Archiwum

Posts Tagged ‘o kobietach’

Być mamą w różnych kulturach

Kiedy znalazłam książkę Ofelii Grzelińskiej „Mama dookoła świata” w zapowiedziach wydawniczych W.A.B natychmiast stwierdziłam, że muszę ją kupić, jak tylko pojawi się w księgarni, bo wydała się idealna do przeczytania dla mnie na ten czas – kiedy sama mam zostać mamą, a wielokulturowość, podobieństwa i różnice, cała ta różnorodność – interesują mnie od dawna, czemu pewnie nie raz dałam wyraz na tym blogu. I rzeczywiście, książka sprawdziła się jak najbardziej, przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem i przyjemnością, do której przyczyniły się także zdjęcia bohaterek opowieści, ich maluchów oraz regionów, z których pochodzą.

Ofelia Grzelińska zaprosiła do rozmowy kilkanaście kobiet pochodzących z różnych krajów świata, a wychowujących swoje dzieci w Polsce. Czasami kobiety te mają mężów Polaków i polskie tym samym rodziny, kiedy indziej przyjechały już jako żony swoich rodaków, którzy nad Wisłą prowadzą interesy i z Polską związali swoją teraźniejszość, a także w większości przypadków przyszłość. Tym samym dowiadujemy się nie tylko o przywiezionych przez bohaterki tradycjach, przekonaniach i przesądach, ale także o tym, co zadziwiło je w Polsce, co przypadło im do gustu, a co uznają za zupełne nieporozumienie. Z obrazków tych wyłania się nie tylko obraz poszczególnych krajów (takich jak choćby Japonia, Chiny, Norwegia, Armenia czy Kuba), ale także polskiej rzeczywistości oraz tego, jak traktowane są tutaj kobiety spodziewające się dziecka, młode matki i ojcowie.

Kluczowy wydaje mi się podtytuł książki, „Opowieści o macierzyństwie w różnych kulturach” i warto zwrócić na niego uwagę, by zawartość nie rozczarowała. Książka składa się bowiem z rozmów, anegdot i rozmaitych refleksji opowiadających kobiet, a także samej autorki, która swoją córeczkę urodziła w Nowej Zelandii, czemu poświęciła ostatni rozdział książki. Nie są to w żadnym wypadku opracowania socjologiczne czy nawet kulturoznawcze, nie taki był zamysł i absolutnie nie jest to minusem książki. Podtytuł daje czytelnikowi jasny sygnał, czego może się spodziewać i jeśli nadal jest zainteresowany (ja byłam bardzo), nie powinien się zawieść. Pióro Grzelińskiej jest lekkie, jej przemyślenia ciekawe i nierzadko zabawne, więc książkę czyta się błyskawicznie, a informacje w niej zawarte i losy kobiet zapadają w pamięć. Z książki bije ciepło i prawdopodobnie z uwagi na temat pewna doza intymności, podanej w bardzo subtelny i naturalny sposób. Sama chętnie wzięłabym udział w przeprowadzonych rozmowach, zaprzyjaźniła się z wieloma bohaterkami opowieści, wymieniła spostrzeżenia i zadała masę pytań.

Podoba mi się także prosta, ale istotna w moim odczuciu myśl, która wydawała się przyświecać Grzelińskiej w pracy nad książką – tradycje, zwyczaje, przekonania mogą się różnić, ale wszystkie matki chcą jak najlepiej dla swoich dzieci i przeróżne zabiegi, które wykonują lub których właśnie unikają mają na celu zapewnić dziecku zdrowie i szczęśliwe życie. I choć czasem mogą się wydawać przedziwne, bądź wręcz niebezpieczne, w danych kulturach wykonuje się je od pokoleń, a dzieci poddawane tymże zabiegom są aktualnie dorosłymi i zdrowymi ludźmi. Po pierwsze więc, co oczywiste, warto otworzyć się na te pomysły, niektóre mogą bawić, inne jednak zaskoczą swoją genialną prostotą i mogą okazać się przydatne. A po drugie, nie można dać się zwariować. Kiedy wszyscy wokół dają tysiące rad na temat tego, jak postępować ze sobą i z dzieckiem, bo inaczej wydarzy się dramat – warto pomyśleć sobie, że w pewnych kulturach te niezastąpione i jedynie słuszne sposoby zachowania wzbudzają zdziwienie, a może nawet uśmiech. Nie chodzi o to, by rady ignorować, ale móc wybierać to, z czym młoda matka czuje się dobrze i naturalnie, by nie pozwolić sobie wejść na głowę i dać się zamęczyć „sprawdzonymi sposobami”, bez których dziecko nigdy nie wyrośnie na „człowieka”. Jednym słowem, zachować spokój i cieszyć się macierzyństwem.

Tytuł: Mama dookoła świata
Autor: Ofelia Grzelińska
Wydawnictwo: W.A.B., 2012
Ilość stron: 328
Moja ocena: 5/6

Reklamy

Jaszczurka pływająca w piaskach

Na fali mojego zainteresowania Bliskim Wschodem i życiem muzułmańskich kobiet, z ciekawością przeglądam większość pozycji wydanych na polskim rynku. Staram się omijać te, które w moim odczuciu powstały głównie po to, by zaszokować zachodniego, europejskiego czytelnika, a których (zwłaszcza kilka lat temu, mam wrażenie), pojawiło się u nas całkiem sporo. Okładka „Arabskiej perły” Mahy Gargash i niestety niezbyt udane moim zdaniem tłumaczenie tytułu (w oryginale książka nazywa się „The Sand Fish: A Novel from Dubai”, w powieści jednak owo zwierzątko ‘sandfish’ przetłumaczone zostało jako ‘gekon scynkowy’, zrozumiałe więc, że wydawca mógł mieć wątpliwości co do pozostawienia oryginalnego tytułu… ja bym jednak próbowała pozostać przy idei ‘sandfish’…) wzbudzały długo moje wątpliwości – czy będzie to jedna z owych sensacyjek (lub poważnych sensacji, nie chcę odmawiać im wartości merytorycznej, często jednak mam wrażenie, że w najlepszym razie służą za autoterapię dla autorów, a właściwie autorek), czy też kawałek literatury? Nota wydawcy sugeruje romans z arabską kulturą w tle, książka musiała więc odleżeć swoje na półce. Zimą jednak mam nierzadko ochotę na gorące historie, zarówno uczuciowo jak i klimatycznie. Przeczytałam więc „Arabską perłę” w dwa wieczory i muszę przyznać, że lektura bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Niesprecyzowana przeszłość. Młodziutka Noora mieszka w maleńkiej wiosce wśród gór na terenach dzisiejszego Dubaju. Dzięki swojej nieżyjącej już matce poznała zasady kierujące życiem arabskiej kobiety, sama jednak woli nieskrępowane życie pełne swobody, które dzieli z braćmi i ojcem pozwalającym jej na beztroskie zachowanie. Sytuacja zmienia się jednak, gdy ojciec coraz mocniej popada w przejmujące nad nim kontrolę szaleństwo. Najstarszy z braci Noory, wiedziony poczuciem obowiązku, ale i zagubieniem i chęcią pozbycia się problemu, jakim staje się siostra, postanawia wydać ją jak najszybciej za mąż. W transakcji główne skrzypce gra miejscowa czarownica, a Noora wbrew swojej woli zostaje trzecią żoną handlarza perłami w zaawansowanym wieku. Wyrusza wraz z nim do rodzinnej siedziby nad brzegiem morza, gdzie szybko orientuje się w domowej hierarchii i poznaje swój obowiązek: jak najszybciej urodzić mężowi dziedzica. Coraz bardziej zamieszana w małe intrygi i poznająca własne potrzeby Noora nawiązuje skomplikowane relacje z mężem, najstarszą żoną, rodzinną służącą oraz młodym pracownikiem jej męża.

Osobowość Noory i jej spojrzenie na świat kształtuje się dzięki poznawaniu innych ludzi, nabieraniu doświadczenia i przede wszystkim próbie odpowiedzi na pytanie, co uszczęśliwi ją samą i postawi w dogodnej sytuacji. Kto spodziewa się typowego romansu, może poczuć się wręcz zawiedziony, bo choć nie brakuje w powieści szczypty namiętności, z pewnością nie jest to główny temat książki. Z „Arabskiej perły” wyłania się przede wszystkim obraz młodej kobiety, jej dojrzewania do podejmowania decyzji kierując się rozsądkiem. Gargash umiejętnie pokazała psychiczne dorastania bohaterki, jej odnajdywanie się w trudnych warunkach, w których uczy się radzić sobie niczym gekon scynkowy pływający w piasku. Metafora „sandfish” wpasowuje się w treść i atmosferę książki, mnie poruszyła i tym bardziej mi szkoda, że nie znalazła żadnego odbicia w tytule powieści (‘perła’ również nie jest zupełnie pozbawiona sensu, jednak daje nieprawdziwy obraz dotyczący bohaterki, która miałaby ową perłą zostać). Choć Gargash studiowała w Ameryce, gdzie z pewnością nabrała pewnego dystansu do swojej kultury, „Arabska perła” nie jest jedną z lektur wprowadzających zachodniego czytelnika w arabski świat. Wiele zwyczajów nie jest już tłumaczonych i objaśnianych, jak choćby w scenie, kiedy Noora przygotowuje się do modlitwy. Część kwestii (strój) została wyjaśniona przez tłumacza, innych trzeba się domyślić lub o nich doczytać. Nie stanowi to jednak żadnego utrudnienia w czytaniu, a wręcz przeciwnie, dodaje autentyczności opowiadanej historii.

Powieść Mahy Gargash nie jest może literaturą największego kalibru, pozostaje jednak solidnie napisaną powieścią obyczajową. Przybliża życie ludności z okolic Dubaju w przeszłych czasach i przede wszystkim zadowala sprawnym portretem psychologicznym głównej bohaterki oraz dość zaskakującym zakończeniem. Jeśli lubicie takie arabsko-kobiece klimaty, polecam Wam lekturę „Arabskiej perły”. Choć nie pozostawia w czytelniczym sercu wielkiego śladu, warto poświęcić jej te kilka wieczorów.

Tytuł: Arabska perła
Tytuł oryginału: The Sand Fish: A Novel from Dubai
Autor: Maha Gargash
Wydawnictwo: Remi, 2010
Ilość stron: 408
Moja ocena: 4/6

Książkę dostałam w prezencie od wydawnictwa Remi, za co serdecznie dziękuję.

Według babki, według matki i według córki

Książkę Marianny Fredriksson „Anna, Hanna i Johanna” miałam od dość dawna na swojej liście pozycji do przeczytania, natrafiłam na nią kiedyś przy okazji przeglądania książkowych blogów. Motywacją końcem końców okazało się być jednak wyzwanie Kraje Nordyckie (które ukończyłam w terminie, ale wciąż mam dwie zaległe recenzje do napisania – tę oraz „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna”…) i fakt znalezienia tego tytułu w osiedlowej bibliotece. Miałam sporo szczęścia, ponieważ książka „Anna, Hanna i Johanna” nie są aktualnie dostępne w sprzedaży i nie słyszałam o planach dodruku. Szczęśliwie dla mnie się złożyło, że tuż po moim przeczytaniu trafiłam na aukcję, na której ktoś „Annę…” sprzedawał i jestem szczęśliwą posiadaczką swojej własnej kopii. Jest to bowiem jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w tym roku! Choć fabuła nie jest szczytem oryginalności i powieści tego rodzaju powstało sporo, uwielbiam ten rodzaj książek – rodzinne sagi, głównie z punktu widzenia kobiet, pełne uczuć, analizy psychologicznej, rodzinnych tajemnic, a w tle zmiany społeczne i historyczne. Dodatkowo jesienna melancholia i ogarniające mnie ostatnio przygnębienie posłużyły za idealne warunki do czytania powieści Fredriksson.

Bohaterkami są trzy kobiety, przedstawicielki różnych pokoleń jednej rodziny. Babka, matka i córka żyły w różnych czasach, które w dużym stopniu determinowały ich wybory i sposób patrzenia na życie. Jednak zaskakująco dużo zdawały się mieć do powiedzenia geny lub przeznaczenie, w myśl którego czyny matek oddziaływały tak silnie na życie córek, że mniej lub bardziej świadomie powtarzały one część wzorców z życia starszych kobiet, które same krytykowały i od których chciały się odciąć. Skomplikowane relacje, w których żale i poczucie krzywdy mieszają się z poczuciem winy, miłością i czułością nie stwarzają odpowiednich warunków do szczerych rozmów. Fabuła powieści zawiązuje się w drugiej połowie XX wieku. Anna nie potrafi poradzić sobie z emocjami, gdy czuwa nad szpitalnym łóżkiem umierającej matki, Johanny. Stara się zrozumieć życie i przeszłość tej tak bliskiej jej kobiety, o nic już jednak nie może jej zapytać, bo Johanna rzadko kiedy odzyskuje świadomość. Anna szybko orientuje się, że by zrozumieć życie własnej matki, musi cofnąć się jeszcze jedno pokolenie wstecz i poznać babkę Hannę. Zdobywając informacje na temat przeszłości rodziny, składając je w jedną całość z rozsypki faktów, zasłyszanych gdzieś stwierdzeń oraz własnych domysłów, Anna tworzy portret niezwykłych kobiet, w międzyczasie wnikając też w głąb siebie. Autorka oddaje głos wszystkim trzem kobietom, czytelnicy otrzymują więc kompletny obraz rodziny, wzruszający i intrygujący, pełen mroku, ale i ciepła. W tle natomiast umieszcza Szwecję, pokazując zachodzące w niej przemiany. Podróż w przeszłość i obserwowanie zmian wraz z bohaterkami, uczestniczenie w części z nich jest fascynujące. Nie znałam szczegółowej historii Szwecji i choć nie ma tu historycznych wtrętów, politycznych dyskusji ani autentycznych biografii, Fredriksson zdołała subtelnie umieścić w swojej książce zmiany obyczajowe i społeczne, nie siląc się na ich ocenę. Hanna, Johanna i najmłodsza z nich Anna są dziećmi swoich epok, choć nie zawsze potrafią się dostosować do aktualnych wydarzeń i myśli, a historia ich nie oszczędza i puka do drzwi domów.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele fabuły, choć jak już wspomniałam na początku, nie ma tu zaskakujących rozwiązań, zwrotów akcji i szokujących tajemnic. To książka na wskroś obyczajowa, przy czym w tym wypadku to określenie całkowicie pozytywne, nic powieści nie ujmujące (to chyba mój ulubiony rodzaj książek, ale często wrzucany do jednego worka z chick-litem i romansami nienajwyższych lotów może kojarzyć się negatywnie – nic z tych rzeczy!). Fredriksson pisze bardzo przyjemnym językiem, kreśli prawdopodobne portrety psychologiczne. Nie mogłam oderwać się od lektury i długo po jej zakończeniu wciąż o niej rozmyślałam. Wpasowała się idealnie w moje czytelnicze potrzeby, ale mogę ją także z czystym sumieniem polecić każdemu, kto lubi takie rodzinne sagi ze skandynawskimi krajami w tle. Ja już zdobyłam kolejną książkę Marianne Fredriksson, „Elisabeth i Katarina”, która wydaje się być zbliżona w treści do opisywanej przeze mnie powieści. Już cieszę się na lekturę!

Tytuł: Anna, Hanna i Johanna
Tytuł oryginalny: Anna, Hanna och Johanna
Autor: Anne Bishop
Wydawnictwo: Świat Książki, 1999
Ilość stron: 381
Moja ocena: 6/6

Japonka w Ameryce

Po udanej lekturze „Klubu Radości i Szczęścia” Amy Tan, opowiadającej o zderzeniu kultury chińskiej z amerykańską, w bibliotece wpadła mi w oko pozycja traktująca o zbliżonym temacie autorstwa Etsu Inagaki Sugimoto. Tym razem czytelnik ma szansę przyjrzeć się zderzeniu rzeczywistości amerykańskiej z japońską, na początku XX wieku. Wcześniej jednak zapozna się z życiem w Japonii u schyłku XIX wieku, tuż po upadku szogunatu, gdy Japonia „zrezygnowała” ze stanowiska samurajów i otworzyła granice nie tylko na handel, ale i wpływy innych kultur.

Etsu, zwana przez rodzinę w sposób typowy raczej dla chłopców Etsu-bo, przyszła na świat w 1876 w rodzinie samuraja, który choć stracił swoją pozycję i zubożał, wciąż kultywował tradycje i zwyczaje typowe dla tej grupy społecznej. Autorka dorastała w otoczeniu nauk, wierzeń i obyczajów głęboko zakorzenionych w narodzie japońskim, żywych tym bardziej w odległości od wielkich miast, jako że Etsu dzieciństwo spędziła w rodowej siedzibie w prowincji Echigo. Wspominając dzieciństwo autorka nie pozwala sobie na przesadną ckliwość i choć ze stron wyłania się obraz szczęśliwego życia w kochającej rodzinie, Sugimoto nie pomija wydarzeń przykrych lub budzących kontrowersje w jej młodym umyśle. Przedstawia swego ojca-samuraja jako człowieka niezwykle wymagającego i oddanego honorowi, ale także otwartego na nowe doświadczenia i zwyczaje napływające go Kraju Kwitnącej Wiśni zza dotąd zamkniętych granic. Sugimoto oddaje swoją książką hołd przemijającej Japonii, świetności i zwyczajom samurajów. Nie ocenia nowego porządku, nie sili się na opiniotwórcze konkluzje. Przedstawia natomiast ludzi ze swojego otoczenia odnajdujących się lub nie w nowej rzeczywistości, pozwalając czytelnikowi na wyciągnięcie własnych wniosków i wybranie z obu sposobów życia jak najwięcej pozytywnych czynników i postaw. Te proste opisy wzruszają portretami ludzi o wyrazistych charakterach i nietuzinkowych biografiach.

Mała Etsu miała zostać kapłanką, w wyniku splotu okoliczności została jednak wysłana do Ameryki, gdzie została żoną japońskiego handlarza. Swoje przeznaczenie, jak na córkę samuraja przystało, zaakceptowała i zrobiła wszystko, by odnaleźć się w nowej, zaskakująco dla niej odmiennej rzeczywistości. Pozostając Japonką wychowaną w ideale systemu feudalnego z zaskakującą spostrzegawczością opisuje swoje nowe życie, szybko nawiązuje przyjaźnie i z niezwykłą wręcz subtelnością opisuje różnice między swymi dwiema ojczyznami, unikając krytyki i delikatnie przemycając swoją ocenę między wierszami. Nie wynika to jednak z wyrachowana, bo Sugimoto skupia się przede wszystkim na samym pojęciu różnic kulturowych – tak jak ją zaskakuje i dziwi okazywanie sobie uczuć przez aktorów w teatrze, tak jej amerykańskich znajomych zastanawiają typowo japońskie zwyczaje, których Etsu się nie wyrzeka. Autorka podkreśla, że ludzie są tacy sami w każdym zakątku świata, a kultura i zwyczaje w głównej mierze opierają się na przyzwyczajeniach i kwestią czasu pozostaje, kiedy dwa narody poznają się na tyle, by w pełni akceptować własną odmienność.

„Córka samuraja” zachwyciła mnie i głęboko poruszyła. Na pierwszy rzut oka są to po prostu dość krótkie fragmenty wspomnień, prosto napisana autobiografia kobiety o ciekawej biografii. Teksty te ukazywały się początkowo w amerykańskim magazynie, co w dużej mierze tłumaczy ich formę. Uważna lektura pozwala docenić niezwykłe wręcz bogactwo tej prozy, poetyckość połączoną z rzeczowym opisem tradycji, porównanie dwóch kultur, z których każda stała się ojczyzną Etsu. To także piękna opowieść o wychowaniu, ideałach i ich miejscu w życiu człowieka, końcu pewnej epoki i początku nowej rzeczywistości, w której wciąż znajduje się miejsce dla tradycyjnych wartości, jeśli tylko obie strony wykażą minimum dobrej woli. Głęboko zapadł mi w pamięć fragment, w którym mowa jest o pogrzebie członka rodziny Etsu, która przyjęła chrześcijaństwo (nie pisze o tym wiele, jako że generalnie stroni od opisywania osobistych uczuć, zwłaszcza wprost), bez zastanowienia jednak decyduje się na wyprawienie tradycyjnego japońskiego pogrzebu w obrządku szintoistycznym. Konfrontując wątpliwości chrześcijańskich przyjaciół stwierdza, że gdyby ona sama umarła w dzień po przyjęciu nowej religii, jej matka dołożyłaby wszelkich starań, by została pochowana zgodnie ze swoimi nowymi zasadami, nie pomijając najdrobniejszego szczegółu. I właśnie nawet nie tolerancja, ale całkowita akceptacja odmienności, otwartość na nowe i nieznane przy jednoczesnej wierności własnym zasadom i przekonaniom poruszyła mnie do głębi, wzruszyła i zachwyciła. Bardzo chciałabym mieć tę książkę we własnej biblioteczce. Polecam gorąco każdemu, nie tylko wielbicielom japońskiej kultury i historii, choć dla nich „Córka samuraja” będzie podwójną gratką.

Tytuł: Córka Samuraja
Tytuł oryginału: A Daughetr of the Samurai / Bushi-no musume
Autor: Etsu Inagaki Sugimoto
Wydawnictwo: Diamond Books, 2006
Ilość stron: 280
Moja ocena: 5+/6

Konflikt pokoleń z chińską nutą

Relacja pomiędzy córką i matką to jeden z wdzięczniejszych, choć pewnie także trudnych do uchwycenia i szczerego sportretowania wątków w literaturze. Mam do niego słabość i zawsze stanowi on dla mnie ważny element powieści, choć z reguły autorzy nie stronią od pokazania mrocznej strony tego związku, w realistyczny sposób oddając konflikt pomiędzy miłością, a częstymi żalami, zawiedzionymi nadziejami, brakiem zrozumienia i różniącymi się oczekiwaniami. Nie inaczej jest w powieści „Klub radości i szczęścia” Amy Tan, gdzie do odwiecznego i uniwersalnego wątku nici łączącej córkę z matką, dochodzi jeszcze konflikt typowo emigrancki, gdzie pokolenie dzieci od urodzenia wyrasta w nowej ojczyźnie przyjmując jej nowe zasady, rodzice natomiast wciąż zdają się tkwić jedną nogą w poprzedniej rzeczywistości.

Cztery chińskie kobiety mieszkające na stałe w USA spotykają się co tydzień na partyjce madżonga i plotkach, tworząc w ten sposób swój Klub Radości i Szczęścia, tradycję zapoczątkowaną przez jedną z nich jeszcze w Chinach. Po śmierci założycielki, wszyscy oczekują, że to jej córka zajmie miejsce przy kwadratowym stole. Przy pierwszej już grze okazuje się jednak, jak niewiele córka wie o zwyczajach matki, a co więcej, jak mało znała tę kobietę. Spotkanie to staje się punktem wyjścia do rozważań, w których trzy matki i cztery córki wspominają przeszłość, analizują swoje życie, jak gdyby pragnęły wytłumaczyć się sobie nawzajem i znaleźć zrozumienie. Różnice kulturowe i pozornie całkowicie odmienny bagaż doświadczeń utrudnia komunikację w większym jeszcze stopniu, niż subtelne różnice wynikające z dwujęzyczności młodszego pokolenia i ograniczonej umiejętności posługiwania się angielskim przez matki.

Matki młodszych bohaterek pochodzą z różnych rejonów Chin, ich życia to przekrój przez chińską kulturę i sytuacje, w których mogła znaleźć się kobieta w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Powody, dla których znalazły się w Ameryce również pozostają różnorodne, inne jest także ich podejście do nowego życia i wychowywania dzieci. Jest to również punkt wyjścia fabuły: Jing-Mei „June” Woo poznaje wstrząsającą prawdę o swojej zmarłej matce Suyuan: zanim wyemigrowała z Chin, musiała porzucić swoje małe córeczki z pierwszego małżeństwa, bliźniaczki będące starszymi siostrami June, do tej pory przekonanej o byciu jedynaczką. Okazuje się, że Suyuan mieszkając w Stanach wciąż poszukiwała swych dzieci, głęboka przekonana, że musiało udać im się przeżyć. Śmierć nie pozwoliła jej na dokończenie dzieła, które ma teraz przejąć June.

„Klub radości i szczęścia” to wyśmienita lektura, refleksyjna i dobrze napisana. Amy Tan z wyczuciem łączy melancholijne, wręcz poetyckie fragmenty z wartko opisanymi wydarzeniami. Potrafi wzruszyć, daleko jednak „Klubowi” do wyciskacza łez i prostej opowieści o konflikcie i radosnym pojednaniu na koniec. Problemy tak głęboko wpisane w sytuację życiową stanowią przepaść, która nie może się tak po prostu zrosnąć i zniknąć. Jedyne, co pozostaje, to zapełnić ją miłością i próbą zrozumienia, która nierzadko stanowi nie lada wysiłek, uderzając w podstawowe pojęcia i wierzenia. Konflikt kulturowy opisany w książce, choć głęboko osadzony w kontekście życia emigrantów skłania do uniwersalnych refleksji i pytania o źródło kultury i jej związek z krajem zamieszkania.

Za kanwę tej debiutanckiej powieści posłużyły własne doświadczenia Amy Tan, na kartach książki odnaleźć można wątki z życia jej matki jak i samej pisarki. Tan jest autorką kilku powieści (jak choćby „Żona kuchennego boga” lub „Córka nastawiacza kości”), wspomnień („Przeciwieństwo losu”) oraz książek dla dzieci. Pisarka prowadzi bujne życie, gra w zespole złożonym z publikowanych autorów (gra tam także np. Stephen King lub Barbara Kingslover). „Klub Radości i Szczęścia” to moje pierwsze spotkanie z tą amerykańską pisarką chińskiego pochodzenia, ale już wiem, że nieostatnie. Zwłaszcza, że z półki zerkają kolejne trzy książki jej autorstwa, na które już się cieszę.

Tytuł: Klub Radości i Szczęścia
Tytuł oryginału: The Joy Luck Club
Autor: Amy Tan
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2001
Ilość stron: 300
Moja ocena: 5/6

Amatorką być

„Amatorki” to moje pierwsze spotkanie z prozą Elfriede Jelinek, austriackiej noblistki z 2004 roku. Wiele zdążyłam już usłyszeć o jej pisarstwie, sama autorka jest postacią dość kontrowersyjną, więc wyrobienie sobie zdania na temat jej twórczości było dla mnie kwestią czasu. „Amatorki” wpadły mi w ręce w bibliotece i postanowiłam nie zmarnować tej okazji, co bardzo mnie teraz cieszy.

Jelinek pokazuje życie dwóch kobiet, które nigdy nie miały okazji się spotkać, ale niemal identyczny los stał się ich udziałem, z małą różnicą na końcu historii. Brigitte to pracownica fabryki robiącej biustonosze, marząca o lepszym losie w komfortowym mieszkaniu. Zrobi wszystko, żeby wyrwać się z biedy i wykańczającej pracy, w czym ma jej pomóc Heinz, powoli otwierający własny biznes. Brigitte postanawia więc sobie kochać Heinza i wytrwale dąży do zdobycia go w roli męża, a więc źródła utrzymania. Paula natomiast wychowała się na wsi, lecz postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem i nauczyć się w mieście krawiectwa. Początkowy entuzjazm znika w momencie zakochania się (a przynajmniej przekonaniu samej siebie o tymże uczuciu) w młodym drwalu, mieszkańcu tej samej wioski. Romantyczna dziewczyna postanawia zrobić wszystko, by miłość zatriumfowała, a Pauli zapewniła godziwe życie w schludnym domku u boku swego męża. Brigitte nie ma złudzeń co do funkcjonowania świata, Paula je ma, ale i tak nie zmienia to scenariusza ich życia – obie poświęcają siebie i swoje życie mężczyźnie, nie mając do zaoferowania wiele ponad swoje ciało, z którego obaj chętnie korzystają.

Bohaterki nie należą do najinteligentniejszych, mówiąc delikatnie, niekiedy czytelnik ma ochotę potrząsnąć nimi mocno i pokazać możliwości otaczające je z różnych stron, równie średnio ciekawe, ale o niebo lepsze niż sprzedanie się mężczyźnie, który nie dość, że nie kocha, to jeszcze intelektem nie grzeszy. Poza irytacją kobiety wzbudzają jednak współczucie, gdyż autorka pokazuje, że tylko część winy ponoszą one same. Do obwiniania jest także społeczeństwo tkwiące w sztywnym patriarchacie, tłamszące obie dziewczyny i niejako zmuszające je do oglądania się na mężczyzn wokół nich.

Jelinek pisze niezwykle ironicznie, zapadającym w pamięć stylem. To taki rodzaj narracji, po którym myśli się w podobny sposób – urywanie, chaotycznie, ale z dużą wnikliwością. Choć jest to proza niezwykle mocno zaangażowana feministycznie, nie znajdzie się w niej postulatów, złotych myśli lub bezpośrednich oskarżeń. Nie ma takiej potrzeby, bo cały tekst głośno krzyczy o niesprawiedliwości i upodleniu, do jakiego mężczyźni doprowadzili kobiety i do jakiego one same się spychają, wyzbywają wszelkich ambicji, by bez słowa sprzeciwu powielać okropny schemat i samemu się do niego przymuszając. Bohaterki Jelinek, choć godne współczucia, nie są przedstawione jako nieskazitelne ofiary. Same ponoszą odpowiedzialność za swoje życie, o czym autorka przypomina. Nie jest tak, że wszelkie nieszczęścia są spowodowane przez mężczyzn, sukcesy zaś to już jedynie samodzielne działanie kobiet. Podobał mi się styl autorki jak i jej ostre, krytyczne spojrzenie na świat. Choć moje postrzeganie rzeczywistości różni się od przedstawionego w „Amatorkach” i jest dużo bardziej optymistyczne, o barwach nie wspominając, nie twierdzę, że takich osób i takich zakątków na świecie nie ma. Wręcz przeciwnie…

Choć nie było to spotkanie łatwe, lekkie i przyjemne, nie chciałabym poprzestać na jednym. Książka Jelinek to lektura ciężka, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że chwilami męcząca, drażniąca i wsadzająca czytelnikowi małe szpilki w momencie, kiedy niekoniecznie się ich spodziewa. Mimo to jednak książka zmusza do refleksji i w krzywym zwierciadle ukazuje niewygodne prawdy, które wciąż są rzeczywistością w cywilizowanym świecie. Warto zmierzyć się z „Amatorkami”.

Tytuł: Amatorki
Tytuł oryginału: Die Liebhaberinnen
Autor: Elfriede Jelinek
Wydawnictwo: WAB, 2007
Ilość stron: 192
Moja ocena: 4+/6

Najsłynniejsze śniadanie, które nigdy nie miało miejsca

Zanim na dobre wezmę się za wyzwanie „Popularna klasyka” (swoją drogą wyzwania literackie zaczynają na mnie działać uzależniająco…), postanowiłam zrecenzować książkę przeczytaną już jakiś czas temu, ale wpasowującą się w tematykę nowej zabawy. Mowa mianowicie o Trumanie Capote i jego noweli „Śniadanie u Tiffany’ego”, która od dość dawna za mną „chodziła” i miałam wielką ochotę ją przeczytać, ale dopiero ostatnio wreszcie miałam okazję. Sam Capote wydawał mi się intrygującą postacią, której uroku dodatkowo dodawała przyjaźń z Harper Lee. Przygodę chciałam zacząć z okazji wyzwania „Amerykańskie Południe” (znowu!), biblioteka zadecydowała jednak inaczej i tę minipowieść przeczytałam dopiero po upłynięciu daty kończącej wyzwanie. Cieszę się jednak, że wreszcie po Capote sięgnęłam.

„Śniadanie u Tiffany’ego” to niewielkiej objętości książka, opowiadająca o fascynacji bezimiennego narratora jego sąsiadką, a później także przyjaciółką, ekscentryczną Holly Golightly. Dziewczyna o niepewnym pochodzeniu robi swojego rodzaju karierę na bankietach i przyjęciach, wodząc za nos mężczyzn w różnym wieku, z właściwą sobie mieszaniną cynizmu i radosnej niewinności. Główny bohater sam nie do końca jest pewien, jakim uczuciem darzy Holly, która z jednej strony poszukuje stałych uczuć i poczucia bezpieczeństwa, z drugiej jednak jest niespokojnym duchem, który nie potrafi znieść stabilizacji i ucieka przed odpowiedzialnym, „dorosłym” życiem. Holly pojawia się i znika, szukając wielkiej miłości i wpadając w równie poważne kłopoty. Wszystko to dzieje się natomiast w scenerii Nowego Jorku z lat 40., opisanego niezwykle plastycznie, choć pozostającego w zdecydowanym tle.

Powieść, a właściwie nowela, napisana jest prostym, choć bardzo ładnym językiem. Nie znajdziemy w niej zaskakujących zwrotów akcji, ani nawet płomiennych namiętności. Co fascynującego jest w historii miłości, a może jedynie fascynacji początkującego pisarza dziewczyną łamiącą reguły swoich czasów? Podejrzewam, że zależy to od interpretacji, a w przypadku „Śniadania u Tiffany’ego” jest ich całkiem sporo, jak zazwyczaj w przypadku prozy przez duże „p”. Dla mnie była to przede wszystkim opowieść o zagubionej dziewczynie, szukającej swojego miejsca na świecie. Holly nie jest postacią płaczącą nad sobą w kącie, bierze życie w swoje ręce, próbuje i szuka, wciąż szuka. Chwilami jednak, w wypowiedzianych przez nią słowach czai się samotność i tęsknota za bezpieczną przystanią, domem, który mogłaby nazwać swoim. Historia obfituje także w wiele pięknych cytatów, napisanych w sposób niewymuszony i naturalny. Nie odnosi się wrażenia, że autor na siłę wepchnął je w usta bohaterów, aby przekazać czytelnikowi swoje głębokie myśli. A przecież słowa wypowiedziane w którymś momencie przez Holly są poruszającą prawdą, wypowiedzianą w piękny, choć prosty sposób.

Ale nie można oddawać serca dzikim stworzeniom: im bardziej się je kocha, tym silniejsze się stają. Mają siłę, żeby uciec do lasu. Albo polecieć na drzewo. A wreszcie wzlatują pod niebo. I tak to się kończy, panie Bell. Jeżeli pokocha pan dzikie stworzenie, już zawsze będzie się pan wpatrywał w niebo.

Czy osoba taka jak Holly jest w stanie odnaleźć swoje miejsce? A może jej przeznaczeniem jest na zawsze pozostać „w podróży”, jak dopisuje na kartce pocztowej wysłanej do jednego z bohaterów? Nie zdziwiłabym się, gdyby na jej prawdziwy dom tworzyła się przestrzeń, nieustanny ruch i poszukiwanie swojego miejsca, którym na chwilę stawało się zagracone mieszkanie w Nowym Jorku, rezydencja brazylijskiego milionera lub lepianka w Afryce. Inna sprawa, czy Holly w takiej realizacji znalazłaby szczęście, bo jak sama przyznaje:

Lepiej jest patrzeć w niebo, niż w nim żyć.

Gorąco polecam „Śniadanie u Tiffany’ego” każdemu. Nie bez przyczyny opowieść ta inspiruje nieustannie artystów wszelkiego rodzaju.

Audrey Hepburn jako Holly w ekranizacji z 1961 roku


Moja ocena: 5+/6
Truman Capote, „Wesele u Tiffany’ego” (Kolekcja „Gazety Wyborczej”: XX wiek, PIW, 2005)