Archive

Archive for Kwiecień 2013

Kresowa lekcja historii („Ukraiński kochanek” Stanisław Srokowski)

30/04/2013 2 uwag

Sięgając po książkę „Ukraiński kochanek” nie miałam większego pojęcia, na co się porywam. Nazwisko autora, Stanisława Srokowskiego, nie mówiło mi zbyt wiele. Owszem, przeczytałam o nim krótkie notki, tę z tyłu okładki i kilka w serwisach o książkach zanim sobie powieść kupiłam, nie miałam jednak świadomości, jakiego rodzaju pisze on literaturę. Sam opis powieści stworzony przez wydawcę niezwykle mnie zachęcił, jednak wprowadził też w błąd, choć nie ukrywam, że wina może leżeć po mojej stronie. W sumie wszystko to, o czym napisano na okładce w książce jest, jednak ja oczekiwałam zupełnie czegoś innego jeśli chodzi o nastrój, czy może raczej formę opowieści…

Przede wszystkim myślałam, że będzie to opowieść o wielkiej miłości z wojną i ważnymi zmianami dziejowymi w tle. Że bohaterowie i ich losy będą odzwierciedlać dramaty mieszkańców Kresów z czasów międzywojnia i drugiej wojny światowej. Wreszcie, że wczuwając się w historię odnajdę ducha tamtych czasów obecnego na ziemiach kresowych. Mój problem polega na tym, że to wszystko teoretycznie w „Ukraińskim kochanku” się znajduje, żaden z obiecanych w okładkowej notce walorów nie jest zmyślony, ale… W moim odczuciu wszystkie te elementy są przedstawione… niejako odwrotnie, niżbym się tego spodziewała. Ciężko mi to opisać jednym słowem, już się więc tłumaczę. Otóż owszem, mamy tutaj przedstawiony romans Polki, córki bogatego młynarza imieniem Kasia Kukułka z ukraińskim chłopakiem, Mitią, jednak ten romans to tylko pretekst, żeby pokazać dwie społeczności. Generalnie bohaterowie są bardziej przedstawicielami swojej narodowości, grupy społecznej czy religijnej, a nie konkretnymi osobami, poza niewielką grupką głównych postaci (a bohaterów mamy w książce naprawdę sporo), ich charaktery są tylko zarysowane, mają po jednej bądź dwie cechy opisujące i aż zanadto widać rolę, jaką mają spełnić. Świetnym przykładem są na to dwie przyjaciółki Kasi, Żydówka Salcia i Ukrainka Ksenia, dzięki którym czytelnik ma niejako wgląd w sytuację Żydów i Ukraińców w rodzinnej wiosce bohaterki, ale o samych dziewczynkach poza kilkoma raczej suchymi faktami nie dowiemy się zbyt wiele. To samo tyczy się wydarzeń, miejsc, wszystkiego tego, co zwykło się nazywać tłem obyczajowym bądź historycznym dla bohaterów. Tutaj sytuacja znowu jest moim zdaniem w jakiś sposób odwrócona i tak naprawdę bohaterowie są tylko pretekstem, żeby opisać dany fragment historii, przedstawić powojenne miasto lub dramat ludności żydowskiej, polskiej czy ukraińskiej. Autor wydaje się posyłać bohaterów w konkretne miejsca tylko po to, by móc o nich napisać, wprowadza pojedyncze postaci, które potem znikają w mrokach fabuły jedynie po to, by mogły opowiedzieć o wydarzeniu, które miało miejsce w innym mieście czy kraju, do którego główni bohaterowie nie dotarli, a jeśli postaci wprowadzić się nie da, to zaraz zaginiony kuzyn bądź przyjaciel z dawnych lat napisze list te wydarzenia w detalach opisujący. Sytuacja nasila się jeszcze bardziej w części drugiej kresowej sago Srokowskiego, gdzie cała fabuła gubi się pośród opisów historycznych, pośród odkrywania nieznanych dotąd szczegółów historii Kresów. Przodują w tym monologi Artura, kuzyna młynarzowej, który przyjmuję rolę demaskatora ówczesnej historii – opowiada, wyjaśnia, na każdą sytuację posiada odpowiedni dokument, ma wgląd w tajne papiery należąc do podziemia i generalnie staje się historykiem swoich własnych czasów.

Uwielbiam powieści i oczekiwałam powieści. Chciałam historii miłosnej z wojną w tle, ludzkich dramatów i głębi psychologicznej. Dostałam lekcję historii i mimo, że poczułam się zawiedziona, a brutalne szczegóły mocno mnie odrzuciły (i tak, wiem, że sama zdecydowałam się na czytanie o wojnie, ale wszystko można bardzo różnie opisać, także wojenne dramaty i okrucieństwo), bo Srokowski nie szczędzi czytelnikowi żadnych detali torturowania niewinnych ludzi, w tym malutkich dzieci (ja oczywiście radośnie wzięłam się za lekturę będąc w ciąży, co jest już wyłącznie moim błędem – mimo to zdecydowanie nie polecam na ten okres, można się nabawić koszmarów), to jednak nie mogę tej książki spisać na straty, bo wbrew wszystkiemu, co tu napisałam, warto „Ukraińskiego kochanka” przeczytać. Przede wszystkim właśnie dlatego, że jest to lekcja historii i to takiej, której nie znajdzie się w podręcznikach szkolnych, o której wiadomo naprawdę niewiele, mimo że przecież druga wojna światowa wydaje się niemal już nie mieć przed nami tajemnic. Powiedzieć, że autor solidnie się do pisania przygotował, to wręcz za mało, bo cała książka pełna jest odwołań do dokumentów, wszystko poparte jest konkretnymi faktami, nazwiskami, nie można Srokowskiemu zarzucić nadużyć, wypaczania historii, naciągania jej. To przede wszystkim książka historyczna, ubrana w przyciasne szatki powieści. Jeśli tak się do niej podejdzie od początku, nie powinna zawieść, a raczej pewnie zafascynuje, nie mówiąc o walorach informacyjnych. Ja nie tego się spodziewałam, nie tego chciałam i mimo całego docenienia, nie zachwyciłam się. „Zdradę” natomiast odrzuciłam na kilka rozdziałów przed końcem uznając, że po prostu nie mam już siły czytać czegoś, co mi nie odpowiada i wprowadza w fatalny nastrój. Z drugiej strony cieszę się, że teraz wiem o historii Kresów znacznie więcej, choć bolesna to wiedza…

Tytuł: Ukraiński kochanek
Autor: Stanisław Srokowski
Wydawnictwo: Arcana, 2008
Ilość stron: 500
Moja ocena: 4/6

A miało być tak pięknie („Wysepka” Andrea Levy)

25/04/2013 6 uwag

Jamajka, lata czterdzieste ubiegłego wieku. Hortense uczy się w brytyjskiej szkole, by zostać nauczycielką. Jest dziewczyną dobrze wychowaną, choć jej pochodzenie jest dość skomplikowane, w naukę wkłada wiele pracy, a przede wszystkim – nie brak jej ambicji. Ambicja zaczyna przysłaniać jej inne wartości i wkrótce dziewczyna marzy już niemal o jednym – osiedleniu się na wyspie-matce, Wielkiej Brytanii, którą przecież tak dobrze zna, ucząc się o niej od małego. Pomóc jej w tym może niejaki Gilbert Joseph, jamajski chłopak, który podczas wojny zaciągnął się do brytyjskiej armii i służył w niej, zamiast obiecanej chwały przekonując się raczej o tym, jak czarnoskórzy obywatele imperium są traktowani w Anglii. Na pewno nie tak fatalnie, jak w Ameryce, ale do ideału wciąż sporo brakuje… Mimo to Gilbert po wojnie zamieszkuje w Londynie, wynajmując pokój u swojej angielskiej znajomej z czasów wojny, Queenie Bligh, która oczekuje powrotu męża z wojny. Bernard wyruszył do Indii, a następnie ślad po nim zaginął, sama Queenie natomiast czas wojny, mimo wszechobecnego strachu i dziejących się naokoło dramatów, spędziła wyjątkowo intensywnie, odkrywając nowe strony swojego charakteru i osobowości. Cała trójka trafi w końcu do domu Queenie w Londynie i zwiąże się ze sobą w sposób zaskakujący i dużo silniejszy, niż którekolwiek z nich mogłoby przypuszczać, niż kiedykolwiek przeszłoby im to przez myśl.

Zanim jednak czytelnik się o tym dowie, pozna historie całej trójki, a nawet czwórki, jak się z czasem okaże, pisane w pierwszoosobowej narracji, przedstawiające różne aspekty tych samych sytuacji, różne spojrzenia, wreszcie tych samych bohaterów widzianych oczami innych, a także ich własną wersję wydarzeń. Wiele retrospekcji pomaga wczuć się w sytuację narratorów i choć początkowo wydaje się to niełatwe, końcem końców polubić każdego z nich na swój sposób, skoro możemy poznać ich motywy, marzenia i małe bądź większe dramaty. Na pierwszy plan wysuwają się jednak nie te indywidualnie historie, nierzadko naszpikowane humorem i ironią, ale obraz powojennej Anglii, która mierzy się z napływem mieszkańców kolonii oraz powolny proces tworzenia się społeczeństwa wielokulturowego, pełnego odmienności. Dużo w powieści rozczarowania, któremu nierzadko towarzyszy czarny humor, dużo ironii. Przybysze z Jamajki, niewielkiej w porównaniu z Wielką Brytanią wysepki, nauczeni nabożnego wręcz szacunku do kraju macierzystego, jego języka i tradycji są skonfrontowani z angielską rzeczywistością i niestety, marzenia o kraju mlekiem i miodem płynącym trzeba odłożyć, być może na zawsze.

Nie mam wątpliwości, że „Wysepka” to książka dobra, dobrze napisana, pełna błyskotliwych uwag, ironicznego humoru i z ciekawie wykreowanymi bohaterami. Do tego dochodzą wątki imigracyjne, wielokulturowe, a całość dzieje się w dużej mierze w Anglii – wszystko to wydaje się być niemal przepisem na stworzenie książki, którą się z miejsca zachwycę, jakby na miarę dla mnie szytą. Niestety, tak się nie stało i choć „Wysepka” mi się podobała, to jednak nie zachwyciła. Być może miałam za duże co do niej oczekiwania, właśnie z powodu tych wszystkich „moich” wątków, a może mnogość nagród, jakie powieść zdobyła wywindowała moje nadzieje nadmiernie wysoko? A może, zwyczajnie, czytałam ją w nieodpowiednim czasie, bo pod koniec ciąży, kiedy generalnie do czytania siadałam raczej niechętnie. Nie mogłam do końca wczuć się w bohaterów, żadnego z nich tak po prostu polubić, bez żadnych „ale”, choć im kibicowałam i było mi ich bardzo szkoda. Może oczekiwałam, że znajdę tam jakieś zaskakujące dla siebie treści, a po iluś przeczytanych książkach o tej tematyce nie jest to już takie łatwe? Trochę mi żal, bo dużo sobie po tej lekturze obiecywałam, a trochę pozostaje mi tylko wzruszyć ramionami, bo książek tego rodzaju wciąż sporo czeka na półce, a skoro ta nie zachwyciła… Trudno. Mimo wszystko, czasu nad nią spędzonego zdecydowanie nie uważam za stracony i książkę mogę z czystym sumieniem polecić. Przekonajcie się sami, czy Was zachwyci.

Tytuł: Wysepka
Tytuł oryginału: Small Island
Autor: Andrea Levy
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros, 2006
Ilość stron: 512
Moja ocena: 4/6

Islandzki raj utracony („Niebo i piekło” Jón Kalman Stefánsson)

19/04/2013 5 uwag

Zdrowo jest tak stać samotnie nocą, człowiek i cisza stają się jednością, odczuwa się jakiś rodzaj zgody, która jednak niepostrzeżenie może zamienić się w bolesną samotność.

Po literaturę skandynawską zawsze sięgam z ochotą, zwłaszcza, kiedy mam ochotę na dobrą powieść psychologiczną (zazwyczaj mroczną i jednak przygnębiającą), książkę pełną nastrojowych opisów, przyrody i wzburzonego morza, a wreszcie, kiedy interesuje mnie samo tło toczącej się akcji i między wierszami mogę odnaleźć codzienność życia w którymś ze skandynawskich krajów, w czasach dzisiejszych lub przeszłości. Teoretycznie Skandynawia to obszar tak duży, że wrzucanie norweskich, szwedzkich, duńskich i reszty książek do jednego worka wydawać by się mogło krzywdzące, jednak raz, że moje odczucia są jak najbardziej pozytywne, a dwa, że biorąc swego czasu udział w wyzwaniu „Kraje Nordyckie” przekonałam się, że jednak powyższe plusy znajdowałam w niemal każdej książce z tego regionu i ufnie szukam ich dalej, sięgając po dowolną książkę z półki z literaturą skandynawską. Z takim nastawieniem zaczęłam też lekturę „Nieba i piekła” islandzkiego pisarza Jóna Kalmana Stefánssona i nie zawiodłam się – to piękny kawałek prozy, liryczny i nastrojowy, z domieszką humoru i ironii, co było miłym zaskoczeniem.

Bárður i jego przyjaciel, bezimienny główny bohater powieści, pracują jako rybacy, najmując się do pracy w małej rybackiej wiosce. Nadchodzi zimna noc, łodzie wypływają na połów, a Bárður wraca się od drzwi niemal, żeby przeczytać jeszcze kilka wersów z „Raju utraconego” Miltona. Zafascynowany lekturą zapomina zabrać peleryny, prozaicznego okrycia, którego jednak brak takiej nocy oznacza wyrok śmierci. Śmierci głupiej, niepotrzebnej, za którą winą można obarczyć miłość chłopaka do literatury. Bárður umiera, jego przyjaciel jest zdruzgotany, więź między nimi była silna i najważniejsza w życiu chłopca, jej granice dość płynne i nie takie oczywiste, co jednak nie ma żadnego znaczenia. Istotne jest, że chłopak zostawia rybacką wioskę, a w niej ciało przyjaciela i rusza do innej wioski, by oddać nieszczęsny „Raj utracony” właścicielowi książki, pewnemu ślepemu kapitanowi. Docierając na miejsce pogrążony w żałobie chłopak powoli wtapia się w tłumek mieszkańców wioski, a czytelnik poznaje ich historie, marzenia i małe dramaty, pragnąc wiedzieć coraz więcej i więcej.

Stefánsson pisze pięknym, poetyckim stylem, a w opisywanych przez niego zwykłych prozaicznych czynnościach czai się magia. Im więcej w książce „zwykłego życia”, tym lepiej się ją czyta. W pewnym momencie autor bowiem odrywa się od rzeczywistości, opisując rozpacz głównego bohatera i przemyślenia zawarte w tym fragmencie niebezpiecznie zbliżają się w stronę banału, złotych myśli rodem z książek pana Coelho (miłośnicy jego twórczości niech mi wybaczą, ja zupełnie się w takim stylu nie odnajduję i to się już nie zmieni), potem jednak następuje powrót do losów zwykłych ludzi, do ich przemyśleń i historii i znów jest wspaniale, ma się ochotę zaznaczać ołówkiem fragmenty powieści, wynotowywać cytaty lub po prostu wyobrażać sobie sceny z powieści, klimat jest bowiem tak sugestywny, że nie trudno sobie je zwizualizować. Chętnie zobaczyłabym film na podstawie tej książki, pewna jestem, że z łatwością by mnie oczarował.

Warto jeszcze wspomnieć, że „Niebo i piekło” w dużej mierze traktuje też o literaturze oraz miłości do książek. Miłości, która może być zgubna, ale stanowi też sens życia. I czy taki fragment nie brzmi absolutnie rozkosznie:

Byliśmy nieznośni. Myśleliśmy tylko o książkach, o uczeniu się, szaleliśmy na wieść o nowej ciekawej książce, wyobrażaliśmy sobie, jaka ona jest, wieczorami rozmawialiśmy w łóżku, o czym może opowiadać. Gdy tylko udało się nam ją zdobyć, czytaliśmy ją na zmianę albo razem, nawet jej fragmenty.

„Niebo i piekło” jest pierwszym tomem trylogii, niestety do tej pory jedynym, który ukazał się po polsku. Mam nadzieję, że z czasem doczekamy się kolejnych, bo to pozycja wartościowa, czyta się ją szalenie przyjemnie, a mnóstwo obrazów zostaje z czytelnikiem na dłużej. Uwielbiam taki dość ponury, chłodny klimat znad skandynawskich mórz, nastrój małych miasteczek, gdzie każdy mieszkaniec skrywa swoje historie i małe dramaty, tak więc „Niebo i piekło” nie mogło mi się nie spodobać. Jeśli i Wy cenicie sobie tego rodzaju treści, nie powinniście się zawieść, naprawdę warto.

Tytuł: Niebo i piekło
Tytuł oryginału: Himnaríki og helviti
Autor: Jón Kalman Stefánsson
Tłumaczenie: Przemysław Czarnecki
Wydawnictwo: WAB, 2011
Ilość stron: 240
Moja ocena: 5/6

Nie było mnie, bo…

15/04/2013 22 uwag

Wspominałam wcześniej o szykujących się poważnych zmianach w moim życiu, mając nadzieję, że przygotowania nie wpłyną na moje pisanie bloga. Jak widać po częstotliwości pojawiania się recenzji, stało się inaczej, a ja znów wracam, przedstawić moje nowe natchnienie do pisania i mając tym razem nadzieję, że może z małym na świecie blog wreszcie otrząśnie się z marazmu. Tym bardziej, że pod koniec marca stuknęły Herbatnikom już cztery lata! Przyznam, że niemal mnie to zaszokowało, byłam pewna, że prowadzę blog krócej… To oczywiście przyjemna niespodzianka, a mnie trochę głupio, trochę smutno, że zeszły rok był pod względem blogowania tak nieudany. Tym optymistyczniej patrzę więc w blogową przyszłość, bo nietrudno będzie sprawić, żeby rok 2013 wyglądał pod tym względem lepiej!

Pozwólcie też, że przedstawię Wam sprawcę zamieszania! Wojtek ma wszelkie predyspozycje, żeby stać się dzieckiem prawdziwie literackim – w brzuchu mamy będąc uczestniczył w największych na świecie Targach Książki we Frankfurcie, a następnie w znacznie mniejszym, ale swojskim Salonie Ciekawej Książki w Łodzi, gdzie dostał swój pierwszy imienny autograf od Tomka Grzywaczewskiego, autora książki „Przez Dziki Wschód” (Tomek uczestniczył w Long Walk Plus Expedition, zachęcam do przeczytania mojego z nim wywiadu w Archipelagu), wziął udział w konferencji o czytelnictwie organizowanej przez Uniwersytet Łódzki 8 marca, a wreszcie urodził się 2 kwietnia, który to dzień jest podobno Międzynarodowym Dniem Książki dla Dzieci. Już teraz Wojtuś z zainteresowaniem słucha bajek, które czyta mu tata bądź opowiada mama, choć jego cierpliwość jest jeszcze zbyt mała na dłuższe historie. Jest nam szalenie dobrze ze sobą, wysypiamy się oboje, a mały daje mi mnóstwo energii do działania, choć oczywiście czasu na realizację przedsięwzięć mam zdecydowanie mniej… Może jednak z blogiem się uda. Do przeczytania więc! :)

Kategorie:meta, o sobie Tags: ,