Archiwum

Posts Tagged ‘wyd smak słowa’

Szukając swojego miejsca

W przypadku trylogii, w której cała akcja rozłożona jest równomiernie na wszystkie trzy tomy, najtrudniejszym do napisania jest chyba tom środkowy. Akcja już się zawiązała, bohaterowie zostali przedstawieni, a do finału jeszcze trochę historii pozostało. Tym samym druga część ma za zadanie jedynie podtrzymać zainteresowanie czytelnika, rozwinąć i rozmnożyć wątki, ale pozostawić większość z nich otwartą – i wciąż pozostać samoistnym tworem, który nawet pojedynczo będzie przedstawiał sobie jakąś wartość. Tym samym „jedynie” należałoby wziąć w cudzysłów, bo nie jest to ani zadanie łatwe, ani specjalnie wdzięczne. Na szczęście sprawie piszący autorzy zazwyczaj z gracją przechodzą próbę drugiego tomu, podsycając zainteresowanie i sprawiając, że czytelnik przywiązuje się do bohaterów i ich perypetii. Z przyjemnością stwierdzam, że Anne B. Ragde zdała ten test. Po świetnej „Ziemi kłamstw”, druga część zatytułowana „Raki pustelniki” jest także udana i choć może stanowi już takiego powiewu świeżości, to nietrudno jest zaangażować się w skomplikowane losy rodziny Neshov.

„Raki pustelniki” zaczęłam czytać zaraz po odłożeniu „Ziemi kłamstw”, co było dobrym wyborem – akcja drugiej części zaczyna się tuż po zakończeniu pierwszej, więc czyta się je jak jedną długą opowieść. Po wyjawieniu mrocznych sekretów z przeszłości Anny, członkowie rodziny Neshov muszą na nowo odnaleźć się w rzeczywistości. Niezwykłe Święta, spędzone niemal w innym wymiarze, dobiegają końca i każdy musi wracać do własnego życia. Tor z rozczarowaniem przyjmuje wiadomość o planowanym powrocie Torunn, która tęskni za kliniką weterynaryjną i co więcej, wcale nie wyobraża sobie siebie w roli pomocnicy w chlewie. Tym bardziej, że wkrótce poznaje fascynującego mężczyznę, zajmującego się między innymi powożeniem psimi zaprzęgami. Nowa znajomość pochłania ją całkowicie, przez co ma coraz mniej czasu dla swojego mało zaradnego życiowo ojca. Tor tymczasem pogrąża się w zgorzknieniu, tęskniąc za matką i nie radząc sobie bez niej w gospodarstwie. Mimo to udaje mu się prowadzić życie zbliżone do tego z przeszłości, do momentu, aż sam ulega wypadkowi. Tymczasem Margido daje się ponieść chwili i ulega alkoholowi oraz urokowi niemłodej już wdowy, która za wszelką cenę chce go do siebie zachęcić. Incydent staje się momentem przełomowym, po którym Margido zmienia swoje nastawienie do życia, a co za tym idzie, także do członków swojej rodziny, których stara się zobaczyć w nowym świetle. Wiele zmienia się również w luksusowym świecie Erlenda i Krumme, których związek stanie w obliczu poważnych decyzji i zmian. Końcem końców jednak, każde z innego powodu, wszyscy członkowie rodziny Neshov postanawiają odwiedzić rodzinne gospodarstwo, nie przeczuwając nawet, co ich tam czeka.

Powieść czyta się błyskawicznie, bohaterowie w większości wzbudzają sympatię a ich losy zaciekawienie. Nad historią wciąż unosi się przyjemny klimat Skandynawii. Chwilami robi się dość mrocznie, innym razem – aż nazbyt słodko (w przypadku Erlenda i Krumme), bywa zabawnie, bywa smutno… Anne B. Ragde z wyczuciem opisuje życie w jego różnych przejawach, nad całą historią góruje jednak jedno – poszukiwanie swojego miejsca. Tak jak raki pustelniki, które przychodzą na świat bez skorupy i muszą same znaleźć dla siebie dom. Bohaterowie Ragde zostali pozbawieni domu lub choćby iluzji o nim, muszą przewartościować swoje dotychczasowe doświadczenia i ułożyć sobie życie na nowo. Kruche więzi, na nowo zadzierzgane pomiędzy braćmi, wystawiane są na kolejne próby. Torunn musi natomiast zmierzyć się z byciem dziedziczką gospodarstwa i dotychczasowymi pragnieniami, które nie uwzględniały zamieszkania na wsi. Od jej wyboru zależy także jej odbudowana relacja z ojcem o trudnym charakterze i nadwątlona więź z matką przeżywającą rozstanie z dotychczasowym partnerem… Komplikacje narastają w każdym z wątków i gdyby tylko pod ręką była trzecia i ostatnia część powieści, natychmiast bym po nią sięgnęła…

Mimo że „Raki pustelniki” nie śniły mi się po nocach, to książka dostarczyła dużo naprawdę dobrej rozrywki. Jest pełna emocji, z ludzkimi bohaterami o pokomplikowanych losach i mroźną Norwegią w tle. Idealna pozycja na zimowe wieczory spędzone w przytulnym pokoju i z kubkiem herbaty w dłoni!

Zainteresowanych odsyłam do najnowszego numeru Archipelagu, który ukaże się prawdopodobnie pod koniec stycznia, a gdzie znajdzie się wywiad przeprowadzony specjalnie dla nas z Anne B. Ragde! Zachęcam do czytania. Za książkę dziękuję natomiast wydawnictwu Smak Słowa.

Tytuł: Raki pustelniki
Tytuł oryginału: Eremittkrepsene
Autor: Anne B. Ragde
Tłumaczenie: Ewa M. Bilińska
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2011
Ilość stron: 296
Moja ocena: 4+/6

Sekrety rodziny Neshov

Opowieść o norweskiej rodzinie Neshov mogłaby zacząć się nieśmiertelnym cytatem Tołstoja o nieszczęśliwych rodzinach. Jak w każdej szanującej się sadze, nawet takiej jak najbardziej współczesnej, nie może zabraknąć skrywanych latami sekretów, dramatów wpływających na całe pokolenia, trudnych relacji i chwil solidarności, kiedy rodzina, choć na krótki moment, potrafi się zjednoczyć. „Ziemia kłamstw” jest właśnie taką sagą i to bardzo dobrze napisaną, przez co ciężko się od niej oderwać i zaraz po skończeniu pierwszego tomu ma się ochotę na kolejne części tej trylogii. Anne B. Ragde stworzyła wspaniale tło, emanujące tym, co uwielbiam w skandynawskich powieściach – nieokiełznana przyroda, małe miasteczka, tętniące życiem miasta w Norwegii i Danii. Przede wszystkim jednak obdarzyła swoich bohaterów wiarygodnymi charakterami i psychologią. Relacje między członkami rodziny Neshov są wyjątkowo pokomplikowane, zachowują jednak realizm i dzięki temu można je przeżywać, kibicować ulubieńcom i z niecierpliwością przewracać stronę za stroną.

Galeria postaci nie jest zbyt liczna, każda postać to jednak oryginał, któremu warto przyjrzeć się bliżej, choć zdecydowanie nie każdy wzbudzi sympatię czytelnika. Fabuła zawiązuje się w momencie, kiedy stara Anna Neshov nagle dostaje wylewu i nieprzytomna trafia do szpitala. Mieszkający z nią Tor zmusza się do poinformowania o tym swoich braci – właściciela zakładu pogrzebowego Margida i Erlanda, uznanego dekoratora wystaw sklepowych. Bracia różnią się od siebie jak ogień i woda – najstarszy Tor prowadzi farmę świń i w swojej prostolinijności jest niemal dziecinny. Średni Margido to wycofany, samowystarczalny człowiek, który przeszedł głęboki kryzys wiary, a w swojej pracy spełnia się i cieszy nienaganną opinią. Jedynym marzeniem Margida jest mała łaźnia w mieszkaniu, stawia on na minimalizm i otacza się pustką. Co innego Erlend kochający luksus, wystawność i blichtr. Mieszka ze swoim partnerem w Kopenhadze, skąd uciekł z rodzinnego Byneset niedaleko Trondheim. Bracia już dawno przestali się ze sobą kontaktować, jednak wypadek matki zmusza ich do zebrania się przy jej łóżku. Poza Torem ciężko stwierdzić, czy którykolwiek z nich robi to z potrzeby serca, przyciąga ich raczej obowiązek, może ciekawość. Na obrzeżach rodziny majaczy też nieszczęsny mąż Anny, pogardzany przez synów, zaniedbany i niemal nieistniejący człowiek. W taką rodzinę zostaje wprowadzona Torunn, jedyna córka Tora, którą widział zaledwie raz w życiu i czasem rozmawiał telefonicznie. W obliczu zbliżającej się śmierci Anny, Tor prosi swoją dziedziczkę o przyjazd, żeby mogła poznać babkę przed jej śmiercią. Choć nie wszystko idzie po myśli Tora, liczne spotkania mające wkrótce miejsce prowadzą do zaskakujących zmian w historii rodu Neshov.

Ciekawym motywem jest również odwrócenie motywu, który aktualnie zalewa nasze półki w księgarniach – bohaterka porzucająca dotychczasowe życie i wyjeżdża na uroczą wieś, gdzie zaczyna wszystko od nowa. Torunn jest zadowolona ze swojej codzienności, choć niedawno rozstała się z mężczyzną i brakuje jej towarzystwa. Zamiast do słonecznej Toskanii wyjeżdża na mroźną norweską Północ. Zamiast przyjacielskich sąsiadów dziewczyna otoczona jest braćmi ojca i dziadkiem, mężczyznami na pozór zupełnie pozbawionymi jakiegokolwiek uroku (poza Elrendem), nastawionymi do niej nieufnie, skłóconymi ze sobą i z dużymi problemami wewnętrznymi. Zamiast poznawania regionalnej kuchni – Torunn uczy się zasad hodowli świń, którymi zajmuje się jej ojciec. Wszystko to urzeka świeżością i oryginalnością po dziesiątkach bliźniaczo do siebie podobnych powieści.

W odróżnieniu od niezwykle pesymistycznych opowieści z Północy, jak choćby „Dom Augusty” Axelsson, „Ziemia kłamstw” jest historią bardziej „życiową” – można w niej znaleźć szczyptę humoru, trochę wzruszeń, a przede wszystkim wciągającą historię i barwne postaci. Z niekłamaną przyjemnością wybrałam się do gospodarstwa Neshov, skomplikowana rodzina Anny szybko wkradła się w moje łaski i z radością przeczytam trzecią część (druga już za mną, a recenzja wkrótce), która powinna pojawić się w styczniu na półkach sklepowych. Dodam, że Archipelag ma nad nią patronat, co cieszy mnie podwójnie. Literatura skandynawska ma w sobie niezwykły urok i czar, który przyciąga mnie niezmiennie od już dłuższego czasu i nie sądzę, by to się zmieniło. Powieść Ragde wpisuje się w ten obraz i polecam ją miłośnikom książek obyczajowych i dramatów rodzinnych.

Tytuł: Ziemia kłamstw
Tytuł oryginału: Berliner Poplene
Autor: Anne B. Ragde
Tłumaczenie: Ewa Bilińska
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2010
Ilość stron: 288
Moja ocena: 5/6

Fascynacja mordercą w norweskim wydaniu

Postanowienia postanowieniami, a rzeczywistość nie zawsze daje się nagiąć do aktualnych zachcianek, w tym wypadku był to czas na opisanie przeczytanych przeze mnie ostatnio książek, a wbrew pozorom zdążyłam już trochę poczytać. Dziś po raz ostatni poszłam do starego miejsca pracy, tym samym kończąc uciążliwe zamykanie spraw i mocno stresujący okres (przede mną nowa praca, więc jak będzie z czasem – ciężko stwierdzić), nadrobiłam trochę zaległości w pisaniu listów, a przeczytanie książki pozostawione bez komentarza kłują mnie w oczy niczym wyrzuty sumienia. Zacznę odrobinę niechronologicznie, jednak po przeczytaniu „Nocy profesora Andersena” Daga Solstada układam sobie w głowie swoje zdanie na temat tej książki i muszę przyznać, że nie jest to łatwe zadanie. A jak wiadomo, takie lektury należą do tych najbardziej intrygujących.

Dag Solstad to pisarz budzący kontrowersje swoimi książkami, o czym dowiedzieć można się ze wstępu przygotowanego przez panią tłumaczkę. Tak samo jak w przypadku innych pozycji wydanych przez Smak Słowa, które miałam przyjemność czytać, wstęp jest jednym z najmocniejszych punktów książki – interesujący, bez psucia przyjemności w poznawaniu fabuły opisujący główne motywy, na które warto zwrócić uwagę czytając. Zastanawiam się, czy nie lepiej jeszcze byłoby umieszczać tego typu komentarze w posłowiu, aby nie sugerować czytelnikowi, którym torem mogłyby (nie chcę tu używać słowa „powinny”) zmierzać jego myśli podczas lektury. Na koniec jednak byłoby to fantastycznym dopełnieniem całości. W przypadku „Nocy profesora Andersena” krótki tekst Doroty Polskiej zawierający jej (tak myślę) interpretację zachęca do czytania i narobił mi dużo smaku na czytanie.

Opis na okładce i początek „Nocy…” sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z kryminałem – oto samotnie spędzający Wigilię profesor Andersen obserwuje rozświetlone okna z budynku naprzeciwko. W jednym z nich dostrzega młodą kobietę, co nasuwa mu na myśl pozytywne refleksje. Niestety, urok chwili szybko zmienia się w koszmar – za kobietą pojawia się młody mężczyzna i na oczach Andersena dusi swoją towarzyszkę. Przerażony obserwator chowa się w cień zasłony i sięga po słuchawkę, aby zadzwonić po policję, jednak… odkłada ją bez wykonania obywatelskiego obowiązku. Od tej chwili jego spokojne i poukładane życie zmienia się w pasmo wyrzutów sumienia i prób zrozumienia własnej psychiki, które łączą się z refleksją na temat ludzkiej pamięci, sensu tworzenia i studiowania literatury, aż wreszcie – charakterystyką norweskich pięćdziesięciolatków żyjących w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Choć motyw tajemniczego mordercy, który przyprawia Andersena o niepokojącą fascynację przemieszaną z lękiem i ciekawością, rozmywa się w połowie książki, wraca jednak pod koniec, wywołując przyjemny dreszcz. Sam finał jednak nieco mnie rozczarował. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Solstad do niewielkiej objętościowo książki chciał na siłę wtłoczyć zbyt dużą liczbę tematów, żadnym z nich nie zajmując się jednak dogłębnie, upraszczając je, a przede wszystkim streszczając lub skracając tok myślowy bohatera. To, co wydawało się być nową odsłoną dylematu w skali „Zbrodni i kary” końcem końców wypadło blado.

Styl Solstada jest ciekawy, autor używa ładnego języka, pisząc długie, lekko chaotyczne zdania. Lubię taki rodzaj pisania, choć muszę przyznać, że wolę, gdy tego rodzaju wywody pochodzą z głowy bohatera, zahaczają o strumień świadomości, nie przeszkadza mi wtedy pewna histeryczność, która nierzadko łączy się z wyrzucaniem z siebie myśli jedna za drugą. Kiedy jednak pozwala sobie na to trzecioosobowy narrator – czuję się dziwnie. Beznamiętne opowiadanie, liczne powtórzenia i charakteryzowanie po raz wtóry pokolenia Pala Andersena w pewnym momencie podziałało na mnie nużąco.

Nie mogę odmówić Solstadowi talentu, nie mogę nie przyznać, że „Noc profesora Andersena” jest książką ciekawą i zajmująco, niestety nie trafiła ona jednak w mój gust. Może czas i nastrój nie był odpowiedni, jednak po inne dzieła norweskiego autora nie sięgnę, wybierając innych skandynawskich pisarzy. Nie chcę jednak zniechęcać Was do czytania „Nocy…”, która zbiera same pozytywne recenzje i niewątpliwie jest książką godną uwagi. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać surowemu urokowi tej prozy.

Tytuł: Noc profesora Andersena
Tytuł oryginału: Professor Andersens natt
Autor: Dag Solstad
Tłumaczenie: Dorota Polska
Wydawnictwo: Smak Słowa , Listopad 2010
Ilość stron: 112
Moja ocena: 3+/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Smak Słowa za udostępnienie mi książki do recenzji.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

Zagubieni między pustynią a Zachodem

Bardzo lubię książki nie tylko opowiadające o innych kulturach, na co dzień dla mnie niedostępnych, ale także przedstawiające zderzenie ich z rzeczywistością dobrze mi znaną. „Zderzenie” nie jest tu może najszczęśliwszym słowem, ponieważ nie zawsze towarzyszą tym spotkaniom gwałtowne emocje, myślę, że znacznie częściej jest to miarowe poznawanie się, wzajemna fascynacja i niezliczona ilość pytań. Oczywiście, wszystko zależy od nastawienie obu stron, nie tylko do samego procesu poznawczego drugiej kultury, ale przede wszystkim jej przedstawicieli, którzy poza byciem żywymi spadkobiercami bogatej tradycji, pozostają głównie zwykłymi ludźmi, którzy chcą żyć po swojemu, czyli we własnym odczuciu normalnie. Myślę, że w tym właśnie tkwi sedno konfliktu opisanego przez Abd ar-Rahmana Munifa w pierwszej części jego pokaźnych rozmiarów dzieła „Miasta soli”, zatytułowanej „Zagubieni”. Wychowany w Jordanii autor mogący się poszczycić saudyjsko-irakijskimi korzeniami należy do najbardziej uznanych współczesnych pisarzy arabskich, w Polsce jednak pozostawał do tej pory dość anonimowy. Całe szczęście sytuacja ulega zmianie, jego książka bowiem to istotny głos w kwestii konfliktów Bliskiego Wschodu z Zachodem, z którego zapewne wiele osób zdawało sobie sprawę, choć niestety pozostawały i tak w mniejszości. Lektura „Zagubionych” ma szansę choć trochę zmienić tę sytuację.

Treść książki nie dzieje się w sprecyzowanym okresie ani miejscu, zyskując dzięki temu uniwersalność. Autor pokazuje losy wielu plemion i miejsc na Bliskim Wschodzie (oczywiście, stopień rozwoju i odległość od Egiptu pozwala nam mniej więcej umiejscowić powieść w czasie i przestrzeni, Munif unika jednak podawania dokładnych dat oraz nazw). Niewielka społeczność beduińska żyje w dolinie Wadi al-Ujun, od lat praktykując swoje zwyczaje i poddając się rytmowi życia na łonie pustynnej przyrody. Karawany pojawiają się i znikają, mężczyźni z plemienia wyjeżdżają i wracają, kobiety dbają o rodziny i tak jeden cykl życia przechodzi w kolejny, co jakiś czas zmieniając się nieznacznie przez prowadzone wojny lub konflikty między plemionami. Świat Beduinów wywraca jednak do góry nogami pojawienie się w ich obozie Amerykanów. Początkowo są do nich nastawieni dość przyjaźnie, jak do wszystkich gości nawiedzających Wadi, szybko jednak zaczynają czuć nieufność, zachowanie cudzoziemców jest tajemnicze, ich wyjaśnienia nie pasują do czynów, a mimo błogosławieństwa emira, ludzie zaczynają przeczuwać niebezpieczeństwo. Najzacieklejszym przeciwnikiem Amerykanów jest Mutib al-Haddal, który z czasem staje się symbolem oporu, zwłaszcza gdy dolinę spotyka przewidziana przez niego zagłada. Po tych wydarzeniach mężczyzna znika, a jego rodzina, osamotniona i zagubiona, wyrusza w podróż do krewnych. Wkrótce jednak okaże się, że nie tylko Wadi al-Ujun została zrównana z ziemią, a praca w nowych obozach tworzonych przez Amerykanów przyciąga młodszych i starszych Arabów. Także syn Mutiba, Fawwaz, wyrusza wraz z kuzynem i trafia do Harranu, gdzie zaczynają pracować dla cudzoziemców.

Tam też rozgrywa się główna akcja powieści, choć słowo „akcja” może budzić skojarzenia nie do końca przystające do fabuły książki. Choć na 544 stronach dzieje się naprawdę dużo, większość wydarzeń opisana jest w spokojny sposób, bez wartkiego poprowadzenia akcji. Nie jest to natomiast wadą książki, ponieważ cała jej konstrukcja opiera się na opowiadaniach o poszczególnych mieszkańcach Wadi al-Ujun, a później Harranu. Na początku czytelnik ma wrażenie, że to rodzina Mutiba lub też on sam będą bohaterami dzieła, szybko jednak narracja koncentruje się na kolejnych bohaterach, nie zapominając o poprzednich, ale i nie skupiając się na życiu konkretnej osoby. Munif roztacza przed czytelnikiem panoramę zmian społecznych, zachodzących zbyt szybko i w warunkach, kiedy jedna z kultur nie tylko czuje swoją wyższość nad drugą, ale i nie traktuje jej przedstawicieli jako dorosłych ludzi, którym należy się szacunek. Bez wahania zmieniają krajobraz, zmuszając ludzi do przeprowadzki w inne miejsce, dostosowują zastaną rzeczywistość do swoich potrzeb, a ludzi traktują jako siłę roboczą oraz ciekawy materiał etnograficzny, w większości nie siląc się na ich poznanie i zrozumienie. Po stronie arabskiej wzrasta natomiast zagubienie i niechęć do obcokrajowców, których z jednej strony podziwiają, ale i traktują jak wysłanników szatana lub opętanych przez złe duchy dziwaków. Zmiany zachodzą zbyt szybko, żeby żyjący na pustyni Arabowie mogli się do nich spokojnie przyzwyczaić. Część z nich daje porwać się fali modernizacji, część popada w coraz większy niepokój, skutkujący nierzadko problemami psychicznymi. Pogodzenie wielowiekowej tradycji Arabów wydaje się być niemal nie do pogodzenia z rozkwitającym miastem, głównie ze względu na to, że miasto budowane jest w stylu amerykańskim, a od Harranu Arabskiego i baraków robotników odgrodzone jest kolczastym drutem. Tymczasem arabska dusza, być może chwilami nieświadomie, rwie się ku dawnym czasom, znanym obyczajom oraz pustyni.

Czuł, że zarówno jego jak i księcia pustynia może uzdrowić. Tam człowiek znajduje się sam pośród bezkresu, ciszy i pierwotnej przyrody. Tam ma nie tylko możliwość dokonania właściwie oceny tego, co się stało, ale również – dzięki spokojowi i ciszy – może zwalczyć chorobę i ułożyć sobie wszystko na nowo. (s. 367-368)

Amerykanie natomiast cierpią na pustyni, żar lejący się z nieba, zwierzęta – nie potrafią się odnaleźć na nieswoje ziemi. Ich zainteresowanie kulturą arabską jest dość powierzchowne, nie chcą zaprzyjaźniać się z mieszkańcami Harranu, a jedynie zadają im setki pytań, przy okazji spotkań teoretycznie towarzyskich, później natomiast, napotykając mur niechęci, w wymuszonych wywiadach, do których zmuszani są robotnicy. Robią mnóstwo zdjęć i bywają rozczulający jak dzieci, ciesząc się z oglądanych przez siebie dziwów. Nie rozumieją jednak problemów i palącej tęsknoty słyszalnej w śpiewie Arabów, tak jak Arabowie nie pojmują działania wynalazków przywożonych przez cudzoziemców i szybko ustawiają się w pozycji gorszych, choć są przekonani o swojej moralnej wyższości (przynajmniej po pewnym czasie). Nie pomaga im to jednak w zaprzestaniu fantazjowania na temat amerykańskich kobiet, które widzieli na statku. Narastają nieporozumienia, niechęć i oskarżenia, nie znajduje się natomiast nikt, kto byłby w stanie załagodzić konflikt. Jego plon możemy obserwować w dniu dzisiejszym.

Książka „Miasta soli. Zagubieni” to przejmująca relacja pokazująca początek znanych arabsko-zachodnich konfliktów, napisana pięknym językiem i w sposób najbardziej do mnie przemawiający – przedstawia bowiem historie zwykłych ludzi i wpływ zmian na ich życie. Chwilami wzruszająca, całościowo melancholijna, pełna żalu za odchodzącym światem. Czego mi zabrakło? Być może autor poruszył ten temat w kolejnych częściach „Miast soli” (jest to bowiem pięcioksiąg), ale w „Zagubionych” nie znajdziemy prawie żadnych fragmentów dotyczących kobiet. Poza Wadhą i Umm al-Chusz nie znajdziemy zbyt wielu opisów, w których kobiety by występowały, nie wspominając już o wpływie zmian na ich społeczność. Bardzo chętnie poznałabym sytuację także z ich punktu widzenia. Ciekawa jestem więc kolejnych tomów dzieła Abd ar-Rahmana Munifa, a wszystkim zainteresowanym tematem serdecznie polecam „Zagubionych”.

Tytuł: Miasta soli. Zagubieni
Tytuł oryginalny: Mudun al-milh: Al-tih
Autor: Abd ar-Rahman Munif
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2010
Ilość stron: 544
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Smak Słowa, serdecznie dziękuję.

Ogłoszenie dla (głównie) Warszawiaków

Niestety nie uda mi się zjawić, ale polecam szanownym Koleżankom i Kolegom, tym bardziej, że chętnie bym potem przeczytała, jak się spotkanie udało.