Archive

Posts Tagged ‘literatura skandynawska’

Co z tym podróżowaniem? („Witajcie w raju” Jennie Dielemans)

17/02/2014 10 uwag

O książce Jennie Dielemans traktującej o podróżowaniu i jego negatywnym wpływie na miejsca, do których napływają podróżnicy i turyści wszelkiej maści było głośno przeszło rok temu (a może jeszcze dawniej?), czytałam opinie pełne zachwytu nad przenikliwością i trafnością uwag autorki, jak i komentarze raczej negatywne, gdzie ich autorzy twierdzili, że Dielemans szerzy defetyzm, z którego niewiele na dobrą sprawę wynika. Sama natomiast przeczytałam gdzieś fragment książki i stwierdziłam, że koniecznie muszę przeczytać całość, jako że fragment napisany był świetnie, dyskusja na temat tekstu ciekawa, a podróżować uwielbiam. Tradycyjnie książka musiała swoje odstać na półce, kiedy ją już jednak skończyłam, stwierdziłam nie bez żalu, że o ile czytało mi się ją dobrze, to gwałtownych uczuć we mnie niestety nie wywołała i nie skłoniła do tak gruntownych przemyśleń, na jakie miałam nadzieję.

Przed zabraniem się za czytanie trzeba wziąć sobie do serca podtytuł książki. „Reportaże o przemyśle turystycznym” nie pozostawiają wątpliwości, że nie o podróżowaniu jako takim mimo wszystko będzie mowa. Czytelnik zajrzy więc za kulisy wakacji typu „all-inclusive”, przeczyta między innymi o seksturystyce w Tajlandii i zarabianiu na wojennych pamiątkach w Wietnamie, wreszcie pozna dane dotyczące podróżowania samolotami. Autorka przedstawia główne grzechy turystyki w oparciu o dialogi z pracownikami tegoż przemysłu pracującymi na wszystkich możliwych szczeblach, podaje też sporo liczb i trochę naukowych doniesień wykazujących wpływ turystyki na świat. Argumenty przedstawiane w rozmowach, często padające z ust przedstawicieli obu stron barykady, wydają się nie potrzebować komentarza, a czytelnik sam może wykonać swoisty turystyczny rachunek sumienia. I nie, w książce słowo turysta nie odnosi się jedynie do ludzi podróżujących za pośrednictwem biur podróży. Backpackerzy i wszyscy inni, którzy zdecydowali się wychylić nos poza granice kraju i coś zobaczyć zostają objęci tym mianem (z czym ja osobiście problemu nie mam, a już na pewno daleko mniejszy niż z dzieleniem na podróżników prawdziwych i tych nieprawdziwych w oparciu o sposób podróżowania. W moim odczuciu daleko bardziej liczy się wrażliwość i otwarcie na nowe i nieznane, nie to, gdzie ktoś wykupił bilet na samolot…). Autorka wierzy widocznie, że jej reportaże przemówią wystarczająco do wrażliwości i poczucia winy czytelnika. I w sumie tak jest…

…aczkolwiek brak odautorskiego komentarza, jakiegoś konkretnego podsumowania poszczególnych tematów i całości (jest o tym troszkę we wstępie, za mało moim zdaniem) jest moim zdaniem największym minusem książki. Owszem, problemy zostają przedstawione w sposób dość dogłębny, choć myślę, że każdy podróżujący człowiek z części musiał zdawać sobie sprawę już wcześniej. Samo przedstawienie to jednak za mało, by reportaż był w moim odczuciu wybitny. Nie chciałabym stawiać tu pytania „no i co dalej?” za każdym razem, kiedy autorka urywa swoją opowieść, by przejść do kolejnego wątku, bo w sumie nie o poradę z gatunku „jak żyć” tu chodzi. Owszem, mam swój rozum i swoje przemyślenia na te tematy, ale „Witajcie w raju” traci na tym braku podsumowania. Być może tematyka zawarta w książce jest za mało szokująca czy nowa, by zawiesić ją w próżni i czekać na reakcje. Tym bardziej, że gdyby szukać oceny sytuacji między stronami, wydaje się, że Dielemans najchętniej radziłaby wszystkim nie podróżować wcale. A przecież poza zagrożeniami turystyka, świadoma i koncentrująca się na potrzebach kraju, gdzie turysta jest gościem, nie sprowadza się jedynie do wyrządzania szkód?

Mimo mojego częściowego zawodu książka jest na pewno warta przeczytania, tym bardziej, jeśli czytelnik nie stawiał sobie wcześniej pytań tego rodzaju. Być może problemy zawarte w książce wystarczą do refleksji i dadzą czytelniczą satysfakcję. Mnie jej niestety zabrakło. I choć zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie niesie ze sobą turystyka, nie zamierzam rezygnować z podróżowania. Istotnym pytaniem jest według mnie to, JAK podróżować, ale to już temat na inny zbiór reportaży i przemyśleń…

Tytuł: Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym
Tytuł oryginału: Välkommen till Paradiset: reportage om turistindustrin
Autor: Jennie Dielemans
Tłumaczenie: Dominika Górecka
Wydawnictwo: Czarne, 2011
Ilość stron: 232
Moja ocena: 4/6

Islandzki raj utracony („Niebo i piekło” Jón Kalman Stefánsson)

19/04/2013 5 uwag

Zdrowo jest tak stać samotnie nocą, człowiek i cisza stają się jednością, odczuwa się jakiś rodzaj zgody, która jednak niepostrzeżenie może zamienić się w bolesną samotność.

Po literaturę skandynawską zawsze sięgam z ochotą, zwłaszcza, kiedy mam ochotę na dobrą powieść psychologiczną (zazwyczaj mroczną i jednak przygnębiającą), książkę pełną nastrojowych opisów, przyrody i wzburzonego morza, a wreszcie, kiedy interesuje mnie samo tło toczącej się akcji i między wierszami mogę odnaleźć codzienność życia w którymś ze skandynawskich krajów, w czasach dzisiejszych lub przeszłości. Teoretycznie Skandynawia to obszar tak duży, że wrzucanie norweskich, szwedzkich, duńskich i reszty książek do jednego worka wydawać by się mogło krzywdzące, jednak raz, że moje odczucia są jak najbardziej pozytywne, a dwa, że biorąc swego czasu udział w wyzwaniu „Kraje Nordyckie” przekonałam się, że jednak powyższe plusy znajdowałam w niemal każdej książce z tego regionu i ufnie szukam ich dalej, sięgając po dowolną książkę z półki z literaturą skandynawską. Z takim nastawieniem zaczęłam też lekturę „Nieba i piekła” islandzkiego pisarza Jóna Kalmana Stefánssona i nie zawiodłam się – to piękny kawałek prozy, liryczny i nastrojowy, z domieszką humoru i ironii, co było miłym zaskoczeniem.

Bárður i jego przyjaciel, bezimienny główny bohater powieści, pracują jako rybacy, najmując się do pracy w małej rybackiej wiosce. Nadchodzi zimna noc, łodzie wypływają na połów, a Bárður wraca się od drzwi niemal, żeby przeczytać jeszcze kilka wersów z „Raju utraconego” Miltona. Zafascynowany lekturą zapomina zabrać peleryny, prozaicznego okrycia, którego jednak brak takiej nocy oznacza wyrok śmierci. Śmierci głupiej, niepotrzebnej, za którą winą można obarczyć miłość chłopaka do literatury. Bárður umiera, jego przyjaciel jest zdruzgotany, więź między nimi była silna i najważniejsza w życiu chłopca, jej granice dość płynne i nie takie oczywiste, co jednak nie ma żadnego znaczenia. Istotne jest, że chłopak zostawia rybacką wioskę, a w niej ciało przyjaciela i rusza do innej wioski, by oddać nieszczęsny „Raj utracony” właścicielowi książki, pewnemu ślepemu kapitanowi. Docierając na miejsce pogrążony w żałobie chłopak powoli wtapia się w tłumek mieszkańców wioski, a czytelnik poznaje ich historie, marzenia i małe dramaty, pragnąc wiedzieć coraz więcej i więcej.

Stefánsson pisze pięknym, poetyckim stylem, a w opisywanych przez niego zwykłych prozaicznych czynnościach czai się magia. Im więcej w książce „zwykłego życia”, tym lepiej się ją czyta. W pewnym momencie autor bowiem odrywa się od rzeczywistości, opisując rozpacz głównego bohatera i przemyślenia zawarte w tym fragmencie niebezpiecznie zbliżają się w stronę banału, złotych myśli rodem z książek pana Coelho (miłośnicy jego twórczości niech mi wybaczą, ja zupełnie się w takim stylu nie odnajduję i to się już nie zmieni), potem jednak następuje powrót do losów zwykłych ludzi, do ich przemyśleń i historii i znów jest wspaniale, ma się ochotę zaznaczać ołówkiem fragmenty powieści, wynotowywać cytaty lub po prostu wyobrażać sobie sceny z powieści, klimat jest bowiem tak sugestywny, że nie trudno sobie je zwizualizować. Chętnie zobaczyłabym film na podstawie tej książki, pewna jestem, że z łatwością by mnie oczarował.

Warto jeszcze wspomnieć, że „Niebo i piekło” w dużej mierze traktuje też o literaturze oraz miłości do książek. Miłości, która może być zgubna, ale stanowi też sens życia. I czy taki fragment nie brzmi absolutnie rozkosznie:

Byliśmy nieznośni. Myśleliśmy tylko o książkach, o uczeniu się, szaleliśmy na wieść o nowej ciekawej książce, wyobrażaliśmy sobie, jaka ona jest, wieczorami rozmawialiśmy w łóżku, o czym może opowiadać. Gdy tylko udało się nam ją zdobyć, czytaliśmy ją na zmianę albo razem, nawet jej fragmenty.

„Niebo i piekło” jest pierwszym tomem trylogii, niestety do tej pory jedynym, który ukazał się po polsku. Mam nadzieję, że z czasem doczekamy się kolejnych, bo to pozycja wartościowa, czyta się ją szalenie przyjemnie, a mnóstwo obrazów zostaje z czytelnikiem na dłużej. Uwielbiam taki dość ponury, chłodny klimat znad skandynawskich mórz, nastrój małych miasteczek, gdzie każdy mieszkaniec skrywa swoje historie i małe dramaty, tak więc „Niebo i piekło” nie mogło mi się nie spodobać. Jeśli i Wy cenicie sobie tego rodzaju treści, nie powinniście się zawieść, naprawdę warto.

Tytuł: Niebo i piekło
Tytuł oryginału: Himnaríki og helviti
Autor: Jón Kalman Stefánsson
Tłumaczenie: Przemysław Czarnecki
Wydawnictwo: WAB, 2011
Ilość stron: 240
Moja ocena: 5/6

Szukając swojego miejsca

W przypadku trylogii, w której cała akcja rozłożona jest równomiernie na wszystkie trzy tomy, najtrudniejszym do napisania jest chyba tom środkowy. Akcja już się zawiązała, bohaterowie zostali przedstawieni, a do finału jeszcze trochę historii pozostało. Tym samym druga część ma za zadanie jedynie podtrzymać zainteresowanie czytelnika, rozwinąć i rozmnożyć wątki, ale pozostawić większość z nich otwartą – i wciąż pozostać samoistnym tworem, który nawet pojedynczo będzie przedstawiał sobie jakąś wartość. Tym samym „jedynie” należałoby wziąć w cudzysłów, bo nie jest to ani zadanie łatwe, ani specjalnie wdzięczne. Na szczęście sprawie piszący autorzy zazwyczaj z gracją przechodzą próbę drugiego tomu, podsycając zainteresowanie i sprawiając, że czytelnik przywiązuje się do bohaterów i ich perypetii. Z przyjemnością stwierdzam, że Anne B. Ragde zdała ten test. Po świetnej „Ziemi kłamstw”, druga część zatytułowana „Raki pustelniki” jest także udana i choć może stanowi już takiego powiewu świeżości, to nietrudno jest zaangażować się w skomplikowane losy rodziny Neshov.

„Raki pustelniki” zaczęłam czytać zaraz po odłożeniu „Ziemi kłamstw”, co było dobrym wyborem – akcja drugiej części zaczyna się tuż po zakończeniu pierwszej, więc czyta się je jak jedną długą opowieść. Po wyjawieniu mrocznych sekretów z przeszłości Anny, członkowie rodziny Neshov muszą na nowo odnaleźć się w rzeczywistości. Niezwykłe Święta, spędzone niemal w innym wymiarze, dobiegają końca i każdy musi wracać do własnego życia. Tor z rozczarowaniem przyjmuje wiadomość o planowanym powrocie Torunn, która tęskni za kliniką weterynaryjną i co więcej, wcale nie wyobraża sobie siebie w roli pomocnicy w chlewie. Tym bardziej, że wkrótce poznaje fascynującego mężczyznę, zajmującego się między innymi powożeniem psimi zaprzęgami. Nowa znajomość pochłania ją całkowicie, przez co ma coraz mniej czasu dla swojego mało zaradnego życiowo ojca. Tor tymczasem pogrąża się w zgorzknieniu, tęskniąc za matką i nie radząc sobie bez niej w gospodarstwie. Mimo to udaje mu się prowadzić życie zbliżone do tego z przeszłości, do momentu, aż sam ulega wypadkowi. Tymczasem Margido daje się ponieść chwili i ulega alkoholowi oraz urokowi niemłodej już wdowy, która za wszelką cenę chce go do siebie zachęcić. Incydent staje się momentem przełomowym, po którym Margido zmienia swoje nastawienie do życia, a co za tym idzie, także do członków swojej rodziny, których stara się zobaczyć w nowym świetle. Wiele zmienia się również w luksusowym świecie Erlenda i Krumme, których związek stanie w obliczu poważnych decyzji i zmian. Końcem końców jednak, każde z innego powodu, wszyscy członkowie rodziny Neshov postanawiają odwiedzić rodzinne gospodarstwo, nie przeczuwając nawet, co ich tam czeka.

Powieść czyta się błyskawicznie, bohaterowie w większości wzbudzają sympatię a ich losy zaciekawienie. Nad historią wciąż unosi się przyjemny klimat Skandynawii. Chwilami robi się dość mrocznie, innym razem – aż nazbyt słodko (w przypadku Erlenda i Krumme), bywa zabawnie, bywa smutno… Anne B. Ragde z wyczuciem opisuje życie w jego różnych przejawach, nad całą historią góruje jednak jedno – poszukiwanie swojego miejsca. Tak jak raki pustelniki, które przychodzą na świat bez skorupy i muszą same znaleźć dla siebie dom. Bohaterowie Ragde zostali pozbawieni domu lub choćby iluzji o nim, muszą przewartościować swoje dotychczasowe doświadczenia i ułożyć sobie życie na nowo. Kruche więzi, na nowo zadzierzgane pomiędzy braćmi, wystawiane są na kolejne próby. Torunn musi natomiast zmierzyć się z byciem dziedziczką gospodarstwa i dotychczasowymi pragnieniami, które nie uwzględniały zamieszkania na wsi. Od jej wyboru zależy także jej odbudowana relacja z ojcem o trudnym charakterze i nadwątlona więź z matką przeżywającą rozstanie z dotychczasowym partnerem… Komplikacje narastają w każdym z wątków i gdyby tylko pod ręką była trzecia i ostatnia część powieści, natychmiast bym po nią sięgnęła…

Mimo że „Raki pustelniki” nie śniły mi się po nocach, to książka dostarczyła dużo naprawdę dobrej rozrywki. Jest pełna emocji, z ludzkimi bohaterami o pokomplikowanych losach i mroźną Norwegią w tle. Idealna pozycja na zimowe wieczory spędzone w przytulnym pokoju i z kubkiem herbaty w dłoni!

Zainteresowanych odsyłam do najnowszego numeru Archipelagu, który ukaże się prawdopodobnie pod koniec stycznia, a gdzie znajdzie się wywiad przeprowadzony specjalnie dla nas z Anne B. Ragde! Zachęcam do czytania. Za książkę dziękuję natomiast wydawnictwu Smak Słowa.

Tytuł: Raki pustelniki
Tytuł oryginału: Eremittkrepsene
Autor: Anne B. Ragde
Tłumaczenie: Ewa M. Bilińska
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2011
Ilość stron: 296
Moja ocena: 4+/6

Sekrety rodziny Neshov

03/01/2012 5 uwag

Opowieść o norweskiej rodzinie Neshov mogłaby zacząć się nieśmiertelnym cytatem Tołstoja o nieszczęśliwych rodzinach. Jak w każdej szanującej się sadze, nawet takiej jak najbardziej współczesnej, nie może zabraknąć skrywanych latami sekretów, dramatów wpływających na całe pokolenia, trudnych relacji i chwil solidarności, kiedy rodzina, choć na krótki moment, potrafi się zjednoczyć. „Ziemia kłamstw” jest właśnie taką sagą i to bardzo dobrze napisaną, przez co ciężko się od niej oderwać i zaraz po skończeniu pierwszego tomu ma się ochotę na kolejne części tej trylogii. Anne B. Ragde stworzyła wspaniale tło, emanujące tym, co uwielbiam w skandynawskich powieściach – nieokiełznana przyroda, małe miasteczka, tętniące życiem miasta w Norwegii i Danii. Przede wszystkim jednak obdarzyła swoich bohaterów wiarygodnymi charakterami i psychologią. Relacje między członkami rodziny Neshov są wyjątkowo pokomplikowane, zachowują jednak realizm i dzięki temu można je przeżywać, kibicować ulubieńcom i z niecierpliwością przewracać stronę za stroną.

Galeria postaci nie jest zbyt liczna, każda postać to jednak oryginał, któremu warto przyjrzeć się bliżej, choć zdecydowanie nie każdy wzbudzi sympatię czytelnika. Fabuła zawiązuje się w momencie, kiedy stara Anna Neshov nagle dostaje wylewu i nieprzytomna trafia do szpitala. Mieszkający z nią Tor zmusza się do poinformowania o tym swoich braci – właściciela zakładu pogrzebowego Margida i Erlanda, uznanego dekoratora wystaw sklepowych. Bracia różnią się od siebie jak ogień i woda – najstarszy Tor prowadzi farmę świń i w swojej prostolinijności jest niemal dziecinny. Średni Margido to wycofany, samowystarczalny człowiek, który przeszedł głęboki kryzys wiary, a w swojej pracy spełnia się i cieszy nienaganną opinią. Jedynym marzeniem Margida jest mała łaźnia w mieszkaniu, stawia on na minimalizm i otacza się pustką. Co innego Erlend kochający luksus, wystawność i blichtr. Mieszka ze swoim partnerem w Kopenhadze, skąd uciekł z rodzinnego Byneset niedaleko Trondheim. Bracia już dawno przestali się ze sobą kontaktować, jednak wypadek matki zmusza ich do zebrania się przy jej łóżku. Poza Torem ciężko stwierdzić, czy którykolwiek z nich robi to z potrzeby serca, przyciąga ich raczej obowiązek, może ciekawość. Na obrzeżach rodziny majaczy też nieszczęsny mąż Anny, pogardzany przez synów, zaniedbany i niemal nieistniejący człowiek. W taką rodzinę zostaje wprowadzona Torunn, jedyna córka Tora, którą widział zaledwie raz w życiu i czasem rozmawiał telefonicznie. W obliczu zbliżającej się śmierci Anny, Tor prosi swoją dziedziczkę o przyjazd, żeby mogła poznać babkę przed jej śmiercią. Choć nie wszystko idzie po myśli Tora, liczne spotkania mające wkrótce miejsce prowadzą do zaskakujących zmian w historii rodu Neshov.

Ciekawym motywem jest również odwrócenie motywu, który aktualnie zalewa nasze półki w księgarniach – bohaterka porzucająca dotychczasowe życie i wyjeżdża na uroczą wieś, gdzie zaczyna wszystko od nowa. Torunn jest zadowolona ze swojej codzienności, choć niedawno rozstała się z mężczyzną i brakuje jej towarzystwa. Zamiast do słonecznej Toskanii wyjeżdża na mroźną norweską Północ. Zamiast przyjacielskich sąsiadów dziewczyna otoczona jest braćmi ojca i dziadkiem, mężczyznami na pozór zupełnie pozbawionymi jakiegokolwiek uroku (poza Elrendem), nastawionymi do niej nieufnie, skłóconymi ze sobą i z dużymi problemami wewnętrznymi. Zamiast poznawania regionalnej kuchni – Torunn uczy się zasad hodowli świń, którymi zajmuje się jej ojciec. Wszystko to urzeka świeżością i oryginalnością po dziesiątkach bliźniaczo do siebie podobnych powieści.

W odróżnieniu od niezwykle pesymistycznych opowieści z Północy, jak choćby „Dom Augusty” Axelsson, „Ziemia kłamstw” jest historią bardziej „życiową” – można w niej znaleźć szczyptę humoru, trochę wzruszeń, a przede wszystkim wciągającą historię i barwne postaci. Z niekłamaną przyjemnością wybrałam się do gospodarstwa Neshov, skomplikowana rodzina Anny szybko wkradła się w moje łaski i z radością przeczytam trzecią część (druga już za mną, a recenzja wkrótce), która powinna pojawić się w styczniu na półkach sklepowych. Dodam, że Archipelag ma nad nią patronat, co cieszy mnie podwójnie. Literatura skandynawska ma w sobie niezwykły urok i czar, który przyciąga mnie niezmiennie od już dłuższego czasu i nie sądzę, by to się zmieniło. Powieść Ragde wpisuje się w ten obraz i polecam ją miłośnikom książek obyczajowych i dramatów rodzinnych.

Tytuł: Ziemia kłamstw
Tytuł oryginału: Berliner Poplene
Autor: Anne B. Ragde
Tłumaczenie: Ewa Bilińska
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2010
Ilość stron: 288
Moja ocena: 5/6

W poszukiwaniu całości

15/07/2011 22 uwag

Ostatnio mam szczęście do naprawdę dobrych książek, takich, po których wrażenie pozostaje na długo. Myślałam, że po „Odkryciu nieba” Muslicha przez dłuższy czas nic tej książki nie pobije. Jednak na fali mojego niesłabnącego zauroczenia literaturą skandynawską sięgnęłam po „Półbrata” Larsa Saabye Christensena – zobaczyłam gruby tom na bibliotecznej półce oddając inną książkę i nie mogłam się opanować, choć szłam tam z mocnym postanowieniem niewypożyczania niczego nowego, skoro w domu nie ma już miejsca na nieprzeczytane książki. I bardzo się cieszę, że nie udało mi się powstrzymać (a też i jakoś wiele energii w tę walkę ze sobą nie włożyłam), bo „Półbrat” to póki co najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku, mimo że bardzo dobrych i świetnych było wiele.

Zacznijmy od tego, że historia toczy się w Norwegii i jest sagą rodzinną widzianą oczami Barnuma – najpierw chłopca, a potem młodego mężczyzny obdarzonego wielką wyobraźnią, przenikliwym spojrzeniem i jak się z czasem okazuje, talentem do pisania. Główna oś fabularna zawiązuje się na kilka lat przed narodzinami Barnuma, w dzień zakończenia II wojny światowej. Także w dalszej przeszłości miały miejsce wydarzenia, które wpłynęły zasadniczo na tę duńsko-norweską rodzinę i nadały tor jej losom. Tor, jak to często w literaturze skandynawskiej bywa, od którego niełatwo jest uciec, o ile w ogóle ucieczka od fatum ciążącego nad rodziną jest możliwa. Nie oznacza to jednak, że czytelnik może przewidzieć losy głównego bohatera – kręta ścieżka, jaką podąża Barnum pełna jest niespodzianek, choć to i tak nie jest najistotniejsze – nie o akcję tu bowiem chodzi. Mimo nieprawdopodobnych niekiedy wydarzeń, to spostrzeżenia chłopaka, relacje między ludzkie i ulotny klimat tak charakterystyczny dla literatury z tego rejonu świata, którą miałam przyjemność poznać, nadają książce uroku i głębi. Ta atmosfera to delikatna mieszanka smutku i mroku z romantyzmem, ironicznym humorem i bardzo dogłębnym choć pozostawiającym niedopowiedzenia portretem psychologicznym postaci.

„Półbrat” opiera się na niepełności, niedokończeniu, połowiczności. Mimo kilku niezwykle ważnych ludzi w życiu Barnuma, centralną postacią jest dla niego przyrodni brat, Fred. Tajemniczy starszy chłopak stanowi punkt odniesienia, ukochanego wroga, wzór do naśladowania i przekleństwo w jednym. Barnum tak mocno go kocha, jak mocno chciałby, żeby Fred znikł z jego życia, które wtedy miałoby szansę potoczyć się normalnie. Jego historia jednak dotkliwie wydaje się być jedynie połową opowieści ważniejszej, druga połowa znajduje się w rękach jego brata i tylko znając obie części chłopcy a potem mężczyźni, a wraz a nimi czytelnik, mają szansę zrozumieć w pełni to, co się wokół nich dzieje, a wreszcie siebie samych. Ta relacja między braćmi jest jedną z najtrudniejszych i najpiękniejszych, o jakich czytałam, a jestem wyczulona na tym punkcie.

O „Półbracie” można pisać długie artykuły, to książka tak obfita w treści, znaczenia, symbole. Galeria postaci zachwyca, nie pozwalając o nich zapomnieć na długo po odłożeniu książki. Język Christensena to kolejny atut powieści – początkowo może minąć trochę czasu, zanim czytelnik przyzwyczai się do sposobu pisania – bez jasno wyróżnionych dialogów, z długimi zdaniami. To jednak kwestia chwili, potem spokojnie można czerpać wielką przyjemność z obcowania z tak pięknym stylem. Mnie zachwyciła spostrzegawczość, a przede wszystkim umiejętność ujęcia w słowa ludzkich uczuć, refleksji nad życiem i jego sensem. Nie ma tu banałów, nie ma pójścia na łatwiznę w ograne schematy, nawet jeśli treść pozostaje uniwersalna.

Po skończonej lekturze nasunęła mi się myśl, że to książka głównie o poszukiwaniu miłości i nie chodzi tu jedynie o miłość romantyczną. Samotnie jesteśmy rozszczepieni, połowiczni i żeby choć na chwilę zaznać pełności, potrzebujemy tej drugiej osoby. Miłość może wyniszczać, doprowadzić do upadku i bólu, ale niesie w sobie nadzieję, dlatego warto próbować i ryzykować. Już nawet pisząc te słowa wiem, że to jedynie jedna z wielu interpretacji i jedno z wielu przesłań, jakie „Półbrat” ze sobą niesie. To książka, do której można wracać wiele razy i, jestem tego pewna, za każdym razem znaleźć dla siebie coś nowego. Dlatego mam wielką nadzieję na wznowienie „Półbrata” (oby z ładniejszą okładką), bym mogła go sobie zakupić i móc się jeszcze wielokrotnie nim cieszyć. Na Allegro książka osiąga zawrotne sumy, więc może któreś wydawnictwo skusi się na jej ponowne wydanie… Oby. Dla mnie „Półbrat” jest prawdziwym odkryciem i myślę, że to wrażenie szybko się nie zatrze.

Tytuł: Półbrat
Tytuł oryginału: Halvbroren
Autor: Lars Saabye Christensen
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: Świat Literacki
Ilość stron: 748
Moja ocena: 6/6

Upadek rodziny po szwedzku

06/06/2011 15 uwag

Szwedzkie pisarki piszące powieści obyczajowe (o popularnych kryminałach nie mogę się wypowiadać, w przeciągu ostatnich kilku lat czytałam chyba tylko jeden „prawdziwy” kryminał, a były to „Psy z Rygi” Menkella), które miałam okazję już poznać mają specyficzny, rozpoznawalny styl. Nawet jeśli fabuła jest oryginalna, a ujęcie tematu odmienne od innych – jest w tych książkach coś, co sprawia, że spokojnie można stwierdzić, że tę książkę pisała Szwedka. Być może tak jest generalnie z autorami pochodzącymi z jednego kraju, mnie taka refleksja nasunęła się w przypadku autorek z tego ponoć pięknego skandynawskiego kraju. Ta rozpoznawalność nie jest jednak czymś, co mnie irytuje bądź nudzi – wręcz przeciwnie, mogę czytać skandynawskie sagi rodzinne bez końca (choć przerwy między jednym a drugim tytułem są wskazane) i nawet jeśli nie w każdej znajdę dla siebie coś nowego, nie każda mnie zachwyci, to jednak sam nastrój tam panujący sprawia, że czytanie jest dla mnie wielką przyjemnością, pomimo nawet zazwyczaj ciężkiej i pesymistycznej treści. To zresztą tyczy się większości literatury skandynawskiej, którą wciąż poznaję i im więcej znam, tym więcej poznawać pragnę.

Przejdźmy jednak do „Domu Augusty” Majgull Axselsson, od którego nie mogłam się oderwać. Fabuła jest dość klasyczna: poznajemy trzy kobiety z różnych pokoleń szwedzkiej rodziny, które mimo dzielących je lat i doświadczeń życiowych popełniają te same błędy, bezwiednie podążają podobnymi ścieżkami i mają podobne nadzieje i marzenia. Ich życie wypełnia tęsknota, której nie potrafią do końca sprecyzować ani ukierunkować. Osamotnione tak jak i pozostali członkowie, a przynajmniej członkinie rodu, nie potrafią się otworzyć, poszukać pomocy lub przynajmniej przyjąć wyciągniętej ręki. Zatopione gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością nie dostrzegają, że inni ludzie borykają się z podobnymi problemami, że ciotka lub babka byłaby w stanie zrozumieć dramat, gdyby tylko miała szansę się o nim dowiedzieć. Z drugiej strony jednak kobiety w rodzinie patrzą na siebie przez pryzmat oczekiwań, zawiedzionych nadziei, nie radząc sobie ze sobą nie widzą możliwości pomocy komuś innemu. Najboleśniejszy konflikt urasta na linii matka-córka. O ile w „Annie, Hannie i Johannie” Marianne Fredriksson, która mnie zachwyciła, wzajemne pretensje i brak zrozumienia osłodzony jest ciepłem miłości, niekiedy aż trudnej do wyrażenia, o tyle w „Domu Augusty” na pierwszy plan wybija się niechęć, a nieokazywania miłości nie można wytłumaczyć trudnością jej wyrażania, ale po prostu jej brakiem. To synowie przywłaszczają sobie uczucia matki, rzadko któremu mężczyźnie jednak udaje się zdobyć głębsze uczucie żony, tym bardziej je utrzymać. Większość męskich bohaterów przedstawionych jest niczym istoty z innego świata, raczej w negatywnym świetle. Nie są to rycerze ratujący delikatne niewiasty, raczej trolle dokładające im zmartwień i potęgujący uczucie wyobcowania.

Patrząc na rodzinę Augusty można zauważyć, że w każdym kolejnym pokoleniu mimo zmieniających się teoretycznie na lepsze czasów, wzrastającej wolności kobiet i pomocy socjalnej rodzina staje się coraz bardziej dysfunkcyjna, a związki międzyludzkie ulegają rozluźnieniu. Nastoletnia Andżelika, najmłodsza z kobiet w rodzinie, balansuje na krawędzi niebezpieczeństwa, a jej pragnienie bezpieczeństwa i zainteresowania pcha ją ku drastycznym wyborom, moralnie dwuznacznym decyzjom, a w rezultacie do tragicznego finału. Duszna i przytłaczająca atmosfera książki wymaga od czytelnika pewnej siły psychicznej, a i tak co jakiś czas wyciska z oczu łzy. Nagromadzenie nieszczęść mogłoby irytować zachwianiem realizmu, jednak ja dopatrywałabym się raczej tchnienia starożytnej tragedii, gdzie na końcu czeka czytelnika katharsis pozwalające głęboko zaczerpnąć powietrza.

Co jeszcze uznaję za typowe dla szwedzkich pisarek i czego już właściwie oczekuję sięgając po skandynawską książkę – to styl. Majgull Axselsson nie zawodzi, z wyczuciem opisując uczucia i myśli bohaterek, wyważając opisy dramatycznych przeżyć i wplatając w to wszystko odrobinę baśni z opowieści Augusty. Takie magiczne wtręty to mój czuły punkt i strasznie mi się to spodobało, zwłaszcza w kontekście rozbudowy miast i tworzenia fabryk jako zagłady dla legend i baśni. Przecież chyba nigdzie lasy nie roją się tak od magicznych stworzeń jak w Skandynawii! Na pewno sięgnę po kolejne książki Majgull Axselsson i już teraz nastawiam się na wyśmienitą lekturę.

Tytuł: Dom Augusty
Tytuł oryginału: Slumpvandring
Autor: Majgull Axselsson
Tłumaczenie: Katarzyna Tubylweicz
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 452
Moja ocena: 5/6

Fascynacja mordercą w norweskim wydaniu

14/01/2011 11 uwag

Postanowienia postanowieniami, a rzeczywistość nie zawsze daje się nagiąć do aktualnych zachcianek, w tym wypadku był to czas na opisanie przeczytanych przeze mnie ostatnio książek, a wbrew pozorom zdążyłam już trochę poczytać. Dziś po raz ostatni poszłam do starego miejsca pracy, tym samym kończąc uciążliwe zamykanie spraw i mocno stresujący okres (przede mną nowa praca, więc jak będzie z czasem – ciężko stwierdzić), nadrobiłam trochę zaległości w pisaniu listów, a przeczytanie książki pozostawione bez komentarza kłują mnie w oczy niczym wyrzuty sumienia. Zacznę odrobinę niechronologicznie, jednak po przeczytaniu „Nocy profesora Andersena” Daga Solstada układam sobie w głowie swoje zdanie na temat tej książki i muszę przyznać, że nie jest to łatwe zadanie. A jak wiadomo, takie lektury należą do tych najbardziej intrygujących.

Dag Solstad to pisarz budzący kontrowersje swoimi książkami, o czym dowiedzieć można się ze wstępu przygotowanego przez panią tłumaczkę. Tak samo jak w przypadku innych pozycji wydanych przez Smak Słowa, które miałam przyjemność czytać, wstęp jest jednym z najmocniejszych punktów książki – interesujący, bez psucia przyjemności w poznawaniu fabuły opisujący główne motywy, na które warto zwrócić uwagę czytając. Zastanawiam się, czy nie lepiej jeszcze byłoby umieszczać tego typu komentarze w posłowiu, aby nie sugerować czytelnikowi, którym torem mogłyby (nie chcę tu używać słowa „powinny”) zmierzać jego myśli podczas lektury. Na koniec jednak byłoby to fantastycznym dopełnieniem całości. W przypadku „Nocy profesora Andersena” krótki tekst Doroty Polskiej zawierający jej (tak myślę) interpretację zachęca do czytania i narobił mi dużo smaku na czytanie.

Opis na okładce i początek „Nocy…” sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z kryminałem – oto samotnie spędzający Wigilię profesor Andersen obserwuje rozświetlone okna z budynku naprzeciwko. W jednym z nich dostrzega młodą kobietę, co nasuwa mu na myśl pozytywne refleksje. Niestety, urok chwili szybko zmienia się w koszmar – za kobietą pojawia się młody mężczyzna i na oczach Andersena dusi swoją towarzyszkę. Przerażony obserwator chowa się w cień zasłony i sięga po słuchawkę, aby zadzwonić po policję, jednak… odkłada ją bez wykonania obywatelskiego obowiązku. Od tej chwili jego spokojne i poukładane życie zmienia się w pasmo wyrzutów sumienia i prób zrozumienia własnej psychiki, które łączą się z refleksją na temat ludzkiej pamięci, sensu tworzenia i studiowania literatury, aż wreszcie – charakterystyką norweskich pięćdziesięciolatków żyjących w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Choć motyw tajemniczego mordercy, który przyprawia Andersena o niepokojącą fascynację przemieszaną z lękiem i ciekawością, rozmywa się w połowie książki, wraca jednak pod koniec, wywołując przyjemny dreszcz. Sam finał jednak nieco mnie rozczarował. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Solstad do niewielkiej objętościowo książki chciał na siłę wtłoczyć zbyt dużą liczbę tematów, żadnym z nich nie zajmując się jednak dogłębnie, upraszczając je, a przede wszystkim streszczając lub skracając tok myślowy bohatera. To, co wydawało się być nową odsłoną dylematu w skali „Zbrodni i kary” końcem końców wypadło blado.

Styl Solstada jest ciekawy, autor używa ładnego języka, pisząc długie, lekko chaotyczne zdania. Lubię taki rodzaj pisania, choć muszę przyznać, że wolę, gdy tego rodzaju wywody pochodzą z głowy bohatera, zahaczają o strumień świadomości, nie przeszkadza mi wtedy pewna histeryczność, która nierzadko łączy się z wyrzucaniem z siebie myśli jedna za drugą. Kiedy jednak pozwala sobie na to trzecioosobowy narrator – czuję się dziwnie. Beznamiętne opowiadanie, liczne powtórzenia i charakteryzowanie po raz wtóry pokolenia Pala Andersena w pewnym momencie podziałało na mnie nużąco.

Nie mogę odmówić Solstadowi talentu, nie mogę nie przyznać, że „Noc profesora Andersena” jest książką ciekawą i zajmująco, niestety nie trafiła ona jednak w mój gust. Może czas i nastrój nie był odpowiedni, jednak po inne dzieła norweskiego autora nie sięgnę, wybierając innych skandynawskich pisarzy. Nie chcę jednak zniechęcać Was do czytania „Nocy…”, która zbiera same pozytywne recenzje i niewątpliwie jest książką godną uwagi. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać surowemu urokowi tej prozy.

Tytuł: Noc profesora Andersena
Tytuł oryginału: Professor Andersens natt
Autor: Dag Solstad
Tłumaczenie: Dorota Polska
Wydawnictwo: Smak Słowa , Listopad 2010
Ilość stron: 112
Moja ocena: 3+/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Smak Słowa za udostępnienie mi książki do recenzji.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: