Strona główna > książki > Sztuka wytrzymania z Elą

Sztuka wytrzymania z Elą

„Sztuka bycia Elą” to książka w sam raz na mroźne dni. Taka do czytania w autobusie bądź tramwaju, kiedy przewraca się strony zmarzniętą dłonią, bo w rękawiczce trudno przewrócić pojedynczą kartkę. To moja pierwsza książka Johanny Nilsson i chociaż nie mogę powiedzieć, żeby mnie zachwyciła, to czytało się całkiem przyjemnie i szybko, a przejazdy zupełnie się nie dłużyły…

26-letnia Ela Sander nie potrafi poradzić sobie ani ze sobą, ani z otaczającym ją światem. Powodów wszelkiego zła upatruje w rozpadzie swojej rodziny, który miał miejsce pięć lat temu. Wtedy Ela rzuciła studia, odsunęła się od rodziców, którzy wkrótce znaleźli nowych partnerów i od brata, który ożenił się i ma dziecko (oraz drugie w drodze). Dziewczyna pracuje w kawiarni, mieszka w nie do końca legalnie wynajmowanym mieszkaniu i większość czasu spędza na introspekcji i niemym wołaniu do świata o zainteresowanie się jej osobą. Nawiązuje nić porozumienia ze stróżem ze swojego bloku, samotnym właścicielem buldoga, z którym Ela zaczyna wychodzić na spacery. Na jej drodze staje pewnego razu dwadzieścia lat młodsza od niej dziewczynka, bezdomne dziecko zaginionej narkomanki. Ela, do pewnego stopnia wbrew samej sobie, zaczyna zajmować się Klarą. Chce uratować dziecko przed opieką społeczną i odnaleźć jej matkę. W międzyczasie dostrzega od dawna nią zainteresowanego kolegę z pracy… To wszystko prowadzi ją do otwarcia się na świat i dojrzewania. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Nilsson ciekawie kreśli relacje międzyludzkie, otwarcie mówi o zagubieniu i poczuciu samotności człowieka w świecie wypełnionym ludźmi. I choć opisywany przez nią Sztokholm ginie w mroźnej zimie, książka wypełniona jest ciepłem i końcem końców jej przesłanie jest wręcz optymistyczne. Niczym w bajce, wszystko jakoś się układa, wszystkie problemy da się jakoś rozwiązać. Dlatego lektura jest przyjemna i ogrzewa serce w zimowe dni, pozostawiając sympatyczne uczucie. Niestety, niewiele więcej. Zabrakło mi w „Sztuce bycia Elą” trochę głębszej analizy, refleksji. Społeczne tło zapowiada się interesująco, ale zostało potraktowane ze sporym uproszczeniem. Głównym problemem była jednak dla mnie sama bohaterka. Ela jest osobą skrajnie niedojrzałą i co chwila musiałam sobie samej przypominać, że to nieszczęśliwa kobieta, cierpiąca na depresję i potrzebująca pomocy. Inaczej czytanie o niej byłoby jedynie drogą przez mękę – tak egoistycznej i egocentrycznej bohaterki, skupionej na użalaniu się nad sobą i zdającej się nie dostrzegać desperackich prób wszystkich wokół (nieudolnych, to fakt) dotarcia do jej osoby dawno już w literaturze nie spotkałam. Swego czasu czytałam bardzo dużo książek dla nastolatek, o dziewczętach w wieku nastu lat z wielkimi problemami, które uczyły się świata oraz rozumienia siebie. Ela była niezwykle podobna do tamtych, sporo młodszych od niej bohaterek. Wtedy potrafiłam się z nimi identyfikować. Dziś czytając o Eli czułam głównie irytację, choć potrafiłam zrozumieć emocje nią kierujące, to miałam chęć potrząsnąć nią mocno… Nawet historia z Klarą postrzegana jest przez Elę przez pryzmat jej osoby – to Ela zostanie znowu sama, jeśli Klara zniknie, to Ela ją kocha, więc Klara powinna z nią zostać, mimo że nie jest w stanie zaproponować jej warunków do życia… A jednak wiele w tym wszystkim jest prawdy o ludziach, o związkach między ludźmi pragnącymi być z drugim człowiekiem i wyrwania się ze zbudowanej sobie samemu celi wypełnionej samotnością oraz o braku umiejętności zrobienia tego. Kiedy Ela pytała urzędniczki, czy miłość nie wystarczy, by pozwolono dziecku zostać z opiekunem, miałam łzy w oczach. Mimo braku sympatii dla bohaterki, życzyłam jej jak najlepiej i cieszyłam się, kiedy jej życie wreszcie się poukładało.

„Sztuka bycia Elą” nie była dla mnie odkryciem, potraktowałam ją jako sympatyczne czytadło ze Skandynawią w tle i jako takie spełniła swe zadanie wyśmienicie. Czyta się bardzo szybko, więc nawet nieznośna chwilami Ela nie zdąży wyprowadzić czytelnika z równowagi na tyle, żeby miał dosyć czytania – już za kilkanaście stron pokaże sympatyczniejszą twarz, żeby po chwili znów zirytować… Mimo to sięgnę po inne książki Nilsson, jeśli zobaczę je w bibliotece, bo powieść poprawiła mi humor i naprawdę wciągnęła.

Moja ocena: 4-/6
Johanna Nilson, „Sztuka bycia Elą” (Replika, 2008)

Reklamy
  1. 2lewastrona
    30/01/2010 o 5:04 pm

    bardzo misię podobała. bardzo. Nawet Ela mnie nie denerwowała bo ja sama borykałam sie kiedys jak ona z podobnymi problemami, stad bohaterka mi bardzo bliska. Swietnie sie czyta. Niebawem siegne po inne ksiazki tej autorki

  2. 30/01/2010 o 6:38 pm

    O, to jedna z pierwszy pozytywnych recenzji tej książki, na jaką trafiłam – we wszystkich poprzednich pojawiało się stwierdzenie, że główna bohaterka jest tak irytująca, że nie da się przez książkę przebrnąć.
    Mam nadzieję, że w mojej bibliotece w końcu ta pozycja się pojawi i będę miała okazję ją przeczytać;-)
    A póki co, pobuszuję sobie trochę po Twoim blogu, bo to, co na razie zobaczyłam bardzo mi się podoba;-)
    Pozdrawiam serdecznie

  3. 30/01/2010 o 6:43 pm

    Dodałam adres Twojego bloga do linków – i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie;-)

  4. 30/01/2010 o 9:14 pm

    „Kochający na marginesie” Nilsson to całkiem niezła książka, tylko połową bohaterów ma się ochotę potrząsnąć :) mnie co prawda Nilsson nie zachęca do dalszych lektur jej książek, ale ja mam ogólny wstręt lekki do skandynawskiej literatury.

  5. 31/01/2010 o 12:00 am

    A to interesujące co piszesz, ciekawe jak ja odebrałabym Elę? Nie czytałam jeszcze nic Nilsson, chociaż bardzo chciałam i chcę nadal. Na półce mam „Rebeliantkę o zmarzniętych stopach” i właściwie zupełnie nie wiem dlaczego leży tam nie przeczytana… trzeba będzie to zmienić.

  6. mandżuria
    31/01/2010 o 2:41 pm

    Mary, ja może nie do końca potrafiłam wczuć się w Elę, bo podobne emocje przeżywałam tylko w wieku ok. 16 lat i kojarzą mi się z dojrzewaniem i doświadczeniami z tamtego okresu… Więc Elą miałam ochotę potrząsnąć albo chociaż wziąć za rękę i wytłumaczyć, że za wszelką cenę stara się sobie zniszczyć życie. Coś jednak było w tej książce, co mnie do niej przyciągało i jak wspomniałam, sięgnę po inne książki autorki, jeśli będę mieć okazję.

    Skarletka, witaj na blogu, bardzo mi miło! Jeśli o książkę chodzi, to ja miałam odwrotnie – właściwie wszystkie czytane przeze mnie recenzje „Sztuki bycia Elą” były conajmniej pochlebne. Dlatego cały czas dawałam Eli szansę, mając nadzieję, że przejdzie tę swoją przemianę i się polubimy. Ciężko stwierdzić, czy tak się stało, ale książkę czyta się na tyle szybko, że można przełknąć niezjadliwą chwilami bohaterkę. Nie był to czas stracony, więc jak będziesz miała okazję, spróbuj, może spodoba Ci się ten zimowy Sztokholm :)

    Liritio, aż wstręt? Czemu? Ja wciąż jestem nowicjuszką, jeśli chodzi o literaturę skandynawską (no, może pomijając tę dziecięcą i dla nastolatków).

    Neta, dużo dobrego o tej książce słyszałam, więc jak wypatrzyłam ją w bibliotece, to od razu wypożyczyłam. Wprawdzie zachwycona nie jestem, ale czytało się miło, więc i po inne książki autorki może sięgnę. Ciekawa jestem, czy Tobie by się spodobało!

  7. 03/02/2010 o 1:00 pm

    Nie znam Nilson chociaz pare lat temu zafascynowalam sie literatura skandynawska, potem mialam przesyt i odlozylam na pozniej. Ale fakt, ze to fajna lekturka na zimowe popoludnia.
    Tymczasem wysylam Ci swieza pomarancze na te chlodne dni.

  8. 05/02/2010 o 9:39 pm

    Też czasami spotykam się z bohaterami, którymi mam ochotę potrząsnąć i powiedzieć im „Weź się w garść, bo nie dokończę przez ciebie czytać!”.

  9. 07/02/2010 o 5:58 pm

    Może wstręt to faktycznie zbyt mocne słowo, ale jednak niechęć jest. Niezmiernie irytuje mnie taka beznadzieja, którą zieje większość skandynawskich książek. Zniechęcenie strasznym światem, ale jednoczesna jakby bezwolność do zmiany. Nie wiem, ja tak odbieram większość książek szwedzkich (norweskich czytałam bardzo mało).

  10. 08/02/2010 o 10:30 pm

    Witaj, to jeszcze raz ja ;) Tym razem zapraszam do siebie po odbiór kreatywnego wyróżnienia :)

  11. 10/02/2010 o 10:33 am

    zapraszam do mnie po odebranie wyróżnienia:)

  12. mandżuria
    10/02/2010 o 7:03 pm

    Galapagos, chyba tak jest z tego rodzaju literaturą, że w nadmiarze może umęczyć. Bo przecież świat nie jest taki zły!
    Dziękuję za pomarańczę :)

    Joanna, dokładnie! Ela jest właśnie taką bohaterką. Czytelnik siedzi i zastanawia się – czy ona jest taka ślepa, czy tylko udaje? Czy ona naprawdę nie widzi starań wszystkich wokół, płacząc, jaka jest samotna? Tylko przypominanie sobie, że Ela cierpi na przewlekłą depresję pomogło mi wydobyć z siebie cieplejsze uczucia dla tej bohaterki…

    Liritio, myślę, że rozumiem, o co Ci chodzi. Jeszcze za mało przeczytałam książek skandynawskich, by mieć wyrobione na ich temat zdanie, ale rzeczywiście mają one zbliżony do siebie, a specyficzny nastrój. Jakby ten chłód klimatu wdzierał się między wiersze…

    Neta, Anna, dziękuję! Szalenie mi miło :)

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s