Archive

Posts Tagged ‘wyd zysk i s-ka’

Źle się dzieje w Westeros i okolicach

Jak pisać o drugiej części piątego tomu jakiejś serii bez spojlerów wszelkiego rodzaju? Mówiąc cokolwiek o treści, bez rzucania ogólnych spostrzeżeń i wrażeń, które o książce nic nie powiedzą? I wreszcie, czy jest sens pisać taką ogólnikową recenzję powieści, która w pewnym momencie stała się właściwie elementem życia, przyczyniła się do poznania wielu ludzi, do wielogodzinnych dyskusji? Postaram się nie obejść bez największych psuj, ale lojalnie uprzedzam, że siłą rzeczy spojlery przynajmniej do czterech poprzednich części mogą się znaleźć i pewnie znajdą, jeśli więc wolicie je ominąć, to lepiej nie czytajcie tego tekstu – tym bardziej, że jeśli zależy Wam na niespodziance, książkę przeczytacie i tak, prędzej czy później.

W kontekście sagi Martina zawsze odrobinę bawi, a odrobinę irytuje mnie stwierdzenie, że Pieśń Lodu i Ognia traktuje głównie o seksie i odrzynaniu kończyn bądź innym malowniczym sposobie pozbawiania życia przeciwnika. Ja chyba czytam w takim razie inne książki, bo elementy te, owszem, są, ale w porównaniu z wieloma znanymi mi powieściami fantasy jest ich stosunkowo niewiele, a i na pewno akcent nie jest na nie położony. Piaty tom, preludium do wielkiego finału, skupia się, tak jak i pozostałe części, na bohaterach i intrygach. Tym razem nawet zamiast misternej sieci intryg autor skupił się bardziej na postaciach, pokazując je nierzadko z odrobinę innej niż dotychczas strony. Dzieciaki dojrzewają, uczą się i pozbywają złudzeń, władcy próbują utrzymać w rękach to, co rozsypuje im się między palcami. Pretendenci do tronu natomiast sięgają po to, co ich zdaniem zwyczajnie im się należy. Jon próbuje odnowić Nocną Straż, jako jeden z nielicznych naprawdę rozumiejąc, jakie niebezpieczeństwo nadciąga zza Muru. Nie wszystkim podobają się jego śmiałe, lecz szokujące dla wielu pomysły. Dany próbuje pogodzić swoją pozycję królowej z gorącym romansem z nieodpowiednim człowiekiem i naturą, która popycha ją w stronę jej prawdziwych dzieci – smoków. Oślepiona Arya, która ledwo pamięta już czasy, kiedy była Aryą, uczy się w tajemniczym zakonie Ludzi Bez Twarzy, coraz bardziej odrywając się od dawnego życia… Wątki ciągną się dalej, mnożą i niekiedy nieoczekiwanie kończą, do czego Martin już zdążył przyzwyczaić swoich czytelników. Jest także przecież Tyrion, Theon, Asha, a nawet pojawia się Cersei. Dzieje się dużo, choć w przypadku wielu fragmentów jest to głównie kontynuacja wątku, bez większych zwrotów bądź rozwiązań. Nie narzekam, mnie to pasuje, czyta się wspaniale i znów wystarczył jeden weekend, by książkę przeczytać.

Nie jest to wada, jednak po przeczytaniu tego tomu czułam głównie przygnębienie i gorycz. Wczuwając się losy bohaterów naprawdę czasem trudno nie odczuć tej niesprawiedliwości i osamotnienia, które towarzyszy większości z nich na co drugim kroku. O ile po pierwszej części byłam podekscytowana i nie mogłam doczekać się kolejnej (przede wszystkim wątek Davosa, ale i nadzieja na rozwinięcie pozostałych), tak w części drugiej przeważało jednak przygnębienie. Mroczne wątki na Północy (absolutnie przerażający Boltonowie i wciąż lekko werterowski, ale dojrzały i samotny Jon, którego lubię bardziej niż kiedykolwiek), przygnębiająca bezsilność Dany, przygaszony Tyrion… Tak bardzo pragnęłam czytając, by ich losy się poprostowały, żeby mieli chociaż trochę spokoju i radości, moi ulubieńcy zatriumfowali, a ich wrogowie ponieśli spektakularną klęskę. Niestety, świat Westeros i okolic jest surowy, a nawet okrutny – i na sprawiedliwość, szczęśliwe zakończenia i sielankę ciężko tu liczyć. Wszechogarniająca jest też dla mnie samotność bohaterów, brak zrozumienia i oparcia. O przetrwanie trzeba walczyć i by tego dokonać, niemal wszystkie chwyty są dozwolone. Bohaterowie, a przynajmniej część z nich, próbują postępować właściwie, ale nawet pokojowe starania się o dobrobyt kraju nie każdemu mogą się podobać…

O sadze Martina ciężko jest pisać recenzje, które nie niosłyby ze sobą ogólników – biorąc pod uwagę, że o Pieśni dyskutuję na zaprzyjaźnionym forum już od kilku lat i wciąż nie nudzi nam się rozkładanie tej książki na wątki i detale, zebrać wszystkie swoje przemyślenia ot tak, do jednego krótkiego tekstu nie jest wbrew pozorom łatwe. Ogólnie rzeczy ujmując – polecam miłośnikom z zaznaczeniem, że niewiele się jednak wyjaśnia i choć kilka wątków znajduje swoje zakończenie, nie zawsze jest ono tym, czego można byłoby się spodziewać bądź na co liczyć. Tajemnice się mnożą na równi z domysłami, poszlaki krzyżują, niekiedy się wykluczając, a smoki znów mają swoje pięć minut. Chciałabym już czytać dalej i otrząsnąć się z tego przygnębienia. Wierzę, że czeka nas spektakularny finał i już nie mogę się doczekać…

Tytuł: Taniec ze smokami część II
Tytuł oryginału: A Dance with Dragons vol. 2
Autor: George R.R. Martin
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2011
Ilość stron: 757
Moja ocena: 4+/6

Powrót do Westeros

Wszystko zaczęło się niemal dokładnie sześć lat temu. Lekko zawiedziona i pełna niedosytu po drugim tomie trylogii husyckiej zwierzyłam się zaczytanemu w fantastyce kuzynowi, że marzy mi się wciągająca saga, pełna dopracowanych bohaterów i intryg. Podał mi „Grę o tron” ze słowami „To przeczytaj to”. Zaczęłam czytać pewnego grudniowego wieczora w 2005 i już po kilku pierwszych zdaniach zakochałam się bez pamięci i nieodwracalnie. Wchłonęłam cztery pierwsze tomy jak wysuszona gąbka i na piąty, „Taniec ze smokami”, przyszło mi czekać długie sześć lat. W międzyczasie jednak wybrane fragmenty sagi czytałam po kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy, zapisałam się na forum poświęcone twórczości George’a R.R. Martina, gdzie poznałam fantastycznych ludzi, a wreszcie moje własne pomysły i inspiracje znalazły kierunek, jakiego potrzebowały. Mogę spokojnie stwierdzić, że Pieśń Lodu i Ognia to jedna z najważniejszych książek (cóż, cała seria), jakie czytałam i generalnie jedna z lepszych rzeczy, jakie mi się czytelniczo przytrafiły. Nie dziwi więc, że pierwszy tom „Tańca…” przeczytałam błyskawicznie (pomstując, że już nie studiuję i nie mogę po prostu zarwać nocy i nie iść na zajęcia, jak to się zdarzało przy czytaniu poprzednich) i pozostaje mi z drżeniem serca czekać na tom kolejny, jako że polskie wydanie rozbite jest na dwie części, a tak się złożyło, że Pieśń czytam tylko po polsku. Martin trzyma formę, a ja wciąż kocham jego sagę.

Wydarzenia w „Tańcu ze smokami” biegną paralelnie do tych z poprzedniego tomu, „Uczty dla Wron”, tym razem jednak czytelnik towarzyszy innej grupie bohaterów. Jednym z wielkich plusów warsztatu Martina jest to, że z wielkim wyczuciem opisuje miejsca i krajobrazy, dzięki czemu natychmiast czuje się ich atmosferę. W „Tańcu…” to bardzo istotne, ponieważ dzięki podzielonej narracji czytelnik ma szansę odwiedzić mroźną Północ, skwarne i pełne pyłu Meereen, gdzie nawet słońce wydaje się zachodzić krwawo, wilgotne tereny rzeki Rhoyne, miasta oddzielone od Westeros Wąskim Morzem… Za każdym razem poza główną postacią zmieniał się klimat opowieści, co nie pozwalało nawet na chwilę nudy. Słuchając różnych opinii niejednokrotnie spotykałam się ze zdaniem, że począwszy od „Uczty…” poziom sagi spada i „Taniec ze smokami” również nie trzyma wysokiego poziomu trzech pierwszych część. Choć przy „Uczcie…” miałam takie wątpliwości, pierwszą część „Tańca…” uważam za bardzo udaną. Pamiętać należy, że to środek opowieści, moim zdaniem najtrudniejszy moment, w którym trzeba pewne treści przekazać, wątki się mnożą, a jeszcze nie sposób ich rozwiązać. Po rewelacyjnym początku nie tak łatwo jest trzymać równy stopień napięcia przez cały czas. Ja traktuję tomy czwarty i piąty jako rozwinięcie, które zmierza do epickiego (wierzę w to mocno) rozwiązania. Już podobno w drugiej części tomu piątego akcja dostarcza czytelnikowi mocnych wrażeń i urywa się w takich momentach, że oczekiwanie, aż Martin napisze kolejne dwie części wydaje się być wyrafinowaną torturą… Mam nadzieję, że wkrótce sama się o tym przekonam. Jednak już i w pierwszym tomie „Tańca…” ciśnienie może skoczyć, pojawiają się bohaterowie, o których mówiło się, że nie żyją (choć oczywiście wnikliwi czytelnicy przynajmniej jeden z wątków już rozpracowali, drugi był sporym zaskoczeniem i do tej pory pozostawał w sferze marzeń… ale nie martwcie się – Ned nie powstał jako zombie, to na szczęście inna liga), inni podejmują decyzje, które mogą sporo namieszać… Dzieje się wiele, jak zawsze w Pieśni.

Innym aspektem, który przemawia dla mnie na zdecydowany plus tej części historii jest skupienie się na rozwoju psychologicznym bohaterów. U Martina zawsze fascynowała mnie plejada przemyślanych postaci, tych, które pokochałam niemal od początku i takich, o których czytam z dreszczem obrzydzenia bądź grozy. Choć jest to powieść głównie przygodowa (mimo że słowo to wydaje się być mocno nie na miejscu w tym kontekście), postaci są psychologicznie wiarygodne i nie stoją w miejscu, zmieniając się adekwatnie do przeżyć i sytuacji. Jon Snow, mimo całej mojej sympatii, wydawał mi się jednak bohaterem dość mdłym, przeznaczonym „do lubienia”, a więc nie posiadającym żadnych kontrowersyjnych cech. Tu jednak Lord Dowódca Nocnej Straży z chłopaka staje się mężczyzną, stara się dorosnąć do oczekiwań i nadziei, które w nim położono, wątpi i szuka swojego miejsca, cały czas pozostając w cieniu nieżyjących ojca i brata, wyznaczając ich sobie na wzór. To właśnie chęć zdobycia uznania w ich oczach jest jego siłą napędową, a ciężar nałożony na jego barki i brak zrozumienia otoczenia, samotność i wyobcowanie potwierdzają tylko, że milczący biały wilkor przypadł mu nie tylko ze względu na pochodzenie. Podobała mi się również bolesna lekcja pokory, jaką los zgotował smoczej królowej – Dany z trudem uczy się własnych ograniczeń i starając się być wierna samej sobie popełnia błąd za błędem. Tyrion pozostaje sobą, co jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie można znaleźć w całej sadze, a jego ścieżka wiedzie przez miejsca mityczne. To właśnie on spotka największe zaskoczenie całego tomu. Pojawia się także kolejna z moich ukochanych postaci, czyli jedyny dobry do szpiku kości bohater, który jednak w przeszłości był przemytnikiem – Davos płynący z poselstwem do Białego Mostu. Finał tej wyprawy również podniósł mi ciśnienie i zachwycił, bo tego pragnę dla Północy. Rozdziały Brana nigdy nie należały do moich ulubionych, przyznać jednak trzeba, że dowiedzieć się z nich można rzeczy intrygujących o samym Westeros, a rozdział ukazany oczami Melisandre stanowi prawdziwą gratkę.

Jako wisienkę na torcie uznać można fakt, że jest to chyba najładniej wydany tom sagi, jeśli chodzi o okładkę. Jest estetycznie i na temat, co cieszy zwłaszcza po absolutnie nietrafionych okładkach do obu tomów „Uczty…”. Nie muszę już chyba dodawać, że czyta się szybko – już po pierwszych zdaniach prologu przenosimy się do znanego świata, z którego z niechęcią wracałam do codziennych zajęć. Z utęsknieniem czekam na tom kolejny i wierzę, że się nie zawiodę. Mogłabym pisać i pisać o tej książce i całej serii, nie chcę jednak nikomu psuć zabawy przy czytaniu, bo w Pieśni jest to prawdziwym przestępstwem. Dlatego mogę tylko gorąco zachęcać do zapoznawania się z twórczością Martina, co niniejszym czynię.

Tytuł: Taniec ze smokami
Tytuł oryginału: A Dance with Dragons vol. 1
Autor: George R.R. Martin
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2011
Ilość stron: 634
Moja ocena: 5+/6

Serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za sprezentowanie mi egzemplarza.

Podróż na Kubę

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam czytać książki z akcją toczącą się w miejscach, które chciałabym zobaczyć. Ciągnie mnie przede wszystkim do wszystkiego, co leży na wschód od mojego kraju (choć nie tylko, oczywiście). Czasem jednak lubię zrobić sobie przerwę od beletrystyki i poczytać reportaż lub wspomnienia o tych fragmentach świata, które szczególnie mnie interesują. Bywa jednak, że natykam się na książki traktujące o krajach i regionach, o których wiem bardzo mało, bo nigdy nie leżały w kręgu moich największych zainteresowań. Takim miejscem jest Kuba. Oczywiście, znam jej podstawową historię, tę dawną i współczesną, dramatyczne losy wielu jej mieszkańców i zdjęcia olśniewających plaż i miasteczek rozsianych po wyspie. Szczegóły natomiast – nie bardzo. Z ciekawością więc sięgnęłam po książkę Agnieszki Budy-Rodriguez pt. „Kuba – daleka piękna wyspa”. Nie jest to wprawdzie reportaż, a bardzo subiektywne (jakżeby inaczej!) wspomnienia z pobytu autorki na Kubie. Pani Buda-Rodriguez wyjechała na wyspę za mężem, rodowitym Kubańczykiem i spędziła tam, jak sama pisze, najlepsze lata swojego życia.

Książka pisana jest z perspektywy czasu, jako że pisarka przebywa obecnie na emigracji w Kanadzie i tam powstał ów zbiór wspomnień, przekreślający na zawsze jej możliwość powrotu na Kubę. Sama autorka tak pisze o swojej książce:

Dla mnie Kuba jest wyspą magiczną i nie można jej porównać z żadnym innym miejscem na ziemi. Gdy spisywałam te wspomnienia przepełniała mnie tęsknota do Kuby, kraju, w którym zostawiłam młodość, przyjaciół, i który musiałam opuścić wbrew sobie. Moja fascynacja wyspą nie przeminęła i wciąż trwa. Starałam się pokazać Kubę taką, jaką zapamiętałam, bez retuszu. Zdania o niej są krańcowo różne: piękne, łatwe dziewczyny, muzyka i cudowne plaże, a zarazem nędza, głód i ruina dawnej, urzekającej „Perły Antyli”, „Paryża Ameryki” – każde z nich jest prawdziwe. Pragnęłam wyjść poza stereotypy, bo urzekł mnie kubański naród, który tańcem i muzyką wyraża swe niepokoje i radości, bo zachwyciła mnie wyspa, której żyzna gleba rodzi słodkie owoce, z której plonów powstaje słodki cukier, kojący smutki rum i aromatyczne cygara. Jestem jak muszla, którą dawno wyłowiono z morza, a ona wciąż szumi. Jakaś cząstka mojego ja pozostała na zawsze wśród tamtejszej sawanny, kołysanych morską bryzą gajów palmowych, zanurzona w ciepłym oceanie.

Oczywistym jest więc, że nie zobaczymy Kuby widzianej oczyma rodowitego mieszkańca, ani nawet przybysza całkowicie z zewnątrz. Sytuacja jest dość specyficzna – autorka nie jest ani do końca „swoja”, ani „obca”, co często może dotkliwie odczuć na własnej skórze. Otwiera to przed nią wiele drzwi, inne zatrzaskują się z hukiem. Agnieszka Buda-Rodriguez opisuje swoją historię, nie samą Kubę. Oczywiście, to Wyspa jest głównym tematem tych wspominków, jednak będzie oprowadzani po niej głównie (właściwie poza kilkoma krótkimi fragmentami jedynie) przez autorkę. Dowiemy się więc sporo o pracy tłumacza, a także w dyplomacji, o wystawnych bankietach, na których bawiło się towarzystwo zaproszone przez komunistyczną elitę, a autorka bywała jako tłumacz, odwiedzimy wspaniałe kurorty i mniej znane plaże, poznamy trochę miejsc kulturalnych, anegdot związanych z podróżami Budy-Rodriguez, a nawet historię kilku miejscowych kotów. Ze szczegółami dowiedzieć się można, jak autorka zdobywała samochód i na tym przykładzie dowiedzieć się sporo o funkcjonowaniu różnych urzędów na Kubie oraz sposobie radzenia sobie z problemem braków niemal wszystkiego. Książka stanowi więc kopalnię informacji i anegdot związanych z krajem w czasach rządów Fidela Castro.

A jednak… coś mi podczas czytania „Kuba – daleka piękna wyspa” zgrzytało i nie pozwalało w pełni cieszyć się lekturą, przez co trochę mi się dłużyła. Może to kwestia czasu, w jakim ją czytałam. Odniosłam jednak wrażenie, że osoba autorki zanadto przysłania mi Kubę. Nie miałam ochoty na biografię i choć dowiedziałam się o Kubie mnóstwa rzeczy, wolałabym mieć je przedstawione w trochę odmiennej formie. Najbardziej podobały mi się te fragmenty, gdzie autorka opisywała historię innych ludzi, rodowitych mieszkańców oraz starego emigranta. Wzruszałam się na nich do łez i zapamiętałam najmocniej. Wszelkie wzmianki o historii lub anegdoty dotyczące całego kraju bądź miasta (jak choćby nieszczęsny program kulinarny, gdzie prezenterka proponowała potrawy na to, co akurat było dostępne w sklepach) od razu przykuwały moją uwagę i podobały mi się dalece bardziej, niż opisy tego, gdzie pani Agnieszka bawiła się podczas przybycia danych delegatów i co jadła. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że forma pamiętnika niejako wymusza tak osobiste wtręty. Być może po prostu autorka na tyle różni się ode mnie charakterem, że nie potrafiłam się utożsamić z jej przeżyciami? Ciężko mi to stwierdzić.

Nie znaczy to jednak, że chcę mocno książkę skrytykować. „Kuba – daleka piękna wyspa” jest interesującą lekturą i przybliża ten egzotyczny kraj. Narzekać można na jakoś i ilość zdjęć, pochodzą jednak one z archiwum autorki i robione były zwykłym aparatem, co wyjaśnia ich wygląd. Trochę szkoda…

Moja ocena: 4/6
Agnieszka Buda-Rodriguez, „Kuba – daleka piękna wyspa” (Zysk i S-ka, 2006)


Zostałam zaproszona do wakacyjnego łańcuszka przez Abielę, poniżej zamieszczam więc kilka wyznań czytelniczych :) Wprawdzie zawsze mam problem z wymienieniem jednej pozycji w takich pytaniach i to nawet nie dlatego, że do głowy przychodzi mi ich tak wiele, że nie wiem, którą wybrać. Wręcz przeciwnie, nagle mam w głowie zupełną pustkę i nie potrafię przypomnieć sobie żadnego tytułu… Wszelkie zestawienia, Top-ileś-tam i rankingi, choć lubię je oglądać, były i są dla mnie ciężkim zadaniem.

1. Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?

Takim krajem była i wciąż jest Anglia. Nie pamiętam już, która książka miała na mnie największy wpływ i czy w ogóle można mówić o jednej pozycji. Tak samo rzecz się ma ze Wschodem, choć nie jestem już w stanie powiedzieć, co było pierwsze – fascynacja, czy lektury. Wiem! Skandynawia, a przede wszystkim Norwegia! Zwłaszcza po ostatnio przeczytanym „Kradnąc konie” Pettersona (recenzja niebawem). Na przyszły rok już planuję tam wyprawę. Chyba, że plany potoczą się w innym kierunku i pojedziemy jednak na Ukrainę, której prawie nie znam z literackiej strony.

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?

Najchętniej czytam na dworze, na kocu lub na leżaku. W domu – przy oknie, chyba że upał staje się nieznośny, wtedy przydaje się wiatrak.

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.

Z tych czytanych ostatnio idealne wydaje mi się „Kradnąc konie”. Większość z Was już tę książkę ma za sobą z tego co się orientuję, jednak jeśli nie, to gorąco polecam. Owszem, część książki dzieje się mroźną zimą, druga natomiast upalnym latem i właśnie w tę można wspaniale się wczuć przy ostatnich temperaturach.

Jeśli ktoś ma ochotę na udział w zabawie, zapraszam!

Syberiada

Pisząc notkę o „Wołoce” chciałam pożegnać zimę. Niestety, dziś znów prószył śnieg i jak bardzo bym go nie lubiła, nie ucieszyłam się z tego widoku. Na szczęście (ech…), przypomniałam sobie, że wciąż mam w zanadrzu jeszcze jedną zimową lekturę do opisania, a mianowicie „Syberię” Jacka Pałkiewicza. Wyprawa do krainy mrozu (bo odbyta w porze zabójczych wręcz temperatur) wydaje się być lekturą nadającą się tylko do czytania w zimie. Inaczej opisywana pogoda i uczucia bohaterów stają się wręcz nierealne. Samemu dobrze jest trochę pomarznąć (byle nie zanadto), żeby wczuć się w klimat podróży słynnego polskiego odkrywcy i globtrotera.

Książka opisuje wyprawę na biegun zimna na dalekiej Syberii, którą autor odbył pod koniec lat osiemdziesiątych z grupą wybranych mężczyzn, spełniających wyśrubowane warunki Pałkiewicza. „Syberia” to opis ich przygody, okraszony informacjami na temat tej części świata, anegdotami dotyczącymi uczestników wyprawy jak i ludzi oraz miejsc poznawanych po drodze. Pałkiewicz pisze także o podróżowaniu w ogóle, przygotowaniach i refleksjach związanych z odkrywaniem świata. Największą zaletą książki są jednak zdjęcia: zapierające dech w piersiach widoki śniegowych pustyń, ciemne lasy żywcem wyjęte z niepokojących baśni, czy wreszcie interesujące portrety ludzi mieszkających na Syberii i podporządkowujących sobie ten niegościnny obszar na tyle, na ile to dla człowieka możliwe.

Wiele złego słyszałam o pisarstwie Pałkiewicza i podchodziłam do tej książki z dużą dozą niepewności (inaczej już dawno bym się na nią rzuciła, biorąc pod uwagę region przez nią opisywany). Po przeczytaniu „Syberii” mam następujące zdanie: Pałkiewicz nie napisał dobrej książki. Może w innych jego dziełach jest inaczej, nie chcę oceniać całości jego twórczości znając tylko jeden przykład, ale „Syberia” sprawia wrażenie, jak gdyby redaktorzy powiedzieli panu Jackowi: „Wspaniałe zdjęcia, to może teraz dopisz coś do nich, żeby wyszło tak około 200 stron. A co? A, co tam chcesz, byle mniej więcej dotyczyło Syberii…” Tekst jest chaotyczny, wiele tematów poruszanych jest po kilka razy w różnych miejscach. Pałkiewicz z jednej strony chciał chyba napisać dziennik z podróży, z drugiej – luźne uwagi na temat trasy i ludzi. Powstał z tego misz-masz, dający uczucie niedosytu, a nawet irytacji. Na początku historii, autor przedstawia nam swoich kompanów, którzy później mają różne przygody podczas wyprawy. Bardzo pięknie, ale skoro już mamy się do nich przywiązać i np. dowiadujemy się, że jeden uległ poważnemu ochłodzeniu organizmu, reszta załogi na gwałt szykuje schronienie, a cała sytuacja grozi śmiercią… Wydaje mi się, że czytelnik powinien się dowiedzieć, co się stało dalej. Otrzymuje natomiast (po raz kolejny) wyjaśnienie, jak bardzo niebezpieczne są odmrożenia i wychłodzenie, jak o nie łatwo w tym rejonie, etc. O członku załogi – ani słowa. W następnym rozdziale jednakże ów bliski śmierci mężczyzna rączo biegnie przy swoich saniach, jak gdyby nic mu nigdy nie dolegało… Nie chcę się nadmiernie czepiać, ale Pałkiewicz ma irytującą manierę tłumaczenia czytelnikowi rzeczy oczywistych, a także przypominania mu na każdym kroku, jak niebezpieczna i trudna jest ta wyprawa, tylko dla prawdziwych twardzieli. Myślę, że jest to spowodowane podekscytowaniem podróżnika, radością płynącą z przeżywanej chwili, jednak jako tekst literacki niespecjalnie się sprawdza…

Nie jestem zachęcona do sięgnięcia po inne książki Pałkiewicza, choć może kiedyś skuszę się na tę o Angkor, znów ze względu na opisywane miejsce. Czytając o osiągnięciach Pałkiewicza nie sposób nie uszanować go jako podróżnika z mnóstwem zasług i nie docenić jego umiejętności radzenia sobie w każdych warunkach. Jednak jako autor mnie nie przekonuje i choć nie miałam aż tak negatywnych opinii w stosunku do jego pisarstwa jak autorzy licznych recenzji, to na przyszłość będę szukać książek o interesujących mnie rejonach napisanych przez kogoś innego…

Moja ocena: 3+/6 (plus za zdjęcia)
Jacek Pałkiewicz, „Syberia. Wyprawa na biegun zimna” (Zysk i S-ka, 2007)

„Przerwana lekcja muzyki” Susanna Kaysen

Ostatnio jakoś nie miałam melodii do czytania. Czasem po prostu tak mam, zupełnie nie mam nastroju na książki, a te, które próbuję czytać porzucam w połowie (albo kiedy dzieli mnie jeden rozdział od końca…) – na szczęście zazwyczaj do nich powracam, kiedy już ten dziwny nastrój mi przechodzi. Ostatnie dwa tygodnie tak mi właśnie minęły, czym innym się zajmowałam i gdzie indziej produkowałam, ale wracam do, mam nadzieję w miarę regularnego, pisania :) Póki co nie mam do recenzowania nic nowego, ale zaległości całe mnóstwo, więc jest z czego wybierać.

plm

Mając około 15 lat obejrzałam film „Przerwana lekcja muzyki” i zrobił on na mnie olbrzymie wrażenie. Czułam, że mogę identyfikować się z bohaterką, że rozumiem wiele jej uczuć i myśli. Z czasem o filmie właściwie zapomniałam, ale kiedy zobaczyłam książkę Susanny Kaysen, na której podstawie powstał ów film, postanowiłam ją wypożyczyć i sprawdzić, czy ta historia wciąż do mnie trafia.

Kaysen napisała książkę do pewnego stopnia autobiograficzną, choć nie jest ona jedyną jej bohaterką. Autorka spędziła niemal dwa lata w szpitalu psychiatrycznym, gdzie poznała wiele innych dziewcząt cierpiących na rozmaite zaburzenia, spotkała się z prawdziwymi dramatami i zabawnymi sytuacjami, które postanowiła opisać. Książka stanowi taki właśnie zbiór luźno powiązanych ze sobą historii, nie ma konkretnej fabuły, nie są to też chronologiczne zapiski. Raczej wspomnienia, kilka refleksji, obraz życia w szpitalu psychiatrycznym i ciężka droga do „normalności”. Książka napisana jest potocznym językiem, chwilami dość mocnym, pełnym ironii i goryczy.

Po latach Susanna Kaysen uzyskała dostęp do swojej kartoteki ze szpitala McLean (w którym przebywały także takie znakomitości jak Sylvia Plath, Robert Lowell, Ray Charles oraz James Taylor) i dopiero wtedy dowiedziała się, że skierowano ją tam z diagnozą „osobowość pograniczna”. W rozważaniach pod koniec książki autorka stawia pytanie, co to właściwie są zaburzenia osobowości i czy skierowując ją do zamkniętego szpitala, lekarz wyrządził jej krzywdę nie do naprawienia. Czy przekłamaniem byłoby stwierdzenie, że większość młodych ludzi w pewnym wieku przeżywa pewne zaburzenia osobowości? Mniejsze, większe, ale to właśnie nazwać można okresem dorastania. Choć Kaysen nie daje jasnej odpowiedzi na stawiane przez siebie pytania, kiedy przypominam sobie moją niezachwianą pewność, że rozumiem główną bohaterkę filmu, mogę się z nią zgodzić.

„Przerwana lekcja muzyki” to króciutka książka o fragmentarycznej budowie, którą można czytać po kawałku lub też skończyć w jeden wieczór. Nie odkrywa Ameryki, ale stawia kilka naprawdę ciekawych, ważnych pytań. Podejrzewam, że czytając ją będąc w wieku autorki odbiór książki staje się dużo bardziej emocjonalny i głęboki, ale nawet mając „zaburzenia osobowości” już za sobą, warto ją przeczytać. Zwłaszcza, że w dzisiejszym świecie większość problemów dostaje poważne, psychologiczne nazwy, a odpowiedzialność za pomoc w ich przypadku przerzucana jest z rąk do rąk. O tym też opowiada „Przerwana lekcja muzyki”.

Susanna Kaysen, „Przerwana lekcja muzyki” (Zysk i S-ka, 1996)