Archiwum

Archive for Styczeń 2010

Sztuka wytrzymania z Elą

„Sztuka bycia Elą” to książka w sam raz na mroźne dni. Taka do czytania w autobusie bądź tramwaju, kiedy przewraca się strony zmarzniętą dłonią, bo w rękawiczce trudno przewrócić pojedynczą kartkę. To moja pierwsza książka Johanny Nilsson i chociaż nie mogę powiedzieć, żeby mnie zachwyciła, to czytało się całkiem przyjemnie i szybko, a przejazdy zupełnie się nie dłużyły…

26-letnia Ela Sander nie potrafi poradzić sobie ani ze sobą, ani z otaczającym ją światem. Powodów wszelkiego zła upatruje w rozpadzie swojej rodziny, który miał miejsce pięć lat temu. Wtedy Ela rzuciła studia, odsunęła się od rodziców, którzy wkrótce znaleźli nowych partnerów i od brata, który ożenił się i ma dziecko (oraz drugie w drodze). Dziewczyna pracuje w kawiarni, mieszka w nie do końca legalnie wynajmowanym mieszkaniu i większość czasu spędza na introspekcji i niemym wołaniu do świata o zainteresowanie się jej osobą. Nawiązuje nić porozumienia ze stróżem ze swojego bloku, samotnym właścicielem buldoga, z którym Ela zaczyna wychodzić na spacery. Na jej drodze staje pewnego razu dwadzieścia lat młodsza od niej dziewczynka, bezdomne dziecko zaginionej narkomanki. Ela, do pewnego stopnia wbrew samej sobie, zaczyna zajmować się Klarą. Chce uratować dziecko przed opieką społeczną i odnaleźć jej matkę. W międzyczasie dostrzega od dawna nią zainteresowanego kolegę z pracy… To wszystko prowadzi ją do otwarcia się na świat i dojrzewania. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Nilsson ciekawie kreśli relacje międzyludzkie, otwarcie mówi o zagubieniu i poczuciu samotności człowieka w świecie wypełnionym ludźmi. I choć opisywany przez nią Sztokholm ginie w mroźnej zimie, książka wypełniona jest ciepłem i końcem końców jej przesłanie jest wręcz optymistyczne. Niczym w bajce, wszystko jakoś się układa, wszystkie problemy da się jakoś rozwiązać. Dlatego lektura jest przyjemna i ogrzewa serce w zimowe dni, pozostawiając sympatyczne uczucie. Niestety, niewiele więcej. Zabrakło mi w „Sztuce bycia Elą” trochę głębszej analizy, refleksji. Społeczne tło zapowiada się interesująco, ale zostało potraktowane ze sporym uproszczeniem. Głównym problemem była jednak dla mnie sama bohaterka. Ela jest osobą skrajnie niedojrzałą i co chwila musiałam sobie samej przypominać, że to nieszczęśliwa kobieta, cierpiąca na depresję i potrzebująca pomocy. Inaczej czytanie o niej byłoby jedynie drogą przez mękę – tak egoistycznej i egocentrycznej bohaterki, skupionej na użalaniu się nad sobą i zdającej się nie dostrzegać desperackich prób wszystkich wokół (nieudolnych, to fakt) dotarcia do jej osoby dawno już w literaturze nie spotkałam. Swego czasu czytałam bardzo dużo książek dla nastolatek, o dziewczętach w wieku nastu lat z wielkimi problemami, które uczyły się świata oraz rozumienia siebie. Ela była niezwykle podobna do tamtych, sporo młodszych od niej bohaterek. Wtedy potrafiłam się z nimi identyfikować. Dziś czytając o Eli czułam głównie irytację, choć potrafiłam zrozumieć emocje nią kierujące, to miałam chęć potrząsnąć nią mocno… Nawet historia z Klarą postrzegana jest przez Elę przez pryzmat jej osoby – to Ela zostanie znowu sama, jeśli Klara zniknie, to Ela ją kocha, więc Klara powinna z nią zostać, mimo że nie jest w stanie zaproponować jej warunków do życia… A jednak wiele w tym wszystkim jest prawdy o ludziach, o związkach między ludźmi pragnącymi być z drugim człowiekiem i wyrwania się ze zbudowanej sobie samemu celi wypełnionej samotnością oraz o braku umiejętności zrobienia tego. Kiedy Ela pytała urzędniczki, czy miłość nie wystarczy, by pozwolono dziecku zostać z opiekunem, miałam łzy w oczach. Mimo braku sympatii dla bohaterki, życzyłam jej jak najlepiej i cieszyłam się, kiedy jej życie wreszcie się poukładało.

„Sztuka bycia Elą” nie była dla mnie odkryciem, potraktowałam ją jako sympatyczne czytadło ze Skandynawią w tle i jako takie spełniła swe zadanie wyśmienicie. Czyta się bardzo szybko, więc nawet nieznośna chwilami Ela nie zdąży wyprowadzić czytelnika z równowagi na tyle, żeby miał dosyć czytania – już za kilkanaście stron pokaże sympatyczniejszą twarz, żeby po chwili znów zirytować… Mimo to sięgnę po inne książki Nilsson, jeśli zobaczę je w bibliotece, bo powieść poprawiła mi humor i naprawdę wciągnęła.

Moja ocena: 4-/6
Johanna Nilson, „Sztuka bycia Elą” (Replika, 2008)

Reklamy

Afganistan po raz kolejny

Afganistan. Co takiego jest w tym kraju, że budzi tak wielkie zainteresowanie, zwłaszcza na zachód od swoich granic? Egzotyczne tradycje, zupełnie inna kultura. Odziani w bajecznie kolorowe stroje ludzie, zwłaszcza dzieci, obok obleczonych w burki kobiet. Surowy krajobraz nie pozbawiony poruszającego do głębi piękna. A przy tym koszmar wojny, niekończące się konflikty. Wewnętrzne i zewnętrzne, rozrywające kraj i ludzi na strzępki, jak gdyby każdy chciał mieć dla siebie cząstkę Afganistanu. W ostatnim czasie ukazało się sporo książek, polskich oraz tłumaczonych, na temat tego kraju, a ja zachłannie zaglądam do wszystkiego, co wpadnie mi w ręce. Ostatnio skończyłam „Podróż do Afganistanu” Rogera Willemsena, niewielką objętościowo książkę, którą pochłania się natychmiastowo po przeczytaniu pierwszych kilku fragmentów.

Roger Willemsen to Niemiec, ponoć osoba wybitna i znana w tamtejszych mediach. Jak podaje nota z tyłu książki, ukończył germanistykę, filozofię i historię sztuki, a zajmował się wieloma rzeczami, od bycia tłumaczem, przez przewodnika turystycznego, a na korespondencie prasowym w Londynie kończąc. Ciekawie więc było spojrzeć na Afganistan jego oczami. Willemsen pojechał tam z przyjaciółką afgańskiego pochodzenia, Nadią, która wracała do wyniszczonej wojną ojczyzny z wieloma pomysłami na poprawę i odnowę. Razem wędrowali od Kabulu do Kunduzu, obserwując życie ludzi, uczących się na nowo żyć w pokoju, choć i pokój niejednokrotnie może wydawać się tutaj pojęciem względnym. Autor rozmawiał z wieloma ludźmi z różnych warstw społecznych i choć nie miał właściwie wstępu do świata kobiet, obecność Nadii pozwoliła mu trochę z tego świata zobaczyć.

Na książkę składają się obrazki z dzisiejszego Afganistanu, niby pocztówki z podróży, składające się w jeden obraz kraju. Willemsen porusza kwestie znane komuś interesującemu się choć trochę Afganistanem, ale często patrzy na nie z zupełnie nowej strony. Stara się nie komentować zaistniałych wydarzeń, jest raczej obserwatorem, choć czasem bywa także inicjatorem – gdy razem z kilkorgiem innych Afgańczyków przygotowuje pokaz filmowy tylko dla kobiet w dawno nie odwiedzanym kinie. Niekiedy zwięzłe notatki, spostrzeżenia i widoczki z afgańskich ulic i stepów, choć opisane oszczędnie i bez emocji, poruszają wielkim ładunkiem uczuć i przemyśleń, zdradzając wrażliwość autora. A przy tym wiele w książce ciekawostek, jak choćby fragment o żeńskiej drużynie piłki nożnej. To przedziwne, jak wielkie wrażenie może wywrzeć czyjeś dążenie do normalności, walka o rzeczy pozornie nieistotne, nie zwracające na siebie uwagi w świecie takim, jak nasz.

„Podróż do Afganistanu” czyta się szybko, a lektura sprawia dużo przyjemności. Wiele spostrzeżeń skłania do refleksji, wzrusza i zasmuca. Do mnie sposób Willemsena zdecydowanie trafił, więc polecam jego książkę wszystkim zainteresowanym tą częścią świata.

Moja ocena: 5/6
Roger Willemsen, „Podróż do Afganistanu” (PIW, 2007)

„Nigdziebądź” Neil Gaiman

Skąd wzięło się „Nigdziebądź”? Neil Gaiman został poproszony kiedyś o napisanie scenariusza do serialu fantasy i wtedy stworzył historię, którą następnie (w 1996 roku) wydał w formie książkowej, odnosząc sukces. Chronologia dość nietypowa, ale Gaiman już wówczas był autorem uznanym, dzięki komiksom z serii „Sandman” i książce „Dobry Omen” napisanej wspólnie z Terry’m Pratchettem. „Nigdziebądź” trafiło w gusta czytelników – w moje również.

Fabuła jest dość prosta: Richard przybywa do Londynu, powoli przyzwyczaja się do miasta, znajduje sobie narzeczoną i zaczyna się czuć jak u siebie. Pewnego dnia idąc na ważną kolację z Jessicą, od której zależy wiele spraw związanych z karierami zawodowymi obojga, natyka się na leżącą na chodniku zakrwawioną dziewczynę – skąd się pojawiła? Richard dałby głowę, że wypadła z dziury w murze, z tymże żadnej dziury nie widać. Wbrew rozsądkowi, a co więcej – wbrew rozwścieczonej narzeczonej, zabiera dziewczynę do domu i tam opatruje jej skaleczenia. Dziewczyna o wdzięcznym imieniu Drzwi prosi Richarda o szereg najdziwniejszych przysług, a następnie znika z jego życia. Niestety, okazuje się, że i Richard w niewytłumaczalny sposób zdaje się nie istnieć już w znanym mu świecie… Jedyne co mu pozostaje to odnaleźć Drzwi i spróbować wrócić do domu. W ten sposób trafia do niezwykłego świata Londynu Pod, zamieszkanego przez najdziwniejsze postaci. Cały ten świat jest natomiast oparty na… planie londyńskiego metra.

Treść książki to dość typowy dla literatury fantasy ‘quest’ – bohaterowie muszą odbyć swoją podróż, zmagając się z różnymi przeciwieństwami losu, dojrzewając i pokonując własne słabości, aby na koniec spotkała ich zasłużona nagroda. Gaiman nie ustrzegł się przed kilkoma dziurami w fabule (aż zastanawiałam się miejscami, czy nie jest to jakaś skrócona wersja większej całości…), kilka postaci pozostało niewykorzystanych… A jednak jest coś w „Nigdziebądź”, co odróżnia je od wielu innych pozycji – wspaniałe podziemie Londynu. Każda stacja kryje w sobie magiczne miejsce, dotyczące jej nazwy własnej. A i zwykłe przejścia, kanały i korytarze pełne są magii i niezwykłych stworzeń. Londyn tętni życiem zarówno nad jak i pod ziemią… A dla mnie stanowiło dodatkową atrakcję to, że znałam te miejsca. Jakąż radością napawało mnie czytanie o stacjach, na których się przesiadałam! O ulicach, po których szłam! Nazwy w książce w mojej głowie rozbrzmiewały głosami czytającymi je w metrze bądź autobusie… Londyn stanowi jednego z bohaterów „Nigdziebądź” i to właśnie przyciągnęło chyba największą ilość czytelników. Pozostałe postaci nie są już tak fascynujące, choć nie da się ukryć, że Markiz de Carabas został stworzony specjalnie po to, by można było kogoś w książce uwielbiać, zwłaszcza, jeśli jest się przedstawicielką płci żeńskiej…

Przyczepię się także do tłumaczenia – tłumacz nie miał przed sobą łatwego zadania, ale także popisał się niekonsekwencją na szeroką skalę. Przede wszystkim nazwy stacji – niekiedy są podawane po polsku, czasem po angielsku, bez tłumaczenia z jednego języka na drugi. Wprowadza to pewien chaos i bez znajomości angielskiego czytelnik może się trochę zagubić. Wystarczyłoby zdecydować się na jeden język i dodać przypisy w drugim… Z imionami bohaterów także może być trochę zamieszania: mamy Drzwi zamiast Door , ale już Richard pozostał Richardem, a nie Ryszardem. Ja osobiście jestem przeciwna tłumaczeniu imion, więc mnie to nie razi, ale spotkałam się z głosami niezadowolenia także w tej sprawie.

Mimo tych niedogodności, „Nigdziebądź” to wspaniała rozrywka. Książkę czyta się szybko, przyjemnie i niektóre pomysły dotyczące Londynu Pod są po prostu kapitalne. Zwłaszcza, jeśli ktoś był w Londynie powinien dobrze się przy niej bawić. Coraz więcej mówi się także na temat filmu pełnometrażowego na podstawie powieści Gaimana i muszę przyznać, że bardzo jestem ciekawa efektów…

Moja ocena: 4,5/6
Neil Gaiman, „Nigdziebądź” (MAG, 2006)

Sztuka „Merylin Mongoł”

Wieki nie byłam w teatrze, więc realizując swoje noworoczne postanowienie, że będę się bardziej ukulturalniać, udało mi się wreszcie zmobilizować (z ogromną pomocą koleżanki) i wybrałam się do Teatru im. Jaracza na sztukę „Merylin Mongoł”. Nie jestem wielką entuzjastką współczesnego teatru, mam wrażenie, że nowoczesne sztuki dotykają tylko jednego tematu – szarości i beznadziei otaczającej nas rzeczywistości. Uważam, że życie nie składa się jedynie z brudu i zła tego świata, a po drugie – przedstawianie tego wciąż i wciąż w formie uświadamiania widza straciło dla mnie sens. Widz już to wie, pomijając fakt, że codziennie styka się z tą rzeczywistością, powiedziało mu o tym mnóstwo wcześniejszych sztuk… Więc to wskazywanie przypomina siedzenie z założonymi rękoma i biadolenie, jakie to wszystko niesprawiedliwe, złe, brzydkie, smutne, brudne… Może powinno się to nareszcie pokazać pod trochę innym kątem…?

I tym razem nie obyło się bez beznadziei. „Merylin Mongoł” autorstwa Nikołaja Kolady opowiada historię dwóch sióstr mieszkających w małym miasteczku w Rosji, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Wiedzą więc, że starsza Inna straciła męża i teraz upija się niemal codziennie. Młodsza, Olga, to lekko upośledzona dziewczyna, ma romans z żonatym sąsiadem z bloku oraz twierdzi, że odwiedza ją Pan Bóg. Obie siostry desperacko pragną wyrwać się z otaczającej je beznadziei i marazmu, ale wydają się niezdolne do zmiany swego życia. Sytuacja zmienia się, kiedy ich matka wynajmuje pokój młodemu, nowoprzybyłemu pracownikowi. Mężczyzna prezentuje sobą typ intelektualisty, pisze powieść, jest inny niż mężczyźni w miasteczku. Olga i Inna widzą w nim swoją szansę na ucieczkę od dotychczasowego życia.

Poruszył mnie tekst tego utworu. Naprawdę poczułam tę pustkę, samotność i beznadzieję, wyzierającą z każdego kąta ubogiego mieszkania. Miałam ochotę podejść do Olgi, przytulić ją i powiedzieć, że wszystko się ułoży. „Jakoś”, bo jak miałoby się ułożyć? Jeśli człowiek nie znajduje sam w sobie siły, żeby zmienić swoje życie, począwszy od zmiany sposoby myślenia, bo tylko wtedy ucieczka od pochłaniającej pustki wydaje się być możliwa, to raczej nikt z zewnątrz nie jest w stanie nic zmienić w życiu takiej osoby. Patrzyłam w wielkie oczy bohaterki (granej przez Gabrielę Muskałę) i czułam jej pragnienie bycia kimś innym gdzie indziej. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie gra aktorska, choć niestety, była też czymś, co mnie umęczyło – panuje jakaś dziwna maniera (albo to ja akurat mam takie szczęście do sztuk), według której aktorzy teatralni muszą grać niesamowicie histerycznie. Albo rzucają się po scenie jak w ataku apopleksji, albo wydzierają ile sił w płucach. Tu grali według tego drugiego schematu, połowa kwestii była wykrzyczana, zupełnie moim zdaniem niepotrzebnie, po to psuło efekt, a w dodatku rozbolała mnie głowa…

Mimo kilku niedogodności, „Merylin Mongoł” mi się podobała. Tekst był miejscami bardzo poruszający i smutny, miejscami przekomiczny, zdecydowanie spektakl się nie dłużył. Nawet przekleństwa (bez których teraz już chyba żadna nowa sztuka się nie obejdzie…) miały swój sens i pasowały do bohaterów, nie miało się odczucia, że autor dołożył je na siłę, żeby zaszokować publiczność. Gdyby ktoś miał okazję, można obejrzeć. Teatr ma jednak w sobie tę magię, do której teraz chciałabym wrócić. Pewnie wybiorę się znowu do teatru trochę szybciej niż za dwa lata…

Moja ocena: 4/6

„Szkarłatny płatek i biały” Michel Faber

Jestem tuż po skończeniu lektury książki „Szkarłatny płatek i biały” Michela Fabera i mam trochę mieszane uczucia względem tej powieści. Kierując się niezwykle entuzjastycznymi recenzjami na blogach i portalach, nastawiłam się na coś naprawdę niezwykłego, a książka mnie nie zachwyciła… Z drugiej strony, nie wiedząc kiedy, wciągnęłam się w tę historię i porzuciłam inne zajęcia na rzecz dokończenia lektury.

„Szkarłatny płatek i biały” toczy się w wiktoriańskim Londynie, który mamy okazję zobbaczyć w prawdziwym przekroju – od najniższej warstwy uliczników, aż po arystokrację. Powieść opowiada historię inteligentnej i ambitnej prostytutki Sugar, która poznaje i szybko staje się kochanką nieudacznika mającego przejąć olbrzymi rodzinny interes, Williama Rackhama. Sugar zrobi wszystko, by wyrwać się ze swojego nieszczęsnego położenia, Rackham natomiast pragnie być z młodziutką prostytutką na tyle, że gotów jest wziąć w swoje ręce własne życie i interesy. W między czasie usiłuje poukładać sobie życie domowe – żonę, u której wszyscy podejrzewają chorobę psychiczną oraz nieposłuszną służbę. Poznajemy także brata Williama, Henry’ego, który pragnie zostać pastorem, jednak nie potrafi poradzić sobie z wątpliwościami i własną niewinnością, czy może bardziej naiwnością, nie wspominając o uczuciu do swej przyjaciółki, wdowy imieniem Emmeline Fox… Każda postać posiada ciekawie skonstruowany charakter oraz całkiem interesujący życiorys, z którym niespiesznie będziemy zapoznawać się przez prawie 850 stron…

„Szkarłatny płatek i biały” łączy w sobie pastisz powieści wiktoriańskiej z powieścią obyczajowo-psychologiczną. Jest to historia ciekawie skonstruowana, a jednak moim zdaniem rozciągnięta do granic przyzwoitości. Faber pisze ładnym językiem, niektóre porównania i zwroty są po prostu fantastyczne, ale giną w morzu fragmentów pozbawionych uroku. Gdyby tak wyciąć te wszystkie nic nie wnoszące, a nużące opisy, jakże „Płatek” by na tym zyskał! Niestety, śledząc powtarzające się do znudzenia wątpliwości i użalanie się nad sobą Rackhama (którego nie zdołałam polubić na choćby jedną stronę powieści), czytelnik łatwo może się zniechęcić i odłożyć książkę, co byłoby jednak stratą, a to głównie ze względu na wspaniałe tło obyczajowe. Wiktoriański Londyn został opisany przez Fabera wspaniale, z dbałością o szczegóły, z uroczymi wzmiankami o ówczesnej obyczajowości. Bohaterowie są postaciami, co do których nie ma wątpliwości, że żyły właśnie w tamtych czasach.

Dużo w tej powieści seksu i przemocy, zwłaszcza w barwnym i tętniącym życiem języku, którym posługuje się autor. Niestety, nasycenie treści erotyzmem do tego stopnia w pewnym momencie przestaje szokować czy choćby nadawać groteskowe wrażenie, a zwyczajnie, znowu, nużyć. Bo doprawdy, czy wszystkie płyny muszą kojarzyć się z nasieniem? Samemu Faberowi też się chyba w pewnym momencie to epatowanie seksem znudziło, bo im dalej, tym mniej owych porównań (i tak w drugiej części książki usta Agnes przypominają pączek róży, a nie jak na początku „małą pochwę”), bardziej natomiast widać zabawy z formą, jak zmniejszanie czcionki, gdy ktoś szepcze, czy zmienianie kroju liter, żeby pokazać, np. wyryte na drzewie hasła (czego w pierwszej części powieści nie uświadczymy). Moim zdaniem wychodzi to „Płatkowi” na zdrowie, bo zagęszczenie wszystkich porównań, odwołań i opisów seksu nie jest już niczym kontrowersyjnym, a bez wdzięku i delikatności po prostu zniesmacza. Wulgaryzmy nie pomagają wczuć się w opisywaną epokę, wydają się być więc zupełnie zbędne i wciskane na siłę, jak gdyby autor chciał zaszokować czytelników, którzy od dawna przywykli do tego typu języka w książkach. Na szczęście, autor nadrabia wieloma innymi porównaniami, widać, że wspaniale umie posługiwać się językiem i jest prawdziwym mistrzem słowa. W tym miejscu należą się także słowa uznania dla tłumacza, choć znalazło się kilka zabawnych błędów (przy okazji: może się czepiam, ale co złego jest w poczciwych „ciasteczkach” lub „herbatnikach”, że trzeba je zamieniać na upiorne „biskwity”, które wcale nie muszą mówić czytelnikowi, czym są…?).

Pomijając trochę marudzenia, wynikłego za pewnie z wysokich oczekiwań, „Szkarłatny płatek i biały” to książka warta przeczytania. Czytadło, ale napisane barwnym językiem i dziejące się we wspaniale oddanej scenerii. Sama natomiast zastanawiam się, czy sięgać po inne pozycje Fabera, skoro ta aż tak mnie nie zachwyciła. Chyba wystarczy mi już znajomości z tym autorem, choć była to znajomość przyjemna, książkę przeczytałam bardzo szybko, mimo nużących fragmentów. Słyszałam, że w „Jabłku” dowiadujemy się, co dalej działo się z bohaterami „Płatka”, warto tę książkę przeczytać?

Moja ocena: 4/6
Michel Faber, „Szkarłatny płatek i biały“ (WAB, 2007)

Wyzwania!

Ruszyły dwa nowe wyzwania literackie! Oba niezwykle smakowite, za podziękowania należą się Padmie. Ciężko mi będzie się zdecydować w kwestii wyboru książek do czytania, postanowiłam więc wybrać minimalną liczbę – 3, a potem doczytywać resztę, tyle ile zdążę. Niestety, końcówka studiów i różne zmiany ograniczają mój czas (a przynajmniej powinny, bo póki co książki wygrywają z pisaniem pracy…), więc choć wiele pozycji trafia na moją listę do czytania, to jednak w określonym czasie zdążę przeczytać jedynie kilka.

Wyzwanie „Nagrody Literackie jest dla mnie niczym wyrzut sumienia, bo na palcach jednej ręki policzyć mogę tytuły, które znam. Wstyd! Wiele z proponowanych książek już od dawna mam na liście, więc wyzwanie będzie dobrą okazją, żeby wreszcie się za nie wziąć. Teraz wybieram po jednej z każdej nagrody, ale z czasem przeczytam na pewno więcej…

  • Nike: Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka
  • Booker: Okruchy dnia Kazuo Ishiguro
  • Orange Prize: Belcanto Ann Patchett
  • Prix Goncourt: Francuski testament Andrei Makine

Z drugim wyzwaniem, , jest trochę lepiej jeśli chodzi o listę przeczytanych przeze mnie książek, ponieważ część omawiałam na studiach (niestety, czasem czytałam tylko fragmenty, do części z nich chciałabym wrócić i przeczytać całość… choć nie wiem, czy kiedykolwiek moja trauma zmaleje na tyle, żeby przeczytać od nowa i w całości „Przygody Hucka Finna”…). Również decyduję się na jedynie trzy tytuły, a jeśli mi się poszczęści, to doczytam więcej.

  • Zabić drozda Harper Lee (które chciałam przeczytać już od tak dawna!)
  • Przebudzenie Kate Chopin
  • Serce to samotny myśliwy Carson McCullers

Wszystkim biorącym udział w wyzwaniach życzę miłej lektury wybranych książek, a tych, którzy się nad wzięciem udziału wciąż zastanawiają, gorąco zachęcam!


Za oknem wciąż piękna zima, a ja słucham bez przerwy Procupine Tree, usiłuję wziąć się do jakiejś pracy, ale jakoś nie potrafię pozbyć się takiego senno-marzycielskiego nastroju… Mam nadzieję, że też Wam dobrze czas mija.

(Ciężko mi było wybrać jeden kawałek, żeby się nim podzielić… Ciężko też znaleźć jakąś przyzwoitą wersję na YouTubie, więc choć większość moich ulubionych ich kawałków to te bardziej melancholijne, to ten jest taki… uroczy).

„Avatar” reż. James Cameron

W piątek wieczorem wybrałam się do kina na film „Avatar” James’a Camerona w wersji 3D, o którym każdy już pewnie słyszał lub chociaż widział gdzieś na mieście reklamujące dzieło plakaty. Przed seansem docierały do mnie głównie pozytywne opinie, ale o samym filmie wiedziałam niewiele. Poszłam i do tej pory jestem zachwycona. Po „Titanicu” Cameron po raz kolejny wyznaczył nowy standard jakości monumentalnej kinematografii. Ja wciąż żyłam w przekonaniu, że to, co we „Władcy Pierścieni” zrobił Jackson, to był szczyt osiągnięć sztuki filmowej na ten moment. Jak się okazuje – Cameron efektami pobił „Władcę” na głowę… (co nie znaczy, że uważam „Avatar” za film lepszy, nie ma co porównywać w tych filmach nic, poza efektami i grafiką komputerową właśnie, są zupełnie inne, mimo że oba fantastyczne, gatunkowo i odczuciowo :))

Sama fabuła jest prosta i dość przewidywalna. Niestety, oglądając „Avatar” nie ma co nastawiać się na dającą do myślenia i zaskakującą treść, choć nie jest to film głupi. Akcja filmu toczy się w odległej przyszłości. Były komandos, sparaliżowany od pasa w dół, przybywa na planetę Pandorę, by przejąć po zmarłym bracie bliźniaku udział w specyficznej akcji militarno-naukowej. Na niebezpiecznej i oszałamiająco pięknej planecie znajdują się złoża niezwykle cennej substancji, którą ludzie chcieliby wydobywać dla własnych zysków, w czym przeszkadza im miejscowa ludność, Na’vi. Tubylcy żyjący w zgodzie z przyrodą, czczący ją i dbający o każde drzewo, nie zgadzają się na jakiekolwiek niszczenie. Tym bardziej, że główne złoża mieszczą się w miejscu, uznawanym przez Na’vi za święte. Jake w ciele swojego Avatara zbliża się do tej błękitnej rasy i stopniowo poznaje ich zwyczaje, które zmieniają jego spojrzenie na Pandorę i ekspansję (już nie ‘białego’ a ‘ziemskiego’) człowieka w ogóle. A przy okazji, między nim a córką wodza, Neytiri, zaczyna rodzić się uczucie. Punkt dla tego, kto skojarzył fabułę choćby z disneyowską „Pocahontas” (co akurat dla mnie nie jest zarzutem – z „Pocahontas” wciąż połowę dialogów znam na pamięć, jako mała dziewczynka mogłam oglądać go codziennie). Temat ten był poruszany już niezliczoną ilość razy i choć zawiera w sobie wiecznie aktualne motywy (kolonializm, brak poszanowania dla ludności tubylczej i tolerancji w ogóle, ekologia, duchowość, itd.), to szkoda trochę, że twórcy nie pokusili się o nic nowego, nic zaskakującego. Szkoda, ale nie o fabułę tu głównie chodzi.

Co jest więc głównym atutem filmu? Świat. Pandora jest wielką dżunglą, zamieszkałą przez niezwykłe zwierzęta i porośniętą fantastycznymi roślinami. Twórcy wykazali się niezwykłą wręcz wyobraźnią, tak jakby naprawdę się wybrali na jakąś obca planetę i po prostu sfilmowali to, co tam zobaczyli. Dodatkowo, albo są wielbicielami twórczości Hayao Miyazakiego, albo w ekipie odpowiedzialnej za projekty musieli być Japończycy, bo wiele z ichniej estetyki można na Pandorze odnaleźć. Oglądanie filmu w 3D dodatkowo wzmaga ten efekt i na czas trwania filmu widz może uwierzyć, że naprawdę się tam znajduje. Nie mogłam oderwać oczu od zieleni, splątanych konarów, bogactwa lasu i tylko czekałam, aż spod liścia wyjrzą świetliste główki duszków Kodama. Wrażenie potęguje ładna i nastrojowa muzyka nadwornego kompozytora Camerona – James’a Hornera.

Warto zobaczyć ten film, z uwagi na efekty i cały wykreowany przez twórców świat. Nie znajdziemy tu bogatej fabuły, nie będzie wciskających w fotel dialogów, „Avatar” należy potraktować całkowicie rozrywkowo. Niektóre sceny budzą jednak olbrzymie emocje, właśnie z uwagi na bogactwo wizualne – lot na smokopodobnym stworze, rytuał odprawiany przez cały lud Na’vi… Są to sceny, które pewnie przejdą do historii kina. Dlatego zachęcam, żeby dać mu szansę, a sama zastanawiam się, czy nie pójść do kina jeszcze raz – żeby jeszcze raz znaleźć się na Pandorze i zobaczyć tę wspaniałą puszczę, ten świat magicznej przyrody…

Moja ocena: 5/6 (cóż, nawet fabuła mnie nie zdenerwowała, mimo braku głębi – nie lubię romantycznych komedii, ale filmy o miłości lubię, bardzo nawet :))

Avatar, reż. James Cameron, 2009.

Próbowałam oglądać wczoraj z płyty film „Strzelec” (reż. Antoine Fuqua), ale zasnęłam w połowie. Filmy z gatunku „zabili go i uciekł” mój organizm toleruje widocznie jedynie w przypadku, gdy występuje w nich Bruce Willis, inaczej się poddaje…