Archiwum

Archive for Sierpień 2011

Czuły barbarzyńca i jego koty

Nie wiem, czy tak powinno wyglądać moje pierwsze spotkanie z Hrabalem. Cieszyłam się na nie i wiele po nim sobie obiecywałam. Nie wiem, czy to była właściwa lektura na ten czas – może dobrała się (bo zrobiła to sama) idealnie, a może najgorzej, jak tylko mogła? Niepewnie się czuję pisząc ten tekst, bo pojęcia nie mam, na ile to sama książka na mnie wpłynęła, a na ile wszystkie zbiegi okoliczności, w jakich ją czytałam. Do „Auteczka” nie można podejść obojętnie, jeśli w trakcie lektury na kolanach leży mały kotek, rozkosznie się przeciągający i ufnie szukający ciepła w naszych ramionach.

„Auteczko” nazywane jest balladą. To krótka forma, poprzedzona wywiadem z Hrabalem, w której opisuje swoją trudną miłość do kotów zamieszkujących jego działkę za miastem. Pisarz, a przynajmniej jego literackie alter ego będące bohaterem tej opowieści, był wielkim miłośnikiem tych zwierząt, z drugiej strony jednak w obliczu kociej plagi (koty wyczuwając pewnie jego życzliwość lgnęły do niego i rozmnażały się radośnie w jego obejściu, domu, a nawet łóżku) zdecydował się na krok drastyczny – część kotków w odstępach czasowych umieścił w wielkim pocztowym worku i roztrzaskał je o drzewa, poprawiając później siekierą. Dręczące go później wyrzuty sumienia doprowadziły go na skraj załamania nerwowego, odbierając całą radość życia. Dopiero wydarzenie, w którym niemal sam stracił życie przyniosło mu przynajmniej częściowe odkupienie i spokój.

Ponieważ gdybyśmy nie przygarnęli naszego kotka i nie znaleźli domu dla jego brata spotkałby ich podobny, jeśli nie taki sam los, w połowie lektury miałam ochotę oddać książkę do biblioteki i zapomnieć, że ją w ogóle czytałam. Zatrzymał mnie chyba sam Hrabal, piszący z czułością, w bardzo ładny sposób. To chyba pierwszy autor, w przypadku którego nie raziły mnie liczne zdrobnienia i słodkie słówka. „Auteczko” mimo swojego okrucieństwa pozostało smutne, melancholijne i na swój sposób urocze. I choć denerwowała mnie niemoc w bohaterze-autorze, która nie pozwalała mu wziąć kotków do weterynarza, by je wysterylizować, zrobić cokolwiek, by uniknąć unicestwiania ich potem w tak brutalny sposób, narracja Hrabala pozwala go w jakiś sposób zrozumieć, a nawet mu wybaczyć. Widząc, jak sam siebie karze i nie potrafi sobie wybaczyć, ogarnęło mnie współczucie, wbrew własnym chęciom.

Nie można też zapomnieć o całej warstwie znaczeniowej, a symboli w „Auteczku” jest dużo. Hrabal stawia uniwersalne pytania o istotę zła w każdym człowieku i rodzaj zła – czy da się je podzielić na to gorsze i takie do przebaczenia? Robi to w nienachalny, jakby lekko niepewny i wstydliwy sposób. Widać tu echo czegoś znacznie bardziej mrocznego, wspomnienia wojenne wydają się odbijać w pozornie prostej historii o kotach mnożących się na małej działce, która miała bohaterowi przynosić wytchnienie, a stała się synonimem męczarni. Przenosząc relację katy i ofiary powstałą między Hrabalem a kotami, zwłaszcza śliczną kotką o imieniu Auteczko, która sama weszła do pocztowego worka, na realia ludzkie, obraz zaczyna być podwójnie wstrząsający. A czy te koty, zdolne przecież do uczuć, o czym wciąż wspomina pisarz, nie zasługują na humanitarne traktowanie? A czy ludzie – tym bardziej?

Niepokojąca to lektura. Bolesna. A mimo to wciąż urocza i, nie mogę zapanować nad tym cisnącym się na usta określeniem, śliczna. Hrabal uwodzi, nawet pisząc o okrucieństwach, których sam się dopuszcza. Odłożyłam książkę zastanawiając się, czy to był dobry start, odpowiedni początek znajomości. Wtuliłam twarz w miękkie futerko mojego mruczącego kociaka i pomyślałam, że skoro taka książka mnie do autora nie zniechęciła, to na pewno warto poznać go bliżej i przeczytać inne powieści. I tak też na pewno w przyszłości zrobię.

Tytuł: Auteczko
Tytuł oryginału: Autíčko
Autor: Bohumil Hrabal
Tłumaczenie: Jakub Pacześniak
Wydawnictwo: Znak, 2003
Ilość stron: 108
Moja ocena: 4/6