Archiwum

Archive for Styczeń 2011

Dla zabieganych

Książki podróżnicze znajdują się ostatnio na liście moich najczęstszych lektur, co oczywiście jest po mojej myśli – odczuwam potrzebę poznawania nowych miejsc i podróżowania, choćby na papierze. Od dwóch tygodni bowiem podróżuję wprawdzie sporo, ale tylko jednym autobusem, na jednej trasie, w jedno miejsce i z powrotem. Nie narzekam jednak, bo choć dojazdy takie potrafią zmęczyć, mam sporo czasu na czytanie. Są takie książki, które wręcz idealnie nadają się do czytania w podróży, jedną z nich jest z pewnością zbiór krótkich wywiadów z pisarzami (i nie tylko, jak zaznacza autor) pt. „W biegu… książka podróżna” autorstwa Marcina Wilka, którą właśnie skończyłam czytać.

We wstępie autor sam stwierdza, że przeprowadzane przez niego wywiady często miały miejsce „w biegu”, kiedy pisarz miał niewiele czasu między jednym spotkaniem a drugim. Stąd też krótka forma rozmów, co nie wpływa jednak negatywnie na jakość. Zdaniem Wilka też pośpiech mógł odbić się w intensywności wymienianych zdań – gdy ktoś wie, że ma niewiele czasu w krótkiej wypowiedzi może zawrzeć jak najwięcej prawdy i autentyczności, by zostać dobrze zrozumianym przez czytelników. Czy tak było w istocie ciężko mi ocenić, ponieważ było to moje pierwsze spotkanie z większością autorów, z reguły nie czytam wywiadów (nie z braku chęci, ale nie kupuję żadnej prasy, więc rzadko kiedy rozmowy z pisarzami wpadają mi w ręce). 47 wywiadów składających się na „W biegu…” stanowi jednak na tyle ciekawą i różnorodną treść, że jako czytelniczka nie odczułam właściwie „podróżniczego”, jak gdyby tymczasowego, charakteru rozmów. Pytania prowadzącego uznałam za przemyślane i przede wszystkim inspirujące do ciekawych dyskusji, w których pisarze przedstawiali nie tylko swoje spojrzenie na pisanie i roli pisarza w dzisiejszym świecie, ale odkrywali przed czytelnikami sporo fragmentów własnych ideologii. Nie znajdzie się tu dociekania na tematy osobiste, prywatne życie rozmówców nie leży w polu zainteresowań Wilka, co zdecydowanie przypadło mi do gustu i wydało się miłą odmianą od większości wywiadów z kolorowych pism, które czytałam w przeszłości (nie mogę porównywać do dzisiejszej prasy, zwłaszcza tej z „kulturowej” półki, gdyż jak wspomniałam, nie mam z nią teraz kontaktu – może to standard i cieszyłabym się bardzo, gdyby tak było w istocie). Książka podzielona jest na 17 podróży w zależności od motywu przewodniego rozmowy. Zawsze jednak gdzieś pojawia się właśnie wątek podróży, najczęściej w głąb siebie, kultury, czasem jest to podróż w czasie, innym znów razem dosłowna. Układ ten przypadł mi do gustu i wydaje mi się ciekawym podejściem do tematu.

Jakich pisarzy znajdziemy w książce? Choćby Etgara Kereta, Olgę Tokarczuk, Marinę Lewycką, Michela Fabera, Eduardę Mendozę, Johna Irvinga lub Michela Houellebecqa. Wiele nazwisk było mi oczywiście znanych, choć do tej pory nie czytałam jeszcze książek większości autorów, mimo to czytanie ich spostrzeżeń było bardzo ciekawe. Wilk rozmawiał także z pisarzami, za którymi nie przepadam lub zupełnie nie mam ochoty zapoznawać się z ich twórczością jak choćby Januszem L. Wiśniewskim, Katarzyną Grocholą czy Izabelą Sową. Czytanie ich wypowiedzi było jednak ciekawym doświadczeniem… kulturowym w moim odczuciu. Być może było tak dlatego, że jak podkreślam, mam niewielki kontakt z wywiadami w ogóle i ciekawe stało się dla mnie odkrywanie spojrzenia pisarzy, także tych, którzy zupełnie do mnie nie przemawiają (nieszczęsną S@amotność w sieci do tej pory uważam za jedną z najgorszych książek, jakie czytałam w życiu) na ich własną twórczość, czytelników, wreszcie zmieniający się świat. Gdzie w dzisiejszej rzeczywistości znajduje się miejsce książki? Czy autor wykonuje pracę taką, jak każdy inny zawód, czy może powinien być raczej natchnionym artystą? Oczywiście ani Wilk, ani żaden z pisarzy nie daje uniwersalnej odpowiedzi na te tematy, w swoich rozmowach zwracają jednak uwagę na zagadnienia, które z powodzeniem mogą się stać punktem wyjściowym do samodzielnej refleksji.

Biorąc pod uwagę krótkie formy wywiadów i zajmującą treść, książkę świetnie czyta się świetnie w autobusie – bez żalu można doczytać do końca rozmowy i zrobić dłuższą przerwę, wracając do lektury w drodze powrotnej do domu. Dzięki temu wypowiedzi się nie zlewają w jedną, a w nudniejszych chwilach w pracy można oddać się rozmyślaniom na temat własnego zdania dotyczącego poruszanych w książce tematów. Kilka omawianych książek, o których wcześniej nie słyszałam trafiło na moją listę, niektórzy pisarze wzbudzili moje zaciekawienie… Jednym słowem, polecam.

Tytuł: W biegu… książka podróżna: Rozmowy z pisarzami (i nie tylko)
Autor: Marcin Wilk
Wydawnictwo: Universitas, 2010
Ilość stron: 316
Moja ocena: 5/6

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Universitas , za co bardzo dziękuję.

Polski równoleżnik

Jak widać po blogu, postanowienia noworoczne udają mi się różnie. Wprawdzie wciąż czytam dużo, a może nawet więcej niż ostatnio, bo dojazdy do pracy zajmują mi czterdzieści minut w jedną stronę, gorzej ma się jednak rzecz z prowadzeniem bloga, co widać na smętnym załączonym obrazku. Powoli jednak oswajam się z nową sytuacją i nadrabiam zaległości wszelkiego rodzaju, które nie wiedzieć kiedy pojawiły się podczas mojej dwutygodniowej nieobecności w świecie wirtualnym. Tak więc niedługo mam nadzieję poczytać Wasze blogi (czas na ich lekturę w godzinach pracy był jedną z sympatyczniejszych rzeczy, jakie mnie spotykała w poprzedniej pracy…). Tymczasem muszę reaktywować trochę swoje osobiste miejsce, zwłaszcza, że recenzje czekają…

Afryka to dla mnie chyba najbardziej tajemniczy kontynent, moja wiedza na jej temat pełna jest dziur i białych plam. Nie jestem specjalnie zafascynowana tym obszarem (co morze się brać z mojej niewiedzy), czuję jednak potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej o krajach i ludziach się tam znajdujących. Dlatego też co jakiś czas sięgam po książki na temat Afryki, w planach mam poznanie także literatury afrykańskiej. Ostatnio zaproponowano mi do recenzji „Równoleżnik zero” Olgierda Budrewicza i choć nie jest to najnowsza książka (opisuje wyprawę z lat 60., wtedy też została napisana), miałam nadzieję, że pomoże mi uporządkować pewne wiadomości w głowie i przedstawi fascynującą podróż w czasach różniących się od teraźniejszości nie tylko postępem technologicznym, ale i mentalnością. Nie przeczę, że Budrewicz jest ciekawą osobą i przecierał wiele ścieżek jako pierwszy polski podróżnik. Jednak jego wyprawa do Konga, a potem do Burundi i Rwandy pozostawiła mnie z uczuciem niedosytu.

Autor odwiedził kolejno Kongo Léopoldville, Kongo Brazzaville, Burundi, a wreszcie Rwandę. Szlak to ambitny, zwłaszcza biorąc pod uwagę niespokojną i zmienną sytuację regionu, gdzie Europejczycy niekoniecznie cieszą się dobrą sławą i może ich spotkać nieprzychylne przyjęcie ze strony rdzennych mieszkańców. Budrewicz z wdziękiem opisuje swoje przygody, nie szczędząc sobie auto-ironii. Niestety, to, co interesuje polskiego podróżnika niekoniecznie pokrywa się z moimi oczekiwaniami. Przede wszystkim Budrewicz ani na chwilę nie pozwala nam zapomnieć, że w Afryce znalazł się wykonując swoją reporterską pracę. Dostał zlecenie, postanowił je podjąć i tyle. Wydawać by się mogło, że nie przygotował się nawet solidnie do tej podróży. Na miejscu czuje się niepewnie i choć krytykuje działalność białej społeczności, to właśnie ich towarzystwa szuka. Głównym obiektem jego fascynacji jest oczywiście polski myśliwy, Stanisław Hempel, któremu książka jest zresztą dedykowana. Hempel staje się niejako mentorem Budrewicza i wprowadza go w arkana życia w tropikalnej puszczy. Ta ekspedycja jest jednym z ciekawszych fragmentów książki, z drugiej jednak strony – stanowi esencję tego, co mnie w „Równoleżniku zero” niesamowicie irytowało. Choć autor naśmiewa się z siebie i innych białych podróżników (poza Hemplem ma się rozumieć, chwali także jego ukochaną, choć pojawia się ona w tle, nietrudno w ogóle zapomnieć o jej obecności w ekspedycji), a chwali czarnoskórych, zwłaszcza „duchy puszczy”, czyli Pigmejów, robi to wszystko z pozycji osoby stojącej wyżej w hierarchii, traktując chwalonych jak dzieci, które zaskakująco dobrze się spisały. O ile można założyć, że jest to spojrzenie na sprawę z perspektywy dzisiejszego czytelnika, a sam autor miał jak najszczersze, życzliwe intencje, o tyle zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia. Budrewicz, choć ma wiele możliwości kontaktu z rdzennymi mieszkańcami, o których jak sam przyznaje, ówczesny świat wiedział bardzo niewiele, nie wykorzystuje swojej sytuacji do zgłębienia tajemnic ich życia. W książce nie ma ani jednego dialogu, z którego można byłoby poznać zdanie dotyczące codzienności Afrykańczyków z ich własnych ust. Choć Hempel świetnie posługuje się językami miejscowej ludności, Budrewicz nie prosi go o tłumaczenie, nie dąży do kontaktu z mieszkańcami wiosek. Interesują go jedynie biali mieszkańcy, to ich poszukuje i najwyżej od nich zyskuje informacje o życiu „zwykłych” mieszkańców Afryki. Wielka to szkoda, a mnie to jednostronne spojrzenie irytowało. Podejrzewam, że ciekawsze mogłyby być dla mnie wspomnienia samego Hempla, choć nie imponował mi jako myśliwy, do czego bardzo chce przekonać czytelnika Budrewicz. Myślistwo, choć nie jest dla mnie tematem jednoznacznym, absolutnie mnie nie pociąga, a wręcz przeciwnie, odrzuca. Było mi bardzo żal krokodyli, w polowaniu na które autor wziął udział. Tak samo anegdotę ze słoniem, czy raczej jego nogą, uważam za zwyczajnie niesmaczną. Tym bardziej, że na koniec sam Budrewicz stwierdza, że taki gadżet do niczego mu się raczej nie przydaje, a słoń mógłby dalej biegać po puszczy… Szkoda tylko, że takie refleksje nachodzą Budrewicza po faktach, przynajmniej tak układa narrację swojej książki… Oczywiście, niepozbawione uroku są rozmaite anegdoty o Polakach zamieszkujących Afrykę. W moim odczuciu powinny być jednak dodatkiem, nie główną treścią. Chyba, że taki był zamysł od początku i książka powinna nazywać się „Polski równoleżnik zero”.

Jednym słowem – choć autor odwiedził miejsca ciekawe, pokusił się o przedstawienie zarysu ich historii i sytuacji społecznej, książka nie zdobyła w moich oczach uznania. Brakuje jej czegoś, co dość górnolotnie i trochę na wyrost nazwałabym „humanizmem”. Nie ma tu wiele miejsca dla zwykłych ludzi, ich życia i problemów. Obecni są biali władcy, biali przegrani, historie ich życia… Ale chyba nie po to Budrewicz pojechał do Afryki. Książkę czyta się jednak szybko, a pewne fragmenty zachęcają do refleksji, choć autor nie służy w niej pomocą – zarysowuje jednak temat, z którym można się zmierzyć samodzielnie lub w oparciu o inne lektury. Dodatkowo, „Równoleżnik zero” jest książką przepięknie wydaną, z dobrymi zdjęciami. Nie jest to więc pomyłka wydawnicza, a jedynie (w moim osobistym odczuciu oczywiście) pozycja, która mocno się zestarzała…

Tytuł: Równoleżnik zero
Autor: Olgierd Budrewicz
Wydawnictwo: PWN, 2010
Ilość stron: 230
Moja ocena: 3/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu PWN.

Fascynacja mordercą w norweskim wydaniu

Postanowienia postanowieniami, a rzeczywistość nie zawsze daje się nagiąć do aktualnych zachcianek, w tym wypadku był to czas na opisanie przeczytanych przeze mnie ostatnio książek, a wbrew pozorom zdążyłam już trochę poczytać. Dziś po raz ostatni poszłam do starego miejsca pracy, tym samym kończąc uciążliwe zamykanie spraw i mocno stresujący okres (przede mną nowa praca, więc jak będzie z czasem – ciężko stwierdzić), nadrobiłam trochę zaległości w pisaniu listów, a przeczytanie książki pozostawione bez komentarza kłują mnie w oczy niczym wyrzuty sumienia. Zacznę odrobinę niechronologicznie, jednak po przeczytaniu „Nocy profesora Andersena” Daga Solstada układam sobie w głowie swoje zdanie na temat tej książki i muszę przyznać, że nie jest to łatwe zadanie. A jak wiadomo, takie lektury należą do tych najbardziej intrygujących.

Dag Solstad to pisarz budzący kontrowersje swoimi książkami, o czym dowiedzieć można się ze wstępu przygotowanego przez panią tłumaczkę. Tak samo jak w przypadku innych pozycji wydanych przez Smak Słowa, które miałam przyjemność czytać, wstęp jest jednym z najmocniejszych punktów książki – interesujący, bez psucia przyjemności w poznawaniu fabuły opisujący główne motywy, na które warto zwrócić uwagę czytając. Zastanawiam się, czy nie lepiej jeszcze byłoby umieszczać tego typu komentarze w posłowiu, aby nie sugerować czytelnikowi, którym torem mogłyby (nie chcę tu używać słowa „powinny”) zmierzać jego myśli podczas lektury. Na koniec jednak byłoby to fantastycznym dopełnieniem całości. W przypadku „Nocy profesora Andersena” krótki tekst Doroty Polskiej zawierający jej (tak myślę) interpretację zachęca do czytania i narobił mi dużo smaku na czytanie.

Opis na okładce i początek „Nocy…” sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z kryminałem – oto samotnie spędzający Wigilię profesor Andersen obserwuje rozświetlone okna z budynku naprzeciwko. W jednym z nich dostrzega młodą kobietę, co nasuwa mu na myśl pozytywne refleksje. Niestety, urok chwili szybko zmienia się w koszmar – za kobietą pojawia się młody mężczyzna i na oczach Andersena dusi swoją towarzyszkę. Przerażony obserwator chowa się w cień zasłony i sięga po słuchawkę, aby zadzwonić po policję, jednak… odkłada ją bez wykonania obywatelskiego obowiązku. Od tej chwili jego spokojne i poukładane życie zmienia się w pasmo wyrzutów sumienia i prób zrozumienia własnej psychiki, które łączą się z refleksją na temat ludzkiej pamięci, sensu tworzenia i studiowania literatury, aż wreszcie – charakterystyką norweskich pięćdziesięciolatków żyjących w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Choć motyw tajemniczego mordercy, który przyprawia Andersena o niepokojącą fascynację przemieszaną z lękiem i ciekawością, rozmywa się w połowie książki, wraca jednak pod koniec, wywołując przyjemny dreszcz. Sam finał jednak nieco mnie rozczarował. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Solstad do niewielkiej objętościowo książki chciał na siłę wtłoczyć zbyt dużą liczbę tematów, żadnym z nich nie zajmując się jednak dogłębnie, upraszczając je, a przede wszystkim streszczając lub skracając tok myślowy bohatera. To, co wydawało się być nową odsłoną dylematu w skali „Zbrodni i kary” końcem końców wypadło blado.

Styl Solstada jest ciekawy, autor używa ładnego języka, pisząc długie, lekko chaotyczne zdania. Lubię taki rodzaj pisania, choć muszę przyznać, że wolę, gdy tego rodzaju wywody pochodzą z głowy bohatera, zahaczają o strumień świadomości, nie przeszkadza mi wtedy pewna histeryczność, która nierzadko łączy się z wyrzucaniem z siebie myśli jedna za drugą. Kiedy jednak pozwala sobie na to trzecioosobowy narrator – czuję się dziwnie. Beznamiętne opowiadanie, liczne powtórzenia i charakteryzowanie po raz wtóry pokolenia Pala Andersena w pewnym momencie podziałało na mnie nużąco.

Nie mogę odmówić Solstadowi talentu, nie mogę nie przyznać, że „Noc profesora Andersena” jest książką ciekawą i zajmująco, niestety nie trafiła ona jednak w mój gust. Może czas i nastrój nie był odpowiedni, jednak po inne dzieła norweskiego autora nie sięgnę, wybierając innych skandynawskich pisarzy. Nie chcę jednak zniechęcać Was do czytania „Nocy…”, która zbiera same pozytywne recenzje i niewątpliwie jest książką godną uwagi. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać surowemu urokowi tej prozy.

Tytuł: Noc profesora Andersena
Tytuł oryginału: Professor Andersens natt
Autor: Dag Solstad
Tłumaczenie: Dorota Polska
Wydawnictwo: Smak Słowa , Listopad 2010
Ilość stron: 112
Moja ocena: 3+/6

Bardzo dziękuję wydawnictwu Smak Słowa za udostępnienie mi książki do recenzji.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

Na koniec, na początek

Koniec roku sprzyja podsumowaniom, rozliczeniom i rozmaitym refleksjom na tematy przemijania, sukcesów bądź porażek w realizowaniu planów z zeszłego roku. Nie jestem dobra w tworzeniu zestawień i statystyk, ale z wielką uwagą i zainteresowaniem czytam te na zaprzyjaźnionych blogach. Bardzo lubię dowiadywać się, co ktoś uznał za książkę roku (ja raczej nie byłabym w stanie dokonać takiego wyboru), ile książek przeczytał, jak generalnie je oceniał i wszystko to, co dana osoba normalnie zamieszcza na swoim blogu. W tym roku na Herbatnikach niczego takiego nie zamieszczę, ale w przyszłym roku – kto wie? Może nauczę się robić listy ulubionych rzeczy, podsumowania, zaprzyjaźnię się też ze statystyką.

Nowy Rok natomiast motywuje mnie nieodmiennie do postanowień i lubię je robić. Zawsze przyjemność sprawiało mi robienie list zadań, planów do zrealizowania i pomysłów (wyjątkiem jest lista rzeczy, które powinnam spakować jadąc w podróż. Kiedyś taką robiłam, ale znielubiłam tę czynność… Chyba powinnam powrócić do tego nawyku, bo mimo wszystko jest zwyczajnie praktyczny). Z realizacją jest różnie, ale jaka to za radość, kiedy można z listy wykreślić zrealizowany punkt! Wprawdzie w tym roku nie dałam rady (jeszcze) spisać moich planów, te blogowe wyklarowały się już jakiś czas temu. Oto kilka z nich:

  • Przede wszystkim więcej czytać. Mniej marnować czasu na bezmyślne spędzanie czasu przed komputerem, a więcej – na czytaniu.

  • Uważniej wybierać lektury. W tym roku trafiło mi się kilka książek, które przeczytałam namówiona przez kogoś, nie mając do nich przekonania. Biorąc pod uwagę ile książek czeka chociażby na półce, nie wspominając o niekończącej się liście tych do przeczytania z biblioteki lub zaopatrzenia się w nie w przyszłości, szkoda czasu na lektury, do których nie jestem nastawiona entuzjastycznie. Oczywiście, co jakiś czas mam ochotę sięgnąć po książkę, o której niewiele wiem i nierzadko zaskoczenie jest jak najbardziej na plus. Przede wszystkim chcę się jednak skupić na książkach, które od dawna chciałam przeczytać.

  • A skoro o tym mowa – chcę czytać więcej książek z moich własnych zbiorów. Patrzą na mnie z takim wyrzutem, że zaczyna być mi wstyd.

  • Inna ważna sprawa – w tym roku nie przeczytałam żadnej (!) książki po angielsku, nie licząc tych potrzebnych do pracy magisterskiej. Jestem na siebie zła i na pewno mam zamiar zmienić to w tym roku.

  • Chcę więcej czytać polskiej literatury, wyrabiać sobie zdanie o rodzimych pisarzach i pisarkach, choć raz znać jakąś pozycję nominowaną do Nagrody Nike, na przykład.

  • A wreszcie – bardziej przykładać się do prowadzenia tego bloga, pod wieloma względami.

Z innych ciekawostek, zarejestrowałam się na portalu Lubimyczytac.pl i spodobało mi się tam. Oczywiście, tego rodzaju strona nie zastąpi bloga, ale ma swoje plusy, jak choćby stworzenie własnej biblioteczki w Internecie. Wreszcie będę miała odpowiedź na stwierdzenia „Ee, ja to ci książek nie dam, bo nie wiem, jakie masz, jakie czytałaś…” ;) Zresztą, chyba zwyczajnie lubię takie miejsca (tak, jak nie cierpię nieszczęsnego Facebooka, choć mam tam konto i z kilku powodów nie będę go kasować, przynajmniej póki co). Niestety, głupi wordpress nie pozwala mi tu wkleić uroczej wklejki, jaką Lubimy Czytać dla mnie generuje…

Jeszcze raz – wszystkim moim Czytelnikom życzę jak najradośniejszego roku 2011. Dziękuję za wszystkie odwiedziny, komentarze i ciepłe słowa. Jest mi bardzo miło :)