Archiwum

Posts Tagged ‘wojna’

Kresowa lekcja historii („Ukraiński kochanek” Stanisław Srokowski)

Sięgając po książkę „Ukraiński kochanek” nie miałam większego pojęcia, na co się porywam. Nazwisko autora, Stanisława Srokowskiego, nie mówiło mi zbyt wiele. Owszem, przeczytałam o nim krótkie notki, tę z tyłu okładki i kilka w serwisach o książkach zanim sobie powieść kupiłam, nie miałam jednak świadomości, jakiego rodzaju pisze on literaturę. Sam opis powieści stworzony przez wydawcę niezwykle mnie zachęcił, jednak wprowadził też w błąd, choć nie ukrywam, że wina może leżeć po mojej stronie. W sumie wszystko to, o czym napisano na okładce w książce jest, jednak ja oczekiwałam zupełnie czegoś innego jeśli chodzi o nastrój, czy może raczej formę opowieści…

Przede wszystkim myślałam, że będzie to opowieść o wielkiej miłości z wojną i ważnymi zmianami dziejowymi w tle. Że bohaterowie i ich losy będą odzwierciedlać dramaty mieszkańców Kresów z czasów międzywojnia i drugiej wojny światowej. Wreszcie, że wczuwając się w historię odnajdę ducha tamtych czasów obecnego na ziemiach kresowych. Mój problem polega na tym, że to wszystko teoretycznie w „Ukraińskim kochanku” się znajduje, żaden z obiecanych w okładkowej notce walorów nie jest zmyślony, ale… W moim odczuciu wszystkie te elementy są przedstawione… niejako odwrotnie, niżbym się tego spodziewała. Ciężko mi to opisać jednym słowem, już się więc tłumaczę. Otóż owszem, mamy tutaj przedstawiony romans Polki, córki bogatego młynarza imieniem Kasia Kukułka z ukraińskim chłopakiem, Mitią, jednak ten romans to tylko pretekst, żeby pokazać dwie społeczności. Generalnie bohaterowie są bardziej przedstawicielami swojej narodowości, grupy społecznej czy religijnej, a nie konkretnymi osobami, poza niewielką grupką głównych postaci (a bohaterów mamy w książce naprawdę sporo), ich charaktery są tylko zarysowane, mają po jednej bądź dwie cechy opisujące i aż zanadto widać rolę, jaką mają spełnić. Świetnym przykładem są na to dwie przyjaciółki Kasi, Żydówka Salcia i Ukrainka Ksenia, dzięki którym czytelnik ma niejako wgląd w sytuację Żydów i Ukraińców w rodzinnej wiosce bohaterki, ale o samych dziewczynkach poza kilkoma raczej suchymi faktami nie dowiemy się zbyt wiele. To samo tyczy się wydarzeń, miejsc, wszystkiego tego, co zwykło się nazywać tłem obyczajowym bądź historycznym dla bohaterów. Tutaj sytuacja znowu jest moim zdaniem w jakiś sposób odwrócona i tak naprawdę bohaterowie są tylko pretekstem, żeby opisać dany fragment historii, przedstawić powojenne miasto lub dramat ludności żydowskiej, polskiej czy ukraińskiej. Autor wydaje się posyłać bohaterów w konkretne miejsca tylko po to, by móc o nich napisać, wprowadza pojedyncze postaci, które potem znikają w mrokach fabuły jedynie po to, by mogły opowiedzieć o wydarzeniu, które miało miejsce w innym mieście czy kraju, do którego główni bohaterowie nie dotarli, a jeśli postaci wprowadzić się nie da, to zaraz zaginiony kuzyn bądź przyjaciel z dawnych lat napisze list te wydarzenia w detalach opisujący. Sytuacja nasila się jeszcze bardziej w części drugiej kresowej sago Srokowskiego, gdzie cała fabuła gubi się pośród opisów historycznych, pośród odkrywania nieznanych dotąd szczegółów historii Kresów. Przodują w tym monologi Artura, kuzyna młynarzowej, który przyjmuję rolę demaskatora ówczesnej historii – opowiada, wyjaśnia, na każdą sytuację posiada odpowiedni dokument, ma wgląd w tajne papiery należąc do podziemia i generalnie staje się historykiem swoich własnych czasów.

Uwielbiam powieści i oczekiwałam powieści. Chciałam historii miłosnej z wojną w tle, ludzkich dramatów i głębi psychologicznej. Dostałam lekcję historii i mimo, że poczułam się zawiedziona, a brutalne szczegóły mocno mnie odrzuciły (i tak, wiem, że sama zdecydowałam się na czytanie o wojnie, ale wszystko można bardzo różnie opisać, także wojenne dramaty i okrucieństwo), bo Srokowski nie szczędzi czytelnikowi żadnych detali torturowania niewinnych ludzi, w tym malutkich dzieci (ja oczywiście radośnie wzięłam się za lekturę będąc w ciąży, co jest już wyłącznie moim błędem – mimo to zdecydowanie nie polecam na ten okres, można się nabawić koszmarów), to jednak nie mogę tej książki spisać na straty, bo wbrew wszystkiemu, co tu napisałam, warto „Ukraińskiego kochanka” przeczytać. Przede wszystkim właśnie dlatego, że jest to lekcja historii i to takiej, której nie znajdzie się w podręcznikach szkolnych, o której wiadomo naprawdę niewiele, mimo że przecież druga wojna światowa wydaje się niemal już nie mieć przed nami tajemnic. Powiedzieć, że autor solidnie się do pisania przygotował, to wręcz za mało, bo cała książka pełna jest odwołań do dokumentów, wszystko poparte jest konkretnymi faktami, nazwiskami, nie można Srokowskiemu zarzucić nadużyć, wypaczania historii, naciągania jej. To przede wszystkim książka historyczna, ubrana w przyciasne szatki powieści. Jeśli tak się do niej podejdzie od początku, nie powinna zawieść, a raczej pewnie zafascynuje, nie mówiąc o walorach informacyjnych. Ja nie tego się spodziewałam, nie tego chciałam i mimo całego docenienia, nie zachwyciłam się. „Zdradę” natomiast odrzuciłam na kilka rozdziałów przed końcem uznając, że po prostu nie mam już siły czytać czegoś, co mi nie odpowiada i wprowadza w fatalny nastrój. Z drugiej strony cieszę się, że teraz wiem o historii Kresów znacznie więcej, choć bolesna to wiedza…

Tytuł: Ukraiński kochanek
Autor: Stanisław Srokowski
Wydawnictwo: Arcana, 2008
Ilość stron: 500
Moja ocena: 4/6

Dziecięca krucjata w Dreznie

Czytając klasyk, zwłaszcza taki, który według własnego czytelniczego sumienia już dawno powinnam mieć przeczytany, czasem mam trudność z jasnym ułożeniem sobie w głowie, co tak naprawdę o książce uważam. Moje oczekiwania są mocno wywindowane, mam już jakieś wyobrażenie o danej powieści i jeśli nawet książka naprawdę mi się podoba, nierzadko mam poczucie niedosytu lub wręcz zawodu. I to tylko tyle? Przecież miało mnie wgnieść w fotel, nie miałam móc myśleć o niczym innym przez kolejne kilka dni! A tu – podobało się, miejscami nawet bardzo, ale… Opisywana sytuacja właściwie nie występuje w przypadku „Rzeźni numer pięć”, a na pewno nie jest drastyczna, bo książkę uważam za naprawdę bardzo dobrą. Jednak nie mogłam oprzeć się refleksji, że powinnam ją przeczytać kilka lat temu, a moje odczucia byłyby zdecydowanie bardziej pozytywne i być może rzeczywiście byłabym pod wrażeniem. Oczywiście wiek jako taki nie ma tu nic do rzeczy wtedy po prostu tematyka poruszana przez Vonneguta była mi bliższa, bardziej oddziaływała na moją wyobraźnię. Zawsze mi szkoda, kiedy z naprawdę dobrą książką nie trafiam w odpowiedni czas, z drugiej jednak strony zależy mi na nadrabianiu zaległości w klasyce, muszę więc pogodzić się z taką ewentualnością.

Wszystkie elementy „Rzeźni numer pięć” wpasowują się w moje gusta. Kurt Vonnegut łączy historię napisania swojej książki z samą fabułą, jasno dając do zrozumienia, że ma bardzo anty-wojenne przekonania. Bohater powieści, Billy Pilgrim, to przykład anty-żołnierza, dokładne niemal przeciwieństwo amerykańskich bohaterskich chłopców, przeżywających przygody i nawiązujących piękne przyjaźnie na froncie. Zgadza się tylko jedno – Billy to właśnie chłopiec, tak jak większość żołnierzy biorących udział w wojnie. Stąd też podtytuł powieści: „Krucjata dziecięca” (a także drugi, równie wymowny, „Obowiązkowy taniec ze śmiercią”), nadany przez autora po rozmowie z żoną przyjaciela z czasów wojny, która obawiała się, że książka Vonneguta będzie kolejną historią zachęcającą dzieci do udziału w wojnie. Autor od początku jednak miał sprecyzowany pogląd na treść swojej powieści, choć przedstawił ją nieco przewrotnie. Wybijające się chwilami na pierwszy plan elementy science fiction dotyczące „wypadania z czasu” i możliwości przeżywania jednej chwili w nieskończoność, pozornie odciągają czytelnika od głównego wątku i dramatu rozgrywającego się na wojnie. Billy twierdzi, że porwali go kosmici i przez kilka lat trzymali na planecie Tralfamadoria, gdzie był pokazywany w zoo jako przedstawiciel ludzkiej rasy. To od nich miał się nauczyć wypadania z czasu, wracania do teoretycznie przeżytych już chwil i patrzenia na świat z niecodziennej, ponadczasowej perspektywy. Tym samym autor nie tylko snuje refleksje na temat paradoksów związanych z czasem i przeżywaniem go, ale dzięki wprowadzeniu Tralfadoriańczyków w błyskotliwy sposób pokazuje ludzkość z dystansu i pod niecodziennym kątem. Jako tło i istotny punkt powieści służy bombardowanie Drezna, epizod wojenny nieznany wcześniej (przed wydaniem „Rzeźni numer pięć”) zbyt szeroko. Vonnegut nie kryje, że zawarł tam swoje autobiograficzne wątki, jako że miał nieszczęście znajdować się w Dreznie w tym czasie. Wszystko to razem tworzy niezwykłą mieszankę, nad którą autor bez problemu panuje. Zostawia też pewien wybór swojemu czytelnikowi – jeśli chce, może on wierzyć w porwanie przez kosmitów i wszystkie jego następstwa. Jeśli takie wyjście do niego nie przemawia, bez trudu złoży niecodzienne wydarzenia i myśli Billy’ego na karb zaburzeń psychicznych spowodowanych wojną.

Książka jest naprawdę poruszająca i świetnie napisana. Sporo w niej czarnego humoru, na który jednak nie miałam nastroju – dla mnie była refleksyjna i przesmutna. Gdybym czytała ją pod koniec liceum lub na początku studiów, piałabym z zachwytu. Dziś z uznaniem kiwam głową i smutno się uśmiecham, zgadzając z Vonnegutem w każdym niemal punkcie. I z zaciekawieniem sięgnę po kolejne jego książki.

Tytuł: Rzeźnia numer pięć
Tytuł oryginału: Slauterhouse-five or the Children’s Crusade
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Kurt Vonnegut
Wydawnictwo: PIW, 1990
Ilość stron: 180
Moja ocena: 5/6


Drodzy czytelnicy mojego bloga, mam wielką prośbę. Jeśli czytacie „Archipelag” (lub choć przeczytaliście jeden numer) będę bardzo wdzięczna za wypełnienie ankiety, która znajduje się na głównej stronie pisma. Nie powinno zająć Wam to wiele czasu, a nam bardzo się przydadzą wszelkie opinie. Nie wahajcie się podawać konkretnych życzeń bądź sugestii, są naprawdę brane pod uwagę! Z góry bardzo dziękuję.

Mandżuriowy Przegląd Filmowy: na Dalekim Wschodzie

Do pisania o filmach trudno mi się zabrać. Książki stanowią temat bezpieczniejszy, przy filmach natomiast mam jeszcze silniejsze poczucie nieznajomości klasyki, przegapianie różnych znaczeń zawartych między obrazami. Oraz mam świadomość faktu, że nierzadko dobrze się bawię na filmach, które sama uważam za produkcje niskich lotów (co jakiś czas lubię sobie obejrzeć film sensacyjny, na przykład z Bruce’m Willisem, choć wszystkie są niemal bliźniaczo do siebie podobne). Choć aktualnie z braku czasu staram się dobierać sobie tylko takie, które mają dużą szansę mi się spodobać. W dodatku nie mamy w domu telewizora, więc odpadają filmy oglądane do kolacji z rodziną – właśnie w ten sposób oglądaliśmy zazwyczaj lżejsze filmy sensacyjne, w sam raz do kanapki. Z drugiej strony staram się zaznajamiać z filmami uznawanymi za klasykę, wyrabiać sobie gust i zacząć bardziej kojarzyć reżyserów, bo na ten moment znam może kilkanaście nazwisk na tyle, żeby połączyć je z filmami i jeszcze te produkcje znać. Szalenie lubię czytać recenzje filmowe, sama postanowiłam też wreszcie zebrać się w sobie i spróbować pisania. Zwłaszcza, że prowadzenie własnego bloga a zwłaszcza czytanie innych bardzo moim zdaniem pomaga w wyrażaniu własnych myśli i ćwiczeniu towarzyszącej temu pewności siebie. W moim środowisku opinie dotyczące kina są dość jednoznaczne i nieznoszące sprzeciwu. Blogi natomiast dają ten komfort, że znaleźć tu można ludzi w przyciągający sposób wyrażający nierzadko skrajne opinie na temat tego samego dzieła, czy to książkowego czy filmowego, co daje komfort psychiczny – nawet jeśli nie spodobał mi się jakiś film uznawany przez większość za dzieło, nie musi to znaczyć, że go nie zrozumiałam. Nawet jeśli spodobało mi się coś, co większość uważa za gniot – niekoniecznie musi być ze mną coś nie tak. Och, no i teraz przyznałam się do problemów rodem z podstawówki :) Na swoje usprawiedliwienie powiedzieć mogę, że od czasu założenia bloga ta niepewność skurczyła się do niewielkich rozmiarów, a pisanie o filmach ma się rozprawić z nią całkowicie.

Żeby więc nie być gołosłowną nareszcie to powiem: nie jestem wielbicielką Quentina Tarantino! Po prostu nie i już. Owszem, „Pulp Fiction” mi się podobało, nawet bardzo, ale nie dzielę kinematografii na filmy przed i po „Pulp Fiction”, a choć kiedyś zaczęłam oglądać jakieś dwa inne dzieła tego reżysera, przerwałam w połowie. Może powinnam spróbować jeszcze raz, ale nie mam w sobie żadnej motywacji, by to zrobić. Straszne rzeczy, prawda?

Dramatycznych wyznań będzie pewnie z czasem więcej, a teraz zapraszam na Mandżuriowy Przegląd Filmowy, mam nadzieję cykliczny.

Mimo że dość regularnie (choć nie tak często, jakbym chciała) oglądam filmy z Dalekiego Wschodu, kino azjatyckie jest dla mnie nierzadko dość skomplikowane. Odpowiada mi jednak jego nastrojowość, a także refleksyjność – po seansie długo jeszcze myślę o tym, co widziałam (czasem próbując zrozumieć zamysł filmu, innym znowu rozmyślam nad znaczeniami, które w moim odczuciu pojmuję doskonale). Oczywiście trochę inaczej jest z azjatyckim kinem typowo popularnym, które też zdarza mi się oglądać – tu nie mam problemów zwłaszcza w przypadku produkcji japońskich, w przeszłości oglądałam ich dużo, a i lata oglądania anime zrobiły swoje. Moja lista filmów do obejrzenia z tego kawałka świata jest dość długa, na szczęście robią się one coraz bardziej dostępne. Dziś więc kilka słów o dwóch obejrzanych (już dość dawno temu) filmach z Azji rodem.

„Nie bój się, Bi” (Bi, dung so!) reż. Dang Di Phan, 2010


Wietnam. Mały Bi mieszka z rodzicami i ciotką na obrzeżach miasta. Stałym gościem w ich domu jest także stara niańka ojca, opiekująca się domem. Chłopiec całe dnie spędza biegając po polach i bawiąc się nad rzeką lub w pobliskiej fabryce lodu. Jego rodzina wygląda na szczęśliwą, to jednak tylko pozory, każdy z jej członków bowiem tęskni za czymś, czego nie może lub nie potrafi zdobyć. Wszyscy jednak trzymają się swoich ról. Matka pragnie być potrzebna, chce od męża czułości i okazania uczucia, choćby w łóżku. Pojawienie się schorowanego, dawno niewidzianego teścia daje jej namiastkę spełnienia się w roli kogoś, kto jest chciany i potrzebny. Kobieta nie skarży się jednak i niczego nie wymaga od męża, uwodzi go i spełnia jego niewypowiedziane zachcianki. Ten z kolei zdaje się być człowiekiem pustym w środku, niezdolnym do okazywania uczuć. Po pracy chodzi z kolegami do barów, gdzie upija się niemal do nieprzytomności. Unika spotkania z ojcem, który z niewypowiedzianą naganą patrzy na jego ucieczki od odpowiedzialności. Wiele między nimi milczących pretensji, zadawnionego bólu, o których widz niewiele się dowie. Mężczyzna nie odnajduje się w roli męża i ojca, jedyne chwile szczęścia przeżywa w salonie fryzjerskim, gdzie pracuje młoda dziewczyna, niezainteresowana jednak jego natarczywymi awansami. Ciotka Bi to młoda kobieta, uginająca się pod presją rodziny, by wreszcie znalazła sobie męża. Posłusznie chodzi na randki z umawianymi jej znajomymi. Kolejny z nich wydaje się być poważnie zainteresowany kobietą, ona jednak przyjmuje jego zainteresowanie bez entuzjazmu. Jej myśli krążą wokół nastoletniego chłopaka uczęszczającego do szkoły, w której jest nauczycielką. Nastolatek wyraźnie odwzajemnia jej fascynację, spełnienie jest więc na wyciągnięcie ręki… Dziadek natomiast powrócił do rodzinnego domu, by leczyć się z choroby. Ciężko stwierdzić, czy wierzy w powrót do zdrowia, czy też powrócił, by spokojnie umrzeć wśród wspomnień. Męczy go ból i poczucie ciężaru, jaki sprawia rodzinie, wydaje się być pogodzony z przyszłością, ale poza chwilami spędzonymi z Bi, zastana rzeczywistość nie przynosi ukojenia.

Mimo tego wszystkiego dzieciństwo Bi jest beztroskie. Nie dotyczą go problemy świata dorosłych, jeśli czegoś pragnie, zdobywa to. Kiedy dziadek proponuje mu egzotyczny liść w zamian za jakiś inny skarb, Bi początkowo jest zmartwiony, bo przecież nie ma nic, co mógłby dać staruszkowi. Zaraz jednak rozpromienia się i wybiega na dwór – przecież cała okolica to jego wielki plac zabaw i wszystko co tam jest, jest w pewien sposób jego. Własna lodówka w równie dobrym stopniu może służyć do zabawy jak i wielkie pojemniki w fabryce lodu. Bi ma pozytywne relacje ze wszystkimi członkami rodziny i nawiązuje przyjaźnie wszędzie, gdzie się pojawia, czy to z innymi dzieciakami nad wodą, czy z pracownikami fabryki. Wracając do lodu – tylko ta substancja przynosi dorosłym ukojenie, a z racji swej natury jest to ulga chwilowa, roztapiająca się szybko w parnym upale unoszącym się nad miastem. Jednak nawet fabryka lodu produkująca to nietrwałe ukojenie jest pełna bólu i znoju, czai się tam strach i cierpienie.

Czego więc może bać się Bi? Nie boi się śmierci stojącej przy łóżku dziadka – podchodzi do niej równie naturalnie jak do życia. Przed innymi ludźmi zawsze może uciec, świat otwiera się przed nim. Patrząc na spętanych normami dorosłych, którzy wbrew sobie z pokorą wypełniają obowiązki, by nie stać się wyrzutkami, nasuwa się niewesoła refleksja. To dorosłość może napawać lękiem kochające swobodę dzieciaki, zmienia i zabrania spełniania pragnień. Czy tego boi się Bi? Nie zdziwiłabym się. Zastanawiam się, na ile jest to refleksja nad wietnamskim społeczeństwem, a na ile uniwersalna obserwacja o pętach dorosłości i norm społecznych. Film długo pozostał we mnie po obejrzeniu, choć wychodząc z kina nie byłam pewna, czy mi się do końca spodobał. Uczucie niedosytu szybko jednak zastąpiły rozmyślania na tematy pokazane w filmie, a kilka obrazów (zatopiony w lodzie liść, kobieta podglądająca chłopców grających w piłkę w strugach deszczu, czy choćby scena w autobusie, gdzie ciotka Bi po raz pierwszy zwraca uwagę na swojego ucznia) wciąż mam przed oczami. „Nie bój się, Bi” to chyba moje pierwsze spotkanie z kinem wietnamskim i uważam je za zdecydowanie udane.

„Cesarzowa i wojownicy” (Kwong saan mei yan) reż. Siu-Tung Ching, 2003


Zawsze bardzo lubiłam wszelkiego rodzaju baśnie i legendy, także w wersji filmowej. Mam świadomość, że nie wszystkie z nich przedstawiają treści warte głębszej uwagi, nie przeszkadza mi to jednak oglądać je od czasu do czasu, ciesząc się z perełek i pomstując nad gniotami. „Cesarzowa i wojownicy” to właśnie taka baśń o dzielnej królewskiej córce i miłości – dalekowschodnia, pięknie opowiedziana głównie pod względem wizualnym i obsypana bogactwem kolorów i widoków. Trzeba się na to nastawić z góry i zaakceptować elementy konwencji (a także brak większej głębi), inaczej mogą widza rozboleć zęby od romantyzmu i słodkości wypełniającej szczęśliwe chwile – mój mąż wzdychał chwilami ciężko sygnalizując, że na ekranie już przesadzają, ja natomiast z uśmiechem odprężałam się dzięki wizualnej estetyce, nie przejmując się całą słodyczą i chwilami mocno przesadną bajkowością historii. To kino rozrywkowe, pozbawione zbytniej głębi i jeśli ma się ochotę na film tego rodzaju, można po niego sięgnąć.

Starożytne Chiny, podzielone na królestwa państwo nękane jest wojnami. Podczas jednej z nich umiera władca Yan, na swego następcę mianując wyszkolonego generała imieniem Muyong Xuehu, człowieka z nizin, który na szczyt wybił się ciężką pracą i wojskowym geniuszem. Jednak wasale buntują się przeciwko temu testamentowi, nie chcą służyć komuś takiemu jak Muyong. Młody człowiek ucieka się więc do fortelu, dzięki któremu następcą zostaje ogłoszona jedyna córka cesarza – piękna Feier. Mimo początkowego przerażenia i braku wiary we własne siły dziewczyna jest córką swego ojca, przyjmuje więc wyzwanie i brzemię z podniesionym czołem, dając z siebie wszystko. Zjednuje sobie większość poddanych, a pomocą służy jej oddany Muyong, towarzysz jeszcze z czasów jej dzieciństwa, który chętnie zobaczyłby się w innej roli niż tylko starszy brat młodej cesarzowej. W czasie jednej z potyczek władczyni zostaje ranna zatrutą strzałą, koń ponosi ją w leśne ostępy i tam znajduje ją tajemniczy Duan Lan-quan, żyjący na odludziu mnich. Opiekując się Feier uczy ją wielu pożytecznych umiejętności, a przy okazji przypomina, czym jest zwyczajna radość płynąca z życia, swobody, a wreszcie uczuć. Feier to w końcu przede wszystkim młoda dziewczyna obciążona odpowiedzialnością i obowiązkami nierzadko ponad jej siły. Każdy ma prawo do miłości, często jednak ta zasada okazuje się obowiązywać w teorii. Rzeczywistość i jej prawa upomną się o Feier, a biorąc pod uwagę, że jest to baśń niczym z danych czasów, dodatkowo z Dalekiego Wschodu – nie ma co liczyć na słodkie zakończenie i radosnych bohaterów trzymających się za ręce. W takich opowieściach rozwiązanie w najlepszym razie jest słodko-gorzkie, z nutką melancholii.

„Cesarzowa i wojownicy” to uroczy film, na który jednak trzeba mieć nastrój, nie jest to bowiem nic odkrywczego bądź ambitnego. Stanowi jednak radość dla oczu, odpręża i choć słodycz chwilami leje się z ekranu, historia miłosna ma ten posmak dziewczęcych marzeń, które czasem miło sobie przypomnieć. Tylko tyle lub aż tyle, w zależności od Waszego nastroju. Ja obejrzałam w odpowiednim czasie i wspominam go dość ciepło.

„Zatochi” (Zatôichi) reż. Takeshi Kitano, 2003


„Zatoichi” w reżyserii Takeshiego Kitano był pierwszym filmem, jaki zobaczyłam w tym roku kalendarzowym, wieczorem pierwszego stycznia, rozleniwiona i lekko śpiąca po kilku tylko godzinach snu (nieplanowana impreza sylwestrowa rozkręciła się nie wiadomo jak i kiedy, było przezabawnie). To kino z jednej strony rozrywkowe, opowieść o niewidomym masażyście wymierzającym sprawiedliwość dręczycielom różnej maści, którzy lekceważą go jako przeciwnika nie jest nowa jeśli chodzi o sam pomysł, a i realizacja nie wnosi wiele do tematu. Nie brak jednak filmowi jakiegoś rysu szlachetności, czegoś, dzięki czemu „Zatoichi” nie jest jedynie kolejnym japońskim filmem walki. Ciężko mi dokładnie sprecyzować, na czym polega ta różnica – być może sprawia to klimat feudalnej Japonii i odpowiednie tempo, charakterystyczne dla filmów z tamtego kawałka świata? Podobało mi się to, że sekwencje walki wbrew głównemu tematowi historii nie trwały zbyt długo, a najdłuższą chyba sceną jest tradycyjny japoński taniec ćwiczony przez jednego z bohaterów. Film nasiąknięty jest japońską obyczajowością tamtych lat, dodając smaku tej klasycznej opowieści. Wszystko jest estetyczne, interesujące głównie pod względem kulturowym, ale i sama historia zaciekawia, zwłaszcza jeśli lubi się filmy spod znaku Zorra i innych niepozornych bohaterów upominających się o prawa ubogich i słabych. Na koniec otrzymujemy scenę rodem z Bollywoodu, zaskakującą w tych dekoracjach, ale zadziwiająco pasującą do całości.

Oglądanie było dla mnie przyjemnością w tamten leniwy wieczór, „Zatoichi” nie jest jednak filmem, który szczególnie polecam. To raczej kino dla wielbicieli gatunku, naprawdę przyjemne i estetyczne, ale nic poza tym. Może za dużo już widziałam opowieści o uczciwych samurajach sprzeciwiających się korupcji (głównie w wersji animowanej), żeby „Zatoichi” zrobił na mnie większe wrażenie. Nie mam mu jednak wiele do zarzucenia, to film naprawdę dobry w swojej klasie.

Polacy i Chińczycy – unia nierealna?

Pierwszy raz o „Bursztynowym Królestwie” Konrada T. Lewandowskiego usłyszałam od siostry, która wypatrzyła książkę pośród nowości. Od razu wiedziałam, że po prostu muszę ją przeczytać – pomysł i miejsce akcji absolutnie mnie zaintrygowały i zachęciły do książki. Trochę czasu jednak minęło zanim trafiła w moje ręce. W międzyczasie miałam okazję przeczytać krótkie fragmenty innych powieści autora, głównie w kontekście słabych scen erotycznych, więc mój zapał odrobinę ostygł (nie nastawiałam się na sceny tego rodzaju w „Bursztynowym Królestwie”, ale trochę mnie to zaniepokoiło w kontekście jego pisarstwa w ogóle). Końcem końców książkę przeczytałam i z czystym sumieniem przyznaję, że to świetna powieść przygodowa, napisana lekko i z pazurem, od której ciężko się oderwać.

„Burztynowe Królestwo” przedstawia alternatywną historię narodu polskiego, a przynajmniej jego wycinku, który w czasie zaborów i powstań został zesłany na Syberię. Pomysł to iście brawurowy i błyskotliwy – część zesłańców, którzy zdążyli potworzyć małe społeczności, zawędrowała na południe, do Mandżurii (od razu wiadomo, co było jednym z czynników zachęcających mnie do przeczytania), gdzie osiedlali się w pobliżu złotonośnych rzek i wśród gór. Właśnie tam został zawiązany niezwykły sojusz, który doprowadził do powstania Unii Obojga Narodów – Polaków i… Chińczyków. Sekretne królestwo po cichu rośnie w siłę zyskując sobie kolejnych sympatyków, zawiązuje strategiczne sojusze i przede wszystkim daje poddanym możliwość poznania obu kultur, w których mimo pozornej całkowitej odmienności znaleźć można wiele stycznych, a większość wartości okazuje się być niezmienna niezależnie od szerokości geograficznej. Plan Królestwa Bursztynu jest jasny, choć pozornie niemożliwy do zrealizowania – najpierw chcą pomóc Chinom w odzyskaniu niepodległości od sił kolonialnych, szukając niepewnego sojuszu z tworzącym się bractwie bokserów, następnie z pomocą Chińczyków oswobodzić daleką Polskę spod jarzma zaborców. Dodatkowo w całą historię wplątana zostaje irlandzka pokojówka, która do Chin trafiła podążając za narzeczonym-oszustem oraz pracująca jako służąca w domu publicznym Chinka. Dodajmy jeszcze rodzinny konflikt pomiędzy zesłanym patriotą a jego bratankiem od dziecka poddanym zruszczeniu, garść zabawnych scenek humorystycznych, szczyptę refleksji nad tożsamością narodową i walką o wolność oraz dużo, dużo akcji – i otrzymamy naprawdę świetną powieść przygodową dziejącą się w fascynujących czasach, w miejscach, o których historii zazwyczaj nie wiemy tak wiele (przynajmniej u mnie w szkole historia Chin potraktowana była zupełnie po łebkach – co jest w sumie dość zrozumiałe biorąc pod uwagę okrojenie materiału, we własnym zakresie natomiast poznałam głównie późniejsze losy narodu chińskiego). Na pewno czytelnicy bardziej zorientowani w historii tego regionu znajdą całą masę smaczków i będą mogli lepiej zaobserwować, jak autor z gracją wykorzystuje rzeczywistą historię, by zamieścić w niej swoją opowieść. Jednak laikom nie umniejszy to radości czytania.

Dla mnie powieść stanowi niemal gotowy scenariusz filmu – widowiskowego hitu, który z pewnością przyciągnąłby masę widzów do kin. Gdyby zależało to ode mnie natomiast, wydłużyłabym książkę, dodając znacznie więcej tła psychologicznego, rozbudowując historie wszystkich ważniejszych bohaterów i mnożąc relacje między nimi. Zdaję sobie sprawę, że powieść przygodowa tego nie wymaga, a książka stałaby się wówczas opasłym tomiskiem – ale jaką miałaby wtedy szansę na stanie się rewelacyjną! Z wielką chęcią przeczytałabym więcej o moim ulubionym Sergiuszu, który mimo swego całego uroku i aspiracji do bycia czarnym charakterem powieści w pewnym momencie traci gdzieś swoją błyskotliwość i staje się jedynie tym, który zadaje pytania i kwestionuje idee poddanych Ukrytego Króla, co prowadzi do dość mdłego zakończenia jego wątku. Radością byłoby rozszerzenie wątku tajemniczego i intrygującego Ałbazińca, poczytałabym więcej o japoniście Michale… Wymieniać można długo. To samo tyczy się konfliktów między bohaterami oraz ich wewnętrznych rozterek – jest dobrze, ale mogło być lepiej. Rozumiem konwencję i nie uważam tego za błąd, co nie zmienia faktu, że jako czytelniczka wolałabym książkę dłuższą i bogatszą właśnie w te treści. Sam język powieści jest sprawny, lekki i nasycony humorem, co tworzy naprawdę przyjemną mieszkankę.

Jeśli choć trochę interesują Was takie klimaty, lubicie powieści przygodowe lub sam temat wydał Wam się interesujący – dajcie „Bursztynowemu Królestwu” szansę. Nie jest to może wiekopomna literatura, ale świetna w swojej klasie, wciągająca i dająca wiele radości. Naprawdę nie mam jej wiele do zarzucenia, co najwyżej wolałabym przeczytać ją w wersji rozbudowanej, to by było to! W każdym razie polecam, lektura stworzona na lato!

Tytuł: Bursztynowe Królestwo
Autor: Konrad T. Lewandowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009
Ilość stron: 392
Moja ocena: 5/6

Czy wielkie dramaty da się wyrazić małymi słowami?

Dzięki dość głośnej ekranizacji i generalnie pozytywnemu odbiorowi samej książki, ciężko znaleźć kogoś, kto o „Lektorze” Bernharda Schlinka nie słyszał nic. Film jeszcze przede mną, natomiast na powieść natknęłam się w bibliotece i wypożyczyłam z ciekawością, ale i pewnym dystansem. Bo i jak tu dać się tak zupełnie ponieść fabule, jeśli się wie, o co będzie w książce chodziło? Tymczasem jednak, czy to z powodu inaczej rozłożonych akcentów w filmie, czy też może dzięki udanym recenzjom, nie znałam głównego wątku książki i zostałam zaskoczona. Co więcej, nie o zaskoczenie w tej historii głównie chodzi.

Zarys historii jest sugeruje, że czytelnik będzie miał do czynienia z kolejnym rozliczeniem z tragedią holocaustu i tak do pewnego stopnia jest w istocie. Powojenne Niemcy. Młodziutki Michael przypadkiem spotyka dużo starszą od siebie Hannę i nawiązuje z nią romans (inicjatywa wychodzi w dużej mierze od kobiety, choć chłopak jest nią zafascynowany i wręcz opętany fantazjami na jej temat). Trzymany w tajemnicy, wielomiesięczny związek wpływa na charakter i dalsze życie Michaela. Kiedy Hanna pewnego dnia znika bez śladu, Michael obwinia za to swoje zachowanie. Poszukiwania spełzają na niczym, więc choć nie jest w stanie zapomnieć o swojej byłej kochance, próbuje zaangażować się w dalsze życie. Kończy szkołę i zaczyna studiować prawo. Właśnie dzięki temu ponownie spotyka Hannę, choć Michael nigdy nie przewidziałby warunków, w jakich do spotkania dochodzi. Młody mężczyzna w ramach seminarium obserwuje proces wytoczony przeciwko byłym strażniczkom hitlerowskiego obozu pracy i właśnie tam, po wielu latach rozłąki, znów widzi Hannę.

Kiedy czytałam „Lektora” żałowałam, że znam te fakty. Wyobrażałam sobie swoje zaskoczenie, w które wprowadziłaby mnie przeszłość Hanny. Tymczasem historia kobiety przedstawiona jest z dystansem, bez nastawienia na zaskoczenie. Nie chodzi tu o szokowanie i nawet prawdziwej zagadki Hanny można się domyślić już na pewien czas przed jej oficjalnym wyjawieniem przez narratora. Powieść dotyczy bowiem głównie dylematu moralnego, przed jakim staje Michael i to nie tylko podczas rozprawy na sali sądowej, ale i później. Hanna stanowi przykład osoby, z jakimi społeczeństwo niemieckie nie potrafiło sobie poradzić w latach powojennych. Tuż po wojnie dawni oficerowie, żołnierze, strażnicy – stanowiący przecież pokaźny procent niemieckiej ludności – byli ich sąsiadami, współpracownikami, znajomymi. Dopiero w latach rozliczania się z przeszłością i procesów przyszło obywatelom stawić czoła pytaniom i szeptom własnego sumienia. Bunt młodych ludzi wiązał się nie tylko z typowymi różnicami pokoleń, ale podsycało go także rozczarowanie generacją rodziców, która tolerowała zbrodniarzy. Schlink obnaża jednak pewną młodzieńczą butę, każącą widzieć wszystko czarne bądź białe, nie tłumacząc zbrodni, ale przedstawiając historie pojedynczych jednostek. Czytelnik widzi wszystkie wydarzenia oczami Michael, który choć należy do młodej generacji, nie potrafi jednoznacznie przekreślić swojej własnej przeszłości, nierozerwalnie związanej z Hanną. Miłość do niej położyła się cieniem na jego życia, a jej sekret wpędził go w dodatkową rozterkę. Hanna okazała się być gotowa poświęcić życie dla ukrycia sekretu, który w porównaniu z innymi wydarzeniami z jej życia wydaje się nikły i pozbawiony głębszego sensu. Nie chcę zdradzić tej największej tajemnicy Hanny, przyznam jednak, że autor niezwykle umiejętnie poprowadził losy Hanny, tworząc z jej sekretu motor działania. Wyszło przekonująco i w sposób prowokujący dalsze rozmyślania nad treścią książki.

Pisząc o książce „Tysiąc żurawi. Śpiące piękności” wspominałam, że wolę niedopowiedzenie niż przegadanie. Wprawdzie Schlink nie pozostawia wiele miejsca na domysły, to jednak słowa traktuje niezwykle oszczędnie. Wydawać by się mogło, że spod jego pióra nie wydostaje się ani jedno słowo więcej, niż to potrzebne. Dzięki temu wzrasta jeszcze moc opowiadanej historii. „Lektor” bardzo mi się spodobał i choć nie czuję potrzeby, by sięgać po kolejne książki autora (choć jeśli zainteresuje mnie fabuła zrobię to z przyjemnością, bo styl wpasował się w mój gust), to cieszę się, że przeczytałam właśnie tę. Film także obejrzę i z ciekawością porównam oba dzieła. Tymczasem polecam Wam lekturę.

Tytuł: Lektor
Tytuł oryginału: Der Vorleser
Autor: Bernhard Schlink
Tłumaczenie: Karolina Niedenthal
Wydawnictwo: MUZA, 2009
Ilość stron: 168
Moja ocena: 5/6