam, ale wydaje mi się, że nie powinnam go poświęcać na pewne sprawy – z pomocą przychodzi muzyka. Taka jak na przykład album „All is Violent All is Bright”, będący drugą z kolei wydaną płytą tria z Irlandii o wdzięcznej nazwie God is an Astronaut. Podobno grają post-rocka lub też rocka artystycznego – ponieważ pozostaję wciąż w niezgodzie z wszelkim wydumanym nazewnictwem mogę powiedzieć jedynie, że grają przepiękną i melodyjną muzykę bez wokalu. Uspokajającą, relaksującą, inspirującą i przenoszącą w inny wymiar. Jeśli ktoś lubi kompozycje zbliżone do Sigur Rós, powinien dać szansę God is an Astronaut, przynajmniej tej jednej płycie, a nie rozczaruje się. Poniżej zamieszczam jeden z utworów, mój ulubiony, choć przyznaję, że jeszcze większe wrażenie płyta robi przesłuchana w całości. Taki muzyczny bilet w kosmos dźwięków…

Moja ocena: 5,5/6