Archive

Archive for Październik 2011

Gdzie zaczyna się zbrodnia

29/10/2011 4 uwag

Francuski cmentarz. Przewodnik oprowadza znudzonych turystów, pokazując im groby znanych ludzi. Kończy swą opowieść przy podwójnej mogile, przytacza historię mężczyzny tam pochowanego. Turyści odchodzą do swoich spraw, zostają tylko przewodnik i drugi mężczyzna, który pyta o losy kobiety pochowanej w grobie, nad którym stoją. Lekko zaskoczony starzec ma okazję po raz pierwszy opowiedzieć historię Olgi Arbeliny, rosyjskiej szlachcianki, która odeszła od ludzi jej pozycji, przeżyła burzliwe czasy rewolucji i wyjechała do Paryża, gdzie poznała swego późniejszego męża i gdzie urodziła syna. Życie zawiodło ją do małego francuskiego miasteczka, gdzie zamieszkała na obrzeżach rosyjskiej społeczności i gdzie w końcu stała się główną podejrzaną w sprawie morderstwa innego Rosjanina. Odtworzone losy Olgi wyjaśniają kulisy śmierci członka społeczności, jednak cała sytuacja staje się tylko marginesem zbrodni o zupełnie innym charakterze, która połączy Olgę z jej dojrzewającym synem, nieuleczalnie chorym i przedwcześnie dojrzałym dzieckiem.

Wbrew nocie na okładce i pierwszemu wrażeniu, jakie może dawać ogólny zarys fabuły, „Zbrodnia Olgi Arbeliny” ma niewiele wspólnego z kryminałem. Owszem, fabuła dotyczy kwestii mrocznych i wyjętych spod prawa, sposób ich przedstawienia różni się jednak diametralnie od typowej powieści kryminalnej. Nie ma tu dochodzenia, szukania śladów ani procesu. Całą historię poznajemy z punktu widzenia osoby bezpośrednio zaangażowanej w rozwój wypadków. Na pierwszym planie znajdują się uczucia, Makine po raz kolejny zachwyca nietuzinkowym przedstawieniem umysłu osoby najpierw zaprzeczającej temu, co się wokół niej dzieje, następnie próbującej się odnaleźć w zaistniałej sytuacji, aż wreszcie akceptującej ją i zadającej sobie pytanie, gdzie przebiega granica między przestępstwem a całą gamą innych określeń i emocji, które przez kogokolwiek nieznającego całej historii mogą być źle zrozumiane. Olga analizuje, wspomina, marzy i boi się przyszłości. Wyobcowana ze wspólnoty, nieprzekonana do romansu, jaki ma z Paryżaninem, nie potrafi zdefiniować swojego miejsca w świecie, żyjąc jak gdyby poza czasem i miejscem. Choroba dziecka, która ujawniła się już we wczesnych latach jego życia położyła się cieniem na przyszłości Olgi. Każde skaleczenie i utrata krwi może doprowadzić chłopca do śmierci i każda pora roku może być tą ostatnią. Być może to w dużej mierze przyczyniło się do rozpadu małżeństwa Olgi, a jej stosunek do męża pozostaje niesprecyzowany i jak gdyby nie ostateczny. Uwikłana w sieć sprzecznych uczuć, konwenansów i strachu, Olga odrywa się od nieprzyjaznej rzeczywistości, odrzucając nazywanie emocji i sytuacji, odrzucając wreszcie społeczeństwo, w jakim przyszło jej żyć.

„Zbrodnia Olgi Arbeliny” nie jest powieścią na jeden wieczór. Gąszcz sugestywnie opisanych uczuć wymaga pewnego skupienia, a ich ładunek emocjonalny może chwilami lekko przytłoczyć, dlatego warto podzielić lekturę. Choć nie byłam zachwycona tak, jak w przypadku „Kobiety, która czekała”, Makine upewnił mnie, że o ludzkiej psychice potrafi pisać mistrzowsko i równie udanie kreować atmosferę w książce. Osamotnienie, zimowe uśpienie, wiosenny powrót do życia – tematy na pozór lekko już banalne i opisane wielokrotnie pod piórem tego rosyjsko-francuskiego pisarza ani na chwilę nie tracą autentyczności i poetyki, dzięki której czytelnik bez problemu przenosi się do zasypanego śniegiem podwórka w bliskim sąsiedztwie rzeki. „Zbrodnia Olgi Arbeliny” jest jedną z wcześniejszych powieści autora, cieszy więc widoczny postęp i rozwój jego warsztatu, widoczny w kolejnych powieściach. W przypadku książek Makine’a zawsze żałuję, że nie należę do jakiegoś klubu dyskusyjnego. W recenzjach na blogu nie chcę zdradzać zbyt wiele, żeby nikomu nie zepsuć przyjemności czytania, natomiast z radością powymieniałabym się refleksjami na temat rozwiązania, dalszych wątków, analizy działań i uczuć bohaterów… To książki, które zostają z czytelnikiem po ich przeczytaniu i tak też jest ze „Zbrodnią Olgi Arbeliny”.

Tytuł: Zbrodnia Olgi Arbeliny
Tytuł oryginału: Le crime d’Olga Arbelina
Autor: Andreï Makine
Wydawnictwo: Сzytelnik
Moja ocena: 4+/6

Dla lubiących pisać listy…

25/10/2011 3 uwag

Mała zabawa, w której można wygrać piękne akcesoria przydające się w upiększaniu listów :)

Kategorie:zabawa Tags: ,

Książka Makine’a, która zachwyca

21/10/2011 5 uwag

Andreï Makine to dla mnie odkrycie. W zeszłym roku przeczytałam przepiękny „Francuski testament” i obiecałam sobie, że zapoznam się z tym autorem bliżej. Wiadomo jednak, że przy piętrzących się stosach książek do czytania plany ulegają nagłym zmianom, przesuwają się w czasie, nierzadko przysypane kolejną warstwą fascynujących powieści. Makine musiał swoje odczekać, bo dopiero patronat „Archipelagu” nad jego najnowszą ukazującą się w Polsce książką, „Ludzka miłość”, sprawił, że wróciłam do jego innych książek, pieczołowicie gromadzonych od czasu przeczytania „Francuskiego testamentu”. I ze spokojem mogą stwierdzić, że to jedna z najlepszych rzeczy, jaka przydarzyła mi się w tym roku w moim czytelniczym życiu.

Niewielka powieść pod tytułem „Kobieta, która czekała” jest swego rodzaju małym arcydziełem. Makine z wdziękiem i doskonałym wyczuciem połączył wszystkie niezbędne cechy, które w moim odczuciu świadczą o wybitności książki. Fabuła biegnie na kilku płaszczyznach, stanowiąc wyjście do szerokiej refleksji. Miłość, samotność, poszukiwanie tożsamości i psychologiczna analiza zostały ujęte w sposób daleki od banału, ale równocześnie urzekającą swoją prostotą, bez wielu górnolotnych słów i dramatycznych scen. Tytułowa bohaterka, w sposób typowy dla prozy Makine, została przedstawiona oczami zafascynowanego nią narratora, młodego mężczyzny, który trafił do uśpionej syberyjskiej wioski, by napisać artykuł o tamtejszych obyczajach. Tam spotyka starszą od siebie Wierę, swoistą ikonę wymierającej wsi. Głównym zajęciem Wiery jest doglądanie staruszek, zajmowanie się nimi do śmierci i zapewnienie im pochówku. Nie opuściła wioski jak większość młodszych ludzi i trwa na swoim posterunku, ponieważ czeka. Czeka na dawnego ukochanego, któremu obiecała wierność przed jego wyruszeniem na wojnę. I chociaż minęło już tak wiele lat, ona wciąż czeka, wtapiając się w syberyjski krajobraz jak gdyby naznaczony czekaniem. Narrator usiłuje zbliżyć się do Wiery, posiąść ją poprzez określenie jej uczuć i scharakteryzowanie jej postawy. Kierowany zarozumiałym przekonaniem, że każdego można wpasować w określony schemat emocji, bohater narzuca Wierze wzorzec, który pomaga mu ją sklasyfikować. Każdemu z nich kobieta się jednak wymyka, dowodząc indywidualności każdego cierpienia i każdej samotności, nie wspominając o zwykłym postrzeganiu świata. Mężczyzna nie może pojąć i zaakceptować czekania Wiery, jej smutku, który doskonale można pogodzić z pogodną egzystencją i zaangażowaniem w sprawy przyziemne, które to uczucia według niego się wykluczają. I kiedy myśli, że nareszcie przejrzał motywy Wiery, kiedy wierzy, że ją zmienił i rozgryzł do końca, kobieta zaskakuje go znowu – i po raz ostatni.

Andreï Makine, rewelacyjnie tłumaczony z francuskiego, trafia swoim stylem idealnie w moją wrażliwość. To pisarz, który potrafi wydobyć piękno z codzienności, ze zwykłych przedmiotów i czynności. Gdy opisuje spacer nad brzegiem na wpół zamarzniętego jeziora, idę tam razem z bohaterami. Wzdycham z zachwytu nad opisami uczuć i refleksji, ani przez chwilę nie mam poczucia, że dialogi mają w sobie sztuczność. Proza rosyjsko-francuskiego pisarza pełna jest poetyki, nie popada on jednak w nazbyt uduchowione tony. Tło obyczajowe, choć wyraźne zarysowanie, nie przytłacza w tak krótkiej formie. Pełne fascynacji opisy Wiery tchną delikatnym erotyzmem. Całość jest po prostu cudowna i nie potrafię (nie mówiąc o tym, że nie chcę!) znaleźć w tej książce słabych stron.

Czy na każdym „Kobieta, która czekała” zrobi takie wrażenie? Czytając recenzje ze smutkiem stwierdzam, że większość jest umiarkowanie pozytywna lub wręcz nieprzychylna. Dla mnie to jedno z wielu cudownych odkryć tego roku, który obfituje dla mnie w książki ważne. Ta na pewno się do nich zalicza, a Makine wskoczył na moją listę pisarzy ważnych. Zdążyłam już przeczytać kolejne jego powieści, wszystkie uważam za bardzo dobre i stopniowo będę je tu opisywać, a już teraz gorąco polecam.

Tytuł: Kobieta, która czekała
Tytuł oryginału: La femme qui attendait
Autor: Andreï Makine
Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska
Wydawnictwo: MUZA, 2005
Ilość stron: 162
Moja ocena: 6/6

Archipelag! Odsłona szósta

18/10/2011 2 uwag

Jesień rozpoczęła się już na dobre, więc tym milej mi zaprosić Was do lektury jesiennej odsłony „Archipelagu”! W szóstym już numerze pisma tematem przewodnim jest TOŻSAMOŚĆ. Poniżej zapraszam Was do zapoznania się pobieżnie z treścią:

W jesiennym numerze zwracamy uwagę na zagadnienie utraty pamięci i wspomnień oraz dezorientacji w obliczu własnego „ja”. Analizujemy tożsamość współczesnego Polaka i Polski na podstawie zbiorów reportaży Szczygła, Nowaka, Tochmana i innych, dumając nad wpływami ostatnich dwudziestu lat na nasze postrzeganie siebie. O tożsamości i kulturze Farerów rozmawiamy z Marcinem Michalskim, autorem książki „81:1”. Opowieści z Wysp Owczych. Zastanawiamy się, czy mieszkańcy społeczeństw wielokulturowych powinni zadawać sobie pytania o własne korzenie i tożsamość i omawiamy rolę, jaką pełni tożsamość w kulturze, historii i polityce. Bożena Umińska-Keff, autorka m.in. Utworu o matce i ojczyźnie, opowiada nam o antysemityzmie i krzywdzących stereotypach, określeniach językowych oraz symbolice dotyczącej Żydów. Rozważamy problem tożsamości mieszkańców Górnego Śląska w książkach Horsta Bienka i Janoscha, którym to mieszkańcom w historii niejednokrotnie narzucano określoną przynależność narodową, lub wybierana zostawała ona przez nich z pragmatycznych względów. Przypominamy autorki, które w historii literatury często pisały pod pseudonimami i wyjaśniamy powody, dla których tak się działo. Pod lupę bierzemy powieść Milana Kundery pt. „Tożsamość” i zadajemy pytanie, na ile otaczająca nas rzeczywistość wpływa na naszą indywidualność.

O tożsamość, ukochane książki z młodości i bohaterów jej dzieł pytamy Leilę Aboulelę, pisarkę o sudańsko-egipskich korzeniach. Śledzimy rozwój literatury w Islandii, niewielkiej wyspie, na której literatura odgrywa ogromną rolę, a trzynastowieczne sagi są równie chętnie czytane co powieści współczesnych pisarzy. Przybliżamy styl pisania wielu autorów, zdradzając kiedy, gdzie, jak i jak długo piszą znani i cenieni literaci z całego świata. Kreślimy przepis na idealną książkę napisaną przez ekspata i wymieniamy kilka najlepszych dzieł z tego gatunku. Udajemy się do Edynburga, gdzie niedawno zakończył się największy na świecie festiwal literacki i zdajemy relację z imprez i spotkań z pisarzami. Cofamy się do czasów dzieciństwa i przekonujemy, że warto w dorosłym życiu poszukiwać obrazów, zapamiętanych przez laty. Opierając się na książce Tony’ego Judta „Źle ma się kraj. Rozprawa o naszych współczesnych bolączkach”, analizujemy dwudziestowieczną historię społeczeństw zachodnich, zastanawiamy się nad popełnianymi błędami i zdradzamy radę, jakiej przed śmiercią udzielił autor. Jak zwykle w „Archipelagu” znaleźć można recenzje książek wydanych w Polsce i za granicą, a także nowy cykl, opisujący najnowsze trendy z jednego kraju. W bieżącym numerze zdradzamy, o jakich książkach głośno jest teraz w Pakistanie.

Pochylamy się nad związkami literatury i filmu, badając hiszpańskie i iberoamerykańskie konteksty kulturowe i adaptacje największych dzieł, pochodzących z hiszpańskojęzycznych krajów. Organizujemy zabawę, polegającą na odgadnięciu informacji o filmach, w których pojawia się motyw księgarni lub biblioteki. Tropimy relacje między „Trzema muszkieterami” Alexandra Dumasa, „Dziewiątymi wrotami” Polańskiego i „Klubem Dumas” Artura Péreza-Reverte’a, wyszukując ciekawostki w sposobie prezentacji i interpretacji klasyki literatury.

Przedstawiamy autorów, których wizerunek tworzy spójną całość z książkami, które napisali. Oddajemy się refleksjom na temat światła, ciemności, śmierci i przestrzeni dzięki tomikowi wierszy Marka Stranda „Krok przed ciemnością”. Wybieramy się na wycieczkę do Wilna i wędrując po malowniczych uliczkach, opisanych w kilku wileńskich książkach, stajemy się bliżsi tajemnicy odkrycia tożsamości miasta. Zachęcamy do skosztowania słodkich gush-e-fil, na które przepis zdradza Marsha Mehran w „Zupie z granatów”. Zrywamy z mitami na temat literatury kolumbijskiej, rozbieramy na czynniki pierwsze stereotypy, jakie ją otaczają i wskazujemy najbardziej wartościowych pisarzy z Kolumbii.

Opowiadamy o dwóch imprezach, nad którymi obejmujemy patronat. I Salon Ciekawej Książki, odbywający się w grudniu w Łodzi to wielkie targi, poświęcone promocji czytelnictwa, dające miastu szansę na zaistnienie na literackiej mapie Polski. PrzyTARGaj KSIĄŻKI to targ książkowy, zorganizowany w Poznaniu, połączony z Klubem Z Książką nad Kawą w ramach wspólnego projektu Czytelnisko. O wszystkich inicjatywach, pomysłach i planach informujemy czytelników „Archipelagu”.

Nagrody książkowe można zdobyć aż w pięciu konkursach. Na zakończenie jest quiz, który stanie się stałym atrakcją naszego magazynu. Oprócz tego wygrać można książki, o których jest mowa w „Archipelagu”, odpowiadając na proste pytania. Zachęcamy do wspólnej zabawy i przyjemnej lektury! A na stronę można się dostać poprzez kliknięcie na okładkę:

Jeśli chodzi o mój tekstowy udział, to zapraszam do przeczytania recenzji mojego autorstwa i notatki o I Salonie Ciekawej Książki w Łodzi.

Mam nadzieję, że Wam się nowy numer spodoba. A jeśli tak będzie i generalnie lubicie „Archipelag”, to gorąco zachęcam do głosowania na niego w plebiscycie Papierowego Ekranu!.

O bibliotekach słów kilka

17/10/2011 12 uwag

„O bibliotece” to krótki esej napisany przez Umberto Eco na tytułowy temat. Pisarz przedstawia swoją wizję biblioteki idealnej, przedstawiając możliwe zagrożenia, plusy i minusy różnego podejścia do książek w instytucjach tego rodzaju. Wizję swoją opiera w dużej mierze na odwrotności opisu z opowiadania „Biblioteka Babel” Jorge Luisa Borgesa, którego to tekstu obszerny fragment został w eseju zacytowany. Jako stały bywalec i wieloletni użytkownik bibliotek, Eco ma wiele trafnych spostrzeżeń dotyczących wypożyczania i przechowywania książek. Z drugiej strony jednak nie odkrywa w swoim tekście niczego nowego, a całość jest tak krótka, że czekając na jakąś niebagatelną myśl, nagle znalazłam się na ostatniej stronie.

Chyba źle się stało, że ten esej został opublikowany jako niezależna książka. Wyobrażam sobie, że w zbiorze innych tekstów, ten stałby się ciekawostką, a przynajmniej przyjemnym drobiazgiem dla każdego miłośnika czytania. Jak można spodziewać się po Eco (którego tylko eseje i to w większości fragmentarycznie miałam okazję czytać – wiem, poprawię się), styl jest naprawdę dobry, a tekst błyskotliwy i przyjemny w odbiorze. Nie chodzi tu też nawet o poczucie niedosytu po przeczytaniu. Po prostu przechodzi bez żadnego echa, nie zachęcając do dyskusji ani nie poddając nowych pomysłów w temacie. Myślę, że każdy użytkownik biblioteki wie i zastanawia się często, jak w jego opinii wyglądałaby biblioteka idealna, co zmieniłby w tej, z której aktualnie korzysta… Eco nie niesie więc ze sobą nic odkrywczego. Z uwagi na objętość i znikomy ciężar, to książka idealna do torebki i przeczytania w autobusie lub kolejce.

I tu właściwie mogłabym zakończyć tę mini-recenzję tej mini-książeczki. Ciekawi mnie natomiast następująca rzecz: jakie są Wasze biblioteki? Czy miejsca, z których korzystacie Was satysfakcjonują? Czego Wam najbardziej brakuje? A może znacie Bibliotekę Idealną? W moim dużym mieście jest biblioteka, która byłaby bliska ideału – niestety, jej największą wadą jest bycie biblioteką uniwersytecką, do której z tej przyczyny nie mam już od roku dostępu…

Tytuł: O Bibliotece
Tytuł oryginału: De Bibliotheca
Autor: Umberto Eco
Tłumaczenie: Adam Szymanowski
Wydawnictwo: Świat Książki, 2007
Ilość stron: 47
Moja ocena: 3+/6

Dziecięca krucjata w Dreznie

06/10/2011 11 uwag

Czytając klasyk, zwłaszcza taki, który według własnego czytelniczego sumienia już dawno powinnam mieć przeczytany, czasem mam trudność z jasnym ułożeniem sobie w głowie, co tak naprawdę o książce uważam. Moje oczekiwania są mocno wywindowane, mam już jakieś wyobrażenie o danej powieści i jeśli nawet książka naprawdę mi się podoba, nierzadko mam poczucie niedosytu lub wręcz zawodu. I to tylko tyle? Przecież miało mnie wgnieść w fotel, nie miałam móc myśleć o niczym innym przez kolejne kilka dni! A tu – podobało się, miejscami nawet bardzo, ale… Opisywana sytuacja właściwie nie występuje w przypadku „Rzeźni numer pięć”, a na pewno nie jest drastyczna, bo książkę uważam za naprawdę bardzo dobrą. Jednak nie mogłam oprzeć się refleksji, że powinnam ją przeczytać kilka lat temu, a moje odczucia byłyby zdecydowanie bardziej pozytywne i być może rzeczywiście byłabym pod wrażeniem. Oczywiście wiek jako taki nie ma tu nic do rzeczy wtedy po prostu tematyka poruszana przez Vonneguta była mi bliższa, bardziej oddziaływała na moją wyobraźnię. Zawsze mi szkoda, kiedy z naprawdę dobrą książką nie trafiam w odpowiedni czas, z drugiej jednak strony zależy mi na nadrabianiu zaległości w klasyce, muszę więc pogodzić się z taką ewentualnością.

Wszystkie elementy „Rzeźni numer pięć” wpasowują się w moje gusta. Kurt Vonnegut łączy historię napisania swojej książki z samą fabułą, jasno dając do zrozumienia, że ma bardzo anty-wojenne przekonania. Bohater powieści, Billy Pilgrim, to przykład anty-żołnierza, dokładne niemal przeciwieństwo amerykańskich bohaterskich chłopców, przeżywających przygody i nawiązujących piękne przyjaźnie na froncie. Zgadza się tylko jedno – Billy to właśnie chłopiec, tak jak większość żołnierzy biorących udział w wojnie. Stąd też podtytuł powieści: „Krucjata dziecięca” (a także drugi, równie wymowny, „Obowiązkowy taniec ze śmiercią”), nadany przez autora po rozmowie z żoną przyjaciela z czasów wojny, która obawiała się, że książka Vonneguta będzie kolejną historią zachęcającą dzieci do udziału w wojnie. Autor od początku jednak miał sprecyzowany pogląd na treść swojej powieści, choć przedstawił ją nieco przewrotnie. Wybijające się chwilami na pierwszy plan elementy science fiction dotyczące „wypadania z czasu” i możliwości przeżywania jednej chwili w nieskończoność, pozornie odciągają czytelnika od głównego wątku i dramatu rozgrywającego się na wojnie. Billy twierdzi, że porwali go kosmici i przez kilka lat trzymali na planecie Tralfamadoria, gdzie był pokazywany w zoo jako przedstawiciel ludzkiej rasy. To od nich miał się nauczyć wypadania z czasu, wracania do teoretycznie przeżytych już chwil i patrzenia na świat z niecodziennej, ponadczasowej perspektywy. Tym samym autor nie tylko snuje refleksje na temat paradoksów związanych z czasem i przeżywaniem go, ale dzięki wprowadzeniu Tralfadoriańczyków w błyskotliwy sposób pokazuje ludzkość z dystansu i pod niecodziennym kątem. Jako tło i istotny punkt powieści służy bombardowanie Drezna, epizod wojenny nieznany wcześniej (przed wydaniem „Rzeźni numer pięć”) zbyt szeroko. Vonnegut nie kryje, że zawarł tam swoje autobiograficzne wątki, jako że miał nieszczęście znajdować się w Dreznie w tym czasie. Wszystko to razem tworzy niezwykłą mieszankę, nad którą autor bez problemu panuje. Zostawia też pewien wybór swojemu czytelnikowi – jeśli chce, może on wierzyć w porwanie przez kosmitów i wszystkie jego następstwa. Jeśli takie wyjście do niego nie przemawia, bez trudu złoży niecodzienne wydarzenia i myśli Billy’ego na karb zaburzeń psychicznych spowodowanych wojną.

Książka jest naprawdę poruszająca i świetnie napisana. Sporo w niej czarnego humoru, na który jednak nie miałam nastroju – dla mnie była refleksyjna i przesmutna. Gdybym czytała ją pod koniec liceum lub na początku studiów, piałabym z zachwytu. Dziś z uznaniem kiwam głową i smutno się uśmiecham, zgadzając z Vonnegutem w każdym niemal punkcie. I z zaciekawieniem sięgnę po kolejne jego książki.

Tytuł: Rzeźnia numer pięć
Tytuł oryginału: Slauterhouse-five or the Children’s Crusade
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Kurt Vonnegut
Wydawnictwo: PIW, 1990
Ilość stron: 180
Moja ocena: 5/6


Drodzy czytelnicy mojego bloga, mam wielką prośbę. Jeśli czytacie „Archipelag” (lub choć przeczytaliście jeden numer) będę bardzo wdzięczna za wypełnienie ankiety, która znajduje się na głównej stronie pisma. Nie powinno zająć Wam to wiele czasu, a nam bardzo się przydadzą wszelkie opinie. Nie wahajcie się podawać konkretnych życzeń bądź sugestii, są naprawdę brane pod uwagę! Z góry bardzo dziękuję.