Archiwum

Posts Tagged ‘reportaż’

Co z tym podróżowaniem? („Witajcie w raju” Jennie Dielemans)

O książce Jennie Dielemans traktującej o podróżowaniu i jego negatywnym wpływie na miejsca, do których napływają podróżnicy i turyści wszelkiej maści było głośno przeszło rok temu (a może jeszcze dawniej?), czytałam opinie pełne zachwytu nad przenikliwością i trafnością uwag autorki, jak i komentarze raczej negatywne, gdzie ich autorzy twierdzili, że Dielemans szerzy defetyzm, z którego niewiele na dobrą sprawę wynika. Sama natomiast przeczytałam gdzieś fragment książki i stwierdziłam, że koniecznie muszę przeczytać całość, jako że fragment napisany był świetnie, dyskusja na temat tekstu ciekawa, a podróżować uwielbiam. Tradycyjnie książka musiała swoje odstać na półce, kiedy ją już jednak skończyłam, stwierdziłam nie bez żalu, że o ile czytało mi się ją dobrze, to gwałtownych uczuć we mnie niestety nie wywołała i nie skłoniła do tak gruntownych przemyśleń, na jakie miałam nadzieję.

Przed zabraniem się za czytanie trzeba wziąć sobie do serca podtytuł książki. „Reportaże o przemyśle turystycznym” nie pozostawiają wątpliwości, że nie o podróżowaniu jako takim mimo wszystko będzie mowa. Czytelnik zajrzy więc za kulisy wakacji typu „all-inclusive”, przeczyta między innymi o seksturystyce w Tajlandii i zarabianiu na wojennych pamiątkach w Wietnamie, wreszcie pozna dane dotyczące podróżowania samolotami. Autorka przedstawia główne grzechy turystyki w oparciu o dialogi z pracownikami tegoż przemysłu pracującymi na wszystkich możliwych szczeblach, podaje też sporo liczb i trochę naukowych doniesień wykazujących wpływ turystyki na świat. Argumenty przedstawiane w rozmowach, często padające z ust przedstawicieli obu stron barykady, wydają się nie potrzebować komentarza, a czytelnik sam może wykonać swoisty turystyczny rachunek sumienia. I nie, w książce słowo turysta nie odnosi się jedynie do ludzi podróżujących za pośrednictwem biur podróży. Backpackerzy i wszyscy inni, którzy zdecydowali się wychylić nos poza granice kraju i coś zobaczyć zostają objęci tym mianem (z czym ja osobiście problemu nie mam, a już na pewno daleko mniejszy niż z dzieleniem na podróżników prawdziwych i tych nieprawdziwych w oparciu o sposób podróżowania. W moim odczuciu daleko bardziej liczy się wrażliwość i otwarcie na nowe i nieznane, nie to, gdzie ktoś wykupił bilet na samolot…). Autorka wierzy widocznie, że jej reportaże przemówią wystarczająco do wrażliwości i poczucia winy czytelnika. I w sumie tak jest…

…aczkolwiek brak odautorskiego komentarza, jakiegoś konkretnego podsumowania poszczególnych tematów i całości (jest o tym troszkę we wstępie, za mało moim zdaniem) jest moim zdaniem największym minusem książki. Owszem, problemy zostają przedstawione w sposób dość dogłębny, choć myślę, że każdy podróżujący człowiek z części musiał zdawać sobie sprawę już wcześniej. Samo przedstawienie to jednak za mało, by reportaż był w moim odczuciu wybitny. Nie chciałabym stawiać tu pytania „no i co dalej?” za każdym razem, kiedy autorka urywa swoją opowieść, by przejść do kolejnego wątku, bo w sumie nie o poradę z gatunku „jak żyć” tu chodzi. Owszem, mam swój rozum i swoje przemyślenia na te tematy, ale „Witajcie w raju” traci na tym braku podsumowania. Być może tematyka zawarta w książce jest za mało szokująca czy nowa, by zawiesić ją w próżni i czekać na reakcje. Tym bardziej, że gdyby szukać oceny sytuacji między stronami, wydaje się, że Dielemans najchętniej radziłaby wszystkim nie podróżować wcale. A przecież poza zagrożeniami turystyka, świadoma i koncentrująca się na potrzebach kraju, gdzie turysta jest gościem, nie sprowadza się jedynie do wyrządzania szkód?

Mimo mojego częściowego zawodu książka jest na pewno warta przeczytania, tym bardziej, jeśli czytelnik nie stawiał sobie wcześniej pytań tego rodzaju. Być może problemy zawarte w książce wystarczą do refleksji i dadzą czytelniczą satysfakcję. Mnie jej niestety zabrakło. I choć zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie niesie ze sobą turystyka, nie zamierzam rezygnować z podróżowania. Istotnym pytaniem jest według mnie to, JAK podróżować, ale to już temat na inny zbiór reportaży i przemyśleń…

Tytuł: Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym
Tytuł oryginału: Välkommen till Paradiset: reportage om turistindustrin
Autor: Jennie Dielemans
Tłumaczenie: Dominika Górecka
Wydawnictwo: Czarne, 2011
Ilość stron: 232
Moja ocena: 4/6

Kilka pocztówek ze Szwecji

Jakiś czas temu natrafiłam w księgarni na serię Piotra Kraśko „Okiem reportera” – cieniutkie książeczki dotyczące różnych krajów, ilustrowane kolorowymi fotografiami. Prawdopodobnie nie zainteresowałabym się nimi bliżej – wolę jednak bardziej wyczerpujące opracowania, pisane przez ludzi, którzy więcej czasu spędzili w danym miejscu, Kraśko natomiast wydaje się „specjalistą od wszystkiego” biorąc pod uwagę tematykę książeczek – ale zbliżający się wyjazd do Szwecji sprawił, że byłam wyczulona na wszelkie pozycje o tym kraju i kiedy zobaczyłam książkę dotyczącą tego właśnie kraju na półce u mojego ucznia, natychmiast ją pożyczyłam. Lektura nie zajęła mi zbyt dużo czasu, w sam raz na podróż autobusem bądź pociągiem, jeśli ma się w odwodzie jeszcze jedną książkę lub czasopismo.

„Szwecja. Okiem reportera” to właściwie zbiór ciekawostek dotyczących tej części Skandynawii. Zwłaszcza dla osób interesujących się Szwecją od niedawna lub chcących poznać jedynie kilka szczegółów przed wyjazdem do kraju (poza lekturą przewodnika) lektura będzie zaskakująca i przyjemna. Kraśko pisze prosto i z humorem, książkę czyta się błyskawicznie. Między innymi opowiada o sławnych kiszonych śledziach, których zapach sprawia, że otwierane są pod wodą i wiele linii lotniczych nie zgadza się na wniesienie ich na pokład. Znaleźć też w książeczce można trochę historii, a dokładniej o szwedzkim królu, który wcześniej służył Napoleonowi jako marszałek. Nie zabrakło też opisu wywiadu ze szwedzką rodziną królewską i przygotowań do niego – Kraśko był wręcz zdumiony otwartością i skromnością monarchów. Wystarczy dodać, że króla można spotkać jadącego do pacy na rowerze, a wszystko staje się jasne. Szwedzi (uogólniając w ślad za książką i tym, co usłyszałam bądź przeczytałam będąc w Sztokholmie) swojego króla uwielbiają i w sumie ciężko im się dziwić. Reporter dołączył do swej książki także wątek o bodaj najsłynniejszym zespole pochodzącym ze Szwecji – nie chodzi jednak o zwycięstwo w Eurowizji, a historię o tym, jak ABBA wystąpili (wystąpiła? ;)) podczas uroczystości dla nowej królowej – Sylwii, małżonki Karola Gustwa. Aż wreszcie poczytać możemy kilka słów o Lapończykach (Saamach) i lodowym hotelu. Wszystko to przedstawione w wiarygodny, sympatyczny sposób.

Nietrudno jednak zgadnąć, że książka pozostawia niedosyt, że jest to jedynie zbiorek zaskakujących bądź po prostu interesujących faktów. A przecież nawet tych ciekawostek związanych ze Szwecją znaleźć można by było znacznie, znacznie więcej. Osoby zainteresowane Skandynawią wiele nowego tam dla siebie nie znajdą i raczej na pewno odczują zawód, kiedy skończą czytać – jak na książkę za mało w niej treści! Na plus wydawcy trzeba jednak dodać, że National Geographic nie oszukuje kupującego – „Szwecja. Okiem reportera” wydana jest w małych gabarytach, zdjęcia ani czcionka nie „robią objętości”, jeśli kupujesz ją w księgarni, widzisz na co się decydujesz. Ja sama po inne książeczki z serii raczej nie sięgnę, chyba że same wpadną mi w ręce, tym bardziej przed podróżą w jakieś miejsce…

Tytuł: Szwecja. Okiem reportera
Autor: Piotr Kraśko
Wydawnictwo: National Geographic, 2012
Ilość stron: 112
Moja ocena: 3/6


Długo mnie tu nie było… Nie piszę, ale czytam. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła wrócić na dobre i poważniej zająć się blogiem. Mam pomysły, chęci – ale czasu brak… Powinno być już jednak lepiej. Dziękuję Wam wszystkim za zaglądanie i komentowanie, obiecuję się poprawić :)

Na fiordach, lodzie i wśród łosi

Obok Wschodu, zarówno tego Bliskiego jak i Dalekiego, miejscem szczególnie bliskim mojej wyobraźni jest Skandynawia, o czym pisałam już przy okazji wyzwania Kraje Nordyckie. Choć nie rozsmakowałam się w świecie skandynawskich kryminałów, tak ostatnio popularnych, to literaturę z krajów północnych czytam z wielką przyjemnością i chętnie sięgam do książek opowiadających o Skandynawii, także z bardziej reporterskiego punktu widzenia. Dlatego też zainteresował mnie zbiór opowieści z krajów skandynawskich autorstwa Tilmanna Bünza pod tytułem „Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących”.

Tilmann Bünz wyjechał do Szwecji na kilka lat jako korespondent z Niemiec. Na miejscu przygotowywał reportaże o życiu w krajach skandynawskich. Zarówno on jak i jego rodzina dość szybko zaaklimatyzowali się w Szwecji, gdzie zima jest mroźna, ciemna i długa, lato natomiast nierzadko upalne i mające słońca aż w nadmiarze. Tilmann Bünz podróżował ze swoją ekipą po Szwecji i Norwegii, zwiedził fragment Finlandii (a przynajmniej nie pisze o niej za wiele, może zobaczył znacznie więcej, niż opisał), wyprawił się także na daleką Północ. Dzięki jego relacjom czytelnik może zajrzeć do daleko wysuniętego na północ ludzkiego siedliska, spędzić dzień z businesswoman w Norwegii oraz na platformie wiertniczej, łowić ryby w przeręblu wraz z rdzenną ludnością kręgu polarnego, a wreszcie dowiedzieć się trochę o skandynawskiej, a przede wszystkim szwedzkiej, mentalności i obyczajowości. Zbiór składa się z tematycznie posegregowanych rozdziałów, w których autor z niezmienną sympatią i życzliwością opisuje poznawanych przez siebie ludzi i z lektury widać od razu, że dał się uwieść skandynawskiej przyrodzie, bujnej i nie całkiem zawojowanej przez człowieka. A czytelnikowi nie trudno iść w jego ślady.

Nie znajdziemy tu zbyt wielu informacji dotyczących historii, sytuacji politycznej czy gospodarczej krajów skandynawskich (poza niewielkimi napomknięciami) – jest to bardziej rozrywkowy „przewodnik”, choć niepozbawiony wiadomości także na poważne tematy, a nawet wzruszających fragmentów. Osobiście znalazłam dla siebie sporo nowego w tej pozycji, jak choćby fakt, że w Szwecji zimą dzieci mają specjalny „kurs” radzenia sobie w sytuacji, w której lód się pod nimi załamie i wpadną do wody. Do tej pory także, mimo czytania książek na ten temat w dzieciństwie, nie bardzo miałam pojęcie o życiu na szwedzkich szkierach, o których to wyspach również w „Krainie Zimnolubów” znalazł się fragment. A czy wiecie, że w Islandii dobrze jest skonsultować się z elfami, zanim zbuduje się drogę na ich terenie? Wszystkie teksty są stosunkowo krótkie, nierzadko zaznaczając pewien problem, bez zagłębiania się w niego. Choć mój apetyt na Skandynawię nie został zaspokojony, to dopisek „dla początkujących” usprawiedliwia taki stan rzeczy, a treść nie rozczarowuje (tylko chciałoby się poczytać więcej!).

Książkę czyta się błyskawicznie, jest naprawdę bardzo przyjemna w odbiorze. Styl Tilmanna Bünza pasuje do omawianej części świata – choć czuć jego sentyment i nierzadko uznanie dla opisywanych krajów, cechuje go iście skandynawska rezerwa, według której okazywanie uczuć zbyt gwałtownie, za ostra krytyka i zbyt entuzjastyczna pochwała jest nie do końca mile widziana – liczy się umiarkowanie, przynajmniej w Szwecji, gdzie mieszkańcy posiadają specjalne słowo wyrażające uznanie, a znaczące coś, co jest w sam raz – „lagom”. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to może jedynie do dość częstego odwoływania się do rzeczywistości niemieckiej – trochę tak, jak miało to miejsce w „Równoleżniku zero” z kwestiami polskimi – nie są może tak liczne, ale za to mniej mnie interesujące. Książka wydana jest bardzo ładnie, kłują jednak w oczy dwa „zjedzone” słówka w samej przedmowie (w treści na szczęście nie ma takich problemów), takie błędy na samym początku lektury trochę ostudzają zapał.

Książki, takie jak „Kraina Zimnolubów” pogłębiają moją fascynację Skandynawią, stanowią interesujący zbiór nowych wiadomości, poddając mi tematy do dalszej lektury i zdobywania wiedzy. Myślę, że każdy zainteresowany krajami nordyckimi czytelnik znajdzie tu coś nowego dla siebie, chociażby kilka trafnych refleksji samego autora na temat życia na Północy. Dla mnie „Kraina Zimnolubów” była wielką przyjemnością czytelniczą, a fragmentaryczna budowa sprawiła, że książka idealnie nadawała się do autobusowych podróży.

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Pubicat S.A..

Tytuł: Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących
Tytuł oryginału: Wer die Kälte liebt. Skandinavien für Anfänger
Autor: Tilmann Bünz
Tłumaczenie: Małgorzata Słabicka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010
Ilość stron: 252
Moja ocena: 4/6

Rozdarta Turcja

Turcja ma niezwykłą zdolność niepostrzeżonego zakradania się do wyobraźni i serca osób, które zetknęły się z tym krajem. Nie jestem jedynym znanym mi przypadkiem osoby, która po spędzeniu tam tygodnia tęskni do niej i często wraca we wspomnieniach do upalnego Stambułu i innych miejsc, które odwiedziłam. I choć te pozostałe miasta i wsie równie mocno podziałały na moją wyobraźnię, to jednak Stambuł, moloch na styku Europy i Azji wydaje się być idealną wizytówką Turcji, co wielokrotnie potwierdza Witold Szabłowski w swojej książce „Zabojca z miasta moreli”. Jak w serii reportaży zawrzeć charakter kraju tak różnorodnego, pełnego sprzeczności, gdzie wszystko wydaje się mieszać i istnieć obok siebie, nie zawsze się przenikając? Z ciekawością i pewną obawą podeszłam do lektury tego zbioru, jednak już pierwszy rozdział rozwiał moje wątpliwości, a ja skończyłam książkę jeszcze tego samego wieczoru (który niepostrzeżenie przerodził się w głęboką noc, zupełnie nie wiem, kiedy…). Szabłowski spisał się znakomicie.

Azja i Europa. Konserwatyzm i pogoń za nowoczesnością. Islam i odrzucenie religii. Niesamowita gościnność i przemoc domowa. Zachwyt i nienawiść do własnego kraju. Wielowiekowa historia i zmiany zachodzące w błyskawicznym tempie. Jak zawrzeć to wszystko w jednej książce, na ograniczonej liczbie stron? Szabłowski wybrał sposób najlepszy z możliwych, dzięki czemu jego reportaż czyta się z zapartym tchem, niczym porywającą powieść. Oddał głos mieszkańcom Turcji, sam natomiast z wyczuciem usunął się w cień, raz chyba tylko wyrażając swoje zdania w stosunku do zastanej rzeczywistości. W ten sposób to Turcy mówią o Turcji i przedstawiają swoją rzeczywistość, często tak sprzeczną, nawet w ich własnych słowach, a mimo to jednak budującą klarowany i konsekwentny obraz kraju „stojącego w rozkroku między Azją i Europą”. Opisane historie dotyczą tematów ważnych, choć brak tu pogoni za sensacją. Szabłowski porusza tematy polityczne, podejmuje zagadnienia honorowych zabójstw, prostytucji, seksu i nielegalnych imigrantów, wszystko to jednak w atmosferze szacunku dla tureckiego społeczeństwa, bez próby oceniania go jako całości i z głębokim zrozumieniem różnic i problemów, z jakimi borykają się Turcy. Wbrew pierwszemu wrażeniu, jakie może powstać po przeczytaniu listy wątków poruszonych w książce (dodajmy tu jeszcze poetę rozkochanego w komunizmie, niedoszłego zabójcę papieża i historię buta rzuconego w prezydenta Stanów Zjednoczonych), nie jest to obraz ani negatywny, ani krzywdzący. Myślę, że Szabłowskiemu udało się zawrzeć w swoich reportażach fragment tego bajecznego, wielobarwnego i niezwykle złożonego zjawiska, jakim jest Turcja.

Jedyna rzecz, jaka mi się w „Zabójcy z miasta moreli” nie podobała, to wyjątkowo nieciekawe i, zaryzykuję stwierdzenie, po prostu brzydkie zdjęcia. Być może brak mi wysmakowanej wrażliwości, lubię jednak zdjęcia, na których „coś” widać, a jestem pewna, że znalazłoby się wiele fantastycznych sposobów artystycznego zilustrowania zajmujących reportaży. Lepszych, niż czarno-białe rozmyte zdjęcia, na których pierwszym planie znajduje się kabel bądź słup, a w tle zarys postaci na ulicy lub przy wejściu do domu. Szkoda, bo poza tym defektem książka wydana jest bardzo estetycznie.

Pozostaje mi teraz czekać na kolejny reportaż Szabłowskiego, a mam nadzieję, że takowego wkrótce się doczekamy. Tymczasem polecam gorąco „Zabójcę z miasta moreli” wszystkim wielbicielom Turcji i osobom, które chciałyby poznać ten kraj nieco bliżej. Ja tęsknię i planuję powrót…

Tytuł: Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji
Autor: Witold Szabłowski
Wydawnictwo: Czarne, 2010
Ilość stron: 208
Moja ocena: 5+/6

Polski równoleżnik

Jak widać po blogu, postanowienia noworoczne udają mi się różnie. Wprawdzie wciąż czytam dużo, a może nawet więcej niż ostatnio, bo dojazdy do pracy zajmują mi czterdzieści minut w jedną stronę, gorzej ma się jednak rzecz z prowadzeniem bloga, co widać na smętnym załączonym obrazku. Powoli jednak oswajam się z nową sytuacją i nadrabiam zaległości wszelkiego rodzaju, które nie wiedzieć kiedy pojawiły się podczas mojej dwutygodniowej nieobecności w świecie wirtualnym. Tak więc niedługo mam nadzieję poczytać Wasze blogi (czas na ich lekturę w godzinach pracy był jedną z sympatyczniejszych rzeczy, jakie mnie spotykała w poprzedniej pracy…). Tymczasem muszę reaktywować trochę swoje osobiste miejsce, zwłaszcza, że recenzje czekają…

Afryka to dla mnie chyba najbardziej tajemniczy kontynent, moja wiedza na jej temat pełna jest dziur i białych plam. Nie jestem specjalnie zafascynowana tym obszarem (co morze się brać z mojej niewiedzy), czuję jednak potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej o krajach i ludziach się tam znajdujących. Dlatego też co jakiś czas sięgam po książki na temat Afryki, w planach mam poznanie także literatury afrykańskiej. Ostatnio zaproponowano mi do recenzji „Równoleżnik zero” Olgierda Budrewicza i choć nie jest to najnowsza książka (opisuje wyprawę z lat 60., wtedy też została napisana), miałam nadzieję, że pomoże mi uporządkować pewne wiadomości w głowie i przedstawi fascynującą podróż w czasach różniących się od teraźniejszości nie tylko postępem technologicznym, ale i mentalnością. Nie przeczę, że Budrewicz jest ciekawą osobą i przecierał wiele ścieżek jako pierwszy polski podróżnik. Jednak jego wyprawa do Konga, a potem do Burundi i Rwandy pozostawiła mnie z uczuciem niedosytu.

Autor odwiedził kolejno Kongo Léopoldville, Kongo Brazzaville, Burundi, a wreszcie Rwandę. Szlak to ambitny, zwłaszcza biorąc pod uwagę niespokojną i zmienną sytuację regionu, gdzie Europejczycy niekoniecznie cieszą się dobrą sławą i może ich spotkać nieprzychylne przyjęcie ze strony rdzennych mieszkańców. Budrewicz z wdziękiem opisuje swoje przygody, nie szczędząc sobie auto-ironii. Niestety, to, co interesuje polskiego podróżnika niekoniecznie pokrywa się z moimi oczekiwaniami. Przede wszystkim Budrewicz ani na chwilę nie pozwala nam zapomnieć, że w Afryce znalazł się wykonując swoją reporterską pracę. Dostał zlecenie, postanowił je podjąć i tyle. Wydawać by się mogło, że nie przygotował się nawet solidnie do tej podróży. Na miejscu czuje się niepewnie i choć krytykuje działalność białej społeczności, to właśnie ich towarzystwa szuka. Głównym obiektem jego fascynacji jest oczywiście polski myśliwy, Stanisław Hempel, któremu książka jest zresztą dedykowana. Hempel staje się niejako mentorem Budrewicza i wprowadza go w arkana życia w tropikalnej puszczy. Ta ekspedycja jest jednym z ciekawszych fragmentów książki, z drugiej jednak strony – stanowi esencję tego, co mnie w „Równoleżniku zero” niesamowicie irytowało. Choć autor naśmiewa się z siebie i innych białych podróżników (poza Hemplem ma się rozumieć, chwali także jego ukochaną, choć pojawia się ona w tle, nietrudno w ogóle zapomnieć o jej obecności w ekspedycji), a chwali czarnoskórych, zwłaszcza „duchy puszczy”, czyli Pigmejów, robi to wszystko z pozycji osoby stojącej wyżej w hierarchii, traktując chwalonych jak dzieci, które zaskakująco dobrze się spisały. O ile można założyć, że jest to spojrzenie na sprawę z perspektywy dzisiejszego czytelnika, a sam autor miał jak najszczersze, życzliwe intencje, o tyle zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia. Budrewicz, choć ma wiele możliwości kontaktu z rdzennymi mieszkańcami, o których jak sam przyznaje, ówczesny świat wiedział bardzo niewiele, nie wykorzystuje swojej sytuacji do zgłębienia tajemnic ich życia. W książce nie ma ani jednego dialogu, z którego można byłoby poznać zdanie dotyczące codzienności Afrykańczyków z ich własnych ust. Choć Hempel świetnie posługuje się językami miejscowej ludności, Budrewicz nie prosi go o tłumaczenie, nie dąży do kontaktu z mieszkańcami wiosek. Interesują go jedynie biali mieszkańcy, to ich poszukuje i najwyżej od nich zyskuje informacje o życiu „zwykłych” mieszkańców Afryki. Wielka to szkoda, a mnie to jednostronne spojrzenie irytowało. Podejrzewam, że ciekawsze mogłyby być dla mnie wspomnienia samego Hempla, choć nie imponował mi jako myśliwy, do czego bardzo chce przekonać czytelnika Budrewicz. Myślistwo, choć nie jest dla mnie tematem jednoznacznym, absolutnie mnie nie pociąga, a wręcz przeciwnie, odrzuca. Było mi bardzo żal krokodyli, w polowaniu na które autor wziął udział. Tak samo anegdotę ze słoniem, czy raczej jego nogą, uważam za zwyczajnie niesmaczną. Tym bardziej, że na koniec sam Budrewicz stwierdza, że taki gadżet do niczego mu się raczej nie przydaje, a słoń mógłby dalej biegać po puszczy… Szkoda tylko, że takie refleksje nachodzą Budrewicza po faktach, przynajmniej tak układa narrację swojej książki… Oczywiście, niepozbawione uroku są rozmaite anegdoty o Polakach zamieszkujących Afrykę. W moim odczuciu powinny być jednak dodatkiem, nie główną treścią. Chyba, że taki był zamysł od początku i książka powinna nazywać się „Polski równoleżnik zero”.

Jednym słowem – choć autor odwiedził miejsca ciekawe, pokusił się o przedstawienie zarysu ich historii i sytuacji społecznej, książka nie zdobyła w moich oczach uznania. Brakuje jej czegoś, co dość górnolotnie i trochę na wyrost nazwałabym „humanizmem”. Nie ma tu wiele miejsca dla zwykłych ludzi, ich życia i problemów. Obecni są biali władcy, biali przegrani, historie ich życia… Ale chyba nie po to Budrewicz pojechał do Afryki. Książkę czyta się jednak szybko, a pewne fragmenty zachęcają do refleksji, choć autor nie służy w niej pomocą – zarysowuje jednak temat, z którym można się zmierzyć samodzielnie lub w oparciu o inne lektury. Dodatkowo, „Równoleżnik zero” jest książką przepięknie wydaną, z dobrymi zdjęciami. Nie jest to więc pomyłka wydawnicza, a jedynie (w moim osobistym odczuciu oczywiście) pozycja, która mocno się zestarzała…

Tytuł: Równoleżnik zero
Autor: Olgierd Budrewicz
Wydawnictwo: PWN, 2010
Ilość stron: 230
Moja ocena: 3/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu PWN.

O pomaganiu najbiedniejszym

Siostra Małgorzata Chmielewska, przełożona Wspólnoty „Chleb Życia”, to postać dość kontrowersyjna, ale przede wszystkim bardzo interesująca. Niewiele o niej wiedziałam przed ukazaniem się reportażu „Generał w habicie” autorstwa Stanisława Zasady. Pobieżnie zapoznałam się z jej życiorysem, kiedy zaproponowano mi tę książkę do przeczytania i napisania o niej kilku słów, uznałam wtedy, że zdecydowanie mam ochotę poznać siostrę, a przede wszystkim jej działalność bliżej. Wspólnota „Chleb życia” jest bowiem o tyle wyjątkowa, że nie tylko zajmuje się biedakami i bezdomnymi, ale żyje z nimi pod jednym dachem, dzieląc ich codzienny los. Przesłanie głoszone przez członków Wspólnoty zakłada, że nie wystarczy bezdomnemu dać talerza zupy, nowego ubrania i dachu nad głową, trzeba odnaleźć w tym człowieka Boga, pokochać go, co nierzadko przysparza trudności i być z nim w lepszych i gorszych chwilach. Czytając wypowiedzi i historie zarówno pracowników domów wspólnotowych, jak i ich mieszkańców, odnosi się wrażenie, że udało im się to niezwykle trudne zadanie.

Reportaż przybliża czytelnikowi historię Małgorzaty Chmielewskiej, wywodzącej się z inteligenckiej rodziny dziewczyny, która przez wiele lat poszukiwała swojego miejsca w życiu, starając się połączyć rozwój duchowy z pomocą potrzebującym. Próbowała swoich sił w zakonach, gdzie czuła, że wciąż robi za mało i niespecjalnie tam pasowała: ostry charakter, nierzadko brutalne słowa, papierosy palone jeden za drugim. Kiedy w końcu odnalazła Wspólnotę, która w tamtym okresie nie istniała jeszcze w Polsce, poczuła, że o to właśnie jej chodziło. Grupa (to słowo wydaje się bardziej adekwatne niż ‘organizacja’) „Chleb Życia” powstawała we Francji, z inicjatywy osób świeckich (choć po głębokim nawróceniu), które chciały żyć we wspólnocie zbliżonej do tej pierwszych chrześcijan, pomagając tym najbardziej potrzebującym i najsłabszym. Zasada przedstawia zwięźle początki Wspólnoty, opierając się jednak głównie na mieszkańcach i pracownikach polskich domów „Chleba życia”, ich decyzji o poświęceniu się pomocy ubogim, rozmowom o codziennym życiu i wspominaniu kamieni milowych w funkcjonowaniu polskiej odnogi Wspólnoty.

Jak nie trudno się domyślić, historie o poświęceniu i głębokiej potrzebie miłości i pomocy wzruszają i dają do myślenia. Autorowi udaje się uniknąć wyciskania ze swoich czytelników łez na siłę, niebezpiecznie jednak zbliża się do tej granicy, zwłaszcza w początkowej części reportażu. Powoduje to maniera pisania, w której myśl Zasada co i rusz przenosi do następnej linijki konkluzję lub robiącą wrażenie informację, podkreślając je dodatkowo. W pierwszych kilku rozdziałach nie sprawia to negatywnego wrażenia, później zaczyna irytować aż wreszcie czytelnik może się do tego sposobu opisu przyzwyczaić i nie zwracać na niego uwagi (autor też się opamiętuje). Bo choć forma jest ważna, nie może ona przyćmić samej treści.

Nie sposób bowiem zbagatelizować ogromu pracy, silnej woli i miłości (tak!), jaki w swoje działania wkładają ludzie prowadzący domy „Chleba Życia”. Codzienność przypomina nieustającą walkę: z przeciwnościami losu i ludzkimi słabościami. Właściwie ciężko ich działania nazwać pracą, to raczej sposób na życie, wymagający całkowitego niemal poświęcenia i rezygnacji z dotychczasowego życia, nie tylko jeśli o jego standard chodzi. Ta postawa wzbudziła we mnie wzruszenie i podziw, uświadamiając mi, że sama nie potrafiłabym raczej dobrowolnie wyzbyć się dóbr materialnych i poświęcić dla osób, które tak łatwo poddają się własnym słabością, często odwdzięczając się złem i zachowując postawę wybitnie roszczeniową. Podziwiam hart ducha siostry Małgorzaty i jej towarzyszy. A przy tym, wrażenie robią wyznania Siostry dotyczące jej wiary – dużo w nich zdrowego rozsądku i dystansu do siebie. Głęboka wiara nie przeszkadza Chmielewskiej krytykować moralnej zgnilizny, błędów w Kościele, ludzkiej hipokryzji. Nie przejmuje się krytyką pod adresem własnej osoby, na przykład w związku z jej adoptowanymi (jest prawną opiekunką) dziećmi. Szanuje inne wyznania, w domach Wspólnoty nikt nikogo nie próbuje nawracać, choć modlitwy i nabożeństwa odbywają się tam niemal codziennie – udział biorą tylko chętni. Siostra Chmielewska robi swoje i sądząc z wypowiedzi jej podopiecznych oraz przytaczanych przez Zasadę faktów – naprawdę dobrze jej idzie.

Lektura „Generała w habicie” wpłynęła na mnie inspirująco, dała do myślenia i ogromnie wzruszyła. Jeśli ktoś byłby zainteresowany taką lekturą, to polecam ją zwłaszcza na okres przedświąteczny, sprzyjający refleksji nad miłością do bliźniego i pomaganiem innym ludziom, a także własnej hierarchii wartości. Interesująca może być także lektura bloga Małgorzaty Chmielewskiej, który daje obraz jej działalności i światopoglądu, zdrowego i pełnego humoru.

Tytuł: Generał w habicie
Autor: Stanisław Zasada
Wydawnictwo: Znak, 2010
Ilość stron: 224
Moja ocena: 4/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję.

W poszukiwaniu pozornie nieistniejącego

Tomek Michniewicz to postać ciekawa i inspirująca. Urodzony w 1982 roku, dziennikarz muzyczny i podróżniczy, publikujący zarówno w prasie jak i prowadzący programy radiowe, fotograf, backpacker i wreszcie redaktor naczelny świetnego i prężnie się rozwijającego serwisu podróżniczego Koniec Świata. Jako podróżnik Tomek preferuje miejsca niedostępne dla szerokiego grona turystów i sytuacje, w których poziom adrenaliny podnosi się ponad normalny poziom. Przedziera się przez puszcze, by dotrzeć do odległych od naszej cywilizacji wiosek, w których życie płynie swoim własnym, niezmiennym od pokoleń trybem, spędza dzień w więzieniu o zaostrzonym rygorze San Quentin w Kalifornii, tropi przemytników antyków w Kambodży lub wypoczywa na rajskiej wyspie skupiającej backpackerów z całego świata. W maju tego roku zadebiutował jako pisarz, wydając książkę „Samsara. Na drogach których nie ma”. Promujący ją klip wraz z życiorysem autora natychmiast zachęcił mnie do zakupu (a tak się zawsze szczyciłam faktem, że jestem odporna na reklamy!). Po przeczytaniu z radością stwierdzam, że był to zakup udany.

Bogato ilustrowaną zachwycającymi zdjęciami „Samsarę” nie do końca można sklasyfikować jako reportaż, nie jest to też pozycja opisująca kraje, w jakich autor przebywa na szlaku swojej podróży. To przede wszystkim pean na cześć podróżowania, zwłaszcza tego z plecakiem, głównym tematem nie są miejsca, lecz drogi, na co wskazuje drugi człon tytułu. Widzimy więc Azję z okna autobusu, dachu, pociągu czy grzbietu słonia (ale w bardzo specyficznej sytuacji, Michniewicz jest bowiem przeciwko wykorzystywaniu tych zwierząt i ostro krytykuje turystyczne atrakcje ze słoniami w rolach głównych), autor podróżuje także autostopem i na własnych nogach. Opisuje także oczywiście odwiedzane przez siebie miejsca, niektóre przypadkowo napotkane na drodze, przystanki na wielotygodniowej trasie. Razem z Michniewiczem czytelnik poznaje mieszkańców Azji, barwne charaktery pasującego do tego tak kolorowego i różnorodnego regionu. Michniewicz sam przyznaje, że nie ustala konkretnych tras wędrówek. Przybywa do danego miejsca i zajmując się różnymi rzeczami czeka na inspirację, która w trakcie podróży może kierować go w najróżniejsze części kraju i poza jego granice. Tym razem Tomek w wyniku dość przypadkowego spotkania postanawia wyruszyć na spotkanie tego, czego według większości Europejczyków po prostu nie ma – świętych mężów obdarzonych mocą, czarów, tajemnic i dowodów na istnienie magii. Podczas podróży odwiedza wiele interesujących miejsc, snuje refleksje na temat turystyki i podróżowania, a także wspomina wcześniejsze wyprawy.

Michniewicz napisał swoją książkę w prawdziwie inspirujący sposób, po jej lekturze ma się ochotę chwycić plecak i jak najszybciej wyruszyć samemu w drogę. Okazuje się bowiem, że podróżowanie po Azji nie jest tak odległe i nieosiągalne, jak można to sobie wyobrażać. Jeśli tylko pragnie się tego wystarczająco mocno, posiada pewne środki (wcale nie tak duże, jak mogłoby się wydawać, a i tak najdroższą częścią podróży jest sam przelot) oraz zaradność życiową, można iść w ślady Michniewicza i docierać nawet do tajemnych zakątków w głębi puszczy. Obawiałam się trochę, że autor będzie się wywyższał ponad zwykłych turystów i swoich czytelników, podkreślał swoją odwagę i spryt. Michniewicz jako bohater swojej książki pozostaje przesympatycznym gościem, lubiącym mocne przeżycia, ale znającym też słowo „strach”, odważnym, ale i nie pozbawionym ostrożności, z której czasem drwią jego przyjaciele. Nie neguje turystyki, sprzeciwia się jednak bezmyślnemu korzystaniu z atrakcji, bez znajomości choćby podstaw kultury danego kraju i przyjemnościom odbywającym się kosztem innych ludzi i zwierząt. Prawdziwie interesuje się kulturą i historią krajów, które odwiedza, podziwiając je unika jednak gloryfikacji dostrzegając ciemną stronę, obecną w każdej kulturze. Tym samym stanowi przykład doskonałego podróżnika i bystrego obserwatora. Bliskie mi są także jego refleksje dotyczące sił nadprzyrodzonych i stawiane pytanie, czy rzeczywiście Europa kulturalnie tak bardzo wyprzedza Azję. Przynajmniej w pewnych aspektach.

Styl Michniewicza jest przejrzysty, fabuła książki ciekawie ułożona. Niemniej jednak chwilami wydaje się, że Tomek woli mówić, niż pisać i nie zawsze wszystkie zdania i fragmenty są gładkie i dopieszczone. Innym razem szkoda, że autor pobieżnie potraktował temat któregoś z miejsc, chętnie przeczytałoby się coś więcej na taki temat. Mimo tych drobnych zgrzytów świetnie mi się „Samsarę” czytało i polecam ją każdemu, kto lubi temat podróżowania, zwłaszcza takiego z plecakiem i ograniczonym budżetem. Sama natomiast gorąco liczę na kolejną książkę Michniewicza, osoby niezwykle inspirującej i wzbudzającej sympatię; na przykład historie o jego podróżach w Afryce.

Tytuł: Samsara. Na drogach, których nie ma
Autor: Tomek Michniewicz
Wydawnictwo: Otwarte, 2010
Ilość stron: 360
Moja ocena: 5/6