Archiwum

Archive for Listopad 2010

Zagubieni między pustynią a Zachodem

Bardzo lubię książki nie tylko opowiadające o innych kulturach, na co dzień dla mnie niedostępnych, ale także przedstawiające zderzenie ich z rzeczywistością dobrze mi znaną. „Zderzenie” nie jest tu może najszczęśliwszym słowem, ponieważ nie zawsze towarzyszą tym spotkaniom gwałtowne emocje, myślę, że znacznie częściej jest to miarowe poznawanie się, wzajemna fascynacja i niezliczona ilość pytań. Oczywiście, wszystko zależy od nastawienie obu stron, nie tylko do samego procesu poznawczego drugiej kultury, ale przede wszystkim jej przedstawicieli, którzy poza byciem żywymi spadkobiercami bogatej tradycji, pozostają głównie zwykłymi ludźmi, którzy chcą żyć po swojemu, czyli we własnym odczuciu normalnie. Myślę, że w tym właśnie tkwi sedno konfliktu opisanego przez Abd ar-Rahmana Munifa w pierwszej części jego pokaźnych rozmiarów dzieła „Miasta soli”, zatytułowanej „Zagubieni”. Wychowany w Jordanii autor mogący się poszczycić saudyjsko-irakijskimi korzeniami należy do najbardziej uznanych współczesnych pisarzy arabskich, w Polsce jednak pozostawał do tej pory dość anonimowy. Całe szczęście sytuacja ulega zmianie, jego książka bowiem to istotny głos w kwestii konfliktów Bliskiego Wschodu z Zachodem, z którego zapewne wiele osób zdawało sobie sprawę, choć niestety pozostawały i tak w mniejszości. Lektura „Zagubionych” ma szansę choć trochę zmienić tę sytuację.

Treść książki nie dzieje się w sprecyzowanym okresie ani miejscu, zyskując dzięki temu uniwersalność. Autor pokazuje losy wielu plemion i miejsc na Bliskim Wschodzie (oczywiście, stopień rozwoju i odległość od Egiptu pozwala nam mniej więcej umiejscowić powieść w czasie i przestrzeni, Munif unika jednak podawania dokładnych dat oraz nazw). Niewielka społeczność beduińska żyje w dolinie Wadi al-Ujun, od lat praktykując swoje zwyczaje i poddając się rytmowi życia na łonie pustynnej przyrody. Karawany pojawiają się i znikają, mężczyźni z plemienia wyjeżdżają i wracają, kobiety dbają o rodziny i tak jeden cykl życia przechodzi w kolejny, co jakiś czas zmieniając się nieznacznie przez prowadzone wojny lub konflikty między plemionami. Świat Beduinów wywraca jednak do góry nogami pojawienie się w ich obozie Amerykanów. Początkowo są do nich nastawieni dość przyjaźnie, jak do wszystkich gości nawiedzających Wadi, szybko jednak zaczynają czuć nieufność, zachowanie cudzoziemców jest tajemnicze, ich wyjaśnienia nie pasują do czynów, a mimo błogosławieństwa emira, ludzie zaczynają przeczuwać niebezpieczeństwo. Najzacieklejszym przeciwnikiem Amerykanów jest Mutib al-Haddal, który z czasem staje się symbolem oporu, zwłaszcza gdy dolinę spotyka przewidziana przez niego zagłada. Po tych wydarzeniach mężczyzna znika, a jego rodzina, osamotniona i zagubiona, wyrusza w podróż do krewnych. Wkrótce jednak okaże się, że nie tylko Wadi al-Ujun została zrównana z ziemią, a praca w nowych obozach tworzonych przez Amerykanów przyciąga młodszych i starszych Arabów. Także syn Mutiba, Fawwaz, wyrusza wraz z kuzynem i trafia do Harranu, gdzie zaczynają pracować dla cudzoziemców.

Tam też rozgrywa się główna akcja powieści, choć słowo „akcja” może budzić skojarzenia nie do końca przystające do fabuły książki. Choć na 544 stronach dzieje się naprawdę dużo, większość wydarzeń opisana jest w spokojny sposób, bez wartkiego poprowadzenia akcji. Nie jest to natomiast wadą książki, ponieważ cała jej konstrukcja opiera się na opowiadaniach o poszczególnych mieszkańcach Wadi al-Ujun, a później Harranu. Na początku czytelnik ma wrażenie, że to rodzina Mutiba lub też on sam będą bohaterami dzieła, szybko jednak narracja koncentruje się na kolejnych bohaterach, nie zapominając o poprzednich, ale i nie skupiając się na życiu konkretnej osoby. Munif roztacza przed czytelnikiem panoramę zmian społecznych, zachodzących zbyt szybko i w warunkach, kiedy jedna z kultur nie tylko czuje swoją wyższość nad drugą, ale i nie traktuje jej przedstawicieli jako dorosłych ludzi, którym należy się szacunek. Bez wahania zmieniają krajobraz, zmuszając ludzi do przeprowadzki w inne miejsce, dostosowują zastaną rzeczywistość do swoich potrzeb, a ludzi traktują jako siłę roboczą oraz ciekawy materiał etnograficzny, w większości nie siląc się na ich poznanie i zrozumienie. Po stronie arabskiej wzrasta natomiast zagubienie i niechęć do obcokrajowców, których z jednej strony podziwiają, ale i traktują jak wysłanników szatana lub opętanych przez złe duchy dziwaków. Zmiany zachodzą zbyt szybko, żeby żyjący na pustyni Arabowie mogli się do nich spokojnie przyzwyczaić. Część z nich daje porwać się fali modernizacji, część popada w coraz większy niepokój, skutkujący nierzadko problemami psychicznymi. Pogodzenie wielowiekowej tradycji Arabów wydaje się być niemal nie do pogodzenia z rozkwitającym miastem, głównie ze względu na to, że miasto budowane jest w stylu amerykańskim, a od Harranu Arabskiego i baraków robotników odgrodzone jest kolczastym drutem. Tymczasem arabska dusza, być może chwilami nieświadomie, rwie się ku dawnym czasom, znanym obyczajom oraz pustyni.

Czuł, że zarówno jego jak i księcia pustynia może uzdrowić. Tam człowiek znajduje się sam pośród bezkresu, ciszy i pierwotnej przyrody. Tam ma nie tylko możliwość dokonania właściwie oceny tego, co się stało, ale również – dzięki spokojowi i ciszy – może zwalczyć chorobę i ułożyć sobie wszystko na nowo. (s. 367-368)

Amerykanie natomiast cierpią na pustyni, żar lejący się z nieba, zwierzęta – nie potrafią się odnaleźć na nieswoje ziemi. Ich zainteresowanie kulturą arabską jest dość powierzchowne, nie chcą zaprzyjaźniać się z mieszkańcami Harranu, a jedynie zadają im setki pytań, przy okazji spotkań teoretycznie towarzyskich, później natomiast, napotykając mur niechęci, w wymuszonych wywiadach, do których zmuszani są robotnicy. Robią mnóstwo zdjęć i bywają rozczulający jak dzieci, ciesząc się z oglądanych przez siebie dziwów. Nie rozumieją jednak problemów i palącej tęsknoty słyszalnej w śpiewie Arabów, tak jak Arabowie nie pojmują działania wynalazków przywożonych przez cudzoziemców i szybko ustawiają się w pozycji gorszych, choć są przekonani o swojej moralnej wyższości (przynajmniej po pewnym czasie). Nie pomaga im to jednak w zaprzestaniu fantazjowania na temat amerykańskich kobiet, które widzieli na statku. Narastają nieporozumienia, niechęć i oskarżenia, nie znajduje się natomiast nikt, kto byłby w stanie załagodzić konflikt. Jego plon możemy obserwować w dniu dzisiejszym.

Książka „Miasta soli. Zagubieni” to przejmująca relacja pokazująca początek znanych arabsko-zachodnich konfliktów, napisana pięknym językiem i w sposób najbardziej do mnie przemawiający – przedstawia bowiem historie zwykłych ludzi i wpływ zmian na ich życie. Chwilami wzruszająca, całościowo melancholijna, pełna żalu za odchodzącym światem. Czego mi zabrakło? Być może autor poruszył ten temat w kolejnych częściach „Miast soli” (jest to bowiem pięcioksiąg), ale w „Zagubionych” nie znajdziemy prawie żadnych fragmentów dotyczących kobiet. Poza Wadhą i Umm al-Chusz nie znajdziemy zbyt wielu opisów, w których kobiety by występowały, nie wspominając już o wpływie zmian na ich społeczność. Bardzo chętnie poznałabym sytuację także z ich punktu widzenia. Ciekawa jestem więc kolejnych tomów dzieła Abd ar-Rahmana Munifa, a wszystkim zainteresowanym tematem serdecznie polecam „Zagubionych”.

Tytuł: Miasta soli. Zagubieni
Tytuł oryginalny: Mudun al-milh: Al-tih
Autor: Abd ar-Rahman Munif
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2010
Ilość stron: 544
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Smak Słowa, serdecznie dziękuję.

Porozmawiajmy o blogach…

Blog Forum Gdańsk 2010

Nie wiem jeszcze, czy dane mi się będzie wybrać, ale może być ciekawie, zachęcam więc do przejrzenia programu, może się wybierzecie?

Kategorie:wydarzenia Tagi: , , ,

O pomaganiu najbiedniejszym

Siostra Małgorzata Chmielewska, przełożona Wspólnoty „Chleb Życia”, to postać dość kontrowersyjna, ale przede wszystkim bardzo interesująca. Niewiele o niej wiedziałam przed ukazaniem się reportażu „Generał w habicie” autorstwa Stanisława Zasady. Pobieżnie zapoznałam się z jej życiorysem, kiedy zaproponowano mi tę książkę do przeczytania i napisania o niej kilku słów, uznałam wtedy, że zdecydowanie mam ochotę poznać siostrę, a przede wszystkim jej działalność bliżej. Wspólnota „Chleb życia” jest bowiem o tyle wyjątkowa, że nie tylko zajmuje się biedakami i bezdomnymi, ale żyje z nimi pod jednym dachem, dzieląc ich codzienny los. Przesłanie głoszone przez członków Wspólnoty zakłada, że nie wystarczy bezdomnemu dać talerza zupy, nowego ubrania i dachu nad głową, trzeba odnaleźć w tym człowieka Boga, pokochać go, co nierzadko przysparza trudności i być z nim w lepszych i gorszych chwilach. Czytając wypowiedzi i historie zarówno pracowników domów wspólnotowych, jak i ich mieszkańców, odnosi się wrażenie, że udało im się to niezwykle trudne zadanie.

Reportaż przybliża czytelnikowi historię Małgorzaty Chmielewskiej, wywodzącej się z inteligenckiej rodziny dziewczyny, która przez wiele lat poszukiwała swojego miejsca w życiu, starając się połączyć rozwój duchowy z pomocą potrzebującym. Próbowała swoich sił w zakonach, gdzie czuła, że wciąż robi za mało i niespecjalnie tam pasowała: ostry charakter, nierzadko brutalne słowa, papierosy palone jeden za drugim. Kiedy w końcu odnalazła Wspólnotę, która w tamtym okresie nie istniała jeszcze w Polsce, poczuła, że o to właśnie jej chodziło. Grupa (to słowo wydaje się bardziej adekwatne niż ‘organizacja’) „Chleb Życia” powstawała we Francji, z inicjatywy osób świeckich (choć po głębokim nawróceniu), które chciały żyć we wspólnocie zbliżonej do tej pierwszych chrześcijan, pomagając tym najbardziej potrzebującym i najsłabszym. Zasada przedstawia zwięźle początki Wspólnoty, opierając się jednak głównie na mieszkańcach i pracownikach polskich domów „Chleba życia”, ich decyzji o poświęceniu się pomocy ubogim, rozmowom o codziennym życiu i wspominaniu kamieni milowych w funkcjonowaniu polskiej odnogi Wspólnoty.

Jak nie trudno się domyślić, historie o poświęceniu i głębokiej potrzebie miłości i pomocy wzruszają i dają do myślenia. Autorowi udaje się uniknąć wyciskania ze swoich czytelników łez na siłę, niebezpiecznie jednak zbliża się do tej granicy, zwłaszcza w początkowej części reportażu. Powoduje to maniera pisania, w której myśl Zasada co i rusz przenosi do następnej linijki konkluzję lub robiącą wrażenie informację, podkreślając je dodatkowo. W pierwszych kilku rozdziałach nie sprawia to negatywnego wrażenia, później zaczyna irytować aż wreszcie czytelnik może się do tego sposobu opisu przyzwyczaić i nie zwracać na niego uwagi (autor też się opamiętuje). Bo choć forma jest ważna, nie może ona przyćmić samej treści.

Nie sposób bowiem zbagatelizować ogromu pracy, silnej woli i miłości (tak!), jaki w swoje działania wkładają ludzie prowadzący domy „Chleba Życia”. Codzienność przypomina nieustającą walkę: z przeciwnościami losu i ludzkimi słabościami. Właściwie ciężko ich działania nazwać pracą, to raczej sposób na życie, wymagający całkowitego niemal poświęcenia i rezygnacji z dotychczasowego życia, nie tylko jeśli o jego standard chodzi. Ta postawa wzbudziła we mnie wzruszenie i podziw, uświadamiając mi, że sama nie potrafiłabym raczej dobrowolnie wyzbyć się dóbr materialnych i poświęcić dla osób, które tak łatwo poddają się własnym słabością, często odwdzięczając się złem i zachowując postawę wybitnie roszczeniową. Podziwiam hart ducha siostry Małgorzaty i jej towarzyszy. A przy tym, wrażenie robią wyznania Siostry dotyczące jej wiary – dużo w nich zdrowego rozsądku i dystansu do siebie. Głęboka wiara nie przeszkadza Chmielewskiej krytykować moralnej zgnilizny, błędów w Kościele, ludzkiej hipokryzji. Nie przejmuje się krytyką pod adresem własnej osoby, na przykład w związku z jej adoptowanymi (jest prawną opiekunką) dziećmi. Szanuje inne wyznania, w domach Wspólnoty nikt nikogo nie próbuje nawracać, choć modlitwy i nabożeństwa odbywają się tam niemal codziennie – udział biorą tylko chętni. Siostra Chmielewska robi swoje i sądząc z wypowiedzi jej podopiecznych oraz przytaczanych przez Zasadę faktów – naprawdę dobrze jej idzie.

Lektura „Generała w habicie” wpłynęła na mnie inspirująco, dała do myślenia i ogromnie wzruszyła. Jeśli ktoś byłby zainteresowany taką lekturą, to polecam ją zwłaszcza na okres przedświąteczny, sprzyjający refleksji nad miłością do bliźniego i pomaganiem innym ludziom, a także własnej hierarchii wartości. Interesująca może być także lektura bloga Małgorzaty Chmielewskiej, który daje obraz jej działalności i światopoglądu, zdrowego i pełnego humoru.

Tytuł: Generał w habicie
Autor: Stanisław Zasada
Wydawnictwo: Znak, 2010
Ilość stron: 224
Moja ocena: 4/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję.

Lofoty z ostatnimi wikingami

Dziwny czas ostatnio nastał w moim życiu, pełen zmian, wielkich nadziei, męczących zawodów, przyzwyczajania się do nowych warunków, które miały być inne – ale z braku wyboru póki co pozostać muszą takie, niesatysfakcjonujące w pełni, ale przynoszące pewne korzyści. W biegu, w autobusie i potem wieczorem, na spokojnie i bez energii na wiele więcej, czytałam „Ostatniego wikinga” Johana Bojera, dziwiąc się sobie chwilami, że zamiast dać ponieść się jednemu z intrygujących mnie tytułów czekających na półce, tkwię w lekturze historii lofockich rybaków. I zastanawiając się, czy to aby nie jest strata czasu, dochodziłam do wniosku, że niech sobie temat mojej lektury brzmi jak chce, wciągnęłam się w losy załogi „Foki”, czuję na twarzy morską sól, podmuch mroźnego, północnego wiatru, słyszę skrzypienie drewnianego pokładu i otaczający zewsząd rybaków zapach wątłuszy i śledzi. I właśnie ta mieszanka działa na mnie zadziwiająco kojąco dla mnie samej, uspokaja i wycisza. Na piętnaście minut jazdy autobusem przenosiłam się w inny świat, pomagający mi natychmiast oddalić się od irytujących problemów rzeczywistości. A przecież nie każda książka taką przyjemność zapewnia!

O czym opowiada „Ostatni wiking”? Nie jest to historia północnych wojowników, ale norweskich rybaków i chłopów, zamieszkujących małą nadmorską wieś. Czytelnik zapoznaje się z garstką bohaterów, którzy w ten czy inny sposób związani są z corocznymi połowami na Lofotach. Maria wychowała się w łagodnych dolinach i nienawidzi fal rozpryskujących się o skały. Morze to dla niej niebezpieczne bóstwo zabierające mężczyzn, nie pozwalające jej wierzyć w dobrego Boga, którego potrafiła czcić w spokojnej, przyjaznej człowiekowi dolinie. Maria nie chce jednak żyć bez ukochanego męża, Kristavera, który z morzem i rybactwem związany jest od dzieciństwa, tej zimy pogłębiając jeszcze ową więź poprzez zakup łodzi o nazwie „Foka”. Tego roku po raz pierwszy ma także zabrać w morze najstarszego syna, Larsa. Lars mimo poważnego wieku szesnastu lat, wciąż nie potrafi zdecydować się między rybactwem a nauką, do której ma predyspozycje. Kocha czytać i choć morze nęci go, marzenia co i rusz biegną ku dalszym studiom historii, roznosi go ciekawość świata. Zdaje sobie sprawę, że to nie tylko wybór między morzem, a lądem, ale także między ojcem i matką. Inni mieszkańcy wsi również przypatrują się morzu z mieszaniną fascynacji i niepewności jutra. Kaleas Gomon, któremu przypisywane jest każde nieślubne dziecko w okolicy, ma do wyżywienia starego, ślepego ojca oraz młodą, niekonfirmowaną jeszcze siostrzyczkę. Inni rybacy również posiadają rodziny, z którymi łączą ich różnorakie stosunki, połów jednak wydaje się niezbędny do przeżycia kolejnego roku. Nikt nie obiecuje jednak, że rybak powróci z rybami i pieniędzmi, co roku ktoś zostaje na Lofotach i wiedzą o tym czekające rodziny. Tylko na Jakuba, dowódcę „Morskiego Kwiatu” nie czeka nikt, jego domem i rodziną jest bowiem jego własny statek. Zbliża się zima i z dnia na dzień wioskę opuszcza większość mężczyzn, kierując swe łodzie ku Lofotom. Tam rozpocznie się ciężkie życie, pełne ryzyka i nieprzewidzianych zwrotów akcji, przetykane chwilami nieróbstwa wymuszonego brakiem ryb. Jeśli komuś wydaje się, że rybactwo to zajęcie spokojne, pełne wyciszonych ludzi – powinien przeczytać „Ostatniego wikinga”. Chwilami to walka na śmierć i życie, zwłaszcza, kiedy przeciwko rybakowi staje nie jego kolega po fachu, ale wielki przemysłowy okręt rybacki, zagarniający dla siebie całą zdobycz. Wtedy z człowieka wychodzą najpodlejsze instynkty, w obronie tego, co uważa za swoje gotów jest nawet zabić. Innym razem to braterstwo bierze górę i człowiek zdolny jest do poświęcenia życia, ratując swoich towarzyszy.

Dość zaskakujące jest podejście samego autora do swoich bohaterów. Początkowo ma się wrażenie, że to jedna wielka apoteoza rybaków, ostatnich norweskich wikingów, nieustraszonych i zwycięskich. Narracja bywa jednostronna, zwłaszcza przy okazji spotkań bohaterów z mieszkańcami Północy, którzy ustępują Kristaverowi i jego znajomym niemal na każdym polu. Na początku kobiety wydają się być jedynie tłem dla swoich wspaniałych mężczyzn, a treść wyłącznie radosną historią o mężnych rybakach podporządkowujących sobie morską toń. Stopniowo jednak obraz zaczyna się komplikować, kiedy Bojer delikatnie dodaje nowe głosy, pokazuje mroczne strony swoich bohaterów (choć nie krytykuje ich i zdaje się unikać ocen). Morze staje się coraz mniej przyjazne ludziom, mrok wdziera się w opisywane przygody, aby wreszcie zaskoczyć smutną wymową całości, pozbawioną nadziei i radości. Wtedy nagle okazuje się, że Bojer napisał książkę o minionej epoce, o ludziach, których już nie ma i świecie bezpowrotnie straconym wraz z wieloma swoimi wartościami. Nie trudno wtedy wybaczyć przymykanie oczu na wady rybaków, pobłażliwość w stosunku do ich nieodpowiedzialnych niekiedy zachowań – z tego obrazu wyziera bowiem tęsknota za tym, co minione i głęboka melancholia, której zdecydowanie się nie spodziewałam czytając początkowe rozdziały. Dalsze wydarzenia wycisnęły mi nawet łzy z oczu, na sam koniec pozostawiając mnie z poczuciem straty i bolesnego przemijania świata, który kiedyś dla grupy ludzi był wszystkim.

Choć przyznaję, że „Ostatni wiking” to kolejna lektura, do której sięgnęłam powodowana skandynawskim wyzwaniem i inaczej raczej nie miałabym szans na jej poznanie, to cieszę się, że w ten przypadkowy sposób poznałam najsłynniejszą książkę Bojera. Powieść pozytywnie zaskoczyła mnie swoim rozwiązaniem, dużą dawką melancholii oraz przybliżeniem zwyczajów norweskich wieśniaków i rybaków. Skomplikowana relacja między Kristaverem a jego żoną, choć jedynie zaznaczona, nie pozostawiła mnie obojętną. Autorowi udała się także postać Larsa, miotana dylematami i przeżywająca pierwszą miłość. Szkoda, że autor nie skoncentrował się bardziej na psychologii bohaterów, ale też i nie miałam na to większych nadziei. Książka okazała się być miłym zaskoczeniem i dobrym lekarstwem na stresy. Wciąż myśląc o niej czuję na twarzy zimny i słony podmuch wiatru…

Tytuł: Ostatni wiking
Tytuł oryginału: Den siste viking
Autor: Johan Bojer
Wydawnictwo: Poznańskie, 1972
Ilość stron: 250
Moja ocena: 4/6

Proste życie na Wyspach Owczych

Podejrzewam, że gdyby Heðin Brú był Polakiem, to „Honor biedaka” byłby lekturą szkolną, niekoniecznie ze względu na wartość literacką, ale ukazanie ubogiego życia w szarej rzeczywistości, czyli obraz, jaki w mojej głowie wyświetla się momentalnie na hasło „lektura szkolna”. Cóż z tego, że wiele obowiązkowych pozycji osobiście uwielbiam i cieszę się, że są w kanonie, skoro moja psychika we wczesnej podstawówce została skrzywdzona pozytywistycznymi nowelkami, których nie miałam wtedy szans w pełni zrozumieć, przeraziły mnie jednak swoją makabrą? Heðin Brú Polakiem jednak nie jest, a ja na jego książkę natrafiłam szukając lektur do wyzwania Kraje Nordyckie, nie znałam bowiem żadnego autora pochodzącego lub choć piszącego o Wyspach Owczych. I choć nie jest to wymarzona dla mnie pozycja i w innych okolicznościach pewnie bym po nią nie sięgnęła, to jednak cieszę się, że na nią natrafiłam, było to w sumie dość interesujące przeżycie czytelnicze.

Stary Ketil wraz z najmłodszym synem, który jako jedyny z jedenaściorga pociech nie odszedł jeszcze z domu na własne gospodarstwo, wyruszają na połów waleni. Zwierzęta pojawiły się w pobliżu Wysp i są zapowiedzią bogactwa. Ketil jest biedakiem, jedyne co może zrobić, to nająć się na łodzi, a następnie kupić trochę waleniny na licytacji. Daje się jednak ponieść emocjom (oraz alkoholowi), kupuje więc znacznie więcej, niż jest go stać. Dalej będziemy śledzić jego poczynania mające na celu zdobycie pieniędzy oraz żywności, życie rodziny głównego bohatera oraz jego sąsiadów. Do wsi docierają nowoczesne wynalazki w rodzaju łodzi motorowej, ludzie coraz chętniej kształcą się i pragną wyjść poza ramy walki jedynie o byt i przeżycie kolejnej zimy. Ketil jednak należy do starej generacji i choć stara się nie potępiać sposobu życia innych ludzi, nie rozumie swoich dorosłych synów, jego żona natomiast gardzi synowymi. Z fabuły widać jednak, że dzieci chętnie służą rodzicom pomocą i martwią się o ich zdrowie, nie potrafią jednak kryć rozbawienia bądź irytacji pomysłami ojca. On zaś jest zbyt dumny, by prosić synów bądź córki o pomoc, zostając samotnie z własnymi problemami finansowymi i biedą wyzierającą z każdego kąta. Sąsiedzi przedstawiają sobą natomiast uroczą zbieraninę oryginałów i typowych przedstawicieli wsi, tworząc interesujące tło dla coraz to nowych pomysłów Ketila na polepszenie warunków bytowych.

Brzmi to wszystko szaro, smutno i melancholijnie? Nie można zaprzeczyć, że ogólny wydźwięk historii nie należy do optymistycznych. Trzeba jednak oddać autorowi, że swoją historię poprowadził lekkim piórem, dodając wiele humoru i okraszając historię swojego bohatera dużą dawką ironii. Brú nie krytykuje Ketila, współczuje mu, lecz traktuje z niemal czułą ironią, jawnie naśmiewając się z najmłodszego syna, Kalva, który choć dorósł do wieku właściwego do ożenku, wciąż zachowuje się jak małe dziecko, niegrzeszące inteligencją. Cała wiejska społeczność została przedstawiona w sposób barwny, autor wyśmiewa ludzkie przywary i hipokryzję, nie wywyższając się jednak ponad tłum. Dzięki temu otrzymujemy tekst zabawny, ubarwiony dodatkowo zwyczajami i życiem codziennym we farerskiej wsi. Bez moralizatorstwa autor pokazuje, że nawet w obliczu biedy człowiek może zachować honor i życzliwość dla drugiego człowieka, pomagając mu nawet kosztem własnej osoby. Czując na twarzy mroźną bryzę, wdzierającą się nawet poprzez nieszczelne ściany chałupki Ketila, nie sposób nie dojrzeć promyka nadziei na lepsze czasy, choćby już nawet w przyszłym życiu, w co wierzą i czego trzymają się bohaterowie, nie zbaczając z uczciwej i pomocnej ścieżki. Nie jest to książka, którą polecałabym wyjątkowo gorąco, niemniej jednak stanowi ciekawy obraz Wysp Owczych, a ironiczny humor wzbogaca lekturę. Jeśli macie ochotę na niedługą historię tego rodzaju, „Honor biedaka” będzie dobrym wyborem.

Tytuł: Honor biedaka
Tytuł oryginału: Feðgar á ferð
Autor: Heðin Brú
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie, 1970
Ilość stron: 151
Moja ocena: 4/6

O tym, jak duński młynarz szukał żony…

Jak już wspominałam, wyzwania literackie potrafią wciągać. Sama bardzo chętnie biorę w nich udział, a proponowane listy książek skrzętnie notuję, by z czasem zapoznać się bliżej z interesującymi mnie pozycjami. Dzięki temu nierzadko trafiam na książki, które bardzo mi się podobają, a po które pewnie bym nie sięgnęła. Łącząc wyzwanie Projekt Nobliści z Krajami Nordyckimi postanowiłam przeczytać książkę duńskiego noblisty, Karla Gjellerupa. Wybór padł na „Młyn na wzgórzu”, uznawany za jedno z jego największych dzieł.

Żona Jakuba, właściciela pięknego młyna umiera, zostawiając mu pod opieką ich małego synka oraz wymuszając na nim obietnicę dokładnego przemyślenia powtórnego ożenku. W opisie przedstawionym przez umierającą Chrystynę Jakub rozpoznaje wieloletnią znajomą, siostrę jego przyjaciela leśniczego. Nie sposób przeciwstawić się takiej prośbie, z drugiej strony mężczyzna zdaje sobie sprawę, że dobro jego i dziecka jest tylko połową prawdy. Drugą stanowi całkowicie uzasadniona niechęć młynarki do służącej we młynie Lizy. Liza, prawdziwe dziecko natury, z naturalnym wdziękiem i bez skrupułów potrafi owinąć sobie mężczyzn wokół palca. Stopniowo zaczęła przejmować obowiązki gospodyni młyna podczas choroby młynarzowej, zawracając przy okazji w głowie wszystkim pracującym tam mężczyznom, nie wyłączając właściciela. Obawy Chrystyny są uzasadnione, Liza bowiem już widzi się na miejscu umierającej i po jej śmierci zaczyna dążyć do swego celu, nie szczędząc sił i wykorzystując wszelkiego rodzaju chwyty. Jakub, rozdarty między przysięgą daną żonie a magnetyzującą siłą i urodą Lizy, miota się nie potrafiąc podjąć ostatecznej decyzji. Sprawę komplikują jego delikatne uczucia dla leśniczanki, synek, który niczym czujne zwierzątko wyczuwa zagrożenie i wreszcie jego własny parobek Jorgen, powiernik Lizy i jej wierny wielbiciel, jako jedyny wtajemniczony w plany dziewczyny. Uczuciowa przepychanka, w której siły zmieniają się z każdą chwilą, a postronne osoby mieszają się mniej lub bardziej świadomie w konflikt głównych bohaterów, nieuchronnie zmierza ku tragedii.

Tłem dla wydarzeń staje się wnętrze młyna, niepokojąc hałasem i ewentualnym niebezpieczeństwem, które wyziera z wielu kątów, gdzie wystarczy tylko chwila nieuwagi… Przeciwwagą dla górującego na wzgórzu młyna jest las, równie niepokojący choć powód niepewności różni się od tego we młynie, gdzie krzywdę człowiekowi, choćby pośrednio, ale wyrządzić może jedynie drugi człowiek. Las zdaje się być zamieszkały przez nadnaturalne moce, ludzie przysięgają, że widzieli tam duchy i zjawy, nawet znając to miejsce bohaterowie nie czują się pewnie musząc przebyć leśną drogę w godzinach wieczornych. Tylko brat Lizy, osoba poza ramami społeczeństwa nie robi sobie nic z niebezpieczeństw, będąc jednym z zagrożeń. I on jednak nie bagatelizuje mocy lasu, zgadzając się z opowieściami sąsiadów. Przede wszystkim jednak autor rozpościera przed czytelnikiem obraz Danii, a dokładniej duńskiej wyspy Falster, codziennego życia mieszkańców ukazanego w realistyczny sposób wraz z pewną dawką tradycji i folkloru.

„Młyn na wzgórzu” jest bogatą kroniką destrukcyjnych związków międzyludzkich, Gjellerup snuje swoją historię nie szczędząc szczegółów, rozwija wątki poboczne, na koniec serwuje czytelnikom natomiast skróconą wersję „Zbrodni i kary”, z dużo mniej przekonującym bohaterem. Choć niewątpliwie jest to dzieło warte uwagi, nie odnalazłam w nim czegoś, co zachęcałoby mnie do zatracenia się w czytaniu, historia nie porwała mnie, a bohaterowie męczyli. Gjellerup pokusił się wprawdzie o oddanie portretów psychologicznych swoich postaci, dodając wyrachowanej Lizie także pozytywne uczucia, dzięki którym można odczuwać do niej cień sympatii a przynajmniej jej współczuć. Jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że Jakub staje się człowiekiem w obliczu odwiecznej walki dobra ze złem, gdzie obie wartości uosabiane są przez kobiety, mężczyźni zaś pozostają jednostkami niezdolnymi do jasnej oceny sytuacji, bezwolnymi i kierującymi się w życiu (może poza jednym leśniczym) własnymi ambicjami. Fatalistyczna wizja, według której człowiek skazany jest na zagładę, jeśli tylko choć raz zejdzie z praworządnej ścieżki również nie do końca do mnie przemówiła. Wszechobecny pesymizm i ciemność rządząca ludzkim losem przytłaczają, a książka zamiast mnie zafascynować, końcem końców znużyła. Być może „Młyn na wzgórzu”po prostu zestarzał się jako książka, trąci myszką i stracił uniwersalność, choć na pewno wciąż jeszcze potrafi coś zaproponować współczesnemu czytelnikowi. Muszę jednak podkreślić, że wpływ na mój odbiór książki mógł mieć okres, w jakim ją czytałam, być może niesprzyjający takiej lekturze. Nie sposób bowiem nie docenić scen obrazowanych przez autora, które natychmiast stają przed oczami czytelnika i mają wymowę wręcz metafizyczną. Szalenie mi się te fragmenty podobały, nie uważam więc czasu poświęconego na lekturę za stracony. Jeśli ciekawi Was życie w tym okresie, sama Dania lub obyczajowa powieść o żądzy i zazdrości, z metafizycznym akcentem, proponuję zapoznać się bliżej z „Młynem na wzgórzu”.

Tytuł: Młyn na wzgórzu
Tytuł oryginału: Mollen
Autor: Karl Gjellerup
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie, 2002
Ilość stron: 378
Moja ocena: 4/6

W poszukiwaniu pozornie nieistniejącego

Tomek Michniewicz to postać ciekawa i inspirująca. Urodzony w 1982 roku, dziennikarz muzyczny i podróżniczy, publikujący zarówno w prasie jak i prowadzący programy radiowe, fotograf, backpacker i wreszcie redaktor naczelny świetnego i prężnie się rozwijającego serwisu podróżniczego Koniec Świata. Jako podróżnik Tomek preferuje miejsca niedostępne dla szerokiego grona turystów i sytuacje, w których poziom adrenaliny podnosi się ponad normalny poziom. Przedziera się przez puszcze, by dotrzeć do odległych od naszej cywilizacji wiosek, w których życie płynie swoim własnym, niezmiennym od pokoleń trybem, spędza dzień w więzieniu o zaostrzonym rygorze San Quentin w Kalifornii, tropi przemytników antyków w Kambodży lub wypoczywa na rajskiej wyspie skupiającej backpackerów z całego świata. W maju tego roku zadebiutował jako pisarz, wydając książkę „Samsara. Na drogach których nie ma”. Promujący ją klip wraz z życiorysem autora natychmiast zachęcił mnie do zakupu (a tak się zawsze szczyciłam faktem, że jestem odporna na reklamy!). Po przeczytaniu z radością stwierdzam, że był to zakup udany.

Bogato ilustrowaną zachwycającymi zdjęciami „Samsarę” nie do końca można sklasyfikować jako reportaż, nie jest to też pozycja opisująca kraje, w jakich autor przebywa na szlaku swojej podróży. To przede wszystkim pean na cześć podróżowania, zwłaszcza tego z plecakiem, głównym tematem nie są miejsca, lecz drogi, na co wskazuje drugi człon tytułu. Widzimy więc Azję z okna autobusu, dachu, pociągu czy grzbietu słonia (ale w bardzo specyficznej sytuacji, Michniewicz jest bowiem przeciwko wykorzystywaniu tych zwierząt i ostro krytykuje turystyczne atrakcje ze słoniami w rolach głównych), autor podróżuje także autostopem i na własnych nogach. Opisuje także oczywiście odwiedzane przez siebie miejsca, niektóre przypadkowo napotkane na drodze, przystanki na wielotygodniowej trasie. Razem z Michniewiczem czytelnik poznaje mieszkańców Azji, barwne charaktery pasującego do tego tak kolorowego i różnorodnego regionu. Michniewicz sam przyznaje, że nie ustala konkretnych tras wędrówek. Przybywa do danego miejsca i zajmując się różnymi rzeczami czeka na inspirację, która w trakcie podróży może kierować go w najróżniejsze części kraju i poza jego granice. Tym razem Tomek w wyniku dość przypadkowego spotkania postanawia wyruszyć na spotkanie tego, czego według większości Europejczyków po prostu nie ma – świętych mężów obdarzonych mocą, czarów, tajemnic i dowodów na istnienie magii. Podczas podróży odwiedza wiele interesujących miejsc, snuje refleksje na temat turystyki i podróżowania, a także wspomina wcześniejsze wyprawy.

Michniewicz napisał swoją książkę w prawdziwie inspirujący sposób, po jej lekturze ma się ochotę chwycić plecak i jak najszybciej wyruszyć samemu w drogę. Okazuje się bowiem, że podróżowanie po Azji nie jest tak odległe i nieosiągalne, jak można to sobie wyobrażać. Jeśli tylko pragnie się tego wystarczająco mocno, posiada pewne środki (wcale nie tak duże, jak mogłoby się wydawać, a i tak najdroższą częścią podróży jest sam przelot) oraz zaradność życiową, można iść w ślady Michniewicza i docierać nawet do tajemnych zakątków w głębi puszczy. Obawiałam się trochę, że autor będzie się wywyższał ponad zwykłych turystów i swoich czytelników, podkreślał swoją odwagę i spryt. Michniewicz jako bohater swojej książki pozostaje przesympatycznym gościem, lubiącym mocne przeżycia, ale znającym też słowo „strach”, odważnym, ale i nie pozbawionym ostrożności, z której czasem drwią jego przyjaciele. Nie neguje turystyki, sprzeciwia się jednak bezmyślnemu korzystaniu z atrakcji, bez znajomości choćby podstaw kultury danego kraju i przyjemnościom odbywającym się kosztem innych ludzi i zwierząt. Prawdziwie interesuje się kulturą i historią krajów, które odwiedza, podziwiając je unika jednak gloryfikacji dostrzegając ciemną stronę, obecną w każdej kulturze. Tym samym stanowi przykład doskonałego podróżnika i bystrego obserwatora. Bliskie mi są także jego refleksje dotyczące sił nadprzyrodzonych i stawiane pytanie, czy rzeczywiście Europa kulturalnie tak bardzo wyprzedza Azję. Przynajmniej w pewnych aspektach.

Styl Michniewicza jest przejrzysty, fabuła książki ciekawie ułożona. Niemniej jednak chwilami wydaje się, że Tomek woli mówić, niż pisać i nie zawsze wszystkie zdania i fragmenty są gładkie i dopieszczone. Innym razem szkoda, że autor pobieżnie potraktował temat któregoś z miejsc, chętnie przeczytałoby się coś więcej na taki temat. Mimo tych drobnych zgrzytów świetnie mi się „Samsarę” czytało i polecam ją każdemu, kto lubi temat podróżowania, zwłaszcza takiego z plecakiem i ograniczonym budżetem. Sama natomiast gorąco liczę na kolejną książkę Michniewicza, osoby niezwykle inspirującej i wzbudzającej sympatię; na przykład historie o jego podróżach w Afryce.

Tytuł: Samsara. Na drogach, których nie ma
Autor: Tomek Michniewicz
Wydawnictwo: Otwarte, 2010
Ilość stron: 360
Moja ocena: 5/6