Strona główna > książki > Najsłynniejsze śniadanie, które nigdy nie miało miejsca

Najsłynniejsze śniadanie, które nigdy nie miało miejsca

Zanim na dobre wezmę się za wyzwanie „Popularna klasyka” (swoją drogą wyzwania literackie zaczynają na mnie działać uzależniająco…), postanowiłam zrecenzować książkę przeczytaną już jakiś czas temu, ale wpasowującą się w tematykę nowej zabawy. Mowa mianowicie o Trumanie Capote i jego noweli „Śniadanie u Tiffany’ego”, która od dość dawna za mną „chodziła” i miałam wielką ochotę ją przeczytać, ale dopiero ostatnio wreszcie miałam okazję. Sam Capote wydawał mi się intrygującą postacią, której uroku dodatkowo dodawała przyjaźń z Harper Lee. Przygodę chciałam zacząć z okazji wyzwania „Amerykańskie Południe” (znowu!), biblioteka zadecydowała jednak inaczej i tę minipowieść przeczytałam dopiero po upłynięciu daty kończącej wyzwanie. Cieszę się jednak, że wreszcie po Capote sięgnęłam.

„Śniadanie u Tiffany’ego” to niewielkiej objętości książka, opowiadająca o fascynacji bezimiennego narratora jego sąsiadką, a później także przyjaciółką, ekscentryczną Holly Golightly. Dziewczyna o niepewnym pochodzeniu robi swojego rodzaju karierę na bankietach i przyjęciach, wodząc za nos mężczyzn w różnym wieku, z właściwą sobie mieszaniną cynizmu i radosnej niewinności. Główny bohater sam nie do końca jest pewien, jakim uczuciem darzy Holly, która z jednej strony poszukuje stałych uczuć i poczucia bezpieczeństwa, z drugiej jednak jest niespokojnym duchem, który nie potrafi znieść stabilizacji i ucieka przed odpowiedzialnym, „dorosłym” życiem. Holly pojawia się i znika, szukając wielkiej miłości i wpadając w równie poważne kłopoty. Wszystko to dzieje się natomiast w scenerii Nowego Jorku z lat 40., opisanego niezwykle plastycznie, choć pozostającego w zdecydowanym tle.

Powieść, a właściwie nowela, napisana jest prostym, choć bardzo ładnym językiem. Nie znajdziemy w niej zaskakujących zwrotów akcji, ani nawet płomiennych namiętności. Co fascynującego jest w historii miłości, a może jedynie fascynacji początkującego pisarza dziewczyną łamiącą reguły swoich czasów? Podejrzewam, że zależy to od interpretacji, a w przypadku „Śniadania u Tiffany’ego” jest ich całkiem sporo, jak zazwyczaj w przypadku prozy przez duże „p”. Dla mnie była to przede wszystkim opowieść o zagubionej dziewczynie, szukającej swojego miejsca na świecie. Holly nie jest postacią płaczącą nad sobą w kącie, bierze życie w swoje ręce, próbuje i szuka, wciąż szuka. Chwilami jednak, w wypowiedzianych przez nią słowach czai się samotność i tęsknota za bezpieczną przystanią, domem, który mogłaby nazwać swoim. Historia obfituje także w wiele pięknych cytatów, napisanych w sposób niewymuszony i naturalny. Nie odnosi się wrażenia, że autor na siłę wepchnął je w usta bohaterów, aby przekazać czytelnikowi swoje głębokie myśli. A przecież słowa wypowiedziane w którymś momencie przez Holly są poruszającą prawdą, wypowiedzianą w piękny, choć prosty sposób.

Ale nie można oddawać serca dzikim stworzeniom: im bardziej się je kocha, tym silniejsze się stają. Mają siłę, żeby uciec do lasu. Albo polecieć na drzewo. A wreszcie wzlatują pod niebo. I tak to się kończy, panie Bell. Jeżeli pokocha pan dzikie stworzenie, już zawsze będzie się pan wpatrywał w niebo.

Czy osoba taka jak Holly jest w stanie odnaleźć swoje miejsce? A może jej przeznaczeniem jest na zawsze pozostać „w podróży”, jak dopisuje na kartce pocztowej wysłanej do jednego z bohaterów? Nie zdziwiłabym się, gdyby na jej prawdziwy dom tworzyła się przestrzeń, nieustanny ruch i poszukiwanie swojego miejsca, którym na chwilę stawało się zagracone mieszkanie w Nowym Jorku, rezydencja brazylijskiego milionera lub lepianka w Afryce. Inna sprawa, czy Holly w takiej realizacji znalazłaby szczęście, bo jak sama przyznaje:

Lepiej jest patrzeć w niebo, niż w nim żyć.

Gorąco polecam „Śniadanie u Tiffany’ego” każdemu. Nie bez przyczyny opowieść ta inspiruje nieustannie artystów wszelkiego rodzaju.

Audrey Hepburn jako Holly w ekranizacji z 1961 roku


Moja ocena: 5+/6
Truman Capote, „Wesele u Tiffany’ego” (Kolekcja „Gazety Wyborczej”: XX wiek, PIW, 2005)

Advertisements
  1. 02/09/2010 o 4:27 pm

    Po przeczytaniu tej recenzji dochodzę do wniosku, że za smarkata byłam czytając tę książkę. Muszę do niej wrócić.

  2. nutta
    02/09/2010 o 4:44 pm

    Te wyzwania krążą wokół pewnych książek, by o nich nie zapomnieć i wziąć je do ręki;)
    Audrey, to moja faworytka wśród gwiazd ekranu.

  3. 02/09/2010 o 8:53 pm

    Rola Audrey w ekranizacji rewelacyjna!

  4. 02/09/2010 o 9:15 pm

    właśnie dzisiaj oglądałam film, który również bardzo mi się podobał!
    książkę czytałam dosyc dawno i to jedna z takich, do których po czasie z przyjemnością się wraca :)

  5. 02/09/2010 o 11:35 pm

    Nowela rzeczywiście błyskotliwa, ale jej ekranizacja już mnie tak nie poruszyła. :)

  6. 03/09/2010 o 11:33 am

    Ja najpierw widzialam film, potem przeczytalam nowele, a potem film ogladalam -dziesiat razy (moja fascynaca Audrey byla wrecz obsesyjna). Co ciekawe, ksiazka wydaje mi sie dojrzalsza niz film, glebsza, szczegolnie odmienne zakonczenie (ale nic nie zdradze tym co nie czytali). W kazdym razie w ksiazce samotnosc Holly jest bardziej gorzka, bardziej rozpaczliwa niz to, jak ja przedstawila Audrey w filmie – bo film oglada sie troszke jak bajke hollywoodzka z happy endem. W ksiazce brakuje zapadajacych w pamiec strojow Audrey, jej klasy, zostaje skromna dziewczyna z prowincji o wielkich aspiracjach, szukajaca slepo swego spelnienia.

  7. 04/09/2010 o 3:54 pm

    Czara, jest króciutka, więc „machniesz” ją w jeden wieczór, a myślę, że wrócić warto. Ja w każdym razie jestem pod dużym wrażeniem.

    Nutta, dokładnie. Wyzwania motywują mnie, by czytać książki, ktore od dawna chcę przeczytać, ale zawsze coś wyprzedza je w kolejce… Przy każdym staram się też zawsze najpierw przeszukać własne półki, żeby przeczytać coś z własnej biblioteczki.
    A ja, wstyd się przyznać, nie kojarzę, żebym oglądała jakikolwiek film z Audrey! Pewnie jak byłam mała coś widziałam w telewizji, ale tak „świadomie” to już raczej nie. Muszę to nadrobić… A tymczasem mogę jedynie stwierdzić, że uwielbiam jej zdjęcia, prześliczna była z niej dziewczyna.

    Lirael, mam nadzieję, że niedługo się o tym przekonam :)

    Wafelek, patrz, jaki zbieg okoliczności! Do książki zdecydowanie będę chciała wracać, muszę pomyśleć o własnym egzemplarzu. A ekranizacja wciąż przede mną.

    Kasjeusz, witaj :) O ekranizacji wciąż nie mogę się jeszcze wypowiadać, ale książka zdecydowanie zachęciła mnie do zapoznania się z filmem.

    Chihiro, oj tak, kreacje (sądząc po zdjęciach) zapadają w pamięć. Ciekawa jestem Holly filmowej, książkową bardzo polubiłam i było mi jej żal, choć przecież nie jest to taka krystalicznie pozytywna postać, to jednak wzbudza szczerą sympatię. Ciekawa jestem, jak będzie w filmie :)

  8. 04/09/2010 o 4:55 pm

    Świetnie się bawiłem czytając tę książkę, ale też jej ekranizacja (choć nieco zmieniona) była znakomita. To jedno z milszych wspomnień literackich :)

  9. 04/09/2010 o 10:38 pm

    Zapraszam do łańcuszka, szczegóły na moim blogu.

  10. 06/09/2010 o 9:35 am

    Capote’a nie znam, przyznam bez bicia. Ale ekranizacja „Śniadania…” zrobiła na mnie wrażenie. I rola filigranowej Hepburn. Postaram się nadrobić literackie braki;)

    Pozdrawiam serdecznie!:)

  11. ekolozkaa
    07/09/2010 o 5:39 pm

    Film widziałam wiele razy. Potem przeczytałam książkę i osobiście coś mi w niej zabrakło. Może własnie widoku Audrey… Zgadzam się z Chihiro, że książka jest bardziej rozpaczliwa. W każdym bądź razie lezy u mnie na półce i może jeszcze raz skonfrontuje swoja opinie na jej temat. :)
    pozdrawiam ciepło!

  12. 07/09/2010 o 8:05 pm

    Także czytałam „Śniadanie u Tiffany’ego” już jakiś czas temu – i nawet w tym samym wydaniu z „Gazety Wyborczej”. Niewątpliwie, jest to lektura urzekająca – co dowodzi, że najwięcej treści znajduje się w historiach pozornie prostych. :)

    A za film wciąż się zabieram i jakoś czasu na obejrzenie mi nie starcza. (Co za wstyd!)

    Pozdrawiam cieplutko

  13. 08/09/2010 o 5:26 pm

    A ja nie znam ksiazki , az wstyd , nie przeczytac takiej klasyki! Musze sobie sama zrobic taki przeglad mojej przeczytanej klasyki :)

  14. 09/09/2010 o 11:36 am

    „Śniadanie…” już od dawna czeka i u mnie na półce. Przy okazji zapraszam do łańcuszka pt „10 rzeczy, które lubię” :)

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s