Archiwum

Archive for the ‘zabawa’ Category

Dla lubiących pisać listy…

Mała zabawa, w której można wygrać piękne akcesoria przydające się w upiększaniu listów :)

Kategorie:zabawa Tagi: ,

Podziękowania i wyniki losowania

Bardzo dziękuję Wam wszystkim za życzenia udanego dalszego blogowania oraz ciepłe słowa pod adresem Herbatników. Kilka Waszych wpisów wzruszyło mnie mocno, a wszystkie wywołały uśmiech i przyjemne ciepło. Dziękuję, dziękuję, bardzo dziękuję! Bo przecież czym byłby taki blog bez czytelników? Mam nadzieję, że będę się rozwijać, a Wy odwiedzając tę moją stronę, będziecie dalej znajdywać coś ciekawego dla siebie.

Miło mi też, że tyle osób zgłosiło się do losowania (a przy okazji ujawniło się kilku nieznanych mi czytelników, co bardzo mnie cieszy!), a ze swojej strony przepraszam za lekkie opóźnienie w ogłoszeniu wyników – w ostatnich dniach byłam zaprzątnięta Archipelagiem i życiem osobistym (przemili goście). Fotorelacji jako takiej z losowania nie będzie (losować musiałam sama, ukochany odmówił, żółw nie był zainteresowany, ale wierzcie mi – odbyło się uczciwie), ale na dowód, że się ono w ogóle odbyło, poniżej zamieszczam zdjęcie zwycięskiego losu, a Seso proszę o kontakt w celu ustalenia adresu, na który mogę wysłać książkę.

Pozdrawiam wszystkich czytelników wiosennie!

Kategorie:książki, meta, zabawa Tagi:

Malarz słów z Japonii

Wielu jest pisarzy, którzy doskonale radzą sobie z językiem, wywołując w czytelnikach emocje, o które zapewne im chodziło, opisując miejsca i zdarzenia w sposób głęboko zapadający w pamięć. Jest jednak subtelna różnica między zdolnym pisarzem, a prawdziwym malarzem słów (z którym to sformułowaniem po raz pierwszy spotkałam się u Mizuu), który pisze tak piękne, że słowa właściwie przysłaniają treść. Takie poczucie miałam zamykając książkę Yasunariego Kawabaty pt. „Tysiąc żurawi. Śniące piękności”. Kryjące się pod tym tytułem dwie nowele japońskiego Noblisty uwodzą czytelnika delikatną i oniryczną atmosferą, poruszając przy okazji ważkie tematy.

„Tysiąc żurawi” to historia młodego mężczyzny imieniem Kikuji, której przełomowe momenty wiążą się z ceremonią picia herbaty. Kikuji trafia na ceremonię organizowaną przez Chikako, dawną przyjaciółkę swojego ojca, którą jako dziecko widział półnagą i zauważył wtedy szpecące znamię porastające jej pierś. Od tamtej pory przepełnia go pewien lęk do tej kobiety, ale i fascynacja zmieszana z odrazą. Sam nie wie, czemu daje się zaprosić na ceremonię, szybko jednak okazuje się, że Chikako zaplanowała na ten dzień wyswatanie młodego mężczyzny z dziewczyną, którą on sam zauważył podążając do herbacianego pawilonu. Dziewczyna zwróciła jego uwagę świeżą urodę oraz niebagatelnej urody kimonem we wzór tysiąca żurawi. Choć Kikuji przeciwstawia się swatce, nie może wyprzeć się zainteresowania Yukiko. Wszystko wydaje się prostą drogą prowadzić do szybkiego i szczęśliwego zakończenia, w drzwiach pawilonu pojawia się jednak pani Ota, kobieta bliska sercu zmarłego ojca Kikujiego, wraz z młodą córką. W herbaciarni zostaje więc Kikuji i cztery kobiety, z których każda będzie miała niebagatelny wpływ na jego losy.

Drugie opowiadanie błądzi na granicy realizmu magicznego i choć nietrudno wytłumaczyć je sobie racjonalnie, atmosfera niezwykłości nie opuszcza czytelnika do samego końca. Dzięki poleceniu znajomego starzec Eguchi trafia do tajemniczego domu, w którym można wynająć na noc dziewczynę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie dwie zasady obowiązujące w tym niepokojącym miejscu: klienci muszą być starcami, a dziewczyny uśpione są tak mocno, że nic nie jest w stanie obudzić ich przez całą noc. Pierwszej nocy Eguchi rozmyśla nad upokorzeniem i niedolą starców, którzy tylko w ten sposób mogą poczuć się jeszcze przez chwilę mężczyzną lub powspominać młodość i stare czasy. Sam nie włącza siebie do ich grona. Fakt, że wciąż jest w stanie uprawiać „prawdziwy” seks stawia go w jego odczuciu ponad staruszkami, do których czuje lekką pogardę zmieszaną ze współczuciem. Choć obiecuje sobie, że nie znajdzie się więcej w domu śniących piękności, za jakiś czas, wiedziony nagłą potrzebą i impulsem trafia tam znowu, chcąc rozwikłać zagadkę domu, poznając coraz to nowe specjalności domu w postaci uśpionych kobiet. Wspomina przeszłość i melancholijnie rozmyśla nad istotą męskości i niewinności. Dziewczęta śpią i nie chcą się obudzić, a sen coraz mocniej przypominać zaczyna śmierć…

Czytając „Tysiąc żurawi. Śniące piękności” smakowałam z przyjemnością słowa płynące spod pióra Kawabaty. Zwykła codzienność, opisy miejsc i przemyśleń bohaterów ocierały się o poezję, pozostając jasne i przejrzyste, nie przytłoczone ilością metafor i podwójnych znaczeń. Sama treść jest nastrojowa i przyciągająca uwagę. Jeśli miałabym znaleźć minusy książki, to w przypadku „Śniących piękności” chwilami odczuwałam pewien przesyt słów, powtarzające się myśli staruszka i jego obserwacje nie zmieniające się znacznie z nocy na noc wpasowywały się w senny klimat opowieści, mnie jako czytelniczkę chwilami nużyły – mając do wyboru przesyt lub niedopowiedzenie, z całą świadomością wybieram to drugie. Historie opisane w obu nowelach podobały mi się, ale nie zachwyciły, zwłaszcza w porównaniu z innymi czytanymi przeze mnie w ostatnich czasach książkami. Niemniej jednak była to świetna lektura i na pewno nie ostatnia książka Kawabaty, którą mam zamiar przeczytać.

Tytuł: Tysiąc żurawi. Śpiące piękności
Tytuł oryginału: Sembazuru. Nemureru bijo
Autor: Yasunari Kawabata
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: MUZA, 2002
Ilość stron: 312
Moja ocena: 4/6

Książka przeczytana w ramach wyzwań literackich:


Gościnnie w Mieście Książek

Jest mi szalenie miło zaprosić Was w odwiedziny do Miasta Książek, gdzie zostałam zaproszona do cyklu wpisów pt. „Poniedziałkowy gość”, gdzie opowiadam o ważnych dla mnie książkach. Bardzo, bardzo się cieszę z tego wyróżnienia!

A dodatkowo, film o tańczących książkach, z podziękowaniem dla kolegi Piotrka, który mi go pokazał :)

Po trzęsieniu ziemi w Kobe

Haruki Murakami to pisarz niezwykle interesujący. Każdy choć trochę interesujący się literaturą kojarzy to japońskie nazwisko, zdania na temat jego twórczości są natomiast podzielone niekiedy wręcz skrajnie. Jedni go uwielbiają, inni uważają książki jego autorstwa za przejaw grafomaństwa. Patrząc na dość pokaźną liczbę jego powieści i opowiadań można dzielić dalej – niektórzy lubią jego pełne realizmu magicznego książki w rodzaju „Przygody z owcą”, dla innych jest to bełkot, wybierają więc „Norwegian Wood” lub „Po zmierzchu”. Zawsze z zainteresowaniem czytałam dyskusje i recenzje książek Murakamiego. O tym, że muszę bliżej zapoznać się z jego twórczością postanowiłam już dawno, do tej pory jednak mam na koncie tylko „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, które podobało mi się zdecydowanie, choć bez zachwytu. Ot, dobra powieść. Ostatnio postanowiłam znów spędzić trochę czasu z japońskim pisarzem i przeczytałam tom opowiadań, wydanych w Polsce po tytułem „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Spotkałam się z wieloma opiniami, że Murakami nie radzi sobie z krótkimi formami, jego opowiadania są słabe i szkoda na nie czasu. Całkowicie się z tym nie zgadzam, co znów dowodzi różnorodności dzieł pisarza i faktu, że poza jego zdeklarowanymi przeciwnikami, każdy może w jego twórczości znaleźć coś dla siebie.

Opowiadania nie są ze sobą powiązane fabularnie, łączy je natomiast dramatyczne wydarzenie – trzęsienie ziemi w Kobe. Na wszystkich bohaterów i ich historie wpływa ta klęska żywiołowa, częściej jednak pośrednio. Nie znajdziemy więc opisów tragedii ludzi zamieszkujących Kobe, książka Murakamiego nie stanowi bowiem w żadnym wypadku rozrachunku z tym wydarzeniem, ani nie prezentuje sobą poważnego dzieła na temat odbioru owych szokujących wiadomości przez resztą japońskiego społeczeństwa. Trzęsienie ziemi to punkt wyjścia do niezależnych opowieści, pełnych melancholii i poczucia odosobnienia, ale i nie pozbawionych humoru bądź ironii. Wszystkie też skrzą się magiczną atmosferą, która może przejawiać się dosłownie w postaci tajemniczego pana Żaby, który chce uratować Japonię przed kolejnym trzęsieniem; lub też jest subtelna i delikatna – wystarczy wyobrazić sobie jednak ogniska płonące na plaży w drugim opowiadaniu, by móc ją poczuć i dać się uwieść. Najchętniej określiłabym to jako szeroko rozumiany „klimat” – opowiadania Murakamiego są niezwykle klimatyczne, w sposób jak najbardziej mi pasujący. Chwilami można poczuć na plecach dreszcz, poczucie niepewności, bycia obserwowanym bądź wplątanym w niezrozumiałą grę niepokoi, jak w przypadku „UFO ląduje w Kushiro”. Innym razem sedno opowieści ubrane jest w metaforę uroczej bajki dla dzieci, opowiadanej przez bohatera dziewczynce nękanej przez senne koszmary („Ciastka z miodem”). Każde z opowiadań ujęło mnie czymś innym.

Po skończeniu pierwszego opowiadania pomyślałam sobie, że szalenie podoba mi się sposób, w jaki Murakami pisze. Treść jego książki również bardzo przypadła mi do gustu, ale nie wykluczam, że nawet dużo słabsze rozwiązania fabularne przełknęłabym bez marudzenia i protestów, gdyż niezwykle smacznie czytało mi się po prostu zdania, które wyszły spod jego pióra. W tych krótkich formach pisarz zawarł odpowiednią ilość subtelnej melancholii, samotności i desperackiego niemal pragnienia ogrzania się w cieple czyich uczuć, z dawką lekkiego humoru, zabawnych porównań lub stwarzających poczucie zagrożenia tajemnic.

Choć może wciąż za wcześnie na konkluzję, pisarstwo Murakamiego wydaje się być zdecydowanie dla mnie i mam zamiar pogłębiać moją znajomość z japońskim autorem. Tymczasem polecam Wam zbiór opowiadań „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Teraz jest mi tym bardziej smutno, że zostałam oszukana przez portal Dziennik.pl i choć wygrałam u nich w konkursie pierwszą część „1Q84” nie uznali za stosowne wysłać mi mojej nagrody, pomimo wielu maili z mojej strony. Cóż, jeśli po kolejnych lekturach nadal będzie mi z Murakamim na tyle po drodze, nie omieszkam kupić sobie i tej powieści.

Tytuł: Wszystkie boże dzieci tańczą
Tytuł oryginału: Kami-no kodomotachi-wa mina odoru
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 184
Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwań literackich:

Fascynacja mordercą w norweskim wydaniu

Postanowienia postanowieniami, a rzeczywistość nie zawsze daje się nagiąć do aktualnych zachcianek, w tym wypadku był to czas na opisanie przeczytanych przeze mnie ostatnio książek, a wbrew pozorom zdążyłam już trochę poczytać. Dziś po raz ostatni poszłam do starego miejsca pracy, tym samym kończąc uciążliwe zamykanie spraw i mocno stresujący okres (przede mną nowa praca, więc jak będzie z czasem – ciężko stwierdzić), nadrobiłam trochę zaległości w pisaniu listów, a przeczytanie książki pozostawione bez komentarza kłują mnie w oczy niczym wyrzuty sumienia. Zacznę odrobinę niechronologicznie, jednak po przeczytaniu „Nocy profesora Andersena” Daga Solstada układam sobie w głowie swoje zdanie na temat tej książki i muszę przyznać, że nie jest to łatwe zadanie. A jak wiadomo, takie lektury należą do tych najbardziej intrygujących.

Dag Solstad to pisarz budzący kontrowersje swoimi książkami, o czym dowiedzieć można się ze wstępu przygotowanego przez panią tłumaczkę. Tak samo jak w przypadku innych pozycji wydanych przez Smak Słowa, które miałam przyjemność czytać, wstęp jest jednym z najmocniejszych punktów książki – interesujący, bez psucia przyjemności w poznawaniu fabuły opisujący główne motywy, na które warto zwrócić uwagę czytając. Zastanawiam się, czy nie lepiej jeszcze byłoby umieszczać tego typu komentarze w posłowiu, aby nie sugerować czytelnikowi, którym torem mogłyby (nie chcę tu używać słowa „powinny”) zmierzać jego myśli podczas lektury. Na koniec jednak byłoby to fantastycznym dopełnieniem całości. W przypadku „Nocy profesora Andersena” krótki tekst Doroty Polskiej zawierający jej (tak myślę) interpretację zachęca do czytania i narobił mi dużo smaku na czytanie.

Opis na okładce i początek „Nocy…” sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z kryminałem – oto samotnie spędzający Wigilię profesor Andersen obserwuje rozświetlone okna z budynku naprzeciwko. W jednym z nich dostrzega młodą kobietę, co nasuwa mu na myśl pozytywne refleksje. Niestety, urok chwili szybko zmienia się w koszmar – za kobietą pojawia się młody mężczyzna i na oczach Andersena dusi swoją towarzyszkę. Przerażony obserwator chowa się w cień zasłony i sięga po słuchawkę, aby zadzwonić po policję, jednak… odkłada ją bez wykonania obywatelskiego obowiązku. Od tej chwili jego spokojne i poukładane życie zmienia się w pasmo wyrzutów sumienia i prób zrozumienia własnej psychiki, które łączą się z refleksją na temat ludzkiej pamięci, sensu tworzenia i studiowania literatury, aż wreszcie – charakterystyką norweskich pięćdziesięciolatków żyjących w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Choć motyw tajemniczego mordercy, który przyprawia Andersena o niepokojącą fascynację przemieszaną z lękiem i ciekawością, rozmywa się w połowie książki, wraca jednak pod koniec, wywołując przyjemny dreszcz. Sam finał jednak nieco mnie rozczarował. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Solstad do niewielkiej objętościowo książki chciał na siłę wtłoczyć zbyt dużą liczbę tematów, żadnym z nich nie zajmując się jednak dogłębnie, upraszczając je, a przede wszystkim streszczając lub skracając tok myślowy bohatera. To, co wydawało się być nową odsłoną dylematu w skali „Zbrodni i kary” końcem końców wypadło blado.

Styl Solstada jest ciekawy, autor używa ładnego języka, pisząc długie, lekko chaotyczne zdania. Lubię taki rodzaj pisania, choć muszę przyznać, że wolę, gdy tego rodzaju wywody pochodzą z głowy bohatera, zahaczają o strumień świadomości, nie przeszkadza mi wtedy pewna histeryczność, która nierzadko łączy się z wyrzucaniem z siebie myśli jedna za drugą. Kiedy jednak pozwala sobie na to trzecioosobowy narrator – czuję się dziwnie. Beznamiętne opowiadanie, liczne powtórzenia i charakteryzowanie po raz wtóry pokolenia Pala Andersena w pewnym momencie podziałało na mnie nużąco.

Nie mogę odmówić Solstadowi talentu, nie mogę nie przyznać, że „Noc profesora Andersena” jest książką ciekawą i zajmująco, niestety nie trafiła ona jednak w mój gust. Może czas i nastrój nie był odpowiedni, jednak po inne dzieła norweskiego autora nie sięgnę, wybierając innych skandynawskich pisarzy. Nie chcę jednak zniechęcać Was do czytania „Nocy…”, która zbiera same pozytywne recenzje i niewątpliwie jest książką godną uwagi. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać surowemu urokowi tej prozy.

Tytuł: Noc profesora Andersena
Tytuł oryginału: Professor Andersens natt
Autor: Dag Solstad
Tłumaczenie: Dorota Polska
Wydawnictwo: Smak Słowa , Listopad 2010
Ilość stron: 112
Moja ocena: 3+/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Smak Słowa za udostępnienie mi książki do recenzji.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

Wyzwania, wyzwania

Coraz bliżej końca roku, czas więc na zamykanie pewnych kwestii, podsumowania (za którymi osobiście nie przepadam, bo zwyczajnie nie idzie mi ich tworzenie) oraz plany na najbliższą przyszłość. Z tej okazji postawnowiłam nareszcie zamknąć wyzwanie Kraje Nordyckie, które swoje oficjalne zakończenie miało 30 listopada. Do tego czasu wyrobiłam się z czytaniem, gorzej było z pisaniem notek, które nadrabiałam już po wyznaczonym terminie. Nie mniej jednak jestem zadowolona z wyniku:

  • Dania: „Młyn na wzgórzu” Karl Gjellerup (4/6)
  • Szwecja: „Anna, Hanna i Johanna” Marianne Fredriksson (6/6)
  • Norwegia: „Kradnąc konie” Per Petterson (5/6), „Ostatni wiking” Johan Bojer (4/6)
  • Islandia: „Skugga Baldur. Opowieść islandzka” Sjón (4/6)
  • Finlandia: „Niech się rozpęta burza” Leena Lander (4/6)
  • Estonia: „Kamienie z nieba” Jaan Kross (5/6)
  • Laponia: „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna” Ailo Gaup (4/6)
  • Wyspy Owcze: „Honor biedaka” Heðin Brú (4/6)
  • Do literatury skandynawskiej będę na pewno wracać, bo bardzo mi ona pasuje, a na półce wciąż czeka sporo pozycji z tego regionu. Tak więc będę wracać do krajów nordyckich, tym razem poza ramami wyzwania.

    Ponieważ wyzwania to dobra rzecz, a ja, sądząc po dotychczasowych doświadczeniach, jestem od nich lekko uzależniona, biorę udział w trzech kolejnych. Planów czytelniczych jeszcze nia mam, przede wszystkim mam zamiar czytać książki z własnych zbiorów, inaczej w nich utonę, a nie będę miała czasu ich czytać, co ostatnio zaczyna mi przeszkadzać… A oto one:


    Oraz najnowsze wyzwanie Padmy, dotyczące nocy. Polecam gorąco :)

    Kategorie:zabawa Tagi: