Archiwum

Archive for Luty 2010

Na dalekiej rosyjskiej północy…

Nie wiem, czy to jakieś zimowe przesilenie, zmęczenie materiału, czy natłok obowiązków – grunt, że w ogóle nie miałam siły na pisanie recenzji książek, nie wspominając o czasie. Trochę zdążyło się ich w tym czasie nazbierać, a moje postanowienie pisania o wszystkim, co przeczytam bądź obejrzę, tylko pogłębiało moje zniechęcenie. Dodatkowo mój komputer postanowił oszaleć raz jeszcze, nie wspominając już o połączeniu internetowym… Ostatnio jednak nastąpił przełom, który mogę przypisać skończeniu drugiego rozdziału mojej nieszczęsnej pracy, tygodniowi odpoczynku oraz wszystkim kochanym życzeniom otrzymanym na urodziny. Dodatkowo w wietrze czuć już tę zapowiedź wiosny, która nieodmiennie wprawia mnie w nastrój radosnego podekscytowania i napawa niepohamowanym optymizmem… Mam nadzieję, że i u Was słońce świeci jakoś jaśniej i cieplej.

Recenzja książki Mariusza Wilka jest moim mrugnięciem w stronę zimy i pożegnaniem, mam nadzieję, do przyszłego roku. Choć autor opisuje Wyspy Sołowieckie w różnych porach roku, dla mnie zawsze będą się już kojarzyć z zimą… Wyspy Sołowieckie znajdują się na północy Rosji, na Morzu Białym. Tam właśnie od kilkunastu lat mieszka Mariusz Wilk i o tym regionie pisze swoje książki. Przeczytana przeze mnie „Wołoka” to kontynuacja „Wilczego notesu”, na którą składają się notki, artykuły i eseje zamieszczane w paryskiej „Kulturze”, a potem „Plusie Minusie”. Autor przedstawia Północ Rosji z wielu perspektyw, dzięki czemu jego książka pozostaje trudna do skwalifikowania. Można znaleźć tu zarówno dziennik podróży dokumentujący przeprawę przez Kanał Białomorski oraz przemyślenia dotyczące dzisiejszej Rosji i jej mieszkańców, jak i analizę tekstów staroruskich jak i nowych (wspominani są przede wszystkim Gustaw Herling-Grudziński, Warłam Szałamow, Aleksander Sołżenicyn i Jerzy Giedroyc), poetyckie opisy przyrody, polemikę z innymi autorami piszącymi o tym kawałku świata, aż wreszcie refleksje dotyczące języka i pisania w ogóle. Dzięki temu czytelnik może zapoznać się z historią Wysp Sołowieckich, kulturą jej mieszkańców i literaturą na jej temat.

Czytając „Wołokę” nie można obojętnie podejść do języka używanego przez autora. Wilk pisze używając niezwykle bogatego słownictwa, dodając wiele zwrotów uważanych już za archaiczne oraz rusycyzmów. Motywuje to, nie bezpodstawnie, ogólną tendencją do zapożyczania i zmieniania języka, obecną przecież od najdawniejszych czasów. A skoro zapożyczać – czemu nie z języka bliższego polskiemu, bo słowiańskiego? Chwilami styl ten może irytować i sprawiać wrażenie aż nadto kolokwialnego, ale z drugiej strony używany jest niezwykle spójnie i celowo, czego nie sposób nie docenić. Ciekawe są również wyjaśnienia samego autora, czemu decyduje się właśnie na taki język i styl:

Wracając do moich rusycyzmów, chcę wyjaśnić, że nie są to – bynajmniej! – przejęzyczenia wynikające z długiego pobytu w strefie języka rosyjskiego, ani – tym bardziej! – wybraki mojej polszczyzny. Przeciwnie, wprowadzam je świadomie i konsekwentnie wszędzie tam, gdzie z różnych przyczyn wydają mi się niezbędne. Ideałem moim jest bowiem taki język, którego można by nie tłumaczyć z polskiego na rosyjski. I odwrotnie. (s.178)

Rosja mnie fascynuje, północ przyciąga. A jednak miałam mieszane uczucia w stosunku do „Wołoki”, zwłaszcza czytając fragment pt. „Karelska tropa (1999-2000)”, czyli wspomniany wcześniej dziennik podróży, wzbogacony oczywiście o bardziej ogólne opisy Sołówek i okolic. Paradoksalnie jakoś za mało było dla mnie rosyjskiej północy w książce, która tylko o niej traktuje! Może wpływ na to miał właśnie język, chwilami nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to zapiski dla wybrańców, że wiem za mało i zbyt pobieżnie, by dowiedzieć się czegoś więcej, by zrozumieć i zadowolić się przedstawionymi opisami. Chciałam zobaczyć Wyspy Sołowieckie pod trochę innym kątem, zagłębić się w podanych informacjach, pójść na spacer krótszy w sensie dystansu, ale bardziej… dogłębny? Ostatnia część, „Dziennik Północny (2001-2002)”, najbardziej przypadła mi do gustu i najbliższa była temu, czego od „Wołoki” oczekiwałam.

Przedstawione przeze mnie minusy są jednak całkowicie subiektywne, więc jeśli kogoś interesuje ten region, powinien książkę przeczytać. Jest naprawdę dobrze napisana i w swojej formie dość nietypowa. Przede wszystkim jednak plącze się po niej duch Północy i posmak nieznanego. Warto poświęcić czas na lekturę.

Moja ocena: 4,5/6
Mariusz Wilk, „Wołoka” (Wydawnictwo Literackie, 2008)

Reklamy

Nagroda i zimowe odkrycia muzyczne

Właśnie wróciłam z przymusowego urlopu od komputera – na kilka dni musiałam oddać go do naprawy, a tu czekały na mnie sympatyczne niespodzianki. Bardzo dziękuję Abieli i Necie za przyznanie mi nagrody Kreativ Blogger! Czuję się doceniona i jest mi szalenie miło, nie wspominając już o zmotywowaniu do dalszego pisania (zaległe recenzje wciąż się zbierają…). Natomiast uznałam, że nie będę dalej rozdawać nagrody, a to dlatego, że z moich obserwacji wynika, iż nagroda krąży wśród blogów już od dość dawna i chyba wszyscy znajomi blogowi zdążyli już ją otrzymać :) Dodam tylko, że wszystkie zlinkowane u siebie blogi czytam regularnie (może nawet aż za bardzo regularnie, o czym powiedziałby Wam drugi rozdział mojej pracy magisterskiej, gdyby posiadał taką właściwość…) i bardzo sobie cenię.


Tymczasem postanowiłam przedstawić dwa z moich muzycznych odkryć tej zimy. Ostatnio miałam raczej melancholijny nastrój i wolałam słuchać muzyki delikatniejszej, bardziej nastrojowej. Takiej, która z jednej strony pozwala się wyciszyć, a z drugiej działa inspirująco. Ku swej radości (bo uwielbiam wręcz odkrywać coraz to nowe zespoły, których muzyka mnie porusza), tej zimy całkiem sporo znalazłam takich wykonawców. Dobrze się przy nich czyta, rozmawia albo po prostu słucha ich twórczości. Z pisaniem przy tej muzyce nie jest źle, ale mnie to pisanie w ogóle średnio idzie, przy czymkolwiek by nie było…

The Pineapple Thief powstali w Anglii w 1999. Ich muzykę określa się jako progressive lub też indie rock (co podaję za Wikipedią, ponieważ jak już wspominałam, ja i wszelkie skomplikowane nazwy muzyczne niespecjalnie idziemy w parze…). Wydali już osiem płyt, ja miałam okazję poznać dwie: „Variations on a Dream” oraz „10 Stories Down” i obie bardzo przypadły mi do gustu, zwłaszcza ta pierwsza (z 2003). Ich muzyka spełnia wszystkie wymienione przeze mnie kryteria, delikatny wokal pogłębia nastrojowość, a kompozycje mają w sobie coś niemal wzruszającego. Jeśli ktoś lubi Gazpacho (ach, już niedługo w Polsce!), to spodoba mu się także The Pineapple Thief. Do posłuchania moja ulubiona piosenka (bardzo lubię też „Remember Us”, ale nie znalazłam jej na YouTube), choć naprawdę wiele jest znakomitych.

The American Dollar pochodzi, jak nietrudno zgadnąć, z Ameryki i jest stosunkowo młody, bo powstał dopiero w 2005. Od tego czasu jednak nie próżnowali i wydali już 6 albumów. Ja miałam okazję poznać jeden z nich, „The Technicolour Sleep” i muszę przyznać, że jest naprawdę świetny. Wszystkie utwory to instrumentalne, łagodne kawałki, bardzo czarujące. Dodatkowo zespół występuje w kilku miastach w Polsce w kwietniu (ale oczywiście nie w moim, bo i po co…), więc można się będzie z nimi bliżej zapoznać, gdyby ktoś miał ochotę. A poniżej mój ulubiony kawałek, działa na mnie bardzo inspirująco, wyobraźnia natychmiast zaczyna pracować i tworzyć, tworzyć, tworzyć.