Archiwum

Posts Tagged ‘realizm magiczny’

Murakami i owca

Zastanawiam się, co takiego kontrowersyjnego jest w pisarstwie Murakamiego, że przysparza mu tyluż wielbicieli, co i wrogów, a także prześmiewców. Nie jestem specjalistką od jego twórczości i do tej pory przeczytałam zaledwie cztery książki, ale wszystkie one zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Kwestia gustu? A może kwestia tego, co się w książce widzi? Szyderczo porównywany do Coelho japoński pisarz zdaniem niektórych pisze banały, dodając im pseudointelektualną otoczkę. Dowiedziałam się tego z rozmów i czytania komentarzy, ponieważ sama nigdy nie odniosłam wrażenia, że Murakami próbuje przekazać wielkie prawdy życiowe i stać się mentorem, nie mówiąc o pisaniu sentencji i wciskaniu ich w usta postaci. Oczywiście, porusza tematy ważne, krytykuje zjawiska takie jak konsumpcjonizm, ale to już tematy równie klasyczne (nie, nie napiszę „oklepane”) jak miłość, dojrzewanie, czy cierpienie. To, co mi się w Murakamim podoba, to sposób, w jaki pisze swoje książki – łączy codzienność, nierzadko wyjątkowo banalną, za to wnikliwie opisaną, z ze zjawiskami czysto fantastycznymi, często zupełnie szalonymi, a które zadziwiająco dobrze wpasowują się w fabułę. Japoński autor jest dla mnie przede wszystkim opowiadaczem historii niesamowitych przydarzających się ludziom uważanym za synonim „szarego człowieka”. I jako taki, sprawdził się w każdej przeczytanej przeze mnie książce. Tak jest też z jakiś czas temu przeczytaną przeze mnie „Przygodą z owcą”, która także mi się spodobała i nie mam z tym problemu.

„Przygoda z owcą” jest pierwszą częścią przygód bohatera, którego zdążyłam już poznać w „Tańcz, tańcz, tańcz”. Nieznajomość „Przygody…” nie wpłynęła negatywnie na czytaną przeze mnie wcześniej powieść, jak i teraz wiedza o dalszych losach bohatera w minimalnym jedynie stopniu pozbawiała mnie przyjemności z odkrywania przyszłości bohatera – obie książki są bowiem powiązane dość luźno, mimo że główny bohater oraz kilku pobocznych pozostaje niezmiennych, a i sama historia się zazębia. Bezimienny bohater jest tuż po rozwodzie z żoną, w wyniku zmian na rynku rozmyśla nad porzuceniem firmy, którą założył wspólnie z przyjacielem, czuje się osamotniony i wyobcowany, choć nie narzeka na swój los. Wtedy mają miejsce dwie rzeczy – poznaje dziewczynę o najpiękniejszych uszach, jakie widział (dodatkowo dających swojej właścicielce dość nadzwyczajne zdolności), a wkrótce potem kontaktuje się z nim wielka firma przypominająca nieco mafię, która żąda od niego odnalezienia pewnej owcy. Owcy, która według ich słów od pewnego czasu miała władzę nad ekonomią Japonii, a jej zniknięcie może spowodować upadek misternego systemu. Mężczyzna dostaje propozycję nie do odrzucenia, a czytelnik przez kolejne strony pławić się będzie w tej mieszance realizmu i szalonego snu.

Prawdopodobnie dlatego, że „Tańcz…” czytałam jako pierwsze, zrobiło ono na mnie nieco większe wrażenie i w moim czteropozycyjnym rankingu książek Murakamiego zajmuje wyższą pozycję. Niemniej jednak „Przygoda z owcą” zdecydowanie przypadła mi do gustu i znalazłam tam to, czego w powieściach Japończyka szukam. Język jest naprawdę ładny, opisowy i pełen uroczych dygresji o sprawach pozbawionych znaczenia i błahych, którym te krótkie wtrącenia nadają jednak wartość. Oczywiście dodatkowy plus książka dostaje ode mnie za niezwiązany pozornie z główną historią wątek o bezimiennym kocie i rozmowie o nadawaniu imion w ogóle. Temat ten zainteresował mnie dzięki pewnemu wykładowi z językoznawstwa na pierwszym roku studiów, a cykl o Ziemiomorzu sprawił, że go pokochałam. W „Przygodzie z owcą” motyw ten nabiera dodatkowego znaczenia, biorąc pod uwagę upartą anonimowość głównego bohatera, który do końca dla czytelnika pozostaje bezimienny. Lubię też delikatną japońskość w książkach Murakamiego – pisarz ponoć uznawany jest za bardzo „nie-japońskiego” i rzeczywiście, w porównaniu ze znanymi mi innymi autorami z Kraju Kwitnącej Wiśni, jego styl jest bardzo „zachodni”. Tym bardziej lubię tę japońskość codzienną, wynikającą z normalnego życia, która przewija się w tle. Jest jej mało, ale stanowi dla mnie dodatkową atrakcję.

Jeśli ktoś lubi książki Murakamiego, ta także powinna mu się spodobać, bo jest bardzo „w stylu” pisarza, na tyle, na ile mogę to ocenić po w sumie niewielkiej liczbie przeczytanych pozycji. Natomiast przeciwnicy niech lepiej nie marnują czasu bo prawdopodobnie znajdą tu wszystko, co ich w prozie Japończyka denerwuje. Ja natomiast już planuję lekturę kolejnych jego powieści.

Tytuł: Przygoda z owcą
Tytuł oryginału: Hitsuji-o meguru bōken
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 420
Moja ocena: 4+/6

Reklamy

Tanecznym krokiem przez magiczny realizm

Moje trzecie spotkanie z Harukim Murakamim okazało się równie przyjemne, jak pierwsze dwa. Może trochę mniej niż przy okazji „Wszystkie boże dzieci tańczą”, za to bardziej niż w przypadku „Na południe od granicy, na zachód od słońca”. „Tańcz, tańcz, tańcz” upewniło mnie w przekonaniu, że rozumiemy się z tym japońskim (uważanym ponoć za bardzo mało japońskiego we własnym kraju) pisarzem i mamy mocno zbliżone poczucie estetyki, dzięki czemu lektura była niezwykle przyjemna i zachęciła mnie do dalszego zapoznawania się z twórczością Murakamiego. Nie jest to raczej płomienne uczucie, które kazałoby mi kolekcjonować jego książki tuż po ich ukazaniu się, ale znajomość będziemy na pewno sukcesywnie pogłębiać.

O czym jest „Tańcz, tańcz, tańcz”? Opisanie fabuły nie jest najprostszym zadaniem. Czytałam, że jest to luźna kontynuacja wcześniejszej „Przygody z owcą”, ale tej powieści jeszcze nie miałam okazji przeczytać. „Tańcz…” zaczyna się niejako w środku opowieści o bezimiennym bohaterze, człowieku wyobcowanym w japońskim społeczeństwie, któremu nietrudno jest natychmiast przyczepić łatkę osoby niedojrzałej, nieprzystosowanej i po prostu dziwacznej. On natomiast doskonale zdaje sobie sprawę z prawideł i zasad rządzących społeczeństwem, jako czujny obserwator jest na nie wyczulony być może mocniej niż większość osób wchłoniętych przez ów konsumpcyjny w dużej mierze twór. Fakt, że nie chce się im podporządkowywać jest już sprawą drugorzędną, która nie wynika z braku świadomości. Bohater żyje według scenariusza, który sam sobie ustanowił, co wcale nie znaczy, że jest dzięki temu spełniony i zadowolony. Powiedziałabym raczej, że boleśnie odczuwa pustkę i bezsens egzystencji, która mimo pewnych sukcesów i generalnego nie żałowania sobie przyjemności chwilami przypomina jedynie wegetację. Punktem zwrotnym wydaje się być więc powtarzający się sen, w którym ktoś płacze nad bohaterem w hotelu Delfin. Mężczyzna odwiedził kiedyś ten podupadły pensjonat wraz z prostytutką, z która łączył go związek prywatny. Tam spotkał tajemniczego Człowieka Owcę. Postanawia wrócić do hotelu i dowiedzieć się, co może znaczyć scena ze snu. Na miejscu odnajduje jednak niezwykle nowoczesny budynek o tej samej nazwie. Prócz imienia nic nie wydaje się łączyć starego hotelu z nowym. Szukając informacji o poprzednim właścicielu, bohater nawiązuje znajomość z nerwową acz uroczą recepcjonistką, która w jego wyobrażeniu uosabia duszę hotelu. Dziewczyna zwierza mu się, że przypadkowo odkryła kiedyś piętro, które musiało należeć do jakiegoś innego wymiaru, a na nim dziwną istotę, która nie mogła być człowiekiem… Przerażona uciekła z miejsca wydarzeń, bohater natomiast, mimo lęku, poszukuje możliwości, by znaleźć się w tym samym miejscu, co ona.

To jednak właściwie jedynie wprowadzenie do wielowątkowej fabuły, gdzie rzeczywistość miesza się ze snem i magią, nie przestając być realna. Napotkani przez bohatera ludzie to galeria oryginałów, którzy pomimo wielu elementów komicznych lub wspaniale obyczajowych, w większości uosabiają problemy, z jakimi przyszło się mierzyć społeczeństwu. Mamy więc nad wiek dojrzałą nastolatkę, której nikt nie wysila się wychować, nie mówiąc o zrozumieniu. Jest artystka żyjąca poza społeczeństwem i go nie dostrzegająca, jest i aktor, któremu praca narzuca nie tylko role filmowe, ale i postępowanie według ich zasad także w życiu prywatnym, przez co staje się ono kolejną maską zakładaną do odegrania jeszcze jednej postaci, czy wreszcie choćby policjanci przywodzący mi natychmiast na myśl jedną ze sztuk Pintera. To tylko krótki wycinek bogatego zbioru oryginałów o jakże typowych problemach. W żadnym wypadku nie przekłada się to jednak na schematyczność lub banalność. Problem konsumpcjonizmu i jego bezdusznego rządzenia rzeczywistością rysuje się wyraźnie, ale pozostaje w tle i poza kilkoma dłuższymi wywodami nie jest czytelnikowi narzucany zbyt nachalnie. Pojawiają się też tajemnice, z których tylko nieliczne zostaną odkryte. Biorąc jednak pod uwagę atmosferę i styl książki, w niczym to nie przeszkadza, a nawet działa na plus. Losy bohatera rzeczywiście mnie obchodziły, tak samo w przypadku Yuki.

Najbardziej jednak podoba mi się u Murakamiego styl. Książka napisana jest w sposób wyważony, przemyślany i dopracowany, nie ma w niej jednak ciężkości obecnej często w powieściach pisanych z podobnym przywiązaniem do detali. Mimo wielu trudnych i przygnębiających wątków, „Tańcz, tańcz, tańcz” pozostaje lekkie w odbiorze, mimo naprawdę trafnych spostrzeżeń i nierzadko pesymistycznych refleksji. Mam na myśli to, że mimo treści oscylującej wokół smutnych i ciężkich tematów, efekt końcowy nie przygnębia, a raczej przynosi wyciszenie i refleksyjną ciszę. I tak jak już wspomniałam, szalenie podoba mi się estetyka Murakamiego, jego dystans równoległy z sympatią do opisywanych postaci, opisy codziennych czynności i magię unoszącą się nad tym zwyczajnym życiem. Lubię, kiedy pisarz opisując erotykę lub nawet czynności fizjologiczne robi to właśnie z dużą dawką naturalności i estetyki, nie uciekając w wulgarność lub (czego po prostu nie znoszę) w czułostkowość (zwłaszcza w kontekście wspomnianych czynności fizjologicznych). Murakami zachowuje równowagę, co do mnie przemawia. „Tańcz…” być może nie zapewnia wielkich wzruszeń i rozdygotanych emocji, pozostaje jednak niezwykle przyjemnym przeżyciem estetycznym właśnie, smakowitą lekturą, przy której umysł wypoczywa dzięki obcowaniu z harmonią.

Wciąż jeszcze nie doszłam do powieści uważanych za najlepsze w dorobku japońskiego pisarza („Norwegian Wood” w pewnych kręgach, „Kafka nad morzem” w innych) i jestem bardzo ciekawa, jakie będą moje wrażenia na ich temat. Na ten moment jestem zdecydowana, że za jakiś czas znów wrócę do Murakamiego i z pewnością będę dalej zapoznawać się z jego twórczością. Podoba mi się i po jego dalszych książkach obiecuję sobie kolejne pozytywne przeżycia czytelnicze.

Tytuł: Tańcz, tańcz, tańcz
Tytuł oryginału: Dansu, dansu, dansu
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2008
Ilość stron: 536
Moja ocena: 5/6

Po trzęsieniu ziemi w Kobe

Haruki Murakami to pisarz niezwykle interesujący. Każdy choć trochę interesujący się literaturą kojarzy to japońskie nazwisko, zdania na temat jego twórczości są natomiast podzielone niekiedy wręcz skrajnie. Jedni go uwielbiają, inni uważają książki jego autorstwa za przejaw grafomaństwa. Patrząc na dość pokaźną liczbę jego powieści i opowiadań można dzielić dalej – niektórzy lubią jego pełne realizmu magicznego książki w rodzaju „Przygody z owcą”, dla innych jest to bełkot, wybierają więc „Norwegian Wood” lub „Po zmierzchu”. Zawsze z zainteresowaniem czytałam dyskusje i recenzje książek Murakamiego. O tym, że muszę bliżej zapoznać się z jego twórczością postanowiłam już dawno, do tej pory jednak mam na koncie tylko „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, które podobało mi się zdecydowanie, choć bez zachwytu. Ot, dobra powieść. Ostatnio postanowiłam znów spędzić trochę czasu z japońskim pisarzem i przeczytałam tom opowiadań, wydanych w Polsce po tytułem „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Spotkałam się z wieloma opiniami, że Murakami nie radzi sobie z krótkimi formami, jego opowiadania są słabe i szkoda na nie czasu. Całkowicie się z tym nie zgadzam, co znów dowodzi różnorodności dzieł pisarza i faktu, że poza jego zdeklarowanymi przeciwnikami, każdy może w jego twórczości znaleźć coś dla siebie.

Opowiadania nie są ze sobą powiązane fabularnie, łączy je natomiast dramatyczne wydarzenie – trzęsienie ziemi w Kobe. Na wszystkich bohaterów i ich historie wpływa ta klęska żywiołowa, częściej jednak pośrednio. Nie znajdziemy więc opisów tragedii ludzi zamieszkujących Kobe, książka Murakamiego nie stanowi bowiem w żadnym wypadku rozrachunku z tym wydarzeniem, ani nie prezentuje sobą poważnego dzieła na temat odbioru owych szokujących wiadomości przez resztą japońskiego społeczeństwa. Trzęsienie ziemi to punkt wyjścia do niezależnych opowieści, pełnych melancholii i poczucia odosobnienia, ale i nie pozbawionych humoru bądź ironii. Wszystkie też skrzą się magiczną atmosferą, która może przejawiać się dosłownie w postaci tajemniczego pana Żaby, który chce uratować Japonię przed kolejnym trzęsieniem; lub też jest subtelna i delikatna – wystarczy wyobrazić sobie jednak ogniska płonące na plaży w drugim opowiadaniu, by móc ją poczuć i dać się uwieść. Najchętniej określiłabym to jako szeroko rozumiany „klimat” – opowiadania Murakamiego są niezwykle klimatyczne, w sposób jak najbardziej mi pasujący. Chwilami można poczuć na plecach dreszcz, poczucie niepewności, bycia obserwowanym bądź wplątanym w niezrozumiałą grę niepokoi, jak w przypadku „UFO ląduje w Kushiro”. Innym razem sedno opowieści ubrane jest w metaforę uroczej bajki dla dzieci, opowiadanej przez bohatera dziewczynce nękanej przez senne koszmary („Ciastka z miodem”). Każde z opowiadań ujęło mnie czymś innym.

Po skończeniu pierwszego opowiadania pomyślałam sobie, że szalenie podoba mi się sposób, w jaki Murakami pisze. Treść jego książki również bardzo przypadła mi do gustu, ale nie wykluczam, że nawet dużo słabsze rozwiązania fabularne przełknęłabym bez marudzenia i protestów, gdyż niezwykle smacznie czytało mi się po prostu zdania, które wyszły spod jego pióra. W tych krótkich formach pisarz zawarł odpowiednią ilość subtelnej melancholii, samotności i desperackiego niemal pragnienia ogrzania się w cieple czyich uczuć, z dawką lekkiego humoru, zabawnych porównań lub stwarzających poczucie zagrożenia tajemnic.

Choć może wciąż za wcześnie na konkluzję, pisarstwo Murakamiego wydaje się być zdecydowanie dla mnie i mam zamiar pogłębiać moją znajomość z japońskim autorem. Tymczasem polecam Wam zbiór opowiadań „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Teraz jest mi tym bardziej smutno, że zostałam oszukana przez portal Dziennik.pl i choć wygrałam u nich w konkursie pierwszą część „1Q84” nie uznali za stosowne wysłać mi mojej nagrody, pomimo wielu maili z mojej strony. Cóż, jeśli po kolejnych lekturach nadal będzie mi z Murakamim na tyle po drodze, nie omieszkam kupić sobie i tej powieści.

Tytuł: Wszystkie boże dzieci tańczą
Tytuł oryginału: Kami-no kodomotachi-wa mina odoru
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 184
Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwań literackich:

O tym, jak duński młynarz szukał żony…

Jak już wspominałam, wyzwania literackie potrafią wciągać. Sama bardzo chętnie biorę w nich udział, a proponowane listy książek skrzętnie notuję, by z czasem zapoznać się bliżej z interesującymi mnie pozycjami. Dzięki temu nierzadko trafiam na książki, które bardzo mi się podobają, a po które pewnie bym nie sięgnęła. Łącząc wyzwanie Projekt Nobliści z Krajami Nordyckimi postanowiłam przeczytać książkę duńskiego noblisty, Karla Gjellerupa. Wybór padł na „Młyn na wzgórzu”, uznawany za jedno z jego największych dzieł.

Żona Jakuba, właściciela pięknego młyna umiera, zostawiając mu pod opieką ich małego synka oraz wymuszając na nim obietnicę dokładnego przemyślenia powtórnego ożenku. W opisie przedstawionym przez umierającą Chrystynę Jakub rozpoznaje wieloletnią znajomą, siostrę jego przyjaciela leśniczego. Nie sposób przeciwstawić się takiej prośbie, z drugiej strony mężczyzna zdaje sobie sprawę, że dobro jego i dziecka jest tylko połową prawdy. Drugą stanowi całkowicie uzasadniona niechęć młynarki do służącej we młynie Lizy. Liza, prawdziwe dziecko natury, z naturalnym wdziękiem i bez skrupułów potrafi owinąć sobie mężczyzn wokół palca. Stopniowo zaczęła przejmować obowiązki gospodyni młyna podczas choroby młynarzowej, zawracając przy okazji w głowie wszystkim pracującym tam mężczyznom, nie wyłączając właściciela. Obawy Chrystyny są uzasadnione, Liza bowiem już widzi się na miejscu umierającej i po jej śmierci zaczyna dążyć do swego celu, nie szczędząc sił i wykorzystując wszelkiego rodzaju chwyty. Jakub, rozdarty między przysięgą daną żonie a magnetyzującą siłą i urodą Lizy, miota się nie potrafiąc podjąć ostatecznej decyzji. Sprawę komplikują jego delikatne uczucia dla leśniczanki, synek, który niczym czujne zwierzątko wyczuwa zagrożenie i wreszcie jego własny parobek Jorgen, powiernik Lizy i jej wierny wielbiciel, jako jedyny wtajemniczony w plany dziewczyny. Uczuciowa przepychanka, w której siły zmieniają się z każdą chwilą, a postronne osoby mieszają się mniej lub bardziej świadomie w konflikt głównych bohaterów, nieuchronnie zmierza ku tragedii.

Tłem dla wydarzeń staje się wnętrze młyna, niepokojąc hałasem i ewentualnym niebezpieczeństwem, które wyziera z wielu kątów, gdzie wystarczy tylko chwila nieuwagi… Przeciwwagą dla górującego na wzgórzu młyna jest las, równie niepokojący choć powód niepewności różni się od tego we młynie, gdzie krzywdę człowiekowi, choćby pośrednio, ale wyrządzić może jedynie drugi człowiek. Las zdaje się być zamieszkały przez nadnaturalne moce, ludzie przysięgają, że widzieli tam duchy i zjawy, nawet znając to miejsce bohaterowie nie czują się pewnie musząc przebyć leśną drogę w godzinach wieczornych. Tylko brat Lizy, osoba poza ramami społeczeństwa nie robi sobie nic z niebezpieczeństw, będąc jednym z zagrożeń. I on jednak nie bagatelizuje mocy lasu, zgadzając się z opowieściami sąsiadów. Przede wszystkim jednak autor rozpościera przed czytelnikiem obraz Danii, a dokładniej duńskiej wyspy Falster, codziennego życia mieszkańców ukazanego w realistyczny sposób wraz z pewną dawką tradycji i folkloru.

„Młyn na wzgórzu” jest bogatą kroniką destrukcyjnych związków międzyludzkich, Gjellerup snuje swoją historię nie szczędząc szczegółów, rozwija wątki poboczne, na koniec serwuje czytelnikom natomiast skróconą wersję „Zbrodni i kary”, z dużo mniej przekonującym bohaterem. Choć niewątpliwie jest to dzieło warte uwagi, nie odnalazłam w nim czegoś, co zachęcałoby mnie do zatracenia się w czytaniu, historia nie porwała mnie, a bohaterowie męczyli. Gjellerup pokusił się wprawdzie o oddanie portretów psychologicznych swoich postaci, dodając wyrachowanej Lizie także pozytywne uczucia, dzięki którym można odczuwać do niej cień sympatii a przynajmniej jej współczuć. Jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że Jakub staje się człowiekiem w obliczu odwiecznej walki dobra ze złem, gdzie obie wartości uosabiane są przez kobiety, mężczyźni zaś pozostają jednostkami niezdolnymi do jasnej oceny sytuacji, bezwolnymi i kierującymi się w życiu (może poza jednym leśniczym) własnymi ambicjami. Fatalistyczna wizja, według której człowiek skazany jest na zagładę, jeśli tylko choć raz zejdzie z praworządnej ścieżki również nie do końca do mnie przemówiła. Wszechobecny pesymizm i ciemność rządząca ludzkim losem przytłaczają, a książka zamiast mnie zafascynować, końcem końców znużyła. Być może „Młyn na wzgórzu”po prostu zestarzał się jako książka, trąci myszką i stracił uniwersalność, choć na pewno wciąż jeszcze potrafi coś zaproponować współczesnemu czytelnikowi. Muszę jednak podkreślić, że wpływ na mój odbiór książki mógł mieć okres, w jakim ją czytałam, być może niesprzyjający takiej lekturze. Nie sposób bowiem nie docenić scen obrazowanych przez autora, które natychmiast stają przed oczami czytelnika i mają wymowę wręcz metafizyczną. Szalenie mi się te fragmenty podobały, nie uważam więc czasu poświęconego na lekturę za stracony. Jeśli ciekawi Was życie w tym okresie, sama Dania lub obyczajowa powieść o żądzy i zazdrości, z metafizycznym akcentem, proponuję zapoznać się bliżej z „Młynem na wzgórzu”.

Tytuł: Młyn na wzgórzu
Tytuł oryginału: Mollen
Autor: Karl Gjellerup
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie, 2002
Ilość stron: 378
Moja ocena: 4/6

Po drugiej stronie torów

„Lecą wieloryby” to pierwsza książka Aleksandra Kościówa, jaką miałam okazję przeczytać i mam nadzieję, że z czasem przeczytam też dwie poprzednie, bo lektura pokazała mi autora jako pisarza panującego nad słowami, ich melodią i obrazami, które wywołują. Nie zdziwiła mnie informacja, że Kościów jest kompozytorem i wykładowcą w warszawskiej Akademii Muzycznej. Nie tylko muzyczność samego języka wpłynęła na to skojarzenie. Treść książki jest bowiem bardzo filmowa i czytając wręcz słyszałam w tle muzykę, nie trudno wyobrazić sobie cały soundtrack ilustrujący książkę. I to podobało mi się w „Lecą wieloryby” chyba najbardziej.

Fabuła książki nie należy może do najoryginalniejszych, zwłaszcza dla wielbiciela gatunku fantasy. Pełno jest książek (i nie tylko książek, komiksów na ten temat powstało pewnie jeszcze więcej), gdzie główny bohater (lub bohaterka) z tego czy z innego powodu trafia do innego świata, równoległego lub absolutnie oderwanego od znanej nam rzeczywistości, skąd następnie próbuje się wydostać, a za cel przyświeca mu misja do wykonania, tęsknota za ukochaną osobą lub zwyczajnie za domem. Nierzadko po drodze udaje mu się namieszać w lokalnej społeczności, zazwyczaj zbiera się także wokół niego grupka przyjaciół lub chociaż jeden przedstawiciel płci przeciwnej, aby dodać rumieńców całej akcji. Daleko nie szukając na podobnych schemacie oparte było choćby „Nigdziebądź” Gaimana. Kościów sprawnie wykorzystał ten motyw, wplatając go w historię Jona i Mai, którzy poznali się jako dzieci i od zawsze byli razem. W trakcie trwania głównej fabuły książki mają po dwadzieścia kilka lat i studiują w różnych miastach, co według ich założeń ma pogimnastykować „mięśnie uczucia”. I rzeczywiście, Jon opiera się różnym pokusom, niewiele zresztą jest w stanie zagrozić jego związkowi, który traktuje jako pewnik i wartość absolutnie stałą w swoim życiu. Natrafia jednak na dziewczynę zdeterminowaną, by dopisać Jona do swojej listy podbojów i choć ciężko uznać, że jej się to do końca udało, to jednak chwilę później Jon gnany poczuciem winy jedzie pociągiem do miasta ukochanej, aby wyjaśnić sprawę. Z paczką bez i bukietem kwiatów pędzi błagać o wybaczenie, pakując się pod koła samochodu. Po odzyskaniu świadomości ze zdziwieniem stwierdza, że oto znalazł się w Peronii, dziwnym świecie, gdzie jak okiem sięgnąć wszędzie znajdują się tory, a głównym zajęciem ludzi jest łapanie „poszynów”, samotnych pociągów pędzących nie wiadomo skąd i dokąd. Zanim Jon na dobre przyzwyczai się do nowych realiów, został wplątany w ciąg tajemniczych wydarzeń, które nie tylko przypomniały mu o tym, gdzie powinien zmierzać i co, czy raczej kto, jest jego celem na końcu drogi, a przy okazji wprowadził sporo zamieszania nie tylko na Peronii, ale i innych zakątkach tajemniczego świata. Zakończenie, choć pewne aspekty są przewidywalne i oczywiste, zdawałoby się, od początku niezwykłej przygody Jona, ma jednak zaskakujący potencjał i rozwiązanie nie tyle słodko-gorzkie, jak czytałam w kilku recenzjach, ale przerażające moim zdaniem. Jeśli wierzyć słowom Jona, rozpościerająca się przed bohaterem pustka wypełniona tęsknotą i wiecznym zawieszeniem wydaje mi się być niczym lepki marazm, zabierająca oddech wata, w której egzystencja szybko doprowadziłaby mnie do utraty zmysłów.

Jeśli oczywiście wierzyć słowom Jona. Mój największy problem podczas czytania polegał bowiem na tym, że nie potrafiłam uwierzyć bohaterom w to, co mówili o swoich uczuciach, najgorzej przychodziło mi to z… miłością między Jonem a Mają. Rozumiem, że byli ze sobą już bardzo długo, że uczucie między nimi przerodziło się w stałą, coś pewnego i niewzruszonego, nie potrafię jednak uwierzyć w miłość między dwojgiem dwudziestolatków niemal całkiem wyzbytą z jakiejkolwiek spontaniczności, czy zwyczajnie okazywania sobie uczuć. Owszem, Jon może po prostu nie dzielić się z czytelnikiem swoimi emocjami na tyle, by rozprawiać o swoim długoletnim związku, jednak o Mai nie dowiadujemy się właściwie niczego, poza tym, że uwielbiała bezy. Człowiek, który kocha i który tę miłość traktuje jako swój talizman i drogowskaz, mówiłby cokolwiek o tej osobie, tak mi się wydaje, wspominał ja konkretniej… Jako że mowa o uczuciach, taką chemię między bohaterami też można czuć bądź nie i ja jej dostrzegałam między Jonem a Mają, choć zazwyczaj jestem wrażliwa na takie wątki. Więcej w tym było przyzwyczajenia, niewzruszonej pewności i później poczucia winy, niż głębokiego uczucia (oczywiście w moim sposobie pojmowania go), co potem potwierdziły kolejne wydarzenia, zmierzając do finału.

Kościów pisze bardzo obrazowym językiem, radzi sobie zarówno z akcją jak i refleksjami i opisem uczuć bohaterów (stąd podejrzewam, że moje domysły dotyczące związku Jona i Mai nie są całkowicie przypadkowe i bezsensowne). Peronia i cały świat „po tamtej stronie” to miejsca pełne wyobraźni, gdzie autor symbolicznie odbija w krzywym różne kwestie dotyczące naszej rzeczywistości. Mnie jednak bardziej przypadły do gustu fragmenty dziejące się w naszym świecie, gdzie autor naprawdę wspaniale opisywał emocje bohaterów, używając subtelnych i niezwykle celnych metafor. Część „fantastyczna” była jak najbardziej udana, choć nie zaskakiwała oryginalnością. Niemniej jednak „Lecą wieloryby” czytało się bardzo przyjemnie i niektóre obrazy zawarte w powieści wciąż towarzyszą mi po skończeniu lektury.

Tytuł: Lecą wieloryby
Autor: Aleksander Kościów
Wydawnictwo: Znak, 2010
Ilość stron: 264
Moja ocena: 4+/6

Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak, za co bardzo dziękuję!

Opowieść islandzka

Przeczytałam „Skugga Baldur: opowieść islandzka” Sjóna i czuję się niewyraźnie. Naczytałam się samych zachwytów, treść książki i styl pisarza brzmiały jak idealnie dla mnie stworzone, dwa fragmenty, które przeczytałam w którejś z recenzji również przemówiły do mojej wyobraźni. Wypożyczyłam tę krótką książeczkę, przeczytałam i… owszem, jest to pozycja dobra, może nawet bardzo dobra, ale nie zachwyciła mnie ani trochę. I teraz siedzę i zerkam niepewnie na bardzo estetyczną okładkę. Czy to braki w mojej wrażliwości? Czy czas czytania był nieodpowiedni? Krótko mówiąc, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z tą książką? Na szczęście na ratunek przychodzi stara prawda, że każdy ma swój gust i na szczęście nie ma obowiązku, żeby każdemu podobała się dana pozycja. Niemniej jednak szkoda, bo nastawiłam się na wspaniałą lekturę i może wygórowane oczekiwania przyczyniły się mocno do mojego zawodu. Bo przecież, mimo wszystko, podobało mi się!

Fryderyk Zielarz trafił na Islandię jako student medycyny i chciał wyjechać powrotem do domu, kiedy los postawił na jego drodze upośledzoną dziewczynę, która przybyła na wyspę na opuszczonym statku, spowita gęstą mgłą tajemnicy. Nie potrafił jej zostawić i wszystkie jego plany uległy zmianom. Lata później, tuż po pogrzebie dziewczyny zepchniętej poza nawias społeczeństwa przez większość ludzi w wiosce, pastor Baldur Skuggason wyrusza na łowy. Od przyjaciela dowiedział się o niespotykanej na tych terenach białej lisicy i ta wiadomość rozpaliła w nim pragnienie natychmiastowego zdobycia zwierzyny. Wszystkie te wątki przeplatają się, pod koniec wpasowując w obraz, niczym puzzle w układance.

Sjón miesza w swojej powieści czasy dziewiętnastowiecznej Islandii, mitologię, czarną magię i motyw pomszczenia zła wyrządzonego ukochanej osobie. Brzmi wspaniale? I takie by było, gdyby nie… tłumaczenie. Naczytałam się o poetyce Sjóna, o jego pięknym stylu i choć nie mogę przeczytać jego twórczości w oryginale, mogę stwierdzić, że „Skugga Baldur” jest przetłumaczone zwyczajnie kiepsko. Przede wszystkim, choć bardzo lubię stylizowany język, nie przeszkadzają mi archaizmy i nierzadko taki styl wręcz mi odpowiada, tutaj przyjmuje to postać wręcz groteskową. Miałam wrażenie, że tłumacz nierzadko na siłę wciska w zdania starodawnie brzmiące słowa, tuż obok tych dużo bardziej współczesnych, nie mówiąc już o ich niepasującym, zabawnym wręcz brzmieniu. Pogoń za lisicą być może miała być przedstawiona poetycko, tu w wielu przypadkach, dzięki wyborowi słów, była zabawna, groteskowa i śmieszna w sposób dużo bliższy negatywnemu… Chwilami odnosiłam wrażenie, że tłumacz sam nie radzi sobie z narzuconym stylem i gubi się w składni, tworząc zdania-potworki. I choć lektura nadal sprawia przyjemność, to te potknięcia zgrzytają i nie pozwalają cieszyć się lekturą w takim stopniu, w jakim było to możliwe. Początkowo po odłożeniu książki miałam ambiwalentne odczucia także co do samej fabuły, stwierdzając, że owszem, jest ciekawa, ale mało odkrywcza, patrząc jednak na nią z dystansu, oceniam ją zdecydowanie lepiej.

Myślę, że mimo wszystko warto książkę przeczytać, by wyrobić sobie własne zdanie o tej popularnej pozycji i liznąć trochę literatury islandzkiej. Jeśli jednak macie możliwość, spróbujcie przeczytać ją w innym tłumaczeniu (chyba, że jesteście szczęściarzami mogącymi przeczytać ją w oryginale). Podejrzewam, że istnieje wtedy dużo większa szansa na to, że Wam się spodoba.

Tytuł: Skugga Baldur: Opowieść islandzka
Tytuł oryginału: Skugga-Baldur
Autor: Sjón
Wydawnictwo: Słowo/Obraz Terytoria, 2009
Ilość stron: 120
Moja ocena: 4/6

Więcej o Chinach

Po wspaniałych „Dzikich łabędziach” miałam ochotę na kolejne książki dotyczące Chin, tym razem na pozycję bardziej beletrystyczną. Z wielkimi nadziejami zabrałam się więc za czytanie dwóch powieści (choć są one tak krótkie, że słowo powieść brzmi w ich przypadku zbyt dumnie) chińsko-francuskiej autorki, Shan Sa.

Shan Sa urodziła się w Pekinie, a do Paryża wyemigrowała na stypendium dopiero po wydarzeniach na placu Tian’anmen, które bardzo przeżyła. Na początku zajmowała się pisaniem wierszy i na tym polu osiągnęła swoje pierwsze sukcesy. Jej pierwsze powieści zostały wydane już w języku francuskim: „Brama Niebiańskiego spokoju” oraz „Cztery życia wierzby” i to właśnie te dwie książeczki wpadły mi w ręce. Obie są na tyle krótkie, że można przeczytać je w jeden wieczór i traktują o rzeczach bliskich autorce.

bns

„Brama Niebiańskiego Spokoju” opowiada o wydarzeniach tuż po masakrze na placu Tian’anmen. Młoda przywódczyni ruchu, Ayamei, oporu błąka się po ulicach Pekinu i dość biernie pozwala się ukrywać i w końcu wywieźć z Pekinu. Choć na prowincji na chwilę odnajduje spokój, na jej trop wpadają w końcu żołnierze pod dowództwem zagorzałego maoisty, Zhao. Zhao, dziecko ubogich rolników, doszedł do dość wysokiej pozycji dzięki wytrwałości i oddaniu. Wierzy w lepsze, maoistyczne Chiny i kiedy dostaje rozkaz wytropienia Ayamei, nie spocznie, póki tego nie zrobi. Ayamei ucieka w góry i tam poszukuje jej Zhao, czytając znaleziony pamiętnik dziewczyny. Z kart dziennika opozycjonistka jawi mu się w zupełnie inny niż podawali to zwierzchnicy sposób i dla mężczyzny staje się ostoją piękna i poezji, o których musiał zapomnieć w swoim żołnierskim życiu. Odżywają powoli tłumione dotąd uczucia i choć nie znajdziemy w tej powieści wątku miłosnego, reklamowanego w notce wydawniczej, to między bohaterami, którzy się nie znają, pojawia się niewytłumaczalna więź. Sama Ayamei poszukuje, można by powiedzieć, samej siebie, swojej tożsamości i miejsca w życiu, odkąd to, co było dla niej ważne znikło. Wchodząc coraz głębiej w świat przyrody, tajemnicze i niebezpieczne góry, które według mieszkańców wioski pełne są duchów i mitycznych stworzeń, sama przenosi się w świat na skraju prawdy i snu, pełnego poezji i niewytłumaczalnej tajemnicy.

czzw

„Cztery życia wierzby” to natomiast zbiór opowiadań, które łączy motyw płaczącej wierzby, symbolizującej w Chinach zarówno śmierć jak i odrodzenie. Każde opowiadanie umiejscowione jest w innym czasie i ma trochę inny charakter. Pierwsze przywodzi na myśl stare baśnie bądź legendy. Kolejne opowiada o czasach krępowania stóp i bogatym domostwie na skraju stepu. Następnie mamy rewolucje kulturalną i wreszcie współczesne Chiny, w których wciąż odnaleźć można trochę legend i magii. Czy rzeczywiście tylko symbol wierzby łączy te opowiadania? W każdym występuje para, kobieta i mężczyzna, żyjący w trochę odmiennych światach, przede wszystkim pod względem duchowym. A każda kobieta, na swoje czasy, jest osobą silną, choć delikatną – być może to wciąż jedna i ta sama postać, inkarnacja wierzby zagubiona w procesie ciągłej reinkarnacji, skazana na duchową samotność. Znów, poezja i świat magiczny miesza się tu z realnym, a historia ze zwyczajnym życiem.

Niestety, obie książki trochę mnie zawiodły. Czytając opisy umieszczone z tyłu książki spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego, ale pisarstwo Shan Sa pozostawia moim zdaniem mocny niedosyt. To zadaniem czytelnika jest doszukać się symboliki i wyobrazić sobie Chiny z różnych okresów, bo Kraju Środka jest w książkach tej autorki jak na mój gust zdecydowanie za mało. Język jest dość prosty i, co może jest kwestią słabego tłumaczenia, mimo pewnej poetyckości drażniący – powtarzające się wciąż zwroty, zwłaszcza w opisach postaci (Ayamei), irytująco sztuczne dialogi i za mało treści, za mało głębi… Tak wspaniale się zapowiadało i może dlatego odczułam taki zawód. Nie można identyfikować się z papierowymi bohaterami i z przejęciem śledzić ich przygód i przemyśleń. Zdarzają się lepsze momenty (dziennik Ayamei lub drugie opowiadanie z „Czterech żyć wierzby), ale mogło być zdecydowanie lepiej. Szkoda. Po kolejne książki Shan Sa już raczej nie sięgnę…

Shan Sa, „Brama niebiańskiego spokoju” (Muza, 2003)
Shan Sa, „Cztery życia wierzby” (Muza, 2004)