Strona główna > książki > Powrót do Westeros

Powrót do Westeros

Wszystko zaczęło się niemal dokładnie sześć lat temu. Lekko zawiedziona i pełna niedosytu po drugim tomie trylogii husyckiej zwierzyłam się zaczytanemu w fantastyce kuzynowi, że marzy mi się wciągająca saga, pełna dopracowanych bohaterów i intryg. Podał mi „Grę o tron” ze słowami „To przeczytaj to”. Zaczęłam czytać pewnego grudniowego wieczora w 2005 i już po kilku pierwszych zdaniach zakochałam się bez pamięci i nieodwracalnie. Wchłonęłam cztery pierwsze tomy jak wysuszona gąbka i na piąty, „Taniec ze smokami”, przyszło mi czekać długie sześć lat. W międzyczasie jednak wybrane fragmenty sagi czytałam po kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy, zapisałam się na forum poświęcone twórczości George’a R.R. Martina, gdzie poznałam fantastycznych ludzi, a wreszcie moje własne pomysły i inspiracje znalazły kierunek, jakiego potrzebowały. Mogę spokojnie stwierdzić, że Pieśń Lodu i Ognia to jedna z najważniejszych książek (cóż, cała seria), jakie czytałam i generalnie jedna z lepszych rzeczy, jakie mi się czytelniczo przytrafiły. Nie dziwi więc, że pierwszy tom „Tańca…” przeczytałam błyskawicznie (pomstując, że już nie studiuję i nie mogę po prostu zarwać nocy i nie iść na zajęcia, jak to się zdarzało przy czytaniu poprzednich) i pozostaje mi z drżeniem serca czekać na tom kolejny, jako że polskie wydanie rozbite jest na dwie części, a tak się złożyło, że Pieśń czytam tylko po polsku. Martin trzyma formę, a ja wciąż kocham jego sagę.

Wydarzenia w „Tańcu ze smokami” biegną paralelnie do tych z poprzedniego tomu, „Uczty dla Wron”, tym razem jednak czytelnik towarzyszy innej grupie bohaterów. Jednym z wielkich plusów warsztatu Martina jest to, że z wielkim wyczuciem opisuje miejsca i krajobrazy, dzięki czemu natychmiast czuje się ich atmosferę. W „Tańcu…” to bardzo istotne, ponieważ dzięki podzielonej narracji czytelnik ma szansę odwiedzić mroźną Północ, skwarne i pełne pyłu Meereen, gdzie nawet słońce wydaje się zachodzić krwawo, wilgotne tereny rzeki Rhoyne, miasta oddzielone od Westeros Wąskim Morzem… Za każdym razem poza główną postacią zmieniał się klimat opowieści, co nie pozwalało nawet na chwilę nudy. Słuchając różnych opinii niejednokrotnie spotykałam się ze zdaniem, że począwszy od „Uczty…” poziom sagi spada i „Taniec ze smokami” również nie trzyma wysokiego poziomu trzech pierwszych część. Choć przy „Uczcie…” miałam takie wątpliwości, pierwszą część „Tańca…” uważam za bardzo udaną. Pamiętać należy, że to środek opowieści, moim zdaniem najtrudniejszy moment, w którym trzeba pewne treści przekazać, wątki się mnożą, a jeszcze nie sposób ich rozwiązać. Po rewelacyjnym początku nie tak łatwo jest trzymać równy stopień napięcia przez cały czas. Ja traktuję tomy czwarty i piąty jako rozwinięcie, które zmierza do epickiego (wierzę w to mocno) rozwiązania. Już podobno w drugiej części tomu piątego akcja dostarcza czytelnikowi mocnych wrażeń i urywa się w takich momentach, że oczekiwanie, aż Martin napisze kolejne dwie części wydaje się być wyrafinowaną torturą… Mam nadzieję, że wkrótce sama się o tym przekonam. Jednak już i w pierwszym tomie „Tańca…” ciśnienie może skoczyć, pojawiają się bohaterowie, o których mówiło się, że nie żyją (choć oczywiście wnikliwi czytelnicy przynajmniej jeden z wątków już rozpracowali, drugi był sporym zaskoczeniem i do tej pory pozostawał w sferze marzeń… ale nie martwcie się – Ned nie powstał jako zombie, to na szczęście inna liga), inni podejmują decyzje, które mogą sporo namieszać… Dzieje się wiele, jak zawsze w Pieśni.

Innym aspektem, który przemawia dla mnie na zdecydowany plus tej części historii jest skupienie się na rozwoju psychologicznym bohaterów. U Martina zawsze fascynowała mnie plejada przemyślanych postaci, tych, które pokochałam niemal od początku i takich, o których czytam z dreszczem obrzydzenia bądź grozy. Choć jest to powieść głównie przygodowa (mimo że słowo to wydaje się być mocno nie na miejscu w tym kontekście), postaci są psychologicznie wiarygodne i nie stoją w miejscu, zmieniając się adekwatnie do przeżyć i sytuacji. Jon Snow, mimo całej mojej sympatii, wydawał mi się jednak bohaterem dość mdłym, przeznaczonym „do lubienia”, a więc nie posiadającym żadnych kontrowersyjnych cech. Tu jednak Lord Dowódca Nocnej Straży z chłopaka staje się mężczyzną, stara się dorosnąć do oczekiwań i nadziei, które w nim położono, wątpi i szuka swojego miejsca, cały czas pozostając w cieniu nieżyjących ojca i brata, wyznaczając ich sobie na wzór. To właśnie chęć zdobycia uznania w ich oczach jest jego siłą napędową, a ciężar nałożony na jego barki i brak zrozumienia otoczenia, samotność i wyobcowanie potwierdzają tylko, że milczący biały wilkor przypadł mu nie tylko ze względu na pochodzenie. Podobała mi się również bolesna lekcja pokory, jaką los zgotował smoczej królowej – Dany z trudem uczy się własnych ograniczeń i starając się być wierna samej sobie popełnia błąd za błędem. Tyrion pozostaje sobą, co jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie można znaleźć w całej sadze, a jego ścieżka wiedzie przez miejsca mityczne. To właśnie on spotka największe zaskoczenie całego tomu. Pojawia się także kolejna z moich ukochanych postaci, czyli jedyny dobry do szpiku kości bohater, który jednak w przeszłości był przemytnikiem – Davos płynący z poselstwem do Białego Mostu. Finał tej wyprawy również podniósł mi ciśnienie i zachwycił, bo tego pragnę dla Północy. Rozdziały Brana nigdy nie należały do moich ulubionych, przyznać jednak trzeba, że dowiedzieć się z nich można rzeczy intrygujących o samym Westeros, a rozdział ukazany oczami Melisandre stanowi prawdziwą gratkę.

Jako wisienkę na torcie uznać można fakt, że jest to chyba najładniej wydany tom sagi, jeśli chodzi o okładkę. Jest estetycznie i na temat, co cieszy zwłaszcza po absolutnie nietrafionych okładkach do obu tomów „Uczty…”. Nie muszę już chyba dodawać, że czyta się szybko – już po pierwszych zdaniach prologu przenosimy się do znanego świata, z którego z niechęcią wracałam do codziennych zajęć. Z utęsknieniem czekam na tom kolejny i wierzę, że się nie zawiodę. Mogłabym pisać i pisać o tej książce i całej serii, nie chcę jednak nikomu psuć zabawy przy czytaniu, bo w Pieśni jest to prawdziwym przestępstwem. Dlatego mogę tylko gorąco zachęcać do zapoznawania się z twórczością Martina, co niniejszym czynię.

Tytuł: Taniec ze smokami
Tytuł oryginału: A Dance with Dragons vol. 1
Autor: George R.R. Martin
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2011
Ilość stron: 634
Moja ocena: 5+/6

Serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za sprezentowanie mi egzemplarza.

Reklamy
  1. 11/12/2011 o 11:33 pm

    Przeczytałam tylko wstęp i dalej się wstrzymałam, bo właśnie mam na tapecie „Grę o tron” i nie wiem, czy sobie nie zepsuję lektury :)

    • 13/12/2011 o 12:08 am

      Starałam się uniknąć spojlerów, choć jeśli jesteś dopiero na pierwszej części, rzeczywiście może lepiej nie czytać NIC :) Och, zazdroszczę Ci, że jeszcze tyle przed Tobą! Ja już tylko czekam i czekam. To przyjemne czekanie, ale byłabym spokojniejsza, gdybym wiedziała, że całość już istnieje spisana i że na pewno się w końcu doczekam…

  2. Inglorion
    13/12/2011 o 6:08 pm

    Też uważam, że narzekania są nie na miejscu, a Taniec ze Smokami jest świetny. Jasne, do Nawałnicy trochę brakuje, ale takie poprowadzenie fabuły, jak robi to Martin to konieczność w tomach środkowych sagi. A robi to w sposób genialny :)

    • 14/12/2011 o 9:45 pm

      Nawałnica jest rewelacyjna, fakt, ale to też inny moment sagi. Ja mam teraz wielką nadzieję, że ostatnie dwa tomy będą powalające i cała saga przejdzie z gracją do historii :) A teraz z utęsknieniem czekam na drugi tom Tańca :)

  3. 19/12/2011 o 2:44 pm

    „Taniec ze smokami” dopiero przede mną, ale zamierzam przeczytać ciurkiem, po wydaniu drugiej części, nie potrafiłabym chyba znieść tego zawieszenia. Jednak Twoją recenzję przeczytałam w całości. Dzięki, że unikałaś spojlerów, a jednak udało ci się rozbudzić mój apetyt :) To prawdziwa sztuka pisania!

    • 20/12/2011 o 10:58 pm

      Dziękuję :) Przyznaję, że aż ciężko nie zawrzeć żadnych spojlerów w recenzji książki, gdzie element zaskoczenia jest tak ważny… a mówimy przecież o piątym tomie! Ja myślę sobie, że chyba się poddam i przeczytam resztę tomu po angielsku. Sześć lat to wystarczająco dużo czekania, a pojęcia nie mam, kiedy Zysk planuje wydać kolejny tom… Wiesz coś może na ten temat?

  1. 01/01/2012 o 10:43 pm

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s