Archiwum

Posts Tagged ‘podróżnicze’

Rozczarowanie („Pierwsza wyprawa. Nepal” Kinga Choszcz)

Kinga Choszcz uwiodła mnie kilka lat temu swoją książką o podróży dookoła świata pod tytułem „Prowadził nas los”. Jak mogłoby stać się inaczej, skoro właściwie calutka podróż odbyła się autostopem? Choć oczywiście nie tylko o autostop i kolorowe obrazki z podróży chodziło – mimo że książka nie była powalająca jeśli chodzi o styl (co być może spowodowane było w dużej mierze tym, że powstała na podstawie prowadzonego regularnie bloga z podróży i siłą rzeczy – tekst był mocno skracany i cięty), to jednak dominowała w niej radość podróżowania, zafascynowanie światem i sympatia do ludzi spotykanych na drodze. Czytając nie mogłam przestać się uśmiechać. Następnie pojawiła się „Moja Afryka”, pamiętnik z tragicznie zakończonej podróży, w której Kinga zmarła na malarię. Książkę zaczęłam czytać, ale przerwałam, by pożyczyć ją kuzynce i do tej pory nie wróciłam – jednak zrobię to z przyjemnością, bo przy zaletach znanych mi z pierwszej książki autorki, z przyjemnością zauważyłam poprawę jeśli chodzi o warsztat i mam wrażenie całą koncepcję pisania – Kinga pisała jeszcze ciekawiej, dojrzalej, lepiej wychodziły jej opisy i już wszystko nie było tylko „niezwykłe” i „kolorowe”. „Moja Afryka” czeka więc na swoją kolej, w międzyczasie natomiast ukazała się kolejna książka będąca pamiętnikiem Kingo z podróży. Jak to możliwe, skoro autorka nie żyje? „Pierwsza wyprawa. Nepal” powstała na podstawie notatek i zapisków Kingi z podróży, którą odbyła na przełomie 1995 i 1996 roku, a jej trasa obejmowała głównie Nepal i Indie, a także drogę dojazdową i powrotną. Podobno Kinga nigdy nie planowała wydania swoich zapisków, więc przerobienie ich na książkę przypadło matce, Krystynie Choszcz i opiekunowi serii Poznaj Świat, Wojciechowi Cejrowskiemu. Pytanie tylko, czy naprawdę miało to sens?

Gdyby książka taka jak ta ukazała się rok po faktycznym odbyciu przez Kingę jej podróży do Nepalu, mogłaby stać się wydarzeniem. Nie dlatego, że nikt poza nią takich wypraw nie odbywał, oczywiście, sama autorka wielokrotnie wspomina o masach podróżujących tak jak ona lub dużo bardziej ekstremalnie, dalej, odważniej, masie Europejczyków, w tym Polaków. Sama mogę wymienić kilku moich osobistych znajomych, którzy zjeździli Indie i zrobili to dużo bardziej świadomie, dowiadując się mnóstwa rzeczy i także omijając te utarte, turystyczne szlaki. W latach dziewięćdziesiątych jednak nie było blogów podróżniczych i w ten sposób opisana tak daleka wyprawa dla niejednego byłaby pewnie objawieniem. W każdym razie ja jako trochę ponad dziesięcioletnia dziewczynka z pewnością byłabym zachwycona i zainspirowana. „Pierwsza wyprawa” została jednak wydana w 2011 roku i z przykrością stwierdzam, że nie przedstawia ona sobą zbyt wiele. Nie jest to szczegółowy opis samej wyprawy, dużo tu cięć i luk, prawdopodobnie wynikających z braku notatek i braku samej podróżniczki, która mogłaby luki zapełnić wspomnieniami i anegdotami. Brak tu głębszego spojrzenia na odwiedzane kraje, spotykani ludzie opisani są pobieżnie, jeśli w ogóle, nierzadko dość karykaturalnie. Brak tu wreszcie refleksji nad czymkolwiek właściwie. Nad podróżowaniem, innymi kulturami, inną mentalnością, czymkolwiek. To dokładnie taki zapis, co się działo po kolei, co Kinga widziała, gdzie się zatrzymała, czy pociąg był zatłoczony, a pokój brudny. Istnieje masa książek, w tym kolejne dwie autorstwa Kingi, w których znaleźć można niebotycznie więcej treści. Jestem przekonana, że gdyby nie nazwisko autorki, książka nigdy nie ukazałaby się w księgarniach, bo zwyczajnie jest za słaba.

A wspominając nazwisko autorki ciężko uciec od refleksji, ile rzeczywiście Kingi jest w książce, którą do druku przygotował ktoś inny. Czy udało się uchwycić ton jej zapisków? Czy to właśnie chciała przekazać? Czy wiele suchych faktów nie zostałoby uzupełnione o żywe wspomnienia i później wysnute refleksje? Chcę wierzyć, że tak by właśnie było, ponieważ o ile z miejsca polubiłam Kingę Freespirit od czasów „Prowadził nas los”, to ta z „Pierwszej wyprawy” wydała mi się niemal antypatyczna. Co chwila narzeka, wydaje się patrzeć na inne kultury i ludzi z góry, oceniając naród (w dodatku chiński!) na podstawie zachowania ludzi w jednej wsi, denerwuje się, że Chińczycy nie mówią po angielsku, hinduskich mężczyzn określa kolektywnie jako obleśnych (i nie, nie podoba mi się wcale ich zachowanie i to, jak traktują swoje żony, ale problem z aranżowanymi małżeństwami i gorszą pozycją kobiety leży chyba troszkę głębiej niż w młodym chłopaku z wąsem, który wychowany w określony sposób podąża za znanymi sobie zwyczajami, a w sumie niewiele sam ma do powiedzenia, bo dogadują się między sobą rodzice obu stron?), a nawet wegetariańskie zwyczaje żywieniowe Kingi (także przecież bardzo mi bliskie i budzące moją radość w kolejnej książce) są tu niemal agresywne. Nigdzie później Kinga nie pisała o padlinożercach itd., co moim zdaniem jednak razi. Być może Kinga bardzo się zmieniła między jedną a drugą wyprawą. Być może nie pragnąc wydawać swoich notatek nie zastanawiała się, jak brzmią, pisała je dla siebie… i może takimi właśnie, prywatnymi zapiskami powinny były pozostać.

Książka okazała się dla mnie rozczarowaniem i z przeczytanych przeze mnie pozycji z serii „Poznaj Świat” zdecydowanie najsłabszą. Szkoda.

Tytuł: PIerwsza wyprawa. Nepal
Autor: Kinga Choszcz
Wydawnictwo: Bernardinum, 2011
Ilość stron: 226
Moja ocena: 2/6

Reklamy

Mongolia pod żaglami

Mongolii nie da się „zwiedzać” ani tym bardziej „zaliczać”, w Mongolii po prostu się „jest”. Doświadcza się jej, poznaje, smakuje. Od jej stepowych i pustynnych mieszkańców nie należy wymagać zbytniej punktualności czy pośpiechu, czas jest w tamtych warunkach sprawą umowną.

Mongolia mnie przyciąga. Znam ją tylko z książek, filmów i zdjęć, ale wzrusza mnie sam widok kadrów, czuję się tak, jak gdybym już kiedyś chodziła po tamtych stepach, widziała pustynię Gobi. Dziwne to uczucie i mam nadzieję kiedyś naprawdę zobaczyć nad sobą bezkres błękitnego nieba w tym kraju stepów i koczowników. Podobno nigdzie indziej gwiazdy nie są nocą tak widoczne, dzięki czystości powietrza w bezchmurne noce widać je jak na dłoni. Jedyne co mnie odrobinę zniechęca to tamtejsza kuchnia. Oparta na mięsie a właściwie składająca się niemal w całości z produktów mięsnych i mlecznych, ze znikomą ilością warzyw. Przyszłoby mi więc chyba jechać z pokaźnych rozmiarów wałówką i gimnastykować się za każdym razem, by nikogo nie obrazić odrzucając oferowaną gościnność w postaci parującej wątroby czy innego fragmentu zwierzaka. Co ciekawe, bardzo popularne w Mongolii są… polskie surówki firmy Urbanek! W swojej książce „Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi” Anna Grebieniow podaje nawet, że nazwa firmy stała się właściwie synonimem słowa „surówka” w języku mongolskim. W książce znajduje się więcej tego rodzaju ciekawostek dotyczących mongolskiej kultury i przyrody, a także porywających opisów piękna tego dość nieprzychylnego kraju i jego cudownie gościnnych mieszkańców.

Przede wszystkim jest to jednak opis niecodziennej podróży odbytej przez garstkę przyjaciół na żaglowozach przez pustynię Gobi. Przygoda zaczęła się już w 1978, kiedy Wojciech Skarżyński zainicjował pierwszą podróż tego rodzaju. Na dwóch napędzanych wiatrem pojazdach będących połączeniem trójkołowego wozu i żaglówki (jeden żaglowóz mieści jednego pilota oraz może przewozić pasażera w zamocowanej z boku siatce) polsko-mongolska ekspedycja przemierzyła pustynię. Blisko trzydzieści lat później na informacje o tamtej wyprawie natrafiła Ania Grebieniow, zainteresowana Mongolią podróżniczka. Efekt jej spotkania z „pionierem”, dwóch osób pełnych zapału, inspirujących się nawzajem, mógł być tylko jeden – zapadła decyzja o powtórzeniu wyczynu, w trzydziestą rocznicę podróży Polaków. Czytelnik towarzyszy przyszłym „żaglonautom” już od momentu powzięcia decyzji o wyprawie. Z ciekawością czytałam o przygotowaniach do wyjazdu, konstruowaniu żaglowozu Gobi-3 (Gobi-1 został pozostawiony w Mongolii po pierwszej podróży), szukaniu sponsorów i planowaniu trasy. Następnie trzon załogi wyruszył koleją transsyberyjską do Mongolii, a uczestnicy fragmentów podróży (Wojtek Skarżyński, brat Ani Bogdan i kilkoro innych znajomych bądź członków rodziny) miało dolecieć samolotem w odpowiednim czasie. Ducha przygody czuć na kartach książki już od pierwszej strony, a jest to dopiero preludium przed samą pustynną wyprawą.

Na „Żagle nad pustynią” składają fragmenty dziennika podróży pisanego przez Anię, jej relacja już z pewnej perspektywy czasu, wspomnienia pozostałych członków ekspedycji oraz mnóstwo informacji i ciekawostek dotyczących samej Mongolii. Nie zabrakło też opowieści Skarżyńskiego o pionierskiej wyprawie. Jej inicjator pracował wówczas jako rekonstruktor prehistorycznych zwierząt i do Mongolii podróżował właśnie na wyprawy paleontologiczne. Dzięki temu w książce znalazły się także informacje o polskich pracach wykopaliskowych na terenie Mongolii, a sami żaglonauci dali się porwać fascynującym opowieściom Skarżyńskiego i sami mieli nadzieję na odnalezienie szczątków pradawnego gada… Z szacunkiem wspomina też Skarżyński napotkanych przeszło trzydzieści lat temu Mongołów, ich codzienność i mentalność, która polskiemu podróżnikowi niezwykle przypadła do gustu. Niespieszący się ludzie, niezwykle gościnni i pogodni wydają się być wręcz ucieleśnieniem stepu. Zbliżone odczucia mają jego młodzi następcy – mimo że na step dociera nowoczesność i z niemal każdej jurty wystaje talerz anteny satelitarnej, mieszkańcy Mongolii się nie zmieniają, zachowując swe pozytywne cechy. Oczywiście „Żagle nad pustynią” to książka podróżniczo-przygodowa, nie ma w niej więc próby scharakteryzowania mongolskiego społeczeństwa z jego problemami. To jedynie barwna relacja o ludziach, których żaglonauci napotkali na swojej drodze.

Przyjemnie czyta się tę bogato ilustrowaną historię o podróży, determinacji i chęci spełniania marzeń. Znalazłam tam niejedną zupełnie nową dla siebie ciekawostkę, a opisy przyrody i krajobrazu przybliżają stepowo-pustynny kraj nie mniej, niż zdjęcia. Ania Grebieniow potrafi pisać i jest to duży komplement – dziś sporo jest wydawanych relacji z podróży młodych Polaków, niestety nie zawsze talent idzie w parze z inspirującymi pomysłami i podróżniczym doświadczeniem. Nawet niezwykle przeze mnie lubiana Kinga Choszcz w swojej pierwszej książce nie do końca radzi sobie z opisami. Gdybym miała natomiast szukać minusów… Cóż, sprawa szalenie indywidualna, ale książka mnie nie porwała. Biorąc pod uwagę, że „Żagle…” dotyczą Mongolii, po ich przeczytaniu powinnam zapłonąć natychmiastowym pragnieniem wybrania się w tamte miejsca. Tymczasem książkę przeczytałam z dużym zainteresowaniem, ale bez większych emocji. Nie zainspirowała mnie. Być może chodzi o środek transportu, może o dość mimo wszystko anonimowych podróżników… Nie mam pojęcia. Jest to więc sprawa osobistego odbioru i nie wpływa ona na fakt, że książkę polecam każdemu czytelnikowi interesującemu się Mongolią i podróżami. Sympatia do żeglowania liczy się na dodatkowy plus!

Tytuł: Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi
Autor: Anna Grebieniow
Wydawnictwo: Bezdroża, 2011
Ilość stron: 240
Moja ocena: 4/6

Mały podróżnik na fiordach

Jak już kilkakrotnie wspominałam na blogu, ze wszystkich krajów skandynawskich od dłuższego czasu to Norwegia jest na pierwszym miejscu mojego prywatnego rankingu (wyprzedziła znajdującą się tam swego czasu Finlandię). Nie miałam okazji się tam znaleźć i pewnie w najbliższej przyszłości nie będę miała takiej możliwości (nie planuję, ale kto wie?). Mocno mnie tam jednak ciągnie i książki norweskie bądź o Norwegii automatycznie przesuwają się górę mojej niekończącej się listy książek do czytania. Aldona Urbankiewicz spisała swoje wspomnienia z podróży o Norwegii łącząc je z dziennikiem kolejnej wyprawy do tego pięknego kraju. Ta druga podróż jest niezwykła o tyle, że Aldonie i jej partnerowi towarzyszy ich malutki synek, Mikołaj.

Misiek ma czternaście miesięcy i wszelkie przypadłości dziecka w tym wieku. Jego rodzice postanowili jednak, że zamiast potraktować dziecko jako problem, który na zawsze przeszkodzi im w spełnianiu marzeń, mogą te marzenia spełniać razem. Nie było łatwo, postanowili się jednak nie poddawać, za motto obierając słowa Monteskiusza, że „rodzice zaszczepiają dzieciom nie swoją inteligencję, lecz przede wszystkim swoje namiętności”, a także mądrość, że na drodze do realizacji snów nierzadko największą przeszkodą są własne ograniczenia marzącego i przeszkody, które sam sobie stawia. Wynajęli więc campera, spakowali do niego połowię mieszkania i wyruszyli z Mikołajem do ukochanej Norwegii. Odtąd relacja z podróży i opisy tego skandynawskiego kraju przeplatają się z refleksjami na temat podróżowania z tak małym dzieckiem oraz macierzyństwa w ogóle.

Idea podróżowania z dziećmi jest mi bliska, choć póki co raczej w teorii. Sama nie chciałabym kiedyś rezygnować ze swoich pasji, a raczej włączyć w nie nowego członka rodziny. Odkąd kiedyś natrafiłam na portal Mały podróżnik jestem głęboko przekonana, że jest to możliwe i choć niełatwe, ryzyko niewielkie w porównaniu z możliwymi plusami takiej decyzji. Wydanie książki Urbankiewicz ogromnie mnie ucieszyło, jest to dowód na to, że coraz więcej osób myśli podobnie, a wydaje mi się to cenną perspektywą, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci, które z pozycji ciężaru niszczącego młodość rodziców mogą „awansować” do towarzysza, który podróżowanie ubogaca, a na pewno urozmaica. Tak jest i w przypadku małego Miśka, o czym zabawnie i obrazowo pisze jego mama. Opisy samej Norwegii są na tyle sugestywne, że ma się ochotę od razu wskoczyć w samochód czy inny środek transportu i tam jechać. Do opisów jednak nie pasuje drugi człon tytułu książki – wygląda na to, że tanie podróżowanie w Norwegii nie jest specjalnie możliwe. Generalnie książka w moim odczuciu ma niewiele wspólnego z typowym poradnikiem, choć oczywiście z podróżniczej relacji można zebrać wiele cennych wskazówek lub pomysłów do wprowadzenia we własnym podróżowaniu z maluchem, a nawet we dwójkę bądź samotnie.

Wszystko to brzmi niemal idealnie, jednak z żalem przyznaję, że zachwyciła mnie głównie sama idea podróży, w jaką udała się Aldona Urbankiewicz z rodziną. Owszem, książeczka wydana jest uroczo, zdjęcia są naprawdę bardzo ładne, Norwegia olśniewa, a jednak… Gdybym przeczytała treść zawartą w „Z Miśkiem w Norwegii” na blogu autorki, nie miałabym zastrzeżeń. Kiedy jednak dostaję coś w formie książkowej, moje wymagania natychmiast rosną. Poprawność stylu to trochę za mało, a szczerość i bezpośredniość niekoniecznie muszą nadrabiać braki. Biorąc pod uwagę entuzjazm, z jakim się za tę niewielką objętościowo książeczkę zabrałam, moją sympatię dla Norwegii i uznanie dla podróżowania z małym dzieckiem – powinnam mieć trudności w oderwaniu się od lektury aż do jej skończenia. Mimo że czytałam ją w dość długiej autobusowej podróży, robiłam sobie przerwy, bo książka zwyczajnie mnie chwilami nużyła. By napisać książkę o podróży nie wystarczy jej w moim odczuciu odbyć – trzeba jeszcze umieć o niej opowiedzieć. Tu niestety zabrakło mi tej swady, zdolności gawędziarskich lub zapadającego w pamięć opisywania widzianej rzeczywistości. Być może kolejne książki (w przygotowaniu jest już druga część, „Z Miśkiem w Portugalii”) będą pod tym względem lepsze.

Średnia plusów i minusów wskazuje książkę niezłą, która mogła być naprawdę fascynująca, ale niestety zabrakło jej tej „iskry”. Nie zmienia to faktu, że Aldona Urbankiewicz wydała mi się osobą sympatyczną i życzę jej jak najwięcej spełnionych marzeń i wspaniałych podróży z coraz starszym Miśkiem. Jednak po kolejną książkę jej autorstwa nie sięgnę. Chyba że kiedyś z własnym maluszkiem postanowię wybrać się do Portugalii…

Tytuł: Z Miśkiem w Norwegii
Autor: Aldona Urbankiewicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 268
Moja ocena: 4-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Na fiordach, lodzie i wśród łosi

Obok Wschodu, zarówno tego Bliskiego jak i Dalekiego, miejscem szczególnie bliskim mojej wyobraźni jest Skandynawia, o czym pisałam już przy okazji wyzwania Kraje Nordyckie. Choć nie rozsmakowałam się w świecie skandynawskich kryminałów, tak ostatnio popularnych, to literaturę z krajów północnych czytam z wielką przyjemnością i chętnie sięgam do książek opowiadających o Skandynawii, także z bardziej reporterskiego punktu widzenia. Dlatego też zainteresował mnie zbiór opowieści z krajów skandynawskich autorstwa Tilmanna Bünza pod tytułem „Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących”.

Tilmann Bünz wyjechał do Szwecji na kilka lat jako korespondent z Niemiec. Na miejscu przygotowywał reportaże o życiu w krajach skandynawskich. Zarówno on jak i jego rodzina dość szybko zaaklimatyzowali się w Szwecji, gdzie zima jest mroźna, ciemna i długa, lato natomiast nierzadko upalne i mające słońca aż w nadmiarze. Tilmann Bünz podróżował ze swoją ekipą po Szwecji i Norwegii, zwiedził fragment Finlandii (a przynajmniej nie pisze o niej za wiele, może zobaczył znacznie więcej, niż opisał), wyprawił się także na daleką Północ. Dzięki jego relacjom czytelnik może zajrzeć do daleko wysuniętego na północ ludzkiego siedliska, spędzić dzień z businesswoman w Norwegii oraz na platformie wiertniczej, łowić ryby w przeręblu wraz z rdzenną ludnością kręgu polarnego, a wreszcie dowiedzieć się trochę o skandynawskiej, a przede wszystkim szwedzkiej, mentalności i obyczajowości. Zbiór składa się z tematycznie posegregowanych rozdziałów, w których autor z niezmienną sympatią i życzliwością opisuje poznawanych przez siebie ludzi i z lektury widać od razu, że dał się uwieść skandynawskiej przyrodzie, bujnej i nie całkiem zawojowanej przez człowieka. A czytelnikowi nie trudno iść w jego ślady.

Nie znajdziemy tu zbyt wielu informacji dotyczących historii, sytuacji politycznej czy gospodarczej krajów skandynawskich (poza niewielkimi napomknięciami) – jest to bardziej rozrywkowy „przewodnik”, choć niepozbawiony wiadomości także na poważne tematy, a nawet wzruszających fragmentów. Osobiście znalazłam dla siebie sporo nowego w tej pozycji, jak choćby fakt, że w Szwecji zimą dzieci mają specjalny „kurs” radzenia sobie w sytuacji, w której lód się pod nimi załamie i wpadną do wody. Do tej pory także, mimo czytania książek na ten temat w dzieciństwie, nie bardzo miałam pojęcie o życiu na szwedzkich szkierach, o których to wyspach również w „Krainie Zimnolubów” znalazł się fragment. A czy wiecie, że w Islandii dobrze jest skonsultować się z elfami, zanim zbuduje się drogę na ich terenie? Wszystkie teksty są stosunkowo krótkie, nierzadko zaznaczając pewien problem, bez zagłębiania się w niego. Choć mój apetyt na Skandynawię nie został zaspokojony, to dopisek „dla początkujących” usprawiedliwia taki stan rzeczy, a treść nie rozczarowuje (tylko chciałoby się poczytać więcej!).

Książkę czyta się błyskawicznie, jest naprawdę bardzo przyjemna w odbiorze. Styl Tilmanna Bünza pasuje do omawianej części świata – choć czuć jego sentyment i nierzadko uznanie dla opisywanych krajów, cechuje go iście skandynawska rezerwa, według której okazywanie uczuć zbyt gwałtownie, za ostra krytyka i zbyt entuzjastyczna pochwała jest nie do końca mile widziana – liczy się umiarkowanie, przynajmniej w Szwecji, gdzie mieszkańcy posiadają specjalne słowo wyrażające uznanie, a znaczące coś, co jest w sam raz – „lagom”. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to może jedynie do dość częstego odwoływania się do rzeczywistości niemieckiej – trochę tak, jak miało to miejsce w „Równoleżniku zero” z kwestiami polskimi – nie są może tak liczne, ale za to mniej mnie interesujące. Książka wydana jest bardzo ładnie, kłują jednak w oczy dwa „zjedzone” słówka w samej przedmowie (w treści na szczęście nie ma takich problemów), takie błędy na samym początku lektury trochę ostudzają zapał.

Książki, takie jak „Kraina Zimnolubów” pogłębiają moją fascynację Skandynawią, stanowią interesujący zbiór nowych wiadomości, poddając mi tematy do dalszej lektury i zdobywania wiedzy. Myślę, że każdy zainteresowany krajami nordyckimi czytelnik znajdzie tu coś nowego dla siebie, chociażby kilka trafnych refleksji samego autora na temat życia na Północy. Dla mnie „Kraina Zimnolubów” była wielką przyjemnością czytelniczą, a fragmentaryczna budowa sprawiła, że książka idealnie nadawała się do autobusowych podróży.

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Pubicat S.A..

Tytuł: Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących
Tytuł oryginału: Wer die Kälte liebt. Skandinavien für Anfänger
Autor: Tilmann Bünz
Tłumaczenie: Małgorzata Słabicka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010
Ilość stron: 252
Moja ocena: 4/6

Polski równoleżnik

Jak widać po blogu, postanowienia noworoczne udają mi się różnie. Wprawdzie wciąż czytam dużo, a może nawet więcej niż ostatnio, bo dojazdy do pracy zajmują mi czterdzieści minut w jedną stronę, gorzej ma się jednak rzecz z prowadzeniem bloga, co widać na smętnym załączonym obrazku. Powoli jednak oswajam się z nową sytuacją i nadrabiam zaległości wszelkiego rodzaju, które nie wiedzieć kiedy pojawiły się podczas mojej dwutygodniowej nieobecności w świecie wirtualnym. Tak więc niedługo mam nadzieję poczytać Wasze blogi (czas na ich lekturę w godzinach pracy był jedną z sympatyczniejszych rzeczy, jakie mnie spotykała w poprzedniej pracy…). Tymczasem muszę reaktywować trochę swoje osobiste miejsce, zwłaszcza, że recenzje czekają…

Afryka to dla mnie chyba najbardziej tajemniczy kontynent, moja wiedza na jej temat pełna jest dziur i białych plam. Nie jestem specjalnie zafascynowana tym obszarem (co morze się brać z mojej niewiedzy), czuję jednak potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej o krajach i ludziach się tam znajdujących. Dlatego też co jakiś czas sięgam po książki na temat Afryki, w planach mam poznanie także literatury afrykańskiej. Ostatnio zaproponowano mi do recenzji „Równoleżnik zero” Olgierda Budrewicza i choć nie jest to najnowsza książka (opisuje wyprawę z lat 60., wtedy też została napisana), miałam nadzieję, że pomoże mi uporządkować pewne wiadomości w głowie i przedstawi fascynującą podróż w czasach różniących się od teraźniejszości nie tylko postępem technologicznym, ale i mentalnością. Nie przeczę, że Budrewicz jest ciekawą osobą i przecierał wiele ścieżek jako pierwszy polski podróżnik. Jednak jego wyprawa do Konga, a potem do Burundi i Rwandy pozostawiła mnie z uczuciem niedosytu.

Autor odwiedził kolejno Kongo Léopoldville, Kongo Brazzaville, Burundi, a wreszcie Rwandę. Szlak to ambitny, zwłaszcza biorąc pod uwagę niespokojną i zmienną sytuację regionu, gdzie Europejczycy niekoniecznie cieszą się dobrą sławą i może ich spotkać nieprzychylne przyjęcie ze strony rdzennych mieszkańców. Budrewicz z wdziękiem opisuje swoje przygody, nie szczędząc sobie auto-ironii. Niestety, to, co interesuje polskiego podróżnika niekoniecznie pokrywa się z moimi oczekiwaniami. Przede wszystkim Budrewicz ani na chwilę nie pozwala nam zapomnieć, że w Afryce znalazł się wykonując swoją reporterską pracę. Dostał zlecenie, postanowił je podjąć i tyle. Wydawać by się mogło, że nie przygotował się nawet solidnie do tej podróży. Na miejscu czuje się niepewnie i choć krytykuje działalność białej społeczności, to właśnie ich towarzystwa szuka. Głównym obiektem jego fascynacji jest oczywiście polski myśliwy, Stanisław Hempel, któremu książka jest zresztą dedykowana. Hempel staje się niejako mentorem Budrewicza i wprowadza go w arkana życia w tropikalnej puszczy. Ta ekspedycja jest jednym z ciekawszych fragmentów książki, z drugiej jednak strony – stanowi esencję tego, co mnie w „Równoleżniku zero” niesamowicie irytowało. Choć autor naśmiewa się z siebie i innych białych podróżników (poza Hemplem ma się rozumieć, chwali także jego ukochaną, choć pojawia się ona w tle, nietrudno w ogóle zapomnieć o jej obecności w ekspedycji), a chwali czarnoskórych, zwłaszcza „duchy puszczy”, czyli Pigmejów, robi to wszystko z pozycji osoby stojącej wyżej w hierarchii, traktując chwalonych jak dzieci, które zaskakująco dobrze się spisały. O ile można założyć, że jest to spojrzenie na sprawę z perspektywy dzisiejszego czytelnika, a sam autor miał jak najszczersze, życzliwe intencje, o tyle zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia. Budrewicz, choć ma wiele możliwości kontaktu z rdzennymi mieszkańcami, o których jak sam przyznaje, ówczesny świat wiedział bardzo niewiele, nie wykorzystuje swojej sytuacji do zgłębienia tajemnic ich życia. W książce nie ma ani jednego dialogu, z którego można byłoby poznać zdanie dotyczące codzienności Afrykańczyków z ich własnych ust. Choć Hempel świetnie posługuje się językami miejscowej ludności, Budrewicz nie prosi go o tłumaczenie, nie dąży do kontaktu z mieszkańcami wiosek. Interesują go jedynie biali mieszkańcy, to ich poszukuje i najwyżej od nich zyskuje informacje o życiu „zwykłych” mieszkańców Afryki. Wielka to szkoda, a mnie to jednostronne spojrzenie irytowało. Podejrzewam, że ciekawsze mogłyby być dla mnie wspomnienia samego Hempla, choć nie imponował mi jako myśliwy, do czego bardzo chce przekonać czytelnika Budrewicz. Myślistwo, choć nie jest dla mnie tematem jednoznacznym, absolutnie mnie nie pociąga, a wręcz przeciwnie, odrzuca. Było mi bardzo żal krokodyli, w polowaniu na które autor wziął udział. Tak samo anegdotę ze słoniem, czy raczej jego nogą, uważam za zwyczajnie niesmaczną. Tym bardziej, że na koniec sam Budrewicz stwierdza, że taki gadżet do niczego mu się raczej nie przydaje, a słoń mógłby dalej biegać po puszczy… Szkoda tylko, że takie refleksje nachodzą Budrewicza po faktach, przynajmniej tak układa narrację swojej książki… Oczywiście, niepozbawione uroku są rozmaite anegdoty o Polakach zamieszkujących Afrykę. W moim odczuciu powinny być jednak dodatkiem, nie główną treścią. Chyba, że taki był zamysł od początku i książka powinna nazywać się „Polski równoleżnik zero”.

Jednym słowem – choć autor odwiedził miejsca ciekawe, pokusił się o przedstawienie zarysu ich historii i sytuacji społecznej, książka nie zdobyła w moich oczach uznania. Brakuje jej czegoś, co dość górnolotnie i trochę na wyrost nazwałabym „humanizmem”. Nie ma tu wiele miejsca dla zwykłych ludzi, ich życia i problemów. Obecni są biali władcy, biali przegrani, historie ich życia… Ale chyba nie po to Budrewicz pojechał do Afryki. Książkę czyta się jednak szybko, a pewne fragmenty zachęcają do refleksji, choć autor nie służy w niej pomocą – zarysowuje jednak temat, z którym można się zmierzyć samodzielnie lub w oparciu o inne lektury. Dodatkowo, „Równoleżnik zero” jest książką przepięknie wydaną, z dobrymi zdjęciami. Nie jest to więc pomyłka wydawnicza, a jedynie (w moim osobistym odczuciu oczywiście) pozycja, która mocno się zestarzała…

Tytuł: Równoleżnik zero
Autor: Olgierd Budrewicz
Wydawnictwo: PWN, 2010
Ilość stron: 230
Moja ocena: 3/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu PWN.

W poszukiwaniu pozornie nieistniejącego

Tomek Michniewicz to postać ciekawa i inspirująca. Urodzony w 1982 roku, dziennikarz muzyczny i podróżniczy, publikujący zarówno w prasie jak i prowadzący programy radiowe, fotograf, backpacker i wreszcie redaktor naczelny świetnego i prężnie się rozwijającego serwisu podróżniczego Koniec Świata. Jako podróżnik Tomek preferuje miejsca niedostępne dla szerokiego grona turystów i sytuacje, w których poziom adrenaliny podnosi się ponad normalny poziom. Przedziera się przez puszcze, by dotrzeć do odległych od naszej cywilizacji wiosek, w których życie płynie swoim własnym, niezmiennym od pokoleń trybem, spędza dzień w więzieniu o zaostrzonym rygorze San Quentin w Kalifornii, tropi przemytników antyków w Kambodży lub wypoczywa na rajskiej wyspie skupiającej backpackerów z całego świata. W maju tego roku zadebiutował jako pisarz, wydając książkę „Samsara. Na drogach których nie ma”. Promujący ją klip wraz z życiorysem autora natychmiast zachęcił mnie do zakupu (a tak się zawsze szczyciłam faktem, że jestem odporna na reklamy!). Po przeczytaniu z radością stwierdzam, że był to zakup udany.

Bogato ilustrowaną zachwycającymi zdjęciami „Samsarę” nie do końca można sklasyfikować jako reportaż, nie jest to też pozycja opisująca kraje, w jakich autor przebywa na szlaku swojej podróży. To przede wszystkim pean na cześć podróżowania, zwłaszcza tego z plecakiem, głównym tematem nie są miejsca, lecz drogi, na co wskazuje drugi człon tytułu. Widzimy więc Azję z okna autobusu, dachu, pociągu czy grzbietu słonia (ale w bardzo specyficznej sytuacji, Michniewicz jest bowiem przeciwko wykorzystywaniu tych zwierząt i ostro krytykuje turystyczne atrakcje ze słoniami w rolach głównych), autor podróżuje także autostopem i na własnych nogach. Opisuje także oczywiście odwiedzane przez siebie miejsca, niektóre przypadkowo napotkane na drodze, przystanki na wielotygodniowej trasie. Razem z Michniewiczem czytelnik poznaje mieszkańców Azji, barwne charaktery pasującego do tego tak kolorowego i różnorodnego regionu. Michniewicz sam przyznaje, że nie ustala konkretnych tras wędrówek. Przybywa do danego miejsca i zajmując się różnymi rzeczami czeka na inspirację, która w trakcie podróży może kierować go w najróżniejsze części kraju i poza jego granice. Tym razem Tomek w wyniku dość przypadkowego spotkania postanawia wyruszyć na spotkanie tego, czego według większości Europejczyków po prostu nie ma – świętych mężów obdarzonych mocą, czarów, tajemnic i dowodów na istnienie magii. Podczas podróży odwiedza wiele interesujących miejsc, snuje refleksje na temat turystyki i podróżowania, a także wspomina wcześniejsze wyprawy.

Michniewicz napisał swoją książkę w prawdziwie inspirujący sposób, po jej lekturze ma się ochotę chwycić plecak i jak najszybciej wyruszyć samemu w drogę. Okazuje się bowiem, że podróżowanie po Azji nie jest tak odległe i nieosiągalne, jak można to sobie wyobrażać. Jeśli tylko pragnie się tego wystarczająco mocno, posiada pewne środki (wcale nie tak duże, jak mogłoby się wydawać, a i tak najdroższą częścią podróży jest sam przelot) oraz zaradność życiową, można iść w ślady Michniewicza i docierać nawet do tajemnych zakątków w głębi puszczy. Obawiałam się trochę, że autor będzie się wywyższał ponad zwykłych turystów i swoich czytelników, podkreślał swoją odwagę i spryt. Michniewicz jako bohater swojej książki pozostaje przesympatycznym gościem, lubiącym mocne przeżycia, ale znającym też słowo „strach”, odważnym, ale i nie pozbawionym ostrożności, z której czasem drwią jego przyjaciele. Nie neguje turystyki, sprzeciwia się jednak bezmyślnemu korzystaniu z atrakcji, bez znajomości choćby podstaw kultury danego kraju i przyjemnościom odbywającym się kosztem innych ludzi i zwierząt. Prawdziwie interesuje się kulturą i historią krajów, które odwiedza, podziwiając je unika jednak gloryfikacji dostrzegając ciemną stronę, obecną w każdej kulturze. Tym samym stanowi przykład doskonałego podróżnika i bystrego obserwatora. Bliskie mi są także jego refleksje dotyczące sił nadprzyrodzonych i stawiane pytanie, czy rzeczywiście Europa kulturalnie tak bardzo wyprzedza Azję. Przynajmniej w pewnych aspektach.

Styl Michniewicza jest przejrzysty, fabuła książki ciekawie ułożona. Niemniej jednak chwilami wydaje się, że Tomek woli mówić, niż pisać i nie zawsze wszystkie zdania i fragmenty są gładkie i dopieszczone. Innym razem szkoda, że autor pobieżnie potraktował temat któregoś z miejsc, chętnie przeczytałoby się coś więcej na taki temat. Mimo tych drobnych zgrzytów świetnie mi się „Samsarę” czytało i polecam ją każdemu, kto lubi temat podróżowania, zwłaszcza takiego z plecakiem i ograniczonym budżetem. Sama natomiast gorąco liczę na kolejną książkę Michniewicza, osoby niezwykle inspirującej i wzbudzającej sympatię; na przykład historie o jego podróżach w Afryce.

Tytuł: Samsara. Na drogach, których nie ma
Autor: Tomek Michniewicz
Wydawnictwo: Otwarte, 2010
Ilość stron: 360
Moja ocena: 5/6

Podróż na Kubę

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam czytać książki z akcją toczącą się w miejscach, które chciałabym zobaczyć. Ciągnie mnie przede wszystkim do wszystkiego, co leży na wschód od mojego kraju (choć nie tylko, oczywiście). Czasem jednak lubię zrobić sobie przerwę od beletrystyki i poczytać reportaż lub wspomnienia o tych fragmentach świata, które szczególnie mnie interesują. Bywa jednak, że natykam się na książki traktujące o krajach i regionach, o których wiem bardzo mało, bo nigdy nie leżały w kręgu moich największych zainteresowań. Takim miejscem jest Kuba. Oczywiście, znam jej podstawową historię, tę dawną i współczesną, dramatyczne losy wielu jej mieszkańców i zdjęcia olśniewających plaż i miasteczek rozsianych po wyspie. Szczegóły natomiast – nie bardzo. Z ciekawością więc sięgnęłam po książkę Agnieszki Budy-Rodriguez pt. „Kuba – daleka piękna wyspa”. Nie jest to wprawdzie reportaż, a bardzo subiektywne (jakżeby inaczej!) wspomnienia z pobytu autorki na Kubie. Pani Buda-Rodriguez wyjechała na wyspę za mężem, rodowitym Kubańczykiem i spędziła tam, jak sama pisze, najlepsze lata swojego życia.

Książka pisana jest z perspektywy czasu, jako że pisarka przebywa obecnie na emigracji w Kanadzie i tam powstał ów zbiór wspomnień, przekreślający na zawsze jej możliwość powrotu na Kubę. Sama autorka tak pisze o swojej książce:

Dla mnie Kuba jest wyspą magiczną i nie można jej porównać z żadnym innym miejscem na ziemi. Gdy spisywałam te wspomnienia przepełniała mnie tęsknota do Kuby, kraju, w którym zostawiłam młodość, przyjaciół, i który musiałam opuścić wbrew sobie. Moja fascynacja wyspą nie przeminęła i wciąż trwa. Starałam się pokazać Kubę taką, jaką zapamiętałam, bez retuszu. Zdania o niej są krańcowo różne: piękne, łatwe dziewczyny, muzyka i cudowne plaże, a zarazem nędza, głód i ruina dawnej, urzekającej „Perły Antyli”, „Paryża Ameryki” – każde z nich jest prawdziwe. Pragnęłam wyjść poza stereotypy, bo urzekł mnie kubański naród, który tańcem i muzyką wyraża swe niepokoje i radości, bo zachwyciła mnie wyspa, której żyzna gleba rodzi słodkie owoce, z której plonów powstaje słodki cukier, kojący smutki rum i aromatyczne cygara. Jestem jak muszla, którą dawno wyłowiono z morza, a ona wciąż szumi. Jakaś cząstka mojego ja pozostała na zawsze wśród tamtejszej sawanny, kołysanych morską bryzą gajów palmowych, zanurzona w ciepłym oceanie.

Oczywistym jest więc, że nie zobaczymy Kuby widzianej oczyma rodowitego mieszkańca, ani nawet przybysza całkowicie z zewnątrz. Sytuacja jest dość specyficzna – autorka nie jest ani do końca „swoja”, ani „obca”, co często może dotkliwie odczuć na własnej skórze. Otwiera to przed nią wiele drzwi, inne zatrzaskują się z hukiem. Agnieszka Buda-Rodriguez opisuje swoją historię, nie samą Kubę. Oczywiście, to Wyspa jest głównym tematem tych wspominków, jednak będzie oprowadzani po niej głównie (właściwie poza kilkoma krótkimi fragmentami jedynie) przez autorkę. Dowiemy się więc sporo o pracy tłumacza, a także w dyplomacji, o wystawnych bankietach, na których bawiło się towarzystwo zaproszone przez komunistyczną elitę, a autorka bywała jako tłumacz, odwiedzimy wspaniałe kurorty i mniej znane plaże, poznamy trochę miejsc kulturalnych, anegdot związanych z podróżami Budy-Rodriguez, a nawet historię kilku miejscowych kotów. Ze szczegółami dowiedzieć się można, jak autorka zdobywała samochód i na tym przykładzie dowiedzieć się sporo o funkcjonowaniu różnych urzędów na Kubie oraz sposobie radzenia sobie z problemem braków niemal wszystkiego. Książka stanowi więc kopalnię informacji i anegdot związanych z krajem w czasach rządów Fidela Castro.

A jednak… coś mi podczas czytania „Kuba – daleka piękna wyspa” zgrzytało i nie pozwalało w pełni cieszyć się lekturą, przez co trochę mi się dłużyła. Może to kwestia czasu, w jakim ją czytałam. Odniosłam jednak wrażenie, że osoba autorki zanadto przysłania mi Kubę. Nie miałam ochoty na biografię i choć dowiedziałam się o Kubie mnóstwa rzeczy, wolałabym mieć je przedstawione w trochę odmiennej formie. Najbardziej podobały mi się te fragmenty, gdzie autorka opisywała historię innych ludzi, rodowitych mieszkańców oraz starego emigranta. Wzruszałam się na nich do łez i zapamiętałam najmocniej. Wszelkie wzmianki o historii lub anegdoty dotyczące całego kraju bądź miasta (jak choćby nieszczęsny program kulinarny, gdzie prezenterka proponowała potrawy na to, co akurat było dostępne w sklepach) od razu przykuwały moją uwagę i podobały mi się dalece bardziej, niż opisy tego, gdzie pani Agnieszka bawiła się podczas przybycia danych delegatów i co jadła. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że forma pamiętnika niejako wymusza tak osobiste wtręty. Być może po prostu autorka na tyle różni się ode mnie charakterem, że nie potrafiłam się utożsamić z jej przeżyciami? Ciężko mi to stwierdzić.

Nie znaczy to jednak, że chcę mocno książkę skrytykować. „Kuba – daleka piękna wyspa” jest interesującą lekturą i przybliża ten egzotyczny kraj. Narzekać można na jakoś i ilość zdjęć, pochodzą jednak one z archiwum autorki i robione były zwykłym aparatem, co wyjaśnia ich wygląd. Trochę szkoda…

Moja ocena: 4/6
Agnieszka Buda-Rodriguez, „Kuba – daleka piękna wyspa” (Zysk i S-ka, 2006)


Zostałam zaproszona do wakacyjnego łańcuszka przez Abielę, poniżej zamieszczam więc kilka wyznań czytelniczych :) Wprawdzie zawsze mam problem z wymienieniem jednej pozycji w takich pytaniach i to nawet nie dlatego, że do głowy przychodzi mi ich tak wiele, że nie wiem, którą wybrać. Wręcz przeciwnie, nagle mam w głowie zupełną pustkę i nie potrafię przypomnieć sobie żadnego tytułu… Wszelkie zestawienia, Top-ileś-tam i rankingi, choć lubię je oglądać, były i są dla mnie ciężkim zadaniem.

1. Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?

Takim krajem była i wciąż jest Anglia. Nie pamiętam już, która książka miała na mnie największy wpływ i czy w ogóle można mówić o jednej pozycji. Tak samo rzecz się ma ze Wschodem, choć nie jestem już w stanie powiedzieć, co było pierwsze – fascynacja, czy lektury. Wiem! Skandynawia, a przede wszystkim Norwegia! Zwłaszcza po ostatnio przeczytanym „Kradnąc konie” Pettersona (recenzja niebawem). Na przyszły rok już planuję tam wyprawę. Chyba, że plany potoczą się w innym kierunku i pojedziemy jednak na Ukrainę, której prawie nie znam z literackiej strony.

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?

Najchętniej czytam na dworze, na kocu lub na leżaku. W domu – przy oknie, chyba że upał staje się nieznośny, wtedy przydaje się wiatrak.

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.

Z tych czytanych ostatnio idealne wydaje mi się „Kradnąc konie”. Większość z Was już tę książkę ma za sobą z tego co się orientuję, jednak jeśli nie, to gorąco polecam. Owszem, część książki dzieje się mroźną zimą, druga natomiast upalnym latem i właśnie w tę można wspaniale się wczuć przy ostatnich temperaturach.

Jeśli ktoś ma ochotę na udział w zabawie, zapraszam!