Archive

Archive for Marzec 2011

Drugie urodziny

Mając uwagę całkowicie pochłoniętą w ostatnim czasie kwestiami archipelagowymi oraz odpowiadaniem na listy i maile, do których znów wkradły mi się zaległości, prawie przegapiłam dzień 30 marca, kiedy to oficjalnie Herbatniki kończą dwa latka. Nie jest to wprawdzie może wielce imponująca rocznica, ale szalenie mnie cieszy. Pomysł założenia sobie tego bloga był jednym z najbardziej udanych moich pomysłów – wspaniali ludzie, jakich dzięki niemu poznałam, „Archipelag”, stosy przeczytanych i otrzymanych książek, a wreszcie zwiększenie samodyscypliny, jaśniejsze i sprawniejsze wyrażanie myśli… Oraz główny cel bloga tego rodzaju – spisywanie wrażeń i odczuć z lektury. Wspaniała sprawa i jeśli czyta to ktoś, kto sam myśli o sprawieniu sobie miejsca w sieci o takim charakterze, gorąco zachęcam.

Żeby uczcić w jakiś sposób tę przyjemną rocznicę, mam dla Was prezent w postaci bardzo interesującej książki Marcina Wilka pt. „W biegu…”, o której pisałam tu. Jeśli jesteście nią zainteresowani, wpisujcie się proszę w komentarzach. Na zgłoszenia czekam na 23 w najbliższą sobotę (02.04), jeśli chętnych będzie więcej, zrobię losowanie. Miłego wieczoru!

Kategorie:meta Tagi: , ,

Historia pewnego listu i Żydzi w Afganistanie

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o książce „Chicken Street” Amandy Sthers zapragnęłam przeczytać tę powieść. Afganistan, główne choć nie jedyne miejsce wydarzeń, działa na mnie w literaturze jak magnes. Kiedy jednak już sprawiłam sobie tę cieniutką objętościowo książkę, dopadły mnie wątpliwości. Bo jak osoba, która z tego, co podają internetowe źródła, nigdy w Afganistanie nie była, odda jego atmosferę i dramat się tam rozgrywający? Czy nie powieli schematów i nie wykorzysta tragedii jako siły napędowej banalnej historii? Czy nie będzie to aby schematyczna historia dla spragnionych egzotyki mieszkańców Europy spod znaku „dwa światy, jedna miłość”? (Który to motyw, przyznaję z pewnym zawstydzeniem, jest moim „guilty pleasure”) „Chicken Street” odleżało więc swoje na półce, choć i tak był to czas dość krótki ze względu na niewielką objętość (i co za tym idzie, wagę wprost do torebki). Zaczęłam czytać i moje wątpliwości szybko się rozwiały: niepozorne „Chicken Street” ma siłę rażenia bomby, mnogością subtelnie zarysowanych wątków mogłoby obdzielić kilka nowelek zbliżonej długości, wzrusza do łez, nie popadając przy tym ani na chwilę w wymuszoną łzawość.

Chicken Street to jedna z ulic w Kabulu, na której mieszka dwóch jedynych Żydów w Afganistanie – Szymon i Alfred. Nie są ze sobą blisko zaprzyjaźnieni, choć pozostają w pewien sposób od siebie zależni, nie tylko z powodu wspólnej tradycji i wyobcowania w muzułmańskim świecie. Obu zaprowadziły do Kabulu pokrętne ścieżki historii i osobistych przeżyć, kraj nieustannie targany przez konflikty stał się dla dwóch Żydów schronieniem, choć w radykalnym świecie tak naprawdę nigdy nie mogą czuć się do końca bezpieczni. Wiodą jednak spokojne życie – Szymon jest utalentowanym szewcem, Alfred to uliczny pisarz, znający kilka języków i piszący listy w imieniu niepiśmiennej ludności. Ta umiejętność doprowadza do sytuacji, która zmienia życie obu mężczyzn, a także kilku innych osób. Do drzwi Alfreda puka Naema, młoda dziewczyna pragnąca wysłać list do Ameryki. Jej życie znajduje się w niebezpieczeństwie i to nie tylko z powodu odwiedzin u starego mężczyzny niebędącego jej krewnym w towarzystwie jedynie upośledzonego brata. Naema skrywa tajemnicę – podczas pewnego bombardowania spędziła noc z amerykańskim reporterem i teraz spodziewa się jego dziecka. Zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie spotkają ją w momencie wyjścia sekretu na jaw, odpowiedź od Petera jest jej jedyną nadzieją na ratunek. List trafia do Ameryki, pierwsza jednak sięga po kopertę Jenny, żona Petera… Tymczasem w Kabulu Alfred przeżywa nieznane mu dotąd uczucia i jest gotowy zrobić wszystko, by uratować Naemę, która od życia zapragnęła jedynie odrobinę miłości…

Czy taka historia ma szansę skończyć się dobrze? W radykalnie urządzonym świecie nie ma miejsca na odstępstwa od przyjętych norm, twarde zasady nawet miłość są w stanie rozetrzeć na proch. A może właśnie miłość, czyta i prawdziwa jest w stanie zatriumfować nad brutalnym życiem? Amanda Sthers sięgnęła po uniwersalne tematy miłości, poświęcenia, zdrady, wierności, odwagi i samotności. W zwięzłej formie zawarła ogrom ich znaczeń, nie zakładając, że przedstawia całą ich treść, a jedynie wycinek. Nie brak jej słowom poezji, między nimi plączą się niedopowiedziane treści, napięcie przeplata się z łzami. Nie czułam się jednak zmuszana do przeżywania tak silnych uczuć przesadnie obrazowymi scenami, czego bardzo nie lubię. Opowiadający historię Szymon mimochodem niekiedy napomyka o największych dramatach, wracając do nich później, by zachować chronologię lub też zostawiając je wiszące w powietrzu, nie do końca opisane, wierząc w wyobraźnię czytelnika.

Ciężko pisać więcej o tej książce nie zabierając przyjemności czytania, choć nie o zaskoczenie tutaj chodzi. Raczej o olbrzymi ładunek emocjonalny, jaką historia ze sobą niesie, poruszając tematy, o których rzadko pomyślałoby się w kontekście jednej książki. A jednak Sthers dowodzi, że jest to możliwe z powodzeniem. Nie jest to książka przyjemna i odprężająca, warta natomiast każdej chwili spędzonej na czytaniu. Gorąco polecam Wam lekturę „Chicken Street”.

Tytuł: Chicken Street
Autor: Amanda Sthers
Tłumaczenie: Anna Michalska
Wydawnictwo: Noir sur Blanc, 2010
Ilość stron: 168
Moja ocena: 5+/6

Korespondencja z piekła rodem

Chciałam napisać jakiś wstęp do tej notki, wyjaśniający, czemu nie piszę tak często, jak to sobie sama zaplanowałam. Po krótkim rachunku sumienia doszłam do wniosku, że albo uraczę Was osobistymi historiami, które przecież nie muszą Was interesować, a których postanowiłam tu raczej unikać, albo napiszę bełkot nic nie wnoszący do sprawy (co właściwie robię w tym właśnie momencie). Cóż. Napiszę więc ogólnie, że krótka przerwa w blogowaniu wbrew obietnicom spowodowana jest głównie przez pracę oraz zbliżającą się datę wydania kolejnego numeru Archipelagu, a także pragnienie udomowiania własnego mieszkania i stos korespondencji czekający na odpisanie. W autobusie czytam absolutnie przecudowne „Odkrycie nieba”, w czym przeszkadzają mi jakieś niezrozumiałe ośmiogodzinne przerwy na pracę, w domu natomiast „Opętanie”, które też bardzo mi się podoba, ale niestety teraz przegrywa z „Odkryciem nieba”. Poza tym nie mogę doczekać się wiosny oraz kolejnego weekendu, kiedy mogę się wreszcie wyspać i nie mam koszmarów (dziś śniła mi się odcięta martwa ręka, która spadła na mnie przez wentylator w suficie i zaczęła dusić). Tymczasem jednak zbiegło się kilka przyjemnych wydarzeń dających mi motywację do napisania jednej z zaległych recenzji, co bardzo mnie cieszy. Tyle tytułem wstępu (teoretycznie wiem, że przerwa na blogu nie była taka długa, mnie jednak wydaje się, że nie pisałam tu od miesięcy… pojęcie czasu bywa zwodnicze).

Książka „Listy starego diabła do młodego” została mi pożyczona dzięki mojej recenzji „Autobiografii diabła” – inaczej pewnie byśmy z koleżanką Pauliną nie podjęły tego wątku, a sama lektura raczej by mi sama w ręce nie wpadła. Zaczynając czytać tę króciutką książeczkę oczekiwałam czegoś podobnego do powieści Lee – historii obnażającej proste prawdy oparte na chrześcijańskiej doktrynie w sposób poruszający i dający do myślenia. C.S. Lewis napisał jednak dzieło innego rodzaju, choć niewątpliwie dużo bardziej niż „Autobiografia…” skłaniające do przemyśleń.

Sam tytuł oczywiście sugeruje nam już ogólny zarys treści książki. Krętacz, wysoko postawiony w hierarchii piekielnej diabeł, pisze pouczające listy do swojego bratanka (bądź też siostrzeńca), dając mu dobre rady w kwestii zajmowania się jego pacjentem. Młody diabeł rzecz jasna nikogo nie leczy, próbuje natomiast spowodować, by pewien młody Anglik skazał własną duszę na potępienie. Diabeł nie jest bowiem w stanie człowieka do niczego zmusić, jedynie podsycać jego złe skłonności, próbując mącić mu w głowie i wykorzystywać jego słabości przeciw niemu, by jak najbardziej zaszkodzić moralności. Fabuła książki jest dość szczątkowa, ale nie o nią tutaj chodzi. „Listy…” to raczej mały traktat filozoficzny, obnażający bezlitośnie ludzkie wady i słabości, niekoniecznie z perspektywy chrześcijańskiej, ale moralności w ogóle. Każdy list rozprawia o wybranej cesze lub sytuacji, w której każdy może się znaleźć i ulec złym przyzwyczajeniom bądź z nimi wygrać. Czytelnik nie znajdzie tu jednak wytycznych i rad, jak żyć się powinno – Krętacz poucza swego krewnego jedynie w kwestii doprowadzenia człowieka do zguby. Znajdziemy więc niekiedy wręcz zaskakująco trafne obserwacje i przemyślenia nad ludzkimi skłonnościami (nie tylko negatywnymi), brak tu jednak uproszczonych rozwiązań, czy aforyzmów dotyczących prawego postępowania. Zostajemy sam na sam ze zdiagnozowanym problemem, który możemy odnaleźć także w sobie i sami decydujemy, co dalej.

C.S. Lewis przyznaje we wstępie, że irytuje go przedstawianie przez artystów zła jako czegoś fascynującego i zwracającego uwagę, podczas gdy dobro jawi się jako coś nudnego i w żaden sposób nie porywającego. I rzeczywiście, nierzadko to źli bohaterowie w książkach i filmach zostają w pamięci na dłużej, podczas gdy dobrzy są tacy sami i szybko zlewają się w jedno. Osobiście nigdy nie zachwycałam się czarnymi charakterami tylko dlatego, że stali po ciemnej stronie, jednak często łapałam się na podobnej refleksji. Nawet we wspomnianej już „Autobiografii” to diabeł fascynuje i przyciąga, podczas gdy dobro reprezentowane jest przez rozmodloną staruszkę odgrywającą rolę dobrej cioci bohatera, z której mieszkania zawsze pachnie świeżym ciastem i słychać głosy koleżanek zebranych na spotkaniu kółka różańcowego. Obrazek to wyświechtany, strasznie prosty i nieco przaśny, niestety. Lewis natomiast pozostaje wierny swoim zasadom – u niego to siły dobra są intrygujące, tajemnicze i pociągające. Diabły natomiast tkwią w sztywnej hierarchii przypominając korporacyjnych urzędników, nudnych i skupionych jedynie na pracy. Choć wydaje się to oczywiste, dla mnie był to miły powiew świeżości.

Przeczytałam „Listy starego diabła do młodego” w odpowiednim okresie. Książka zachęciła mnie do przemyśleń i przeanalizowania pewnych sfer życia, zapewniając także przyjemnie spędzony czas. Każdemu polecam tę krótką lekturę, na pewno nie będzie to zmarnowany czas.

Tytuł: Listy starego diabła do młodego
Tytuł oryginału: The Screwtape Letters
Autor: Clive Staples Lewis
Tłumaczenie: Stanisław Pietraszko
Wydawnictwo: Media Rodzina, 2005
Ilość stron: 180
Moja ocena: 4+/6

Myślami i sercem w Japonii

Kategorie:muzyka, wydarzenia Tagi: ,

Wyspa jak echo

09/03/2011 1 komentarz

Kilka lat temu na zajęciach ze wstępu do literaturoznawstwa pan profesor, wtedy się chyba habilitujący, powiedział nam, że świadome czytanie jest jak patrzenie przez okno. Cała zabawa polega jednak na tym, żeby nie skupiać się na widoku za oknem, bo tam niewiele nowego znajdziemy, ale na tym, jak to okno jest skonstruowane. Innymi słowy, treść książek jest powtarzalna – miłość, zdrada, dojrzewanie, poszukiwanie siebie, wojna itd. Liczy się to, w jaki sposób autor przedstawia swoją historię, jakiej używa formy i literackich zabiegów. Nie jest to odkrycie Ameryki, dla mnie jednak pozostaje uwagą istotną, ponieważ zupełnie inaczej odbieram czytanie dające przyjemność. Oczywiście, po skończonej lekturze rozmyślam nad sposobami, dzięki którym pisarz osiągnął zamierzony (bądź nie) efekt, zastanawiam się, co o nich myślę, podziwiam bądź kręcę nosem. Jednak w trakcie czytania uwielbiam zapomnieć o fakcie, że czytam i przenieść się do opisywanej historii. Zauważanie rozwiązań stylistycznych podczas lektury drażni mnie i rozprasza, mam wrażenie, że skoro tak rzucają się w oczy, to są zbyt grubymi nićmi szyte. Nie zmienia to faktu, że mogę bardzo daną książkę doceniać, ale coś mnie w niej uwiera, irytuje i nie pozwala cieszyć się czytaniem. I właśnie taką książką, co do której odczucia mam mocno mieszane, jest bardzo dobry skądinąd „Bornholm, Bornholm” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego.

Powieść napisana jest bardzo sprawnie, ma udaną konstrukcję i interesujący zamysł: równolegle poznajemy dwóch męskich bohaterów, których opowieści mają zróżnicowaną treść, ale podobny wydźwięk. Horst Bartlik, niemiecki nauczyciel biologii, zdaje sobie sprawę, że jego stosunki z żoną to nie chwilowy kryzys, ale rozkład małżeństwa. Wzrasta wzajemna niechęć ocierająca się chwilami o nienawiść, parę zdają się łączyć już tylko dzieci. Horst coraz mniej czuje się mężczyzną, co sprowadza się w jego przypadku głównie do braku współżycia seksualnego, jego samotność, wyobcowanie i brak zrozumienia zaczynają osaczać go i zabierać mu chęć do życia. W tym czasie wybucha druga wojna światowa i nad nastawionym wybitnie przeciw niej Bartlikiem unosi się widmo powołania. Co mogłoby spotkać go na froncie? A gdyby zamiast do okopów trafił na zieloną duńską wyspę i zajął się spisywaniem gatunków roślin? Czy miałby gdzie wrócić? Czy chciałby?

Drugim bohaterem oraz pierwszoosobowym narratorem jest mężczyzna siedzący przy łóżku matki pogrążonej w śpiączce. Syn nie wie, czy kobieta go słyszy, ma jednak taką nadzieję i przychodzi do niej regularnie, aby opowiedzieć jej historię swojego życia, wylać żale i frustracje narosłe od czasów dzieciństwa, które mijało mu pod znakiem jej zaborczej miłości. Ze wspomnień wyłania się obraz skomplikowanej relacji, balansującej między miłością a nienawiścią, która położyła się cieniem na życiu mężczyzny. To kolejna historia o samotności, o braku bratniej duszy i szczęścia. Bornholm to wyspa zimna mimo swojej przyrody robiącej wrażenie nie tylko na przyjezdnych, ale i samych mieszkańcach. Jak stwierdza drugi z bohaterów, każdy, kogo losy choć na pewien czas zwiążą się z Bornholmem zostaje tam częścią siebie na zawsze lub też to wyspa goni go niczym echo. Obu mężczyzn łączą ich frustracje, samotność, a przede wszystkim skomplikowane relacje z kobietami, pełne uczuć skrajnych i nie dające szczęścia. Jak informuje czytelnika już nota na okładce, łączy ich także coś jeszcze, ale tu akurat nie trzeba wiele wyobraźni, by domyślić się tego natychmiast, nawet bez przeczytania pierwszych słów książki. Przewidywalność ta jednak nie jest problemem, ponieważ autor nie opierał treści swojej książki na tej zagadce, nie chodzi tu też o zbieranie puzzli i składanie ich w jedną całość. „Bornholm, Bornholm” to naprawdę dobry kawałek literatury.

A jednak nie jestem w stanie bez zastrzeżeń cieszyć się z tej książki. Nie mogąc odmówić lekturze wielu plusów, nie zrobiła ona na mnie większego wrażenia. Lubię czytać o melancholii i samotności, lubię wynurzenia bohaterów i przeplatające się ze sobą historie, tu jednak to wszystko jest dobre, jednak nie bardzo dobre, tak jakby zabrakło tej iskry, dzięki której „Bornholm, Bornholm” mógł stać się powieścią świetną i zapisać się w pewnym kanonie polskiej literatury. Drażniły mnie zbyt widoczne chwilami zabiegi, którymi autor chciał wywołać w swoim czytelniku określone uczucia. Osobiście też nie cierpię nadmiernej fizjologiczności, o której w dodatku pisze się niemal z czułością – to już mało wyważony argument, ale te fragmenty skutecznie pozbawiały mnie co jakiś czas radości z czytania.

Niemniej jednak Klimko-Dobrzaniecki napisał książkę dobrą, przemyślaną i taką, od której ciężko się oderwać, a po skończeniu wraca się do niej myślami. Mnie zdecydowanie „Bornholm, Bornholm” umilił kilka przejazdów autobusem i podwójnie nie mogłam doczekać się końca pracy, aby wrócić do lektury. Polecam więc, choć bez specjalnego entuzjazmu.

Tytuł: Bornholm, Bornholm
Autor: Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Wydawnictwo: Znak, 2011
Ilość stron: 248
Moja ocena: 4/6

Dziękuję Wydawnictwu Znak za udostępnienie mi książki do recenzji.

Cisza i ciepło śniegu

Czy Wy też czujecie w powietrzu zbliżającą się wiosnę? Ja poczułam kilka dni temu i doprawdy nie obchodzi mnie fakt, że dziś wyjrzałam przez okno, a tam w najlepsze wirował w powietrzu śnieg. Co z tego! Nie został na ziemi, ja natomiast radośnie rzuciłam się w wir wiosennych porządków, które ominąć nie mogą także bloga. Z tej okazji mała nowość, ponieważ po raz pierwszy będę na Herbatnikach pisać o komiksach.

Komiks wielu osobom kojarzy się z historyjkami obrazkowymi dla dzieci, czymś niepoważnym i niemającym wiele wspólnego z literaturą. Tym samym autorzy tacy jak Craig Thompson wpędzają czytelników podzielających taki sposób patrzenia na komiksy w pewne zakłopotanie. No bo jak tu podejść do takiej pozycji – rzeczywiście, jest to komiks spełniający wszelkie punkty definicji takowego, ale treściowo blisko mu do literatury z tej wyższej półki. Stąd też zapewne stworzenie terminu „powieść graficzna”, którego używa się w stosunku do „Blankets: Pod śnieżną kołderką”, autobiograficznego komiksu Thompsona, stworzonego z rozmachem i wielką wrażliwością. Ja z komiksami nigdy nie miałam problemu I od dawien dawna nie uważam je za coś przeznaczonego wyłącznie dla dzieci, więc kiedy kolega z pracy zaproponował mi pożyczenie „Blankets” byłam uszczęśliwiona, bo od dluższego czasu chciałam ten komiks przeczytać.

Nie omijając tematów trudnych i nierzadko przykrych, Thompson kreśli nostalgiczną historię swojego dzieciństwa i młodości. Wraz z bratem wychowywał się w ewangelickiej rodzinie. Głęboka wiara rodziców (zwłaszcza matki) i twarde reguły domowego życia (egzekwowane zwłaszcza przez przypominającego podstarzałego macho ojca) wpłynęły na wrażliwego i wyobcowanego chłopca, który już od wczesnego dzieciństwa uciekał w świat wyobraźni. Przyjaźń z młodszym bratem, towarzyszem w szalonych eskapadach, zabawach pełnych magii, którą stworzyć potrafią zazwyczaj tylko dzieci, zostaje wystawiona na próbę w okresie dojrzewania, kiedy Craig bardziej niż kiedykolwiek stara się znaleźć przyjaciół wśród rówieśników i dostosować do innych, walcząc też z poczuciem wyjątkowości i wyobcowania, typowego dla nastolatków. Na zimowisku organizowanym przez towarzystwo kościelne poznaje Reinę, swoją pierwszą wielką miłość, która wywraca jego świat i patrzenie na rzeczywistość do góry nogami. Szukając siebie, swojego miejsca w życiu, miłości, a wreszcie przeżywając wzloty i upadki w kwestii swojej wiary do Boga, Craig dojrzewa i choć jest to słodko-gorzka dorosłość, w sercu czytelnika pozostaje ciepło, niczym po otuleniu tytułową kołderką. Choćby tą ze śniegu.

„Blankets” to wspaniale narysowana historia. Kreska autora jest dość gruba, świetnie oddaje mimikę, emocje i sytuacje, w których znajdują się bohaterowie. Komiks czyta się błyskawicznie, losy Craiga wzruszają i zapadają w pamięć. Długo po skończeniu czytania wracają do mnie poszczególne sceny, poruszone w „Blankets” tematy, a nade wszystko śliczna Reina, którą Craig gloryfikuje i przyznaje niemal status bogini. Nie brak tu głębokich rozmów, spostrzeżeń na temat młodości, miłości I dojrzewania, humoru związanego z dzieciństwem i życiem rodzinnym, które nie zawsze jest różowe. Wzrusza poszukiwanie autorytetów i punktu zaczepienia, który miałby stać się podstawą dla dalszego życia. A także, co udać się mogło właśnie ze względu na komiksową formę, zachwyca cisza. Cisza zaśnieżonego pola, na którym leży Craig z Reiną, a śnieg wydaje im się ciepły, otula ich bezpiecznie i zagłusza całą rzeczywistość. Cisza panuje też w lesie, gdzie mały Craig szuka wraz z bratem ucieczki od przytłaczającego domu, a dorosły Craig spokoju, w którym będzie mógł odnaleźć odpowiedź na pytania kłębiące się w jego głowie. Thompson mistrzowsko wykorzystuje atuty komiksu, nie schodząc także z poziomu „prawdziwej” literatury.

Nawet jeśli nie lubicie komiksów, z czystym sumieniem możecie dać „Blankets” szansę, bo to zaprzeczenie stereotypowemu podejściu do tematu komiksu (chyba, że i takie Was całkowicie nie przekonują). Ja osobiście polecam gorąco, a sama mam ochotę na kolejne „dorosłe” komiksy zwane powieściami graficznymi…

Tytuł: Blankets: Pod śnieżną kołderką
Tytuł oryginału: Blankets
Autor: Craig Thompson
Tłumaczenie: Joanna Kniaź-Hawrot
Wydawnictwo: Timof i cisi wspólnicy, 2006
Ilość stron: 592
Moja ocena: 5/6