Archive

Archive for Wrzesień 2011

O kilku filmach słów kilka

Notki odnośnie poniższych filmów powstały kilka miesięcy temu. Dlaczego wrzucam je dopiero teraz – właściwie sama nie wiem, ciężki mi było zebrać się do wrzucenia czegoś na bloga. Teraz ta dziwna niemoc i przeszła (mam nadzieję, że na dłużej), więc korzystam i notki wrzucam. Kadry z filmów pochodzą z Filmweba.

„Ludzie Boga” (Des Hommes et des dieux) reż. Xavier Beauvois

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, „Ludzie Boga” (choć osobiście bardziej podoba mi się tytuł oryginalny, możliwy do przetłumaczenia jako „O ludziach i bogach”) to jeden z najbardziej poruszających lub wręcz najbardziej poruszający film, jaki widziałam w całej minionej połowie roku. Myślę, że nie jest łatwo nakręcić film o religii (jaka by ona nie była) – można popaść w niepotrzebny patos mówiąc o rzeczach podniosłych, można uciec w dość tani sentymentalizm chcąc wzruszyć i mówiąc o uczuciach, a wreszcie niebezpieczeństwem jest moralizatorstwo szyte grubymi nićmi. Oczywiście dużo zależy też od konwencji – wszystkie te minusy częstsze są w ekranizacjach chociażby opowieści biblijnych, filmy dziejące się we współczesności na pierwszym miejscu stawiają nierzadko psychologię i zazwyczaj wychodzi to obrazom na dobre. „Ludzie boga” to film traktujący o głębokiej wierze i znalezieniu dla niej miejsca w hierarchii – postawienie jej na pierwszym miejscu, własne życie stawiając na drugim nie jest łatwym wyborem, nawet dla zakonników, którzy Bogu poświęcili swoje życie.

Mała miejscowość w Algierii. Na wzgórzu znajduje się klasztor mnichów, cystersów. Bracia uprawiają ziemię, sprzedają swoje towary i oczywiście spędzają dużo czasu na modlitwie i nauce. Poddając się dość surowym wymogom pracowitego życia w tak odmiennym od ich ojczyzny (pochodzą z Francji) miejscu, wydają się być szczęśliwi, żyjąc w harmonii ze światem i lokalną muzułmańską społecznością. Pięknie przedstawiona jest relacja mnichów z mieszkańcami wsi – pełna szacunku i zrozumienia dla odmiennej tradycji. Zakonnicy uczestniczą w świętach i życiu codziennym muzułmanów, tamci natomiast odpowiadają przyjaźnią i nie wyobrażają sobie dalszego funkcjonowania społeczności bez mnichów. Idyllę przerywa wieść o brutalnych atakach grupy ekstremistów muzułmańskich na chrześcijańskich misjonarzy w pobliskiej miejscowości.

Treścią filmu jest właściwie proces podejmowania decyzji, poszukiwania miejsca dla siebie w świecie pośród ludzi. Bliskie jest mi przedstawienie wiary w „Ludziach Boga” – mnisi starają się prowadzić dialog w modlitwie, jednak przede wszystkim widzą Go w innych ludziach, w otaczającej ich przyrodzie. Przepiękna jest scena, w której Christian szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania dotyczące przyszłości właśnie na długim spacerze, szukając Boga i Jego prawdy pośród dzieł przez Niego stworzonych. Cały film zbudowany jest z obrazów, z których część ma szansę na długo zapaść w pamięć. Moment, w którym mnisi przy dźwiękach „Jeziora łabędziego” spożywają swoją własną Ostatnią Wieczerzę w moim odczuciu spokojnie może przejść do historii kina – dla mnie była głęboką refleksją na temat człowieczeństwa i tego, co jest piękne i dobre w byciu człowiekiem. A przy tym – niezwykle poruszająca, popłakałam się strasznie, a towarzyszyli mi wszyscy widzowie siedzący obok mnie widzowie, podejrzewam, że reszta kina też nie pozostała obojętna. Do tego dołożyć jeszcze można przekonującą wizję, w której religie i kultury mogą żyć ze sobą w zgodzie, jeśli nie zapominają o wzajemnym szacunku i skupiają się na tym, co łączy, a nie tym, co dzieli. Chrześcijańscy mnisi nie próbują nawracać lokalnej społeczności, pomagają jej w granicach sobie narzuconych, trwając przy tym w swoich przekonaniach. Być może wpływ ma na to także profil zakonu, do którego należą bracia. W każdym razie wizja ta przekonuje, że harmonia jest możliwa, choć krucha i wystarczy odrobina nienawiści, by ją zburzyć.

W moim odczuciu „Ludzie Boga” to film niezwykły, pięknie nakręcony i z głębokim przesłaniem. Dla mnie był wręcz rekolekcyjny, nie ograniczyłabym jednak siły jego wyrazu do kwestii religijnych – wiara jawi się tu jako wartość, głębokie przekonanie, które w jakiś sposób definiuje życie i jego wybory. Tym samym przesłanie staje się bardziej uniwersalne. Wiem, że muszę obejrzeć ten film ponownie, wierzę, że znów znajdę w nim coś dla siebie, przede wszystkim jednak nie mogę zapomnieć o nim i wrażeniu, jakie po sobie we mnie pozostawił. Odebrałam go bardzo osobiście, intymnie wręcz. Dla mnie to jeden z ważniejszych filmów w ostatnich czasach.

„Inni” (The Others) reż. Alejandro Amenábar

Nie lubię horrorów. Łatwo mnie wystraszyć, ale jeszcze łatwiej obrzydzić, a w tym mam wrażenie prześciga się większość współczesnych horrorów. Z książkami mam zresztą to samo, nigdy nie ciągnęło mnie do tego gatunku. Wolę mocne wrażenia trochę innego rodzaju, a nie okrucieństwo dla samego okrucieństwa. Nie znaczy to jednak, że od czasu do czasu nie oglądam czegoś strasznego (na moje naprawdę zaniżone standardy), gustuję bardziej w klimacie gotyckim i nie mam tu na myśli wampirów (nie przypominam sobie żadnego dobrego filmu o wampirach, jaki oglądałam lub chciałam obejrzeć), ale rozmaite historie o duchach, nawiedzonych domach i przenikaniu się świata rzeczywistego z nadnaturalnym. W taką konwencje wpisuje się film „Inni” w reżyserii Alejandro Amenábar, który bardzo mi się podobał i chwilami naprawdę się na nim bałam, a jest on pozbawiony zupełnie drastycznych scen – czyli coś w sam raz dla mnie, kiedy najdzie mnie ochota na dreszcze pełzające po kręgosłupie.

Historia czerpie garściami z gotyckiej tradycji. Troje służących zgłasza się na służbę do właścicielki wielkiego domu, Grace Stewart. Młoda kobieta potrzebuje pomocy, czekając na powrót męża z wojny. W całym budynku panują ciemności, rozpraszane jedynie przez lampki naftowe – małe dzieci Grace cierpią na rzadką chorobę, są uczulone na światło słoneczne, przez co kontakt z naturalnym światłem mógłby okazać się dla nich zabójczy. Energiczna Anne i młodszy, raczej bojaźliwy Nicholas wynajdują sobie różne zabawy w domu, coraz bardziej przekonując się o tym, że ktoś w nim mieszka oprócz nich. Nerwowa i osamotniona Grace nie chce przyjąć do wiadomości opowieści dzieci, wkrótce jednak sama musi przyznać, że wyczuwa czyjąś obecność, a różne wydarzenia potwierdzają te niejasne domysły. Sytuacji nie poprawia tajemnicze i niepokojące zachowanie służących. Wzrasta poczucie osaczenia i samotności, Greace staje się coraz bardziej zdeterminowana, a akcja prowadzi do dość przewrotnego zakończenia, w tradycji bardziej współczesnej.

Napięcie narasta w „Innych” stopniowo i konsekwentnie, kostiumy epoki dodają historii uroku i pozwalają uwierzyć w fabularne zwroty akcji. Nicole Kidman pasuje do roli kobiety kruchej, nerwowej i dumnej, a mały James Bentley grający jej synka całkowicie mnie rozczulił, chciałam, żeby pojawił się ktoś, kto jak najszybciej zabierze go z tego budzącego grozę miejsca. „Inni” są filmem wyważonym, czerpiącym z różnych klasycznych konwencji, w rezultacie powstała historia, która może nie ma w sobie wiele oryginalnego, jest jednak naprawdę doskonałą rozrywką, estetyczną i lekko straszną (ja się bałam mocno, ale jak wspominałam, moja tolerancja na straszne rzeczy jest dość niska). Jest w „Innych” coś takiego, co z jednej strony sprawia, że film wydaje się być przy swojej kostiumowości realistyczny, a z drugiej unosi się nad nim mgiełka magii i tajemnicy. Dla mnie to świetne połączenie i z radością obejrzałabym inny film w tym stylu.

„W głąb siebie” (Manic) reż. Jordan Melamed

O młodzieży z zaburzeniami i o ośrodkach leczenia zdrowia psychicznego powstało już mnóstwo filmów i ciężko powiedzieć w tym temacie cokolwiek nowego. Mam świadomość, że „W głąb siebie” (wolę oryginalny tytuł „Manic”) nigdy bym nie obejrzała, gdyby nie Joseph Gordon-Levitt w nim grający. Przyznaję się już na wstępie – całą jesień i pół zimy podkochiwałam się w tym aktorze i wyszukiwałam różne filmy z jego udziałem. Rzadko zdarzają mi się takie fascynacje, ale jak już są, to pełne pasji ;) Tym sposobem trafiłam na „Manic”, temat choć zużyty uznałam za ciekawy i obejrzałam – okazuje się, że wciąż można mówić o zaburzeniach psychicznych w sposób świeży i przekonujący.

Sama historia nie wnosi nic nowego – agresywny Lyle trafia do zamkniętego ośrodka leczenia po tym, jak pobił rówieśnika kijem bejsbolowym. Nie radzi sobie ze swoimi uczuciami, chwilami sam się siebie boi. Nie jest jednak przedstawiony jako ofiara budząca jedynie współczucie i chyba w tym tkwi siła filmu. Owszem, problematyczne nastolatki nie stały się takie z własnej woli, w innych środowiskach i rodzinach wyrosłyby na szczęśliwych ludzi radzącymi sobie z emocjami. W „Manic” jednak nie ma użalania się, głaskania po głowie i cudownej przemiany na koniec. Oczywiście, terapia ma za zadanie pomóc rozprawić się z demonami przeszłości, młodzi ludzie zmieniają się próbując odnaleźć swoje miejsce, zawiązują się sympatie i powstają animozje. Przekaz jednak odebrałam jako jasny – jakkolwiek pokrzywdzony nie jesteś, to ty ponosisz odpowiedzialność za swoje złe czyny, nie wystarczy obwiniać surowego ojca czy kolegów. Należy stanąć na nogach o własnych siłach, na nowo stać się sobą. To mi się spodobało, bo film nakręcony jest z dużą życzliwością, żeby nie powiedzieć czułością w stosunku do pacjentów, nie robiąc z nich jednak jedynie zagubionych dzieci, które są chodzącą niewinnością, a cały świat jest brudny i zły. Terapeuta stara się pomóc swoim pacjentom, ma jednak także swoje życie, własne problemy, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Jest zaangażowany w swoje obowiązki, ale daleko mu do bycia cudotwórcą.

Mimo dość ponurego opisu, film nie jest pesymistyczny, ma w sobie nadzieję i humanistyczny rys. Cechuje go jednak realizm i silnie współczesne umiejscowienie, co nie zawsze pozostaje przyjemne w odbiorze, zmusza jednak do refleksji. Dla mnie był on ciekawy także ze względu na pokazanie młodzieży z jej problemami w nieoderwany od rzeczywistości sposób. Mając kontakt z młodymi ludźmi w pracy obserwuję czasem podobne zachowania, choć na nieporównywalnie mniejszą skalę. Kilka fragmentów wydało mi się ciut irytujących, sztucznych w swojej próbie przekazania głębokich treści. Generalnie jednak film zostawił po sobie dobre wrażenie i naprawdę mi się spodobał.

Spotkania i masa radości

Ostatnio czas płynie mi pod znakiem literatury i spotkań z pisarzami – uwielbiam to i chciałabym, żeby moje miasto pełne było takich kulturalnych wydarzeń, bo jeżdżenie nawet do Warszawy w tygodniu bywa problemem… Na szczęście – tym razem mi się udało i jestem przeszczęśliwa.

W sobotę rozpieściło mnie moje rodzinne miasto, zapraszając na Festiwal Łódź Czterech Kultur izraelskiego pisarza, Etgara Kereta. Wstydliwie wyznaję, że jeszcze nie miałam okazji przeczytać jego opowiadań, ale po obejrzeniu filmu „Meduzy” po prostu musiałam się na spotkanie wybrać. I nie zawiodłam się ani trochę. Keret wzbudził moją sympatię natychmiast, kiedy pojawił się na scenie w klubie Szafa – uśmiechnięty, z plecakiem i wyglądem radosnego turysty, odrobinę jak gdyby nieśmiały. Od pierwszych słów wypowiedzianych śpiewnym językiem podbił mnie całkowicie. Opowiadał o pisaniu, o rodzicach i domu rodzinnym, w którym dużą rolę odgrywało wymyślanie opowieści. Keret skupił się zwłaszcza na ojcu, opowiadając wszędzie teraz powtarzaną anegdotę, według której jako dziecko mały Etgar pragnął być „pijącą kurwą” bazując na opowieściach ojca i jego wytłumaczeniu obu tych słów :) Nie było różnicy, czy Keret porusza temat swojej twórczości, wychowania syna, czy inspiracji do konkretnych opowiadań – jego wypowiedzi emanowały ciepłem i humorem, publiczność często się śmiała i klaskała, a pisarz wyglądał na zadowolonego. Chciałabym mieć ten wywiad nagrany, bo z wielką przyjemnością wracałabym do niego. Prowadzący zadawał ciekawe pytania, tłumaczka przeczytała dwa opowiadania Kereta z nowego zbioru, który właśnie jest tłumaczony na polski. Na dobrą sprawę to było moje pierwsze zetknięcie z pisarstwem Kereta i można je nazwać miłością od pierwszego wejrzenia, jestem przekonana, że reszta też mi się spodoba. Po pytaniach od publiczności (interesujących) przyszedł czas na autografy. Jak zawsze w takich sytuacjach byłam stremowana, ale sympatia emanująca z pisarza szybko to wyeliminowała. Każdy siadał na chwilę na kanapie, zamieniał z Keretem kilka słów (ja chwileczkę porozmawiałam z nim o „Meduzach”), a potem pisarz rysował w książce obrazek (stwierdził, że nie ma pojęcia, co ludziom pisać, więc woli rysować) – bazgroły straszliwe, ale nic to w porównaniu z pismem Kereta, niepodobnym chyba do niczego. Nie przestawał się uśmiechać i mimo zmęczenia każdemu okazał serdeczność. Wyszłam ze spotkania naładowana pozytywną energią i inspiracją oraz oczywiście wielkim głodem opowiadań Etgara Kereta, z którymi wkrótce mam zamiar się bliżej zapoznać.

We wtorek natomiast udałam się do Warszawy stwierdzając, że po prostu nie mogę przegapić spotkania z Colinem Thubronem. Wymagało to sporego przedsięwzięcia logistycznego, ale udało się i po raz pierwszy w życiu miałam okazję odwiedzić książkokawiarnię „Wrzenie świata” – spodobało mi się i podejrzewam, że na co dzień jest tam naprawdę świetna atmosfera. Jak na spotkanie było trochę za mało miejsca, ale ta niedogodność niczego nie zepsuła. Znalazłam sobie miejsce w kątku, a miły pan siedzący obok dał mi skrzynkę, na której mogłam usiąść. Potem i tak jednak stałam, bo przy moim wzroście nie widziałabym zupełnie nic. Kiedy tak czekałam na rozpoczęcie spotkania, przechodząc potrącił mnie starszy pan, uśmiechnął się i mrugnął zawadiacko – oczywiście po chwili okazał się być Colinem Thubronem, którego teoretycznie znałam ze zdjęć, ale nie poznałam w pierwszej chwili. Spotkanie poprowadził Marek Kamiński i litościwie stwierdzę tylko, że być może ze stresu, a może z innych powodów prowadzenie to mu się zwyczajnie nie udało. Pytania nie były ciekawe, zadawane w dziwnej manierze, a końcówka podsumowująca całość sprawiła, że publiczność patrzyła po sobie z niedowierzaniem i (przynajmniej niektórzy, a na pewno ja) z rumieńcami wstydu. Dużo ciekawsze pytania miała właśnie widownia i szkoda, że czas był ograniczony i wiele z nich nie zostało za pewne zadanych. Wszystko to jednak bladło przy samym Thubronie, który jest po prostu niesamowity – człowiek o olbrzymiej wiedzy i dokonaniach, doświadczony podróżnik i utalentowany pisarz, który zachwyca skromnością i pokorą wobec świata. Myślę, że to jest cecha ludzi naprawdę wielkich, którzy poznali świat na tyle, że zdają sobie sprawę ze swojej małości wobec niego i ten świat, a przede wszystkim ludzi, szanują. Szanują z założenia, rozumiejąc złożoność rzeczywistości, nie głoszą prawd objawionych, zastrzegając, że mówią o swojej perspektywie i własnych podróżach. Angielski dżentelmen (Thubron to ucieleśnienie tego słowa) opowiadał głównie o Syberii z powodu wydanej u nas ostatnio książki „Po Syberii”, ale wspominał też o swoich inspiracjach, początkach podróżowania, a nawet wspomniał o niedawnym małżeństwie. Co chwila błyskał poczuciem humoru, jak choćby kiedy odpowiadał na pytanie o radzenie sobie z tradycją picia wódki, wszechobecnej na Syberii. Ze swadą opowiadał, że mieszkańcy Syberii wznoszą toasty za wszystko, a kiedy człowiek myśli, że wszystkie możliwe okazje zostały wymienione, zawsze znajdzie się ktoś, kto się podniesie i przepije za pokój na świecie, przyjaźń między narodami itd. Thubron już jednak tych toastów nie spełniał, bo na tym etapie leżał pod stołem :) Był też czas na podpisywanie książek, choć pisarz uznał, że to trochę dziecinne. Mnie jego komentarz nie zniechęcił i udało mi się z nim zamienić kilka słów, co było szalenie miłe (a nawet uwiecznione na zdjęciu, które znalazłam na stronie wydawnictwa Czarne!). Wracałam do domu jak na skrzydłach, tym bardziej, że miałam niecałe pół godziny do odjazdu ostatniego pociągu. Było przecudownie, z radością słuchałabym dalszych historii Thubrona, tymczasem mam zamiar zadowolić się jego książkami, po których sobie wiele obiecuję.

Mój apetyt na spotkania tylko wzrasta. Na początku października do Warszawy (znowu!) przyjeżdża Petra Hůlová i mam wielką ochotę się wybrać… Nie wiem, jak mi się uda ze względów czasowych i finansowych, ale apetyt mam wielki. A ktoś z Was się wybiera? EDIT: Mój błąd! Padma wyprowadziła mnie z błędu, bo Hůlová będzie w Warszawie, które jest wrocławskim kinem, nie zaś polską stolicą… To niestety oznacza, że z mojego spotkania nici (a miałam nadzieję znaleźć sobie wymówkę na kupienie „Stacji Tajgi”, która strasznie za mną chodzi…) Jeśli więc ktoś z Was się będzie wybierał, to dajcie znać, jak było!

Żyjąc z duchami

Zdarza się tak, że książka przeczytana w danym momencie wpasowuje się idealnie w czytelnicze potrzeby i choć ma się świadomość, że nie jest dzieło wiekopomne, a nawet jego autor ma na swoim koncie znacznie lepsze pozycje, ale właśnie ta książka, z uwagi na chwilę, staje się bliska i zachwyca, choć obiektywnie rzecz biorąc, nie jest to nic wybitnego. W ostatnich (przedwakacyjnych jeszcze) czasach taką książką stała się dla mnie powieść Amy Tan „Sto tajemnych zmysłów”. Patrząc z pewnego już dystansu przeczytany kiedyś „Klub radości i szczęścia” tej samej autorki był bardziej rozbudowaną, głębszą i jednak wartościowszą pozycją, ale to właśnie opowieść o Olivii i jej widzącej duchy siostrze szczególnie do mnie trafiła.

Olivia marzyła o siostrze i los postanowił spełnić to marzenie – tuż przed wczesną śmierci ojca Olivii, jej matka złożyła obietnicę sprowadzenia do Ameryki córki z pierwszego małżeństwa swojego małżonka sprzed wyemigrowania z Chin, sporo od Olivii starszą Kwan. Przysięga zostaje spełniona, Kwan przybywa do Stanów Zjednoczonych. Niestety, daleko jej do wymarzonej siostry – jest do bólu chińska w sposobie bycia, dla amerykańskich nastolatków wygląda na niedorozwiniętą, mówi dziwne rzeczy, a przede wszystkim – widzi duchy. Co więcej, z owymi duchami rozmawia i wspomina dawne dzieje, ze swego wcześniejszego wcielenia. Olivia, nazywana przez przybraną siostrę Libby-ja, nie może ścierpieć zachowania tamtej, walcząc dodatkowo z głębokimi wyrzutami sumienia, jako że Kwan darzy ją bezgranicznym przywiązaniem i miłością. Dziewczęta dorastają. Kwan doskonale odnajduje się w Ameryce, wychodzi za mąż, żyje po swojemu i wciąż spotyka się z duchami, choć jej opowieści zaprowadziły ją w młodości do szpitala psychiatrycznego. Tymczasem Olivia postanawia rozwieść się z mężem, Simonem. Chce ułożyć sobie życie od nowa, Kwan jednak uparcie wraca do przeszłości. Jak się okazuje, nie tylko ona chce powrotu Libby do męża, a opowieści o poprzednim życiu Kwan i tajemniczej Pannie Wstędze z czasem zaczynają mieć drugie dno. Wreszcie Olivia będzie musiała zmierzyć się z własnym życiem, uczuciami do byłego męża i starszej siostry.

Tan z wielkim wdziękiem połączyła ze sobą dwie historie – współczesną opowieść o dwóch różniących się od siebie diametralnie siostrach oraz dziejące się w dawnych czasach w Chinach życie poprzedniego wcielenia Kwan. Opowiadania przenikają się, przeszłość zaczyna ingerować w teraźniejszość, a Olivia przekonana o wybujałej wyobraźni Kwan, a nawet o pewnej niepoczytalności siostry, zaczyna tracić grunt pod nogami. Amerykańska część wydarzeń przyciąga trafnymi spostrzeżeniami i realistycznym przedstawieniem psującego się związku, w którym od miłości okazały się być silniejsze irytacja i zmęczenie. Choć i tu wiele namieszał duch przeszłości, przybierający postać byłej ukochanej Simona. Część chińską wzbogacają realia dawnej chińskiej prowincji, ironiczny nierzadko sposób przedstawienia wydarzeń i interesujące zderzenie kultury zachodniej z chińską. Choć autorka pisze wzruszająco i „Sto tajemnych zmysłów” traktuje głównie o uczuciach, nie ma tu popadania w ckliwość, zbytnią emocjonalność czy egzaltację. Jest za to sporo przymrużania oczu, trzeźwego spojrzenia na różnice kulturowe i dużo ciepła.

Co mogło wydarzyć się naprawdę, a co było misterną mistyfikacją utkaną przez lata z historii opowiadanych przez Kwan? Czy Kwan przywoływała duchy, by osiągnąć upragnione cele, czy też naprawdę miała oczy yin i pamiętała na tyle własne wcielenie? A wreszcie najważniejsze pytanie – czy to w ogóle ma znaczenie? Z olbrzymią przyjemnością zanurzyłam się w tym amerykańsko-chińskim świecie, który umiejętnie stworzyła sobie Kwan, łącząc stare z nowym, tradycję z zabawną nowoczesnością. Nie ma tu łatwych rozwiązań, cukierkowych zakończeń, a optymizm i pozytywne wyjście z sytuacji nie musi oznaczać banału. „Sto tajemnych zmysłów” pozostaje życiowe, mimo że granica między snem a jawą wydaje się niebywale płynna i od czytelnika zależy, w co postanowi uwierzyć. Ja swoją wersję wybrałam, każdego mogę zachęcić do sprawdzenia, która Wam bardziej będzie pasować.

Tytuł: Sto tajemnych zmysłów
Tytuł oryginału: The Hundred Secret Senses
Autor: Amy Tan
Tłumaczenie: Zofia Kierszys
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2003
Ilość stron: 376
Moja ocena: 5/6

Szanghaj w kobiecym wydaniu

Szanghaj, lata 40. i 50. ubiegłego wieku. Kobiety, ich wolność, miłość, intrygi splątane z emocjami w nierozerwalne konfiguracje. Wojna czyhająca pod drzwiami, nowoczesność w zachodnim stylu połączona z chińską tradycją. Kameralne dramaty w cieniu wielkich nieszczęść i wielkich przemian. Tak w skrócie można opisać „Miłość jak pole bitwy” Eileen Chang, choć będzie to opis mocno wyidealizowany. Po obejrzeniu emocjonującego i przesmutnego „Ostrożnie, pożądanie”, które jednak nie usatysfakcjonowało mnie w pełni, liczyłam na to, że pierwowzór książkowy i inne opowiadania autorki zamknięte w wymienionym powyżej zbiorku poruszą mnie jeszcze bardziej, a zazwyczaj zdystansowany i pełen niedopowiedzeń styl, który kojarzę z literaturą z Dalekiego Wschodu, doda jeszcze wyrazistości opisywanym historiom. Niestety, po skończonej lekturze nie mogę pozbyć się wrażenia, że wyszło mdło i miejscami po prostu banalnie. Choć zabrzmi to dość okrutnie, najlepszym tekstem pozostaje wstęp autorki, w którym Chang pisze o swoim pisarstwie, wyborze tekstów i własnych emocjach z nimi związanymi. Same opowiadania przedstawiają się dużo słabiej.

Fabularnie najciekawszym tekstem wydało mi się właśnie „Ostrożnie, pożądanie” oraz może „Kwiat unoszący się na falach”, o kobiecie samotnej, która wybrała samodzielność i podjęła wyzwanie wyjazdu z kraju i wzięcia własnego życia w swoje ręce. Nie chcąc podzielić losu wielu znajomych i członków rodziny, którzy zdani na łaskę krewnych wiedli ponure życie na krawędzi nędzy, Louzhen szuka pracy, stanowi o sobie i nie znajdując sama miłości, nie czeka na nią w postaci aranżowanego małżeństwa. I choć pozostałe historie są mało odkrywczymi romansami (uczucie rodzące się między guwernantką a jej poznanym przypadkowo chlebodawcą, miłość między nauczycielem a studentką owładniętą miłością do muzyki, skomplikowane relacje między dwiema siostrami i kręcącymi się wokół nich mężczyznami), kobiety nakreślone przez Chang są mocnym punktem tych opowiadań – silne psychicznie, gotowe wziąć życie w swoje ręce i zapanować na porywami serca. Większość z nich pracuje, z godnością starają się wieść swoje życie nawet w obliczu porażki na większości frontów. Przede wszystkim jednak Chang skupia się na związkach kobiet z mężczyznami, z jednym wyjątkiem opowiadania o przyjaciółkach z przeszłości, które na nowo starają się odbudować łączącą je niegdyś zażyłość. W wielu miejscach klasyczne, chwilami stają się dość banalne, jak choćby utrzymane w konwencji powieści obyczajowej (jak stwierdziła autorka) „Wielka szkoda”, które jest do znudzenia powielanym melodramatem znanym z filmów i książek (pracodawca i młoda, niebogata dziewczyna pełna godności, która naucza jego dziecko). Tytułowe „Miłość jak pole bitwy” jest historią zabawną, napisaną w formie utworu scenicznego, która jednak wydaje się być gotowym scenariuszem romantycznej komedii. Owszem, znajdziemy tu ciekawy portret „milczącego pokolenia”, ludzi nie mogących się odnaleźć w zmieniającej się szybko rzeczywistości. Sama treść jednak nie zachwyca.

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czego opowiadaniom Chang brakuje, bo sam zamysł i część pomysłów można było z pewnością przekształcić w poruszające i wywierające duże wrażenie teksty – a tego zazwyczaj oczekuję od krótkiej formy. Siła wyrazu, dobitna puenta zapadająca w pamięć. Opowiadania składające się na „Miłość jak pole bitwy” już powoli zaczynają zlewać mi się w jeden tekst. I mimo kilku naprawdę udanych fragmentów, teksty te pozostają w moim odczuciu przeciętne i rozczarowujące. Choć sama autorka wzbudziła moją sympatię, raczej nie sięgnę po kolejne jej książki.

Tytuł: Miłość jak pole bitwy
Tytuł oryginału: Qing Cheng Zhi Lian (倾城之恋)
Autor: Eileen Chang
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 336
Moja ocena: 2/6

Murakami i owca

Zastanawiam się, co takiego kontrowersyjnego jest w pisarstwie Murakamiego, że przysparza mu tyluż wielbicieli, co i wrogów, a także prześmiewców. Nie jestem specjalistką od jego twórczości i do tej pory przeczytałam zaledwie cztery książki, ale wszystkie one zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Kwestia gustu? A może kwestia tego, co się w książce widzi? Szyderczo porównywany do Coelho japoński pisarz zdaniem niektórych pisze banały, dodając im pseudointelektualną otoczkę. Dowiedziałam się tego z rozmów i czytania komentarzy, ponieważ sama nigdy nie odniosłam wrażenia, że Murakami próbuje przekazać wielkie prawdy życiowe i stać się mentorem, nie mówiąc o pisaniu sentencji i wciskaniu ich w usta postaci. Oczywiście, porusza tematy ważne, krytykuje zjawiska takie jak konsumpcjonizm, ale to już tematy równie klasyczne (nie, nie napiszę „oklepane”) jak miłość, dojrzewanie, czy cierpienie. To, co mi się w Murakamim podoba, to sposób, w jaki pisze swoje książki – łączy codzienność, nierzadko wyjątkowo banalną, za to wnikliwie opisaną, z ze zjawiskami czysto fantastycznymi, często zupełnie szalonymi, a które zadziwiająco dobrze wpasowują się w fabułę. Japoński autor jest dla mnie przede wszystkim opowiadaczem historii niesamowitych przydarzających się ludziom uważanym za synonim „szarego człowieka”. I jako taki, sprawdził się w każdej przeczytanej przeze mnie książce. Tak jest też z jakiś czas temu przeczytaną przeze mnie „Przygodą z owcą”, która także mi się spodobała i nie mam z tym problemu.

„Przygoda z owcą” jest pierwszą częścią przygód bohatera, którego zdążyłam już poznać w „Tańcz, tańcz, tańcz”. Nieznajomość „Przygody…” nie wpłynęła negatywnie na czytaną przeze mnie wcześniej powieść, jak i teraz wiedza o dalszych losach bohatera w minimalnym jedynie stopniu pozbawiała mnie przyjemności z odkrywania przyszłości bohatera – obie książki są bowiem powiązane dość luźno, mimo że główny bohater oraz kilku pobocznych pozostaje niezmiennych, a i sama historia się zazębia. Bezimienny bohater jest tuż po rozwodzie z żoną, w wyniku zmian na rynku rozmyśla nad porzuceniem firmy, którą założył wspólnie z przyjacielem, czuje się osamotniony i wyobcowany, choć nie narzeka na swój los. Wtedy mają miejsce dwie rzeczy – poznaje dziewczynę o najpiękniejszych uszach, jakie widział (dodatkowo dających swojej właścicielce dość nadzwyczajne zdolności), a wkrótce potem kontaktuje się z nim wielka firma przypominająca nieco mafię, która żąda od niego odnalezienia pewnej owcy. Owcy, która według ich słów od pewnego czasu miała władzę nad ekonomią Japonii, a jej zniknięcie może spowodować upadek misternego systemu. Mężczyzna dostaje propozycję nie do odrzucenia, a czytelnik przez kolejne strony pławić się będzie w tej mieszance realizmu i szalonego snu.

Prawdopodobnie dlatego, że „Tańcz…” czytałam jako pierwsze, zrobiło ono na mnie nieco większe wrażenie i w moim czteropozycyjnym rankingu książek Murakamiego zajmuje wyższą pozycję. Niemniej jednak „Przygoda z owcą” zdecydowanie przypadła mi do gustu i znalazłam tam to, czego w powieściach Japończyka szukam. Język jest naprawdę ładny, opisowy i pełen uroczych dygresji o sprawach pozbawionych znaczenia i błahych, którym te krótkie wtrącenia nadają jednak wartość. Oczywiście dodatkowy plus książka dostaje ode mnie za niezwiązany pozornie z główną historią wątek o bezimiennym kocie i rozmowie o nadawaniu imion w ogóle. Temat ten zainteresował mnie dzięki pewnemu wykładowi z językoznawstwa na pierwszym roku studiów, a cykl o Ziemiomorzu sprawił, że go pokochałam. W „Przygodzie z owcą” motyw ten nabiera dodatkowego znaczenia, biorąc pod uwagę upartą anonimowość głównego bohatera, który do końca dla czytelnika pozostaje bezimienny. Lubię też delikatną japońskość w książkach Murakamiego – pisarz ponoć uznawany jest za bardzo „nie-japońskiego” i rzeczywiście, w porównaniu ze znanymi mi innymi autorami z Kraju Kwitnącej Wiśni, jego styl jest bardzo „zachodni”. Tym bardziej lubię tę japońskość codzienną, wynikającą z normalnego życia, która przewija się w tle. Jest jej mało, ale stanowi dla mnie dodatkową atrakcję.

Jeśli ktoś lubi książki Murakamiego, ta także powinna mu się spodobać, bo jest bardzo „w stylu” pisarza, na tyle, na ile mogę to ocenić po w sumie niewielkiej liczbie przeczytanych pozycji. Natomiast przeciwnicy niech lepiej nie marnują czasu bo prawdopodobnie znajdą tu wszystko, co ich w prozie Japończyka denerwuje. Ja natomiast już planuję lekturę kolejnych jego powieści.

Tytuł: Przygoda z owcą
Tytuł oryginału: Hitsuji-o meguru bōken
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 420
Moja ocena: 4+/6