Archiwum

Posts Tagged ‘wyd muza’

Walijska prowincja („Eve Green” Susan Fletcher)

Ostatnio napisałam kilka recenzji książek, które niestety niespecjalnie mi się podobały. Kilka ich jeszcze pojawi się na blogu, bo mam mocne postanowienie nadrobienia zaległości, aby więc nie wyjść na wiecznie niezadowoloną marudę, tym razem napiszę o książce uroczej, którą czytało mi się niezwykle przyjemnie i którą mogę spokojnie i tym razem bez zbędnej ilości różnych „ale” polecić. „Eve Green” Susan Fletcher, bo o tej książce mowa, znalazła się na mojej półce jakoś w pierwszych miesiącach mojego blogowania. Musiałam o niej przeczytać u kogoś na blogu pozytywną recenzję, bo okładka raczej by mnie to zakupu nie zachęciła (poza kolorem, oczywiście), a opis z tyłu, choć przyjemny, też nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego. Książkę znalazłam za kilka złotych w Matrasie i przeczekała sobie kilka lat na półce, aż mi się o niej przypomniało i zażyczyłam sobie przyniesienia jej do szpitala, gdzie niestety przedłużała nam się wizyta z powodu wstrętnych infekcji. I choć końcem końców przeczytałam ją już po powrocie do domu, kiedy nareszcie zrobiła się wiosna, to uważam ją za dobry pomysł na poprawę humoru. A nie jest to wcale książka specjalnie optymistyczna! Powiedziałabym raczej – ciepła, subtelna i mówiąca o pogodzeniu się z samym sobą, odnalezieniu pewnej wewnętrznej harmonii. Brak jej jednak uduchowienia częstego przy takich tematach, to powieść na wskroś naturalna, niekoniecznie wyróżniająca się wybitnie na tle innych, ale warta przeczytania.

Zarys tej powieści jest dość prosty. Dwudziestodziewięcioletnia Eve Green wspomina swoje pierwsze lato w Walii. Trafiła tam do domu swoich dziadków mając lat osiem, zaraz po przedwczesnej śmierci swojej matki. Od tamtej pory wieś Cae Tresaint stała się jej domem, jednak to pierwsze lato, a właściwie cały pierwszy rok mieszkania w nowym miejscu odcisnęły piętno na całym życiu Eve. To właśnie wtedy poznała ludzi, którzy w pewien sposób ją ukształtowali, poznała swoją duchową ojczyznę, ponieważ już nigdy nie mogła mieszkać poza Walią i nie móc oglądać jej nieba, nie być otoczona jej przyrodą. A wreszcie tamtego lata zaginęła niewiele starsza od niej dziewczynka, Rosie, a cały dramat owiany był tajemnicą. Być może Eve znała do niej klucz, choć zupełnie inny, niż spodziewali się inni mieszkańcy wsi. Dodatkowo mała Evie ze strzępków rozmów, niechętnych spojrzeń lub otwarcie wrogich komentarzy poznaje historię miłości swojej matki, którą dopiero dorosła Eve w pełni zrozumie, o ile oczywiście zrozumienie czyichś uczuć jest do końca możliwe…

Mamy więc w powieści kilka sprawdzonych motywów – rodzinne sekrety, tu poznawane zwłaszcza oczami dziecka, miłości z dawnych lat, przenosiny na prowincję, zapierająca dech w piersiach przyroda i kilkoro fascynujących mieszkańców. A jednak autorce udało się wymknąć banałowi i wszystkie te elementy się w jej powieści sprawdzają, mają sens i są opisane naprawdę ładnym językiem, który pozwala zobaczyć każdą scenę i poczuć klimat Cae Tresaint, zarówno kiedy kwitną we wsi kwiaty, jak i kiedy błoto wciska się wszędzie i krowy chorują na niebezpieczną chorobę racic. Susan Fletcher poradziła sobie z tematem doskonale, a kilka wątków mnie po prostu zauroczyło, jak choćby wątek uczuciowy głównej bohaterki, tak odmienny od typowego romansu z książek obyczajowych (choć i taki tu znajdziemy dzięki matce Eve). Wspaniale też zostali opisani dziadkowie Eve i kiedy myślę o wielu innych wątkach tej powieści, aż żałuję, że nie była dwa razy dłuższa, bo mogłabym ją czytać i czytać, poznając kolejne małe i wielkie sekrety, rodzinne dramaty, a także samą wieś i jej okolice. Nie mówiąc już o tym, że zapragnęłam pojechać do Walii, co też chyba mówi sporo o tym, jak urzekająca jest to książka.

„Eve Green” wydaje mi się idealną powieścią na lato. Jest lekka, wciągająca, pełna sekretów i uroku. Bohaterowie są psychologicznie naprawdę dobrze zarysowani i nie trudno jest wciągnąć się w ich historie, nawet jeśli to jedynie skrawki opowieści z dawnych lat, których rozwiązanie już siłą rzeczy czytelnik zna. Prawdziwa to czytelnicza przyjemność, a dodatkowym smaczkiem jest fakt, że to debiut autorki, która napisała powieść mając lat 25. Nic tylko westchnąć z zazdrością (pozytywną!) i cieszyć się na inną jej powieść czekającą na półce, czyli świetnie przyjęte „Ostrygojady”.

Tytuł: Eve Green
Autor: Susan Fletcher
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Wydawnictwo: Muza, 2006
Ilość stron: 264
Moja ocena: 5/6

Reklamy

Koszmarna korporacja

Gdyby tak zapytać osoby średnio zainteresowanej Japonią, z czym kojarzy jej się Kraj Kwitnącej Wiśni, myślę że w pierwszej dziesiątce (oczywiście po samurajach, gejszach, sakurze i pewnie nawet czerwonych karpiach koi) znalazłyby się korporacje. Mityczne placówki, które ze swych pracowników wysysają wszelkie siły do pracy i energię do życia, aż nieszczęsny człowiek popełnia samobójstwo lub umiera z przepracowania. Gdzieś w tle majaczą hotele kapsułkowej, bo przecież nieszczęśnicy nie mają czasu na powrót do domu i generalnie, ich żywot to piekło na ziemi. Wszystko to trzeba oczywiście przesiać przez grube sito, jako że wokół pracowitych jak mrówki Japończyków narosły już niemałe mity, przyznać jednak należy, że pracujący w wielkich korporacjach ludzie muszą pracy poświęcić rzeczywiście dużo swego czasu i zaangażowania. O tym traktuje książka Amélie Nothomb, „Z pokorą i uniżeniem”. Książka powstała w oparciu o jej własne doświadczenia, a ona sama jest główną bohaterką. Nie uznałabym jej jednak za powieść biograficzną, gdyż nie znalazłam nigdzie potwierdzenia takiego stanu rzeczy, a opisane zdarzenia wydają mi się aż nazbyt „drastyczne”, by mogły przydarzyć się osobie kilka lat mieszkającej w Japonii, posiadającej tam przyjaciół i siłą rzeczy mającej pojęcie o tamtejszych realiach.

Amélie przyjmuje posadę tłumaczki w firmie Yumimoto, szybko jednak okazuje się, że nie ma dla niej konstruktywnego zajęcia i dziewczyna znajduje sobie mniej lub bardziej pozbawione sensu zadania, byle tylko móc się czymś zająć. Nie mogąc dostosować się do reguły, według której przed awansem prowadzącym do pracy na stanowisku docelowym, pracownik musi swoje odrobić jako firmowe popychadło, Amélie pakuje się sado-masochistyczny konflikt z przełożoną i mimo chwilowych wzlotów, ląduje na etacie sprzątaczki łazienek. Na szczęście do całej sytuacji podchodzi z humorem i determinacją, obiecując sobie, że przepracuje pełny rok kontraktu. Jej perypetie, chwilami przezabawne, innym razem frustrują swoją niesprawiedliwością. Czytelnik coraz bardziej wczuwa się w losy bohaterki, życząc jej, by sprawiedliwość zatriumfowała… I choć pewien triumf przychodzi, nie jest to mimo wszystko scenariusz hollywoodzkiego filmu, niegodziwi pracodawcy nie zostaną więc należycie ukarani, a samej Amélie nierzadko chce się przypomnieć, że skoro chciała pracować w japońskiej firmie, to powinna się trochę więcej dowiedzieć o specyfice takiej pracy, można więc uznać, że ma to, na co zasłużyła…

Autorka snuje niezwykle pesymistyczną wizję bycia Japonką i choć wiele w niej cieni, które rzeczywiście grożą japońskim dziewczynom, to trzeba pamiętać, że czasy współczesne różnią się od sytuacji społecznej jeszcze sprzed kilku lat, a także że mimo wszystko Nothomb przedstawia pewne fakty niemal karykaturalnie, z przymrużeniem oka i dużą dawką czarnego humoru. Znam kilka młodych Japonek i żadna z nich nigdy nie narzekała na swój status, ciesząc się raczej z należnym im wygodom. Oczywiście, jako gaijince być może nie opowiadają mi swoich wszystkich przemyśleń na temat bycia Japonką, jednak z pewnością wizja takiego życia nie jest czarna i beznadziejna. Mimo ciężkiego tematu, powieść Nothomb czyta się błyskawicznie dzięki lekkiemu stylowi i sporej dawce humoru, nierzadko dość absurdalnego.

Choć nie traktowałabym „Z pokorą i uniżeniem” jako przewodnika po japońskiej obyczajowości, wiele wspólnego można znaleźć i w strukturach polskich korporacji, na szczęście jednak tak jawne wykorzystywanie pracownika wydaje się być odstępstwem od normy, a nie jej przejawem. Moje pierwsze spotkanie z Nothomb mogę zaliczyć do całkiem udanych, choć autorka nie zachęciła mnie raczej do innych swoich powieści. A może powinnam się na coś skusić? Coś polecacie?

Tytuł: Z pokorą i uniżeniem
Tytuł oryginału: Stupeur et tremblements
Autor: Amélie Nothomb
Tłumaczenie: Barbara Grzegorzewska
Wydawnictwo: Muza, 1999
Moja ocena: 4/6

Książka Makine’a, która zachwyca

Andreï Makine to dla mnie odkrycie. W zeszłym roku przeczytałam przepiękny „Francuski testament” i obiecałam sobie, że zapoznam się z tym autorem bliżej. Wiadomo jednak, że przy piętrzących się stosach książek do czytania plany ulegają nagłym zmianom, przesuwają się w czasie, nierzadko przysypane kolejną warstwą fascynujących powieści. Makine musiał swoje odczekać, bo dopiero patronat „Archipelagu” nad jego najnowszą ukazującą się w Polsce książką, „Ludzka miłość”, sprawił, że wróciłam do jego innych książek, pieczołowicie gromadzonych od czasu przeczytania „Francuskiego testamentu”. I ze spokojem mogą stwierdzić, że to jedna z najlepszych rzeczy, jaka przydarzyła mi się w tym roku w moim czytelniczym życiu.

Niewielka powieść pod tytułem „Kobieta, która czekała” jest swego rodzaju małym arcydziełem. Makine z wdziękiem i doskonałym wyczuciem połączył wszystkie niezbędne cechy, które w moim odczuciu świadczą o wybitności książki. Fabuła biegnie na kilku płaszczyznach, stanowiąc wyjście do szerokiej refleksji. Miłość, samotność, poszukiwanie tożsamości i psychologiczna analiza zostały ujęte w sposób daleki od banału, ale równocześnie urzekającą swoją prostotą, bez wielu górnolotnych słów i dramatycznych scen. Tytułowa bohaterka, w sposób typowy dla prozy Makine, została przedstawiona oczami zafascynowanego nią narratora, młodego mężczyzny, który trafił do uśpionej syberyjskiej wioski, by napisać artykuł o tamtejszych obyczajach. Tam spotyka starszą od siebie Wierę, swoistą ikonę wymierającej wsi. Głównym zajęciem Wiery jest doglądanie staruszek, zajmowanie się nimi do śmierci i zapewnienie im pochówku. Nie opuściła wioski jak większość młodszych ludzi i trwa na swoim posterunku, ponieważ czeka. Czeka na dawnego ukochanego, któremu obiecała wierność przed jego wyruszeniem na wojnę. I chociaż minęło już tak wiele lat, ona wciąż czeka, wtapiając się w syberyjski krajobraz jak gdyby naznaczony czekaniem. Narrator usiłuje zbliżyć się do Wiery, posiąść ją poprzez określenie jej uczuć i scharakteryzowanie jej postawy. Kierowany zarozumiałym przekonaniem, że każdego można wpasować w określony schemat emocji, bohater narzuca Wierze wzorzec, który pomaga mu ją sklasyfikować. Każdemu z nich kobieta się jednak wymyka, dowodząc indywidualności każdego cierpienia i każdej samotności, nie wspominając o zwykłym postrzeganiu świata. Mężczyzna nie może pojąć i zaakceptować czekania Wiery, jej smutku, który doskonale można pogodzić z pogodną egzystencją i zaangażowaniem w sprawy przyziemne, które to uczucia według niego się wykluczają. I kiedy myśli, że nareszcie przejrzał motywy Wiery, kiedy wierzy, że ją zmienił i rozgryzł do końca, kobieta zaskakuje go znowu – i po raz ostatni.

Andreï Makine, rewelacyjnie tłumaczony z francuskiego, trafia swoim stylem idealnie w moją wrażliwość. To pisarz, który potrafi wydobyć piękno z codzienności, ze zwykłych przedmiotów i czynności. Gdy opisuje spacer nad brzegiem na wpół zamarzniętego jeziora, idę tam razem z bohaterami. Wzdycham z zachwytu nad opisami uczuć i refleksji, ani przez chwilę nie mam poczucia, że dialogi mają w sobie sztuczność. Proza rosyjsko-francuskiego pisarza pełna jest poetyki, nie popada on jednak w nazbyt uduchowione tony. Tło obyczajowe, choć wyraźne zarysowanie, nie przytłacza w tak krótkiej formie. Pełne fascynacji opisy Wiery tchną delikatnym erotyzmem. Całość jest po prostu cudowna i nie potrafię (nie mówiąc o tym, że nie chcę!) znaleźć w tej książce słabych stron.

Czy na każdym „Kobieta, która czekała” zrobi takie wrażenie? Czytając recenzje ze smutkiem stwierdzam, że większość jest umiarkowanie pozytywna lub wręcz nieprzychylna. Dla mnie to jedno z wielu cudownych odkryć tego roku, który obfituje dla mnie w książki ważne. Ta na pewno się do nich zalicza, a Makine wskoczył na moją listę pisarzy ważnych. Zdążyłam już przeczytać kolejne jego powieści, wszystkie uważam za bardzo dobre i stopniowo będę je tu opisywać, a już teraz gorąco polecam.

Tytuł: Kobieta, która czekała
Tytuł oryginału: La femme qui attendait
Autor: Andreï Makine
Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska
Wydawnictwo: MUZA, 2005
Ilość stron: 162
Moja ocena: 6/6

Murakami i owca

Zastanawiam się, co takiego kontrowersyjnego jest w pisarstwie Murakamiego, że przysparza mu tyluż wielbicieli, co i wrogów, a także prześmiewców. Nie jestem specjalistką od jego twórczości i do tej pory przeczytałam zaledwie cztery książki, ale wszystkie one zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Kwestia gustu? A może kwestia tego, co się w książce widzi? Szyderczo porównywany do Coelho japoński pisarz zdaniem niektórych pisze banały, dodając im pseudointelektualną otoczkę. Dowiedziałam się tego z rozmów i czytania komentarzy, ponieważ sama nigdy nie odniosłam wrażenia, że Murakami próbuje przekazać wielkie prawdy życiowe i stać się mentorem, nie mówiąc o pisaniu sentencji i wciskaniu ich w usta postaci. Oczywiście, porusza tematy ważne, krytykuje zjawiska takie jak konsumpcjonizm, ale to już tematy równie klasyczne (nie, nie napiszę „oklepane”) jak miłość, dojrzewanie, czy cierpienie. To, co mi się w Murakamim podoba, to sposób, w jaki pisze swoje książki – łączy codzienność, nierzadko wyjątkowo banalną, za to wnikliwie opisaną, z ze zjawiskami czysto fantastycznymi, często zupełnie szalonymi, a które zadziwiająco dobrze wpasowują się w fabułę. Japoński autor jest dla mnie przede wszystkim opowiadaczem historii niesamowitych przydarzających się ludziom uważanym za synonim „szarego człowieka”. I jako taki, sprawdził się w każdej przeczytanej przeze mnie książce. Tak jest też z jakiś czas temu przeczytaną przeze mnie „Przygodą z owcą”, która także mi się spodobała i nie mam z tym problemu.

„Przygoda z owcą” jest pierwszą częścią przygód bohatera, którego zdążyłam już poznać w „Tańcz, tańcz, tańcz”. Nieznajomość „Przygody…” nie wpłynęła negatywnie na czytaną przeze mnie wcześniej powieść, jak i teraz wiedza o dalszych losach bohatera w minimalnym jedynie stopniu pozbawiała mnie przyjemności z odkrywania przyszłości bohatera – obie książki są bowiem powiązane dość luźno, mimo że główny bohater oraz kilku pobocznych pozostaje niezmiennych, a i sama historia się zazębia. Bezimienny bohater jest tuż po rozwodzie z żoną, w wyniku zmian na rynku rozmyśla nad porzuceniem firmy, którą założył wspólnie z przyjacielem, czuje się osamotniony i wyobcowany, choć nie narzeka na swój los. Wtedy mają miejsce dwie rzeczy – poznaje dziewczynę o najpiękniejszych uszach, jakie widział (dodatkowo dających swojej właścicielce dość nadzwyczajne zdolności), a wkrótce potem kontaktuje się z nim wielka firma przypominająca nieco mafię, która żąda od niego odnalezienia pewnej owcy. Owcy, która według ich słów od pewnego czasu miała władzę nad ekonomią Japonii, a jej zniknięcie może spowodować upadek misternego systemu. Mężczyzna dostaje propozycję nie do odrzucenia, a czytelnik przez kolejne strony pławić się będzie w tej mieszance realizmu i szalonego snu.

Prawdopodobnie dlatego, że „Tańcz…” czytałam jako pierwsze, zrobiło ono na mnie nieco większe wrażenie i w moim czteropozycyjnym rankingu książek Murakamiego zajmuje wyższą pozycję. Niemniej jednak „Przygoda z owcą” zdecydowanie przypadła mi do gustu i znalazłam tam to, czego w powieściach Japończyka szukam. Język jest naprawdę ładny, opisowy i pełen uroczych dygresji o sprawach pozbawionych znaczenia i błahych, którym te krótkie wtrącenia nadają jednak wartość. Oczywiście dodatkowy plus książka dostaje ode mnie za niezwiązany pozornie z główną historią wątek o bezimiennym kocie i rozmowie o nadawaniu imion w ogóle. Temat ten zainteresował mnie dzięki pewnemu wykładowi z językoznawstwa na pierwszym roku studiów, a cykl o Ziemiomorzu sprawił, że go pokochałam. W „Przygodzie z owcą” motyw ten nabiera dodatkowego znaczenia, biorąc pod uwagę upartą anonimowość głównego bohatera, który do końca dla czytelnika pozostaje bezimienny. Lubię też delikatną japońskość w książkach Murakamiego – pisarz ponoć uznawany jest za bardzo „nie-japońskiego” i rzeczywiście, w porównaniu ze znanymi mi innymi autorami z Kraju Kwitnącej Wiśni, jego styl jest bardzo „zachodni”. Tym bardziej lubię tę japońskość codzienną, wynikającą z normalnego życia, która przewija się w tle. Jest jej mało, ale stanowi dla mnie dodatkową atrakcję.

Jeśli ktoś lubi książki Murakamiego, ta także powinna mu się spodobać, bo jest bardzo „w stylu” pisarza, na tyle, na ile mogę to ocenić po w sumie niewielkiej liczbie przeczytanych pozycji. Natomiast przeciwnicy niech lepiej nie marnują czasu bo prawdopodobnie znajdą tu wszystko, co ich w prozie Japończyka denerwuje. Ja natomiast już planuję lekturę kolejnych jego powieści.

Tytuł: Przygoda z owcą
Tytuł oryginału: Hitsuji-o meguru bōken
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 420
Moja ocena: 4+/6

Tanecznym krokiem przez magiczny realizm

Moje trzecie spotkanie z Harukim Murakamim okazało się równie przyjemne, jak pierwsze dwa. Może trochę mniej niż przy okazji „Wszystkie boże dzieci tańczą”, za to bardziej niż w przypadku „Na południe od granicy, na zachód od słońca”. „Tańcz, tańcz, tańcz” upewniło mnie w przekonaniu, że rozumiemy się z tym japońskim (uważanym ponoć za bardzo mało japońskiego we własnym kraju) pisarzem i mamy mocno zbliżone poczucie estetyki, dzięki czemu lektura była niezwykle przyjemna i zachęciła mnie do dalszego zapoznawania się z twórczością Murakamiego. Nie jest to raczej płomienne uczucie, które kazałoby mi kolekcjonować jego książki tuż po ich ukazaniu się, ale znajomość będziemy na pewno sukcesywnie pogłębiać.

O czym jest „Tańcz, tańcz, tańcz”? Opisanie fabuły nie jest najprostszym zadaniem. Czytałam, że jest to luźna kontynuacja wcześniejszej „Przygody z owcą”, ale tej powieści jeszcze nie miałam okazji przeczytać. „Tańcz…” zaczyna się niejako w środku opowieści o bezimiennym bohaterze, człowieku wyobcowanym w japońskim społeczeństwie, któremu nietrudno jest natychmiast przyczepić łatkę osoby niedojrzałej, nieprzystosowanej i po prostu dziwacznej. On natomiast doskonale zdaje sobie sprawę z prawideł i zasad rządzących społeczeństwem, jako czujny obserwator jest na nie wyczulony być może mocniej niż większość osób wchłoniętych przez ów konsumpcyjny w dużej mierze twór. Fakt, że nie chce się im podporządkowywać jest już sprawą drugorzędną, która nie wynika z braku świadomości. Bohater żyje według scenariusza, który sam sobie ustanowił, co wcale nie znaczy, że jest dzięki temu spełniony i zadowolony. Powiedziałabym raczej, że boleśnie odczuwa pustkę i bezsens egzystencji, która mimo pewnych sukcesów i generalnego nie żałowania sobie przyjemności chwilami przypomina jedynie wegetację. Punktem zwrotnym wydaje się być więc powtarzający się sen, w którym ktoś płacze nad bohaterem w hotelu Delfin. Mężczyzna odwiedził kiedyś ten podupadły pensjonat wraz z prostytutką, z która łączył go związek prywatny. Tam spotkał tajemniczego Człowieka Owcę. Postanawia wrócić do hotelu i dowiedzieć się, co może znaczyć scena ze snu. Na miejscu odnajduje jednak niezwykle nowoczesny budynek o tej samej nazwie. Prócz imienia nic nie wydaje się łączyć starego hotelu z nowym. Szukając informacji o poprzednim właścicielu, bohater nawiązuje znajomość z nerwową acz uroczą recepcjonistką, która w jego wyobrażeniu uosabia duszę hotelu. Dziewczyna zwierza mu się, że przypadkowo odkryła kiedyś piętro, które musiało należeć do jakiegoś innego wymiaru, a na nim dziwną istotę, która nie mogła być człowiekiem… Przerażona uciekła z miejsca wydarzeń, bohater natomiast, mimo lęku, poszukuje możliwości, by znaleźć się w tym samym miejscu, co ona.

To jednak właściwie jedynie wprowadzenie do wielowątkowej fabuły, gdzie rzeczywistość miesza się ze snem i magią, nie przestając być realna. Napotkani przez bohatera ludzie to galeria oryginałów, którzy pomimo wielu elementów komicznych lub wspaniale obyczajowych, w większości uosabiają problemy, z jakimi przyszło się mierzyć społeczeństwu. Mamy więc nad wiek dojrzałą nastolatkę, której nikt nie wysila się wychować, nie mówiąc o zrozumieniu. Jest artystka żyjąca poza społeczeństwem i go nie dostrzegająca, jest i aktor, któremu praca narzuca nie tylko role filmowe, ale i postępowanie według ich zasad także w życiu prywatnym, przez co staje się ono kolejną maską zakładaną do odegrania jeszcze jednej postaci, czy wreszcie choćby policjanci przywodzący mi natychmiast na myśl jedną ze sztuk Pintera. To tylko krótki wycinek bogatego zbioru oryginałów o jakże typowych problemach. W żadnym wypadku nie przekłada się to jednak na schematyczność lub banalność. Problem konsumpcjonizmu i jego bezdusznego rządzenia rzeczywistością rysuje się wyraźnie, ale pozostaje w tle i poza kilkoma dłuższymi wywodami nie jest czytelnikowi narzucany zbyt nachalnie. Pojawiają się też tajemnice, z których tylko nieliczne zostaną odkryte. Biorąc jednak pod uwagę atmosferę i styl książki, w niczym to nie przeszkadza, a nawet działa na plus. Losy bohatera rzeczywiście mnie obchodziły, tak samo w przypadku Yuki.

Najbardziej jednak podoba mi się u Murakamiego styl. Książka napisana jest w sposób wyważony, przemyślany i dopracowany, nie ma w niej jednak ciężkości obecnej często w powieściach pisanych z podobnym przywiązaniem do detali. Mimo wielu trudnych i przygnębiających wątków, „Tańcz, tańcz, tańcz” pozostaje lekkie w odbiorze, mimo naprawdę trafnych spostrzeżeń i nierzadko pesymistycznych refleksji. Mam na myśli to, że mimo treści oscylującej wokół smutnych i ciężkich tematów, efekt końcowy nie przygnębia, a raczej przynosi wyciszenie i refleksyjną ciszę. I tak jak już wspomniałam, szalenie podoba mi się estetyka Murakamiego, jego dystans równoległy z sympatią do opisywanych postaci, opisy codziennych czynności i magię unoszącą się nad tym zwyczajnym życiem. Lubię, kiedy pisarz opisując erotykę lub nawet czynności fizjologiczne robi to właśnie z dużą dawką naturalności i estetyki, nie uciekając w wulgarność lub (czego po prostu nie znoszę) w czułostkowość (zwłaszcza w kontekście wspomnianych czynności fizjologicznych). Murakami zachowuje równowagę, co do mnie przemawia. „Tańcz…” być może nie zapewnia wielkich wzruszeń i rozdygotanych emocji, pozostaje jednak niezwykle przyjemnym przeżyciem estetycznym właśnie, smakowitą lekturą, przy której umysł wypoczywa dzięki obcowaniu z harmonią.

Wciąż jeszcze nie doszłam do powieści uważanych za najlepsze w dorobku japońskiego pisarza („Norwegian Wood” w pewnych kręgach, „Kafka nad morzem” w innych) i jestem bardzo ciekawa, jakie będą moje wrażenia na ich temat. Na ten moment jestem zdecydowana, że za jakiś czas znów wrócę do Murakamiego i z pewnością będę dalej zapoznawać się z jego twórczością. Podoba mi się i po jego dalszych książkach obiecuję sobie kolejne pozytywne przeżycia czytelnicze.

Tytuł: Tańcz, tańcz, tańcz
Tytuł oryginału: Dansu, dansu, dansu
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2008
Ilość stron: 536
Moja ocena: 5/6

Czy wielkie dramaty da się wyrazić małymi słowami?

Dzięki dość głośnej ekranizacji i generalnie pozytywnemu odbiorowi samej książki, ciężko znaleźć kogoś, kto o „Lektorze” Bernharda Schlinka nie słyszał nic. Film jeszcze przede mną, natomiast na powieść natknęłam się w bibliotece i wypożyczyłam z ciekawością, ale i pewnym dystansem. Bo i jak tu dać się tak zupełnie ponieść fabule, jeśli się wie, o co będzie w książce chodziło? Tymczasem jednak, czy to z powodu inaczej rozłożonych akcentów w filmie, czy też może dzięki udanym recenzjom, nie znałam głównego wątku książki i zostałam zaskoczona. Co więcej, nie o zaskoczenie w tej historii głównie chodzi.

Zarys historii jest sugeruje, że czytelnik będzie miał do czynienia z kolejnym rozliczeniem z tragedią holocaustu i tak do pewnego stopnia jest w istocie. Powojenne Niemcy. Młodziutki Michael przypadkiem spotyka dużo starszą od siebie Hannę i nawiązuje z nią romans (inicjatywa wychodzi w dużej mierze od kobiety, choć chłopak jest nią zafascynowany i wręcz opętany fantazjami na jej temat). Trzymany w tajemnicy, wielomiesięczny związek wpływa na charakter i dalsze życie Michaela. Kiedy Hanna pewnego dnia znika bez śladu, Michael obwinia za to swoje zachowanie. Poszukiwania spełzają na niczym, więc choć nie jest w stanie zapomnieć o swojej byłej kochance, próbuje zaangażować się w dalsze życie. Kończy szkołę i zaczyna studiować prawo. Właśnie dzięki temu ponownie spotyka Hannę, choć Michael nigdy nie przewidziałby warunków, w jakich do spotkania dochodzi. Młody mężczyzna w ramach seminarium obserwuje proces wytoczony przeciwko byłym strażniczkom hitlerowskiego obozu pracy i właśnie tam, po wielu latach rozłąki, znów widzi Hannę.

Kiedy czytałam „Lektora” żałowałam, że znam te fakty. Wyobrażałam sobie swoje zaskoczenie, w które wprowadziłaby mnie przeszłość Hanny. Tymczasem historia kobiety przedstawiona jest z dystansem, bez nastawienia na zaskoczenie. Nie chodzi tu o szokowanie i nawet prawdziwej zagadki Hanny można się domyślić już na pewien czas przed jej oficjalnym wyjawieniem przez narratora. Powieść dotyczy bowiem głównie dylematu moralnego, przed jakim staje Michael i to nie tylko podczas rozprawy na sali sądowej, ale i później. Hanna stanowi przykład osoby, z jakimi społeczeństwo niemieckie nie potrafiło sobie poradzić w latach powojennych. Tuż po wojnie dawni oficerowie, żołnierze, strażnicy – stanowiący przecież pokaźny procent niemieckiej ludności – byli ich sąsiadami, współpracownikami, znajomymi. Dopiero w latach rozliczania się z przeszłością i procesów przyszło obywatelom stawić czoła pytaniom i szeptom własnego sumienia. Bunt młodych ludzi wiązał się nie tylko z typowymi różnicami pokoleń, ale podsycało go także rozczarowanie generacją rodziców, która tolerowała zbrodniarzy. Schlink obnaża jednak pewną młodzieńczą butę, każącą widzieć wszystko czarne bądź białe, nie tłumacząc zbrodni, ale przedstawiając historie pojedynczych jednostek. Czytelnik widzi wszystkie wydarzenia oczami Michael, który choć należy do młodej generacji, nie potrafi jednoznacznie przekreślić swojej własnej przeszłości, nierozerwalnie związanej z Hanną. Miłość do niej położyła się cieniem na jego życia, a jej sekret wpędził go w dodatkową rozterkę. Hanna okazała się być gotowa poświęcić życie dla ukrycia sekretu, który w porównaniu z innymi wydarzeniami z jej życia wydaje się nikły i pozbawiony głębszego sensu. Nie chcę zdradzić tej największej tajemnicy Hanny, przyznam jednak, że autor niezwykle umiejętnie poprowadził losy Hanny, tworząc z jej sekretu motor działania. Wyszło przekonująco i w sposób prowokujący dalsze rozmyślania nad treścią książki.

Pisząc o książce „Tysiąc żurawi. Śpiące piękności” wspominałam, że wolę niedopowiedzenie niż przegadanie. Wprawdzie Schlink nie pozostawia wiele miejsca na domysły, to jednak słowa traktuje niezwykle oszczędnie. Wydawać by się mogło, że spod jego pióra nie wydostaje się ani jedno słowo więcej, niż to potrzebne. Dzięki temu wzrasta jeszcze moc opowiadanej historii. „Lektor” bardzo mi się spodobał i choć nie czuję potrzeby, by sięgać po kolejne książki autora (choć jeśli zainteresuje mnie fabuła zrobię to z przyjemnością, bo styl wpasował się w mój gust), to cieszę się, że przeczytałam właśnie tę. Film także obejrzę i z ciekawością porównam oba dzieła. Tymczasem polecam Wam lekturę.

Tytuł: Lektor
Tytuł oryginału: Der Vorleser
Autor: Bernhard Schlink
Tłumaczenie: Karolina Niedenthal
Wydawnictwo: MUZA, 2009
Ilość stron: 168
Moja ocena: 5/6

Malarz słów z Japonii

Wielu jest pisarzy, którzy doskonale radzą sobie z językiem, wywołując w czytelnikach emocje, o które zapewne im chodziło, opisując miejsca i zdarzenia w sposób głęboko zapadający w pamięć. Jest jednak subtelna różnica między zdolnym pisarzem, a prawdziwym malarzem słów (z którym to sformułowaniem po raz pierwszy spotkałam się u Mizuu), który pisze tak piękne, że słowa właściwie przysłaniają treść. Takie poczucie miałam zamykając książkę Yasunariego Kawabaty pt. „Tysiąc żurawi. Śniące piękności”. Kryjące się pod tym tytułem dwie nowele japońskiego Noblisty uwodzą czytelnika delikatną i oniryczną atmosferą, poruszając przy okazji ważkie tematy.

„Tysiąc żurawi” to historia młodego mężczyzny imieniem Kikuji, której przełomowe momenty wiążą się z ceremonią picia herbaty. Kikuji trafia na ceremonię organizowaną przez Chikako, dawną przyjaciółkę swojego ojca, którą jako dziecko widział półnagą i zauważył wtedy szpecące znamię porastające jej pierś. Od tamtej pory przepełnia go pewien lęk do tej kobiety, ale i fascynacja zmieszana z odrazą. Sam nie wie, czemu daje się zaprosić na ceremonię, szybko jednak okazuje się, że Chikako zaplanowała na ten dzień wyswatanie młodego mężczyzny z dziewczyną, którą on sam zauważył podążając do herbacianego pawilonu. Dziewczyna zwróciła jego uwagę świeżą urodę oraz niebagatelnej urody kimonem we wzór tysiąca żurawi. Choć Kikuji przeciwstawia się swatce, nie może wyprzeć się zainteresowania Yukiko. Wszystko wydaje się prostą drogą prowadzić do szybkiego i szczęśliwego zakończenia, w drzwiach pawilonu pojawia się jednak pani Ota, kobieta bliska sercu zmarłego ojca Kikujiego, wraz z młodą córką. W herbaciarni zostaje więc Kikuji i cztery kobiety, z których każda będzie miała niebagatelny wpływ na jego losy.

Drugie opowiadanie błądzi na granicy realizmu magicznego i choć nietrudno wytłumaczyć je sobie racjonalnie, atmosfera niezwykłości nie opuszcza czytelnika do samego końca. Dzięki poleceniu znajomego starzec Eguchi trafia do tajemniczego domu, w którym można wynająć na noc dziewczynę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie dwie zasady obowiązujące w tym niepokojącym miejscu: klienci muszą być starcami, a dziewczyny uśpione są tak mocno, że nic nie jest w stanie obudzić ich przez całą noc. Pierwszej nocy Eguchi rozmyśla nad upokorzeniem i niedolą starców, którzy tylko w ten sposób mogą poczuć się jeszcze przez chwilę mężczyzną lub powspominać młodość i stare czasy. Sam nie włącza siebie do ich grona. Fakt, że wciąż jest w stanie uprawiać „prawdziwy” seks stawia go w jego odczuciu ponad staruszkami, do których czuje lekką pogardę zmieszaną ze współczuciem. Choć obiecuje sobie, że nie znajdzie się więcej w domu śniących piękności, za jakiś czas, wiedziony nagłą potrzebą i impulsem trafia tam znowu, chcąc rozwikłać zagadkę domu, poznając coraz to nowe specjalności domu w postaci uśpionych kobiet. Wspomina przeszłość i melancholijnie rozmyśla nad istotą męskości i niewinności. Dziewczęta śpią i nie chcą się obudzić, a sen coraz mocniej przypominać zaczyna śmierć…

Czytając „Tysiąc żurawi. Śniące piękności” smakowałam z przyjemnością słowa płynące spod pióra Kawabaty. Zwykła codzienność, opisy miejsc i przemyśleń bohaterów ocierały się o poezję, pozostając jasne i przejrzyste, nie przytłoczone ilością metafor i podwójnych znaczeń. Sama treść jest nastrojowa i przyciągająca uwagę. Jeśli miałabym znaleźć minusy książki, to w przypadku „Śniących piękności” chwilami odczuwałam pewien przesyt słów, powtarzające się myśli staruszka i jego obserwacje nie zmieniające się znacznie z nocy na noc wpasowywały się w senny klimat opowieści, mnie jako czytelniczkę chwilami nużyły – mając do wyboru przesyt lub niedopowiedzenie, z całą świadomością wybieram to drugie. Historie opisane w obu nowelach podobały mi się, ale nie zachwyciły, zwłaszcza w porównaniu z innymi czytanymi przeze mnie w ostatnich czasach książkami. Niemniej jednak była to świetna lektura i na pewno nie ostatnia książka Kawabaty, którą mam zamiar przeczytać.

Tytuł: Tysiąc żurawi. Śpiące piękności
Tytuł oryginału: Sembazuru. Nemureru bijo
Autor: Yasunari Kawabata
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: MUZA, 2002
Ilość stron: 312
Moja ocena: 4/6

Książka przeczytana w ramach wyzwań literackich: