Archiwum

Archive for the ‘podróże’ Category

O Londynie i Oksfordzie słów kilka

Londyn jest miastem magicznym, w czym upewnił mnie mój drugi pobyt w tym mieście. Jego różnorodność może aż onieśmielić, tak mi się wydaje, choć ja czuję się tam akurat jak ryba w wodzie, spragniona tego bogactwa. Wspaniale zachowana zabudowa z przeszłości współgra z nowoczesnymi budynkami, w miarę bezboleśnie wplecionymi w krajobraz. Wielkomiejskie życie z całym jego zgiełkiem idzie w parze z olbrzymimi połaciami parków, w środku miasta, gdzie można poczuć się jak poza jego granicami (mimo sporej liczby ludzi na każdym niemal kroku). Można przejść się oświetlonym brzegiem Tamizy, a także wąskim chodnikiem wzdłuż kanału, wymijając rowerzystów i biegaczy (będąc dzieckiem biegającej rodziny widok takiej ilości biegających osób jest dla mnie zawsze dużą przyjemnością). Nie wspominając już o ludziach – zdaję sobie sprawę z problemów, które miasto musi brać pod uwagę przy multietniczności na taką skalę, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że plusy wynagradzają minusy. Nigdzie chyba indziej ulice nie wydawały mi się tak interesujące.

Tym razem nic w Londynie nie zwiedzałam, ale wcale nie żałuje, choć wiele jeszcze chciałabym nad Tamizą zobaczyć. Ten wyjazd jednak był odmienny od poprzedniego i bardzo mnie to cieszy, bo bardzo potrzebowałam takiego właśnie spędzania czasu – spacerowania, przechadzania się uliczkami, zaglądania do księgarni i ładnych sklepów, odpoczywania w przeuroczych kawiarenkach i restauracyjkach (pierwszy raz próbowałam bangladeskiego jedzenia i było przepyszne!), a przede wszystkim rozmów na wszelkie tematy – nie wiedziałam sama, jak bardzo tęskniłam za rozmowami z pokrewną duszą i tylko żałowałam, że dni są takie krótkie i spać jednak trzeba.

Wybrałyśmy się też na wycieczkę do Oxfordu, który oczarował mnie i aż zapragnęłam wrócić na studia. Miałam trochę inne wyobrażenia o tym mieście i rzeczywistość przerosła moje oczekiwania – nauka w takim miejscu musi być wielkim przeżyciem, jestem pewna, że podejście do studiów różni się od tego znanego mi w większości uczelni, choć pewnie moja wizja jest trochę wyidealizowana. Cały Oksford mi się spodobał, a widziałam tylko jeden fragment i dwa college, w których mogłabym z radością zamieszkać (nie wiem, co na to reszta mojej wesołej rodzinki). Ach, mogłabym się jeszcze długo zachwycać.

Jeszcze raz dziękuję Chihiro i Maga-marze i małej Isabelce za ten przecudowny czas, bo bez nich te miejsca nie byłyby takie cudowne. Ech, powrót do rzeczywistości mnie nie zachwycił, choć powrotu do kochającego domu niczym zastąpić nie można. A na osłodę: angielski stosik.

Od góry:

  • Colin Thubron „Among the Russians” kupiona na stoisku na rynku, którego nazwa niestety rozmyła się w nadmiarze zdarzeń. Thubron i Rosja – to po prostu musi być udane połączenie, a cena podziałała jako ostateczna zachęta.

  • Jhumpa Lahiri „The namesake”. Przepięknie wydana, w Polsce ciężko już na nią trafić.

  • Geling Yan „The Uninvited”. Polecana swego czasu przez Chihiro. Kupione w cudownej oksfordzkiej księgarni, gdzie wszystko, razem z nowościami, jest za jedyne dwa funty.

  • Susan Abulhawa „Mornings in Jenin”. Zapragnęłam tej książki odkąd kiedyś odnalazłam ją przypadkowo szukając czegoś o Palestynie.

  • Laleh Khadivi „The Age of Orphans”. Prezent od nieocenionej Chihiro.

  • Kader Abdolah „The House of the Mosque”. Również znalezione kiedyś na Amazonie i chciane…

  • Uzma Aslam Khan „Trespassing”. Nastawiam się na piękną opowieść, w sam raz na lato.

A obok najpiękniejszy na świecie adresownik, który dostałam od Chihiro. Na zdjęciu brak jeszcze trzech książek o Chinach, które także od niej dostałam w prezencie – jestem rozpieszczana i bardzo szczęśliwa :)

Reklamy

W pustynnym królestwie

Do pisania tej notki zbierałam się długo, próbując ogarnąć dwa dni spędzone w Jordanii tak pełne przeżyć i zwiedzania ciekawych miejsc, że proste z pozoru zadanie okazało się jednak dość skomplikowane. To najbardziej egzotyczne miejsce, w jakim do tej pory się znalazłam (choć właściwie coraz ciężej mi zdefiniować słowo „egzotyczny”…). Moje postrzeganie Jordanii sprzed wyjazdu ograniczało się do powierzchownej znajomości krajobrazu i kojarzenia flagi tego kraju. Nie miałam żadnych wyobrażeń, z otwartym umysłem przyjmując wszystko, co przez ten krótki okres czasu chciał mi zaoferować ten tak mało w Polsce znany kraj.

Oglądając zdjęcia przedstawiające Jordanię najczęściej natrafia się na pustynie, przez co kraj może wydawać się jałowy, nieciekawy i niespecjalnie wart poznania. Nic bardziej mylnego, ponieważ tereny, na których znajduje się dzisiejsze Jordańskie Królestwo Haszymidzkie mają bogatą historię i kryją wiele tajemnic. Jakiś czas temu zachwycałam się pustynnym krajobrazem i jego inspirującym potencjałem. Jordania stała się dla mnie esencją pustyni i oazą antycznych cywilizacji. Pierwsze ślady cywilizacji sięgają 2000 lat p.n.e., kiedy na brzegu Jordanu osiedlili się Amoryci, semicki lud, który na przełomie III i II tysiąclecia p.n.e. opanował większość Mezopotamii i rozległe obszary Syrii. I choć od tamtego czasu aż do dziś Jordania może pochwalić się burzliwą historią, to właśnie atmosfera tamtych dawnych czasów zdaje się unosić nie tylko wśród pustyń, ale i na ulicach nowoczesnych miast, takich jak stolica, Amman.

Widok z góry Nebo

Historia Jordanii jest zresztą bardzo istotna dla aktualnego wyglądu państwa. Można uznać, że w momencie powstania, Jordania była sztucznym tworem, co widać po kształcie jej granic – odrysowanych prosto linijką na mapie. Po upadku Imperium Ottomańskiego pod koniec I wojny światowej, Arabowie mieli nadzieję utworzyć na tych terenach niepodległe państwo. To zresztą zostało im obiecane przez zachodnie mocarstwa (tak samo było w przypadku Palestyny), mocarstwa te jednak obiecały to samo Żydom, a do ziem Jordanii miały swoje własne plany. W 1923 roku Wielka Brytania, uzyskała od Ligi Narodów mandat nad tym terytorium i stworzyła na wschód od rzeki Jordan emirat Transjordanii – stąd główny człon dzisiejszej nazwy. W 1946 roku Jordania uzyskała niepodległość i stała się królestwem rządzonym przez Abdullaha Husajna, który zapoczątkował dynastę haszymidzką. Granica miała się jeszcze zmienić przez wojnę izraelsko-jordańską. Z powodu burzliwej historii, ciężko mówić o jednym ludzie, narodzie jordańskim. Na terenie Jordanii żyje wiele plemion i ludów, które nie czują ze sobą specjalnej wspólnoty, jak stwierdził nasz przewodnik, bardzo jednak szanują ideę państwa Jordania i czują się z nią bardzo zżyci.

Amman

Jordania zaskoczyła mnie bogactwem miejsc wartych odwiedzenia. Państwo rozwija się bardzo szybko, jako cel stawiając sobie Emiraty Arabskie. Jednak to, co według mnie może przyciągać najmocniej, to relikty przeszłości. Nie będę w tej notce pisać o Petrze, bo to miejsce zasługuje na osobny wpis. Petra to nie wszystko, co Jordania ma do zaoferowania i nierzadko łapałam się na zdziwionym „Nie miałam pojęcia, że coś takiego tu jest!”, kiedy przybywaliśmy do kolejnej turystycznej atrakcji. W Dżeraszu nieopodal Ammanu olbrzymie wrażenie robią rozległe ruiny rzymskiego miasta, najlepiej zachowanego poza granicami dzisiejszych Włoch. Gdyby nie żar lejący się z nieba, spokojnie można poświęcić temu miejscu dużo czasu, spacerując i podziwiając rozmach, z jakim Rzymianie tworzyli swoje siedliska. Podobne wrażenie robi wzgórze, na którym znajdują się Cytadela w Ammanie. Znajduje się tam także Muzeum Archeologiczne, gdzie można zobaczyć między innymi sławne rękopisy z Qumran lub posągi, uznawane za pierwsze w historii ludzkości wizerunki człowieka. Niektóre mają po dwie głowy, co oczywiście można ładnie zinterpretować jako parę, jednak i tak bawi odwiedzających. Mnie szczególnie spodobały się dobrze zachowane naczynia o przepięknej, zielonej (jakżeby inaczej) barwie. Ciekawa jest także mozaikowa mapa Bliskiego Wschodu w Madabie z VI wieku. Mozaiki wciąż stanowią ważny element jordańskiej sztuki. Mieliśmy okazję być w jednym zakładzie, gdzie produkowano najróżniejsze ozdoby i meble z motywem mozaiki. Gdybym była bogata, kupiłabym sobie tam stolik albo inny mały mebel – artykuły były przepiękne! Do kupienia była różnego rodzaju biżuteria i inne ozdoby. Ograniczyłam się do oglądania, ale to kolejny sklep (po kilku londyńskich księgarniach, gdzie mogłabym zamieszkać. Co ciekawe, transport zakupionych towarów w tym sklepie do dowolnego kraju jest darmowy, bo to zakład pracy chronionej, gdzie pracują niepełnosprawni.

Dżerasz


Mozaikowy sklep


Ruiny rzymskiego miasta


Mapa mozaikowa

Na niemal każdym kroku można zobaczyć wizerunek aktualnego króla Jordanii, Abdullaha II o europejskich rysach (jego matka jest Brytyjką). Często występuje też wraz z byłym królem, a swoim ojcem, Husajnem I lub następcą tronu – najstarszym synem Husajnem. Z tego, co dowiedzieliśmy się od przewodnika, rodowitego Jordańczyka, Abdullah drugi cieszy się estymą. Duży wpływ ma na to charyzmatyczna i przepiękna żona króla, królowa Rania. Rania sama określa siebie jako „nowoczesną muzułmankę”, jest rzeczniczką równouprawnienia kobiet i dąży do polepszenia wizerunku islamu na świecie, ze szczególnym naciskiem na kobiety. Założyła nawet swój własny kanał YouTube (można go obejrzeć tutaj), gdzie odpowiadała na pytania dotyczące islamu, nie bojąc się tych trudnych, jak na przykład honorowe zabójstwa. Problem ten wciąż jest aktualny w Jordanii, jak widać ze statystyk AI, choć Jordania uchodzi za jedno z najbardziej liberalnych państw arabskich. Bardzo zainteresowała mnie postać Ranii i chętnie poczytałabym o niej więcej.

Król Jordanii wraz z ojcem

Bardzo chciałabym dowiedzieć się więcej o tym kraju, chętnie przeczytałabym jakąś książkę traktującą o Królestwie lub napisaną przez Jordańczyka. Niełatwo jest jednak znaleźć jakąś pozycję, co tylko wzmaga atmosferę tajemnicy i egzotyczności. Ciekawe jest także to, że mimo przeraźliwych upałów, nie odczuwa się skwaru tak mocno, jak u nas przy niższych temperaturach. Nie znam się na tyle na właściwościach klimatu, by moc to wyjaśnić. Może po prostu pragnienie poznawania jest silniejsze niż zmęczenie?

Wakacyjnie

Na kilka dni uciekłam z miasta, od internetu i obowiązków, do świata wielkich przestrzeni, mgieł wznoszących się nad lasem i pokrytych mchem kamieni. Innymi słowy odpoczęłam w Karkonoszach, ale już wróciłam i od jutra wracam do pisania. Życzę Wam miłego tygodnia!



Kategorie:o sobie, podróże Tagi: ,

Przez pustynię

Dość długo zastanawiałam się, jak ułożyć notkę o naszej podróży do Izraela i Jordanii: czy ująć wszystko w jednym wpisie, czy też wzorem koleżanek rozbić treść na kilka mniejszych tekstów, a może darować Wam i nie pisać wcale? Chciałam jednak choć część wrażeń mieć zachowanych w formie pisemnej (nie licząc moich notatek w zeszycie, który miałam ze sobą na wyjeździe, choć po raz któryś się przekonałam, że nie potrafię spisywać wrażeń tak na bieżąco – wolę chłonąć to, co widzę i słyszę, a spisywać dopiero potem. Ma to swoje wady, ale jak dla mnie zalety przeważają). A że zobaczyliśmy tak wiele i cała podróż była niezwykłym przeżyciem, to zdecydowałam się na kilka wpisów, które z czasem będą się pojawiać na Herbatnikach. W ogóle, jeśli wszystko pójdzie z planem, blog przeżyje mały renesans i notki pojawiać się będą znacznie częściej – przynajmniej taki jest plan.

Pustynię widziałam po raz pierwszy w życiu i to od razu na dzień dobry – widać ją było już z lądującego samolotu. Wyszliśmy z lotniska i natychmiast owionął nad gorący, pustynny wiatr. Już trzeci raz zdarzyło mi się wysiąść ze środka lokomocji w innym klimacie w porównaniu z tym, w którym wsiadałam i choć jest to nieco dziwne uczucie, zdążyłam je polubić. W pierwszej chwili wydaje się, że niemożliwym będzie normalnie oddychać, nie mówiąc już o poruszaniu się w takim gorącu, po chwili jednak okazuje się, że i owszem. Aż wreszcie człowiek przyzwyczaja się do upałów i poza tymi najgorętszymi godzinami, właściwie przestaje się nań zwracać uwagę.

Jako pierwszą w życiu zobaczyłam zatem wyżynną pustynię Negew, która zajmuje około 40% (tak podaje polskie źródło, angielska Wikipedia mówi o 55%) powierzchni całego Izraela. Choć przecież wcześniej zdarzyło mi się oglądać rozmaite pustynie na filmach bądź zdjęciach, naiwnie wyobrażałam sobie taki obszar jako olbrzymią, piaszczystą plażę. Tymczasem Negew jest kamienista, a jej krajobraz przypomina chwilami dość niskie góry. Mogliśmy zaobserwować koryta rzek okresowych – chciałabym je zobaczyć, bo aż ciężko uwierzyć, że wśród tych bezkresnych kamieni i piachów może nagle popłynąć woda. Stanęłam także na krawędzi największego na świecie krateru krasowego, Ramonu. Jego długość wynosi 40km, wygląda więc jak otoczona górami i pagórkami piaszczysta dolina, dopiero z jakiegoś wyższego punktu widokowego można objąć wzrokiem jego rozmiar i zobaczyć w nim krater. To przesądziło już o moim postrzeganiu pustyni – jest to krajobraz absolutnie niezwykły, księżycowy i dodatkowo szalenie inspirujący.


Izraelskie pustynie pełne są tajemnic, wydawać by się mogło jednak, że są to tajemnice już wyłącznie ludzkie. Co chwila zobaczyć można małe bazy wojskowe (zwłaszcza na Negewie), mieści się tam także Beer Szewa, słynne złą sławą więzienie izraelskie. Mówi się także, że jeśli Izrael posiada broń atomową, a pewnie tak jest, to przechowują ją właśnie na pustyni. Jednak pustynia to nie tylko wojsko. Co jakiś czas zaobserwować można było osady Beduinów, którzy wciąż zamieszkują pustynne tereny. Ludzie starają się użyźnić tę trudną do zagospodarowania glebę i zwłaszcza w pobliżu miast można znaleźć uprawy (winogrona, oliwki, palmy daktylowe). Mieszkańcy upiększają po swojemu pustynię, układając duże napisy z kamieni lub ustawiając wycięte z blachy sylwetki wielbłądów w karawanie – z daleka można się dać nabrać.

Jeden z pustynnych 'upiększaczy'


Zwierzyna pustynna :)

W Jordanii natomiast to pustynia podporządkowuje sobie człowieka. Olbrzymie tereny, w niewielkim tylko stopniu zamieszkane, obfitujące w zagadki i tajemnice, wciąż być może znane tylko wytrawnym podróżnikom, którzy odważyli się w nie zapuścić i odkrywać. Jordańskie pustynie są piękne pięknem nieskrępowanej przyrody. Nie trudno wyobrazić sobie, że tak wyglądały przed wiekami i od tamtych lat niewiele się zmieniły. Niestety, w większości obserwowaliśmy je jedynie przez szybę autobusu. Podobno organizowane są specjalne wycieczki z noclegiem wśród piasków na pustyni Wadi Rum, uznawanej za jedną z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszą pustynię na świecie. Oczywiście ludzie podróżują też własnymi szlakami, bez pomocy i udziału biur turystycznych. Przechodzą szlakami dawnych nomadów, niosąc swój podróżniczy dobytek na plecach i śpiąc pod gołym niebem. Nie miałabym nic przeciwko, żeby kiedyś wybrać się na taką wyprawę, stanąć w obliczu pięknej choć jednak groźnej przyrody. Póki co jednak nie ma o czym mówić, pomijając wszystko inne podróże po pustyni wymagają nie lada kondycji, a tego trochę mi ostatnio brakuje ;)


Mój Londyn

IMG_0129

Tygodniowy wyjazd do Londynu był dla mnie jak zaczerpnięcie świeżego powietrza, nawet nie wiedziałam, jak bardzo mi to było potrzebne. A wycieczka ta została zaplanowana trochę w ostatniej chwili. Planowałyśmy z przyjaciółką wybrać się do Anglii już od dawna, bo nigdy tam nie byłyśmy, a pomijając ciekawość i pragnienie zobaczenia, studia i wykonywany zawód trochę nas do tego zobowiązują… Tak więc zebrałyśmy się w sobie i zaplanowałyśmy tygodniowy wyjazd, potykając się co chwila i zdobywając informacje na bieżąco, ale – UDAŁO SIĘ!

IMG_0132

St. Paul's Cathedral

Londyn przywitał nas piękną pogodą, która niestety trochę się później popsuła i miałyśmy okazję zobaczyć stolicę Anglii taką, jaką często widziałam w swoich wyobrażeniach – deszczową i wietrzną. Mieszkańcy wydają się być jednak przyzwyczajeni, bo kiedy my obwijałyśmy się ciaśniej chustką i stawiałyśmy kołnierz kurtki, oni biegali w koszulkach z krótkim rękawkiem lub krótkich spódniczkach. Myślę, że sama też mogłabym się szybko przyzwyczaić do takiego klimatu, bo lubię deszcz i wiatr. Jednak zgodnie z logistyką pakowania pt. „wziąć jak najmniej ubrań, żeby było miejsce na książki” (miałyśmy wykupiony tylko bagaż podręczny w samolocie) nie wzięłyśmy zbyt wielu ciepłych ubrań (bo za ciężkie i za dużo miejsca zajmują), więc kiedy deszcz przemoczył nasze cieplejsze odzienie, musiałyśmy trochę kombinować, ale ani na chwilę nie zepsuło nam to humorów i od rana do wieczora chodziłyśmy po mieście.

IMG_0251

Poza typowymi atrakcjami turystycznymi chciałyśmy też zobaczyć trochę „zwyczajnego” Londynu, miejsc mniej znanych, a wartych zwiedzenia. W ułożeniu planu wycieczki pomogła nam Chihiro i dzięki niej trafiłyśmy w zakątki pomijane w naszym małym przewodniku, jak na przykład kolorowy rynek Spitalfields, gdzie rozmaite ładne rzeczy, ubrania, chustki, szkatułki, biżuteria, książki, a wreszcie i jedzenie przyciągały uwagę i można by tam spędzać długie godziny. Wreszcie też na własne oczy przekonałam się, że sklepy vintage naprawdę różnią się od zwykłych lumpeksów (a patrząc na witryny niektórych sklepów w Łodzi można zwątpić w jakiekolwiek różnice między nimi). W Londynie znaleźć można mnóstwo uroczych sklepików, nie tych typowo pamiątkarskich, ale z rękodziełem, antykami, ciekawymi ubraniami i oczywiście – z książkami. Antykwariaty kuszą wieloma interesującymi tytułami i niskimi cenami (książki prawie nowe są tańsze niż polskie tłumaczenia w naszych antykwariatach), więc gdyby nie ograniczenia bagażowe, wróciłabym z górą książek, a tak to ograniczyłam się do pięciu (oraz kupiłam kilka książkowych prezentów…). Bardzo dobrym rozwiązaniem są wszelkiego rodzaju ‚charity shops’, w których kupić można przysłowiowe mydło i powidło (z naciskiem na ubrania, płyty, filmy i książki), a pieniądze zapłacone za towar przekazywane są na cele dobroczynne. Najpopularniejszą siecią takich sklepików jest chyba Oxfam, w Londynie można znaleźć kilka punktów. Zachwycają kolorowe stoiska na Brick Lane, które w połączeniu z multikulturowością (istnieje takie słowo…?) tej dzielnicy sprawia, że chwilami ciężko się połapać, w jakim regionie świata człowiek tak naprawdę się znajduje. Widziałyśmy także uliczkę, na której w soboty mieści się Portobello Market, ale trafiłyśmy tam innego dnia, więc musiałyśmy zadowolić się różnorodnymi sklepikami mieszczącymi się przy tej ulicy, co i tak było ciekawe. Jednak jeśli o zakupy i stoiska chodzi, to najbardziej spodobały mi się stragany rozstawione wzdłuż rzeki, kolorowe i pełne wszystkiego. Wystawiono je z okazji jakiegoś festiwalu na deptaku wzdłuż Tamizy, gdzie nam się bardzo przyjemnie spacerowało i podziwiało widok drugiego brzegu.

Pod względem architektonicznym Londyn jest bardzo ciekawym miastem, gdzie stare miesza się z nowym, a i nowe tworzone jest na różne sposoby. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadły mi stare domki i kamieniczki, jak gdyby niezmienione od stu lat. Patrząc ponad samochodami i współcześnie ubranymi ludźmi na wyższe piętra i dachy można przenieść się na chwilę w czasie. Dlatego najpiękniejszą dzielnicą w Londynie wydało mi się Bloomsbury, po którym oprowadziła nad nieoceniona Chihiro. Wspaniale szło się wąskimi uliczkami pełnymi pięknych budynków, co jakiś czas pokazywał się ukryty między domami skwer, a po drodze mijałyśmy antykwariaty i księgarnie, do których grzechem byłoby nie wejść. Znalazłam sobie także miejsce (jedno z wielu w Londynie…), gdzie mogłabym zamieszkać – niestety nie pamiętam nazwy tej cudownej księgarni, ale wyróżniało ją to, że książki posegregowane były krajami, których dotyczyła ich treść. I tak w dziale Japonia można było znaleźć nie tylko przewodniki, reportaże i mapy dotyczące danego kraju, ale także powieści Japończyków i innych autorów o Japonii. W sam raz na peryferyjne wyzwanie czytelnicze!

IMG_0141

Nowoczesne budownictwo londyńskie jest moim zdaniem dość kontrowersyjne. Przede wszystkim: jest brzydkie. Ale o ile taki Gherkin może się podobać lub nie, ale wygląda jak coś rzeczywiście nowoczesnego i niemalże kosmicznego, to część budynków przypomina łódzki Hotel Centrum, będący najbrzydszym budynkiem w moim mieście i stanowiący niechlubną pamiątkę po PRLu. Pomyśleć, że londyńczycy robią to sobie dobrowolnie… Patrząc na budowle dopiero co powstające, można pomyśleć, że architekci nie potrafią utrafić w proporcje betonu i szkła, a nieregularne kształty nie zawsze oznaczają tworzenie miasta przyszłości. Pewnie zobaczyłam za mało, żeby oceniać całe miasto, ale to, co buduje się nad Tamizą jest w większości naprawdę dość koszmarne.

IMG_0118

Gherkin

Oczywiście udałyśmy się do królowej, ale widząc długą kolejkę i nie chcąc wydać zbyt wiele pieniędzy zdecydowałyśmy się pooglądać Buckigham Palace przez płot. Nie zachwycił mnie ani nie poruszył, w odróżnieniu od Westminster Abbey, które jest jednym z najpiękniejszych budynków w Londynie.

IMG_0167

Westminster Abbey

Samą przyjemnością było także spacerowanie po Soho, Oxford Street i siedzenie sobie na Trafalgar Square. Notting Hill olśniewa willami, a dzielnica South Kensington eleganckimi budynkami, na swój sposób bogatszymi niż te z Notting Hill. Oczywiście wybrałyśmy się także do muzeów. W Tate Britain podziwiałam kolekcję Turnera, dowiedziałam się, że jestem wielbicielką Millais’a i zawiodły mnie przedstawione tam obrazy Blake’a, którym bliżej było do czarnej plamy na czarnym tle niż do tego, co spodziewałam się zobaczyć. National Gallery mieści się w pięknym budynku i można tam znaleźć wiele sławnych obrazów, choć nie widziałam tam żadnych swoich ulubionych dzieł. Bardziej spodobało mi się mniejsze Victoria & Albert Museum, w którym organizowane są interesujące i nietypowe wystawy, jak np. ta dotycząca bajkowego designu opisywana przez Chihiro, jak gdyby wyciągnięta z jednej z opowieści Poe’a. Najbardziej upiorne były kapcie zrobione z małych kretów, w których na pewno możnaby bezszelestnie poruszać się wielkim, opuszczonym domostwie o kamiennych posadzkach… Podobało mi się także British Museum, choć chodząc po nim nie mogłam nie myśleć o tym, że większość znajdujących się tam rzeczy nie powinna znajdować się w Wielkiej Brytanii, a w krajach, z których pochodzi. Czy to w porządku, że np. Grecy muszą przyjechać do Londynu by podziwiać swoją spuściznę? Czy są to dobra ogólnoludzkie, więc mogą być akurat tam, gdzie ktoś je przywiózł (np. z wojny…), czy też stanowią dziedzictwo kulturowe danego regionu i tam powinny pozostać. Ja skłaniam się do tej drugiej opcji. Jak się nad tym zastanowić – dlaczego oryginał Bramy Isztar stoi sobie w Muzeum Pergamonu w Berlinie, a w Babilonie, czyli na terenie dzisiejszego Iraku, stoi jej nędzna kopia? Wydaje mi się to mocno nie fair… Mimo to – zbiory British Museum zachwycają i można tam spędzić długie godziny. Pewnym zawodem okazało się dla mnie zachwalane Natural History Museum, które choć ciekawe i niezwykle interaktywne, to jednak nie zaciekawiło mnie na tyle, żeby spędzić tam pół dnia. Ciekawiej było patrzeć na dzieciaki, które przyszły do muzeum na szkolną wycieczkę i wykonywały różne projekty. Ich reakcje na niektóre z atrakcji były bezcenne. Z samego muzeum najbardziej spodobał mi się budynek, w którym się mieściło, przepiękny.

millais

W moim prywatnym rankingu najpiękniejszy obraz Millais'a z Tate.

IMG_0202

Trafalgar Squere

 

Londyn jest zachwycającym miastem, ale to nie budynki i muzea podobały mi się najbardziej, a jego różnorodność, prawdziwa mieszanka kultur, przekonań, wierzeń i poglądów, którą widać niemal na każdym kroku. Kolorowe twarze, barwne stroje, rozmaite języki oraz kuchnie z najróżniejszych zakątków świata to coś, co sprawiało, że czasem miałam ochotę po prostu usiąść i patrzeć na ten niezwykły tłum, dlatego właśnie tak dobrze poczułam się w Londynie i myślę, że mogłabym tam zamieszkać, przynajmniej na jakiś czas. Będąc tam miałam wrażenie, że tak to właśnie powinno być, że różne kultury mogą koegzystować i każdy znajdzie miejsce dla siebie. Nie idealizuję Londynu, wiem, że nie zawsze bywa tam wesoło, a życie emigranta nie jest zazwyczaj związane z natychmiastową asymilacją, ale i tak wydaje mi się, że Wielka Brytania jako ogół potrafi radzić sobie z problemem emigracji dzięki szacunkowi i pozwoleniu na życie po swojemu. Nie chodzi tylko o rasy i narodowości – takiej rewii mody, gdzie wszystko wydaje się być dozwolone nie widziałam od dawna, o ile w ogóle kiedyś… Emigranci ubogacili także raczej mało zachęcająco kuchnię brytyjską, a my z radością stołowałyśmy się to w tajskim, to indyjskim, a raz nawet etiopskim barze, gdzie jedzenie wprawdzie przepaliło mi trochę przełyk, ale i tak było przepyszne.

IMG_0193

Londyn jest bardzo bogaty kulturalnie i to także można odczuć na każdym kroku, a ja czułam się tam swobodnie i tak lekko, jakby nagle wokół mnie zrobiło się więcej przestrzeni. Wróciłam naładowana pozytywną energią, chęcią działania i potrzebą zmian w moim życiu. Zobaczyłam, że naprawdę może być inaczej, że ludzie mogą się do siebie odnosić przyjaźnie i grzecznie na każdym kroku – zawsze próbowałam tak postępować, ale czasem stykając się z murem niechęci człowiekowi zwyczajnie odechciewa się dalszych prób. Wyjazd podziałał na mnie orzeźwiająco, ukulturalniająco, inspirująco i ożywczo. Oby mi się ten stan jak najdłużej utrzymał :)

IMG_0182

P.S. A oto zakupione przeze mnie książki, poza dwiema na dole, „Reading Lolita in Tehran” oraz „Life and Death in Shanghai”, które dostałam od Chihiro (jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję!):

IMG_0373

Słowenia

Słowenia to malutki kraj, który posiada wszystko. A przynajmniej większość walorów, które sprawia, że tak wiele osób traci dla niego głowę. Są góry, piękne morze (choć plaże niestety mają kamieniste… ale większość mieszkańców ceni sobie takie zdecydowanie bardziej niż piaszczyste), wiele malowniczych nadmorskich miasteczek, oraz nowoczesną stolicę z uroczą starówką. Do tego dochodzą świetnie utrzymane drogi i wiele miejsc godnych zwiedzenia.

IMG_4812

Jednym z najwyraźniejszych wrażeń, z jakimi opuściłam ten kraj, było świetne zorganizowanie. Słoweńcy są bogaci, dostają spore sumy z Unii i co najważniejsze, potrafią te pieniądze świetnie wykorzystać. To chyba wzbudziło we mnie największy podziw: widać fantastyczne gospodarowanie każdym euro, pomysł na kraj i przede wszystkim – realizację tego pomysłu. Coś, czego u nas tak bardzo brakuje. Mieszkańcy nie narzekają, praca jest, a żeby zarobić na egzotyczną wycieczkę wystarczy dwa miesiące popracować jako kelner i już stać ich na wyjazd do Syrii czy Turcji na dwa tygodnie. Restauracje i kluby, nawet w nadmorskich kurortach zamykane są najpóźniej o 20 – nie trzeba pracować dłużej, nie trzeba robić nadgodzin. Każdemu należy się odpoczynek. Dlatego też życie toczy się wolno, leniwie w rozprężającym upale, bez stresu. Jeśli masz gdzieś być na 10, osoba, która Ci to przykazała najpewniej sama zjawi się o 10.30. Po co się spieszyć?

temp 108

Słowenia ma też swoje, patrząc z punktu widzenia mieszkańca Polski, małe dziwactwa, pomijając już kwestię wyżej wspomniany fakt, zamykania wcześnie wszystkich miejsc, które w innych krajach, zwłaszcza w miejscowościach turystycznych, otwarte są do późna w noc (choć odbywają się koncerty i inne wydarzenia „na powietrzu”, które oczywiście trwają do późna, choć wciąż późna godzina znaczy w Słowenii coś innego niż u nas chociażby). Dla Polaka ciekawostką może być także fakt, że na całe miasteczko (nie takie znów małe) jest tylko jedna apteka, wielkości pokoju, którego większą część zajmują kosmetyki Vichy. Kiedy pytałyśmy z koleżanką o środek przeciwbólowy typu ibuprom czy paracetamol, który u nas można kupić w każdym supermarkecie, panie ekspedientki patrzyły na nas jak na narkomanki, a przynajmniej podejrzane indywidua. Okazuje się, że jesteśmy nacją lekomanów… (dla mnie akurat taki stan rzeczy nie byłby kłopotliwy, z zasady nie zażywam żadnych środków przeciwbólowych). Najbardziej jednak rozczuliła mnie pizza „z oliwkami”. Choć tak dumnie napisano w menu, w dużej restauracji w Koprze (może gdzie indziej jest inaczej), pizza z oliwkami posiada oliwkę sztuk jeden, dumnie umiejscowioną na samym środku pizzy. Żeby było ciekawiej, pizze, które według menu oliwek nie posiadają, również mają taką na samym środeczku (z pestką w dodatku).

temp 166

Miasteczka nadmorskie na Słowenii mają ten nieodparty urok śródziemnomorskich osad. Domki z czerwonymi dachami przycupnęły to na wzgórzu, to tuż nad brzegiem morza. Na szczycie góry wznoszą się malownicze ruiny zamku, w którym kiedyś pewnie spędzali letni czas książęta, popijając wino i wdychając powietrze duszne od zapachu kwiatów i owoców. Ten klimat ciepłego rozleniwienia z dużą dawką przepysznych win unosi się tam do dziś.

Mimo tego wszystkiego jednak, nie pokochałam Słowenii. Czegoś zabrakło dla mnie w tym zadowolonym z siebie kraju, który do tego zadowolenia ma jak największe podstawy. Nic nie chwyciło mnie za serce, choć tak wiele rzeczy zachwyciło (na przykład nieziemska jaskinia Postojna Jama, która niczym brama do innego świata wręcz olśniewa). Może stałoby się tak z jeziorem Bled, ale niestety tam nie dotarłam. Słowenia to idealne miejsce na wczasy, chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić, żeby zobaczyć wspomniane jezioro, ale bardziej ciągnie mnie w inne miejsca…

Kategorie:podróże

Take me to the sky

Bardzo bałam się tej mojej pierwszej podróży samolotem. Powodów było wiele – mam lęk wysokości, taki prawdziwy i fobiczny, miałam lecieć ze znajomymi, ale nie bliskimi na tyle, żeby móc podzielić się moimi uczuciami, czego akurat bardzo potrzebowałam, a także prześladowała mnie myśl, że z braku doświadczenia przydarzy mi się jakaś wpadka – zagubię się na lotnisku, gdzieś mnie zatrzymają, czegoś zapomnę, coś zrobię źle lub w końcu mój bagaż poleci nie tam, gdzie ja (co nie raz zdarzyło się mojemu promotorowi). Pisząc o tych obawach teraz trochę mnie one śmieszą, jednak wówczas, po dwóch godzinach snu i w stanie ogólnego zdenerwowania podróżą, czułam się naprawdę zagubiona. Fakt, że musiałam czekać na samolot ponad trzy godziny z powodu opóźnień, w wyniku czego nie zdążyliśmy na przesiadkę w Pradze nie poprawił mojego samopoczucia.

Oczywiście nie marudziłam, ale nadrabiając miną raźno wkroczyłam do samolotu, kiedy ten się wreszcie raczył pojawić, zapięłam pas i walczyłam z mdłościami powodowanymi strachem. Kiedy samolot przyspieszył czułam się wspaniale, uwielbiam duże prędkości, ale kiedy zaczął się wznosić, uczucie było okropne. Nie wiem, jak to jest, ale ja naprawdę czuję zmianę wysokości, czy to w windzie, czy w górach, taki ucisk z tyłu czaszki, jakbym miała tam coś bardzo ciężkiego. Serce waliło mi jak oszalałe i kiedy tylko samolot ustabilizował swój lot, natychmiast głowa opadła mi na pierś i zasnęłam, zmęczenie nerwami i strachem dało o sobie znać. Obudziłam się tuż przed lądowaniem, które też nie było zbyt przyjemne – znów nie sam moment wylądowania, ale poczucie zmieniania wysokości.

Na szczęście jednak, nie była to moja jedyna wycieczka. Łącznie leciałam w tej podróży cztery razy, w tym raz załapałam się na darmową biznes klasę (przez opóźnienie spóźniliśmy się na przesiadkę i na lotnisku zaproponowano nam inny lot, gdzie miejsca były tylko tam – nie narzekaliśmy!). Każdy kolejny lot był mniej stresujący, a coraz bardziej fascynujący i ciekawy. Podczas ostatniego odważyłam się nawet usiąść przy oknie i przez półtorej godziny leciałam przyklejona do szyby.

Chmury widziane z góry to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie dane mi było zobaczyć. Aż trudno uwierzyć, że spadając przeleciałoby się przez nie, a nie odbiło jak od miękkiej poduszeczki. Czasem przypominały góry pokryte śniegiem, czasem wyglądały jak lodowa pustynia, przybierały niezwykłe kształty lub jedynym skojarzeniem mogła być tylko bita śmietana. Kiedy lecieliśmy trochę niżej, obserwowałam ziemię i miałam dość mieszane uczucia. Z góry naprawdę widać, jak jest ona ukształtowana przez człowieka, jak smutno wyglądają wielkie metropolie, a jak przyjemnie lasy i wody. Wzlatując nad Warszawą miałam dość przykry obraz szarości i czerni, ale generalnie Polska wygląda z góry pięknie – lasy, rzeki i jeziora, kolorowe pola i mniejsze oraz większe skupiska domków i miast. Choć wolę oglądać świat z ziemi, ze wszystkimi szczegółami, różnicami i bliskością, nie mogę odmówić niezwykłości temu samemu widzianemu z lotu ptaka.

Końcowy werdykt: lubię latać :)

A dodatkowo kolejne pytania łańcuszkowe, tym razem zadane przez Chihiro:
1. Jak wyglądałaby Twoja wymarzona, idealna biblioteczka (chodzi zarówno o dobór książek jak i pomieszczenie)?
Najchętniej trzymałabym książki w osobnym pokoiku, przytulnym i wypełnionym od sufitu do podłogi regałami, z fotelem i małym stolikiem ze stojącą na nim lampką. Lubię dość „płytkie” półki, na których książki stoją w jednym rządku – nie chce mi się potem odkładać przeczytanej książki do tyłu i zazwyczaj kładę poziomo na tych stojących z przodu. Co się tyczy wyboru książek, to najchętniej dobierałabym sobie książki różnego rodzaju, z naciskiem na obyczajowe, reportaże i fantastykę.
2. Czy masz książkę/i, do której/ych wracasz co jakiś czas? Jeśli tak, to jaką/jakie?
Bardzo wiele książek czytałam po kilka razy, natomiast w większości książek, które posiadam mam swoje ulubione fragmenty, które czytam bardzo często. Ciężko byłoby mi wymienić książkę, do której wracam najczęściej (generalnie byłaby to pewnie wspominana ostatnio „Mała Księżniczka”, ale ostatnio… naprawdę nie wiem).
3. Czy w Twojej rodzinie wszyscy sporo czytają, czy rodzina w jakikolwiek sposób wpłynęła na Twoje zwyczaje czytelnicze?
W mojej najbliższej rodzinie czytam zdecydowanie najwięcej, a to, co czytają domownicy raczej nie kształtowało moich zwyczajów czytelniczych. Jako wczesna nastolatka czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce i powoli mój gust się kształtował jakoś sam z siebie, może dlatego swego czasu czytałam strasznie dużo literackiej miernoty dla nastolatek – czasem zazdroszczę osobom, którym ktoś polecał dobre lektury i jako dzieci czytali klasykę, którą ja dopiero poznaję.

Kategorie:podróże, zabawa Tagi: ,