Archive

Archive for Czerwiec 2011

Powód nieobecności

Powodów chwilowego zniknięcia jest kilka, przedstawiam ten najbardziej nadający się do pokazania na blogu, a zarazem bardzo słodki:

Oto Simon (oraz mój nieposłuszny storczyk nie chcący odżyć, na szczęście drugi nadrabia za oba), mieszka z nami od trzech tygodni (a może już więcej?), skutecznie organizując nam czas. Chwile spędzone z książką i kotem na kolanach zyskały nowy wymiar i nawet nie chce się tak często włączać komputera… W każdym razie notki są gotowe i wkrotce się pojawią na blogu, a ja korzystając z długiego weekendu wyruszam dziś do Londynu i cieszę się niezmiernie! Życzę Wam słonecznych dni i wypoczynku.

Kategorie:o sobie Tagi:

Upadek rodziny po szwedzku

Szwedzkie pisarki piszące powieści obyczajowe (o popularnych kryminałach nie mogę się wypowiadać, w przeciągu ostatnich kilku lat czytałam chyba tylko jeden „prawdziwy” kryminał, a były to „Psy z Rygi” Menkella), które miałam okazję już poznać mają specyficzny, rozpoznawalny styl. Nawet jeśli fabuła jest oryginalna, a ujęcie tematu odmienne od innych – jest w tych książkach coś, co sprawia, że spokojnie można stwierdzić, że tę książkę pisała Szwedka. Być może tak jest generalnie z autorami pochodzącymi z jednego kraju, mnie taka refleksja nasunęła się w przypadku autorek z tego ponoć pięknego skandynawskiego kraju. Ta rozpoznawalność nie jest jednak czymś, co mnie irytuje bądź nudzi – wręcz przeciwnie, mogę czytać skandynawskie sagi rodzinne bez końca (choć przerwy między jednym a drugim tytułem są wskazane) i nawet jeśli nie w każdej znajdę dla siebie coś nowego, nie każda mnie zachwyci, to jednak sam nastrój tam panujący sprawia, że czytanie jest dla mnie wielką przyjemnością, pomimo nawet zazwyczaj ciężkiej i pesymistycznej treści. To zresztą tyczy się większości literatury skandynawskiej, którą wciąż poznaję i im więcej znam, tym więcej poznawać pragnę.

Przejdźmy jednak do „Domu Augusty” Majgull Axselsson, od którego nie mogłam się oderwać. Fabuła jest dość klasyczna: poznajemy trzy kobiety z różnych pokoleń szwedzkiej rodziny, które mimo dzielących je lat i doświadczeń życiowych popełniają te same błędy, bezwiednie podążają podobnymi ścieżkami i mają podobne nadzieje i marzenia. Ich życie wypełnia tęsknota, której nie potrafią do końca sprecyzować ani ukierunkować. Osamotnione tak jak i pozostali członkowie, a przynajmniej członkinie rodu, nie potrafią się otworzyć, poszukać pomocy lub przynajmniej przyjąć wyciągniętej ręki. Zatopione gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością nie dostrzegają, że inni ludzie borykają się z podobnymi problemami, że ciotka lub babka byłaby w stanie zrozumieć dramat, gdyby tylko miała szansę się o nim dowiedzieć. Z drugiej strony jednak kobiety w rodzinie patrzą na siebie przez pryzmat oczekiwań, zawiedzionych nadziei, nie radząc sobie ze sobą nie widzą możliwości pomocy komuś innemu. Najboleśniejszy konflikt urasta na linii matka-córka. O ile w „Annie, Hannie i Johannie” Marianne Fredriksson, która mnie zachwyciła, wzajemne pretensje i brak zrozumienia osłodzony jest ciepłem miłości, niekiedy aż trudnej do wyrażenia, o tyle w „Domu Augusty” na pierwszy plan wybija się niechęć, a nieokazywania miłości nie można wytłumaczyć trudnością jej wyrażania, ale po prostu jej brakiem. To synowie przywłaszczają sobie uczucia matki, rzadko któremu mężczyźnie jednak udaje się zdobyć głębsze uczucie żony, tym bardziej je utrzymać. Większość męskich bohaterów przedstawionych jest niczym istoty z innego świata, raczej w negatywnym świetle. Nie są to rycerze ratujący delikatne niewiasty, raczej trolle dokładające im zmartwień i potęgujący uczucie wyobcowania.

Patrząc na rodzinę Augusty można zauważyć, że w każdym kolejnym pokoleniu mimo zmieniających się teoretycznie na lepsze czasów, wzrastającej wolności kobiet i pomocy socjalnej rodzina staje się coraz bardziej dysfunkcyjna, a związki międzyludzkie ulegają rozluźnieniu. Nastoletnia Andżelika, najmłodsza z kobiet w rodzinie, balansuje na krawędzi niebezpieczeństwa, a jej pragnienie bezpieczeństwa i zainteresowania pcha ją ku drastycznym wyborom, moralnie dwuznacznym decyzjom, a w rezultacie do tragicznego finału. Duszna i przytłaczająca atmosfera książki wymaga od czytelnika pewnej siły psychicznej, a i tak co jakiś czas wyciska z oczu łzy. Nagromadzenie nieszczęść mogłoby irytować zachwianiem realizmu, jednak ja dopatrywałabym się raczej tchnienia starożytnej tragedii, gdzie na końcu czeka czytelnika katharsis pozwalające głęboko zaczerpnąć powietrza.

Co jeszcze uznaję za typowe dla szwedzkich pisarek i czego już właściwie oczekuję sięgając po skandynawską książkę – to styl. Majgull Axselsson nie zawodzi, z wyczuciem opisując uczucia i myśli bohaterek, wyważając opisy dramatycznych przeżyć i wplatając w to wszystko odrobinę baśni z opowieści Augusty. Takie magiczne wtręty to mój czuły punkt i strasznie mi się to spodobało, zwłaszcza w kontekście rozbudowy miast i tworzenia fabryk jako zagłady dla legend i baśni. Przecież chyba nigdzie lasy nie roją się tak od magicznych stworzeń jak w Skandynawii! Na pewno sięgnę po kolejne książki Majgull Axselsson i już teraz nastawiam się na wyśmienitą lekturę.

Tytuł: Dom Augusty
Tytuł oryginału: Slumpvandring
Autor: Majgull Axselsson
Tłumaczenie: Katarzyna Tubylweicz
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 452
Moja ocena: 5/6

Mandżuriowy Przegląd Filmowy: na Dalekim Wschodzie

Do pisania o filmach trudno mi się zabrać. Książki stanowią temat bezpieczniejszy, przy filmach natomiast mam jeszcze silniejsze poczucie nieznajomości klasyki, przegapianie różnych znaczeń zawartych między obrazami. Oraz mam świadomość faktu, że nierzadko dobrze się bawię na filmach, które sama uważam za produkcje niskich lotów (co jakiś czas lubię sobie obejrzeć film sensacyjny, na przykład z Bruce’m Willisem, choć wszystkie są niemal bliźniaczo do siebie podobne). Choć aktualnie z braku czasu staram się dobierać sobie tylko takie, które mają dużą szansę mi się spodobać. W dodatku nie mamy w domu telewizora, więc odpadają filmy oglądane do kolacji z rodziną – właśnie w ten sposób oglądaliśmy zazwyczaj lżejsze filmy sensacyjne, w sam raz do kanapki. Z drugiej strony staram się zaznajamiać z filmami uznawanymi za klasykę, wyrabiać sobie gust i zacząć bardziej kojarzyć reżyserów, bo na ten moment znam może kilkanaście nazwisk na tyle, żeby połączyć je z filmami i jeszcze te produkcje znać. Szalenie lubię czytać recenzje filmowe, sama postanowiłam też wreszcie zebrać się w sobie i spróbować pisania. Zwłaszcza, że prowadzenie własnego bloga a zwłaszcza czytanie innych bardzo moim zdaniem pomaga w wyrażaniu własnych myśli i ćwiczeniu towarzyszącej temu pewności siebie. W moim środowisku opinie dotyczące kina są dość jednoznaczne i nieznoszące sprzeciwu. Blogi natomiast dają ten komfort, że znaleźć tu można ludzi w przyciągający sposób wyrażający nierzadko skrajne opinie na temat tego samego dzieła, czy to książkowego czy filmowego, co daje komfort psychiczny – nawet jeśli nie spodobał mi się jakiś film uznawany przez większość za dzieło, nie musi to znaczyć, że go nie zrozumiałam. Nawet jeśli spodobało mi się coś, co większość uważa za gniot – niekoniecznie musi być ze mną coś nie tak. Och, no i teraz przyznałam się do problemów rodem z podstawówki :) Na swoje usprawiedliwienie powiedzieć mogę, że od czasu założenia bloga ta niepewność skurczyła się do niewielkich rozmiarów, a pisanie o filmach ma się rozprawić z nią całkowicie.

Żeby więc nie być gołosłowną nareszcie to powiem: nie jestem wielbicielką Quentina Tarantino! Po prostu nie i już. Owszem, „Pulp Fiction” mi się podobało, nawet bardzo, ale nie dzielę kinematografii na filmy przed i po „Pulp Fiction”, a choć kiedyś zaczęłam oglądać jakieś dwa inne dzieła tego reżysera, przerwałam w połowie. Może powinnam spróbować jeszcze raz, ale nie mam w sobie żadnej motywacji, by to zrobić. Straszne rzeczy, prawda?

Dramatycznych wyznań będzie pewnie z czasem więcej, a teraz zapraszam na Mandżuriowy Przegląd Filmowy, mam nadzieję cykliczny.

Mimo że dość regularnie (choć nie tak często, jakbym chciała) oglądam filmy z Dalekiego Wschodu, kino azjatyckie jest dla mnie nierzadko dość skomplikowane. Odpowiada mi jednak jego nastrojowość, a także refleksyjność – po seansie długo jeszcze myślę o tym, co widziałam (czasem próbując zrozumieć zamysł filmu, innym znowu rozmyślam nad znaczeniami, które w moim odczuciu pojmuję doskonale). Oczywiście trochę inaczej jest z azjatyckim kinem typowo popularnym, które też zdarza mi się oglądać – tu nie mam problemów zwłaszcza w przypadku produkcji japońskich, w przeszłości oglądałam ich dużo, a i lata oglądania anime zrobiły swoje. Moja lista filmów do obejrzenia z tego kawałka świata jest dość długa, na szczęście robią się one coraz bardziej dostępne. Dziś więc kilka słów o dwóch obejrzanych (już dość dawno temu) filmach z Azji rodem.

„Nie bój się, Bi” (Bi, dung so!) reż. Dang Di Phan, 2010


Wietnam. Mały Bi mieszka z rodzicami i ciotką na obrzeżach miasta. Stałym gościem w ich domu jest także stara niańka ojca, opiekująca się domem. Chłopiec całe dnie spędza biegając po polach i bawiąc się nad rzeką lub w pobliskiej fabryce lodu. Jego rodzina wygląda na szczęśliwą, to jednak tylko pozory, każdy z jej członków bowiem tęskni za czymś, czego nie może lub nie potrafi zdobyć. Wszyscy jednak trzymają się swoich ról. Matka pragnie być potrzebna, chce od męża czułości i okazania uczucia, choćby w łóżku. Pojawienie się schorowanego, dawno niewidzianego teścia daje jej namiastkę spełnienia się w roli kogoś, kto jest chciany i potrzebny. Kobieta nie skarży się jednak i niczego nie wymaga od męża, uwodzi go i spełnia jego niewypowiedziane zachcianki. Ten z kolei zdaje się być człowiekiem pustym w środku, niezdolnym do okazywania uczuć. Po pracy chodzi z kolegami do barów, gdzie upija się niemal do nieprzytomności. Unika spotkania z ojcem, który z niewypowiedzianą naganą patrzy na jego ucieczki od odpowiedzialności. Wiele między nimi milczących pretensji, zadawnionego bólu, o których widz niewiele się dowie. Mężczyzna nie odnajduje się w roli męża i ojca, jedyne chwile szczęścia przeżywa w salonie fryzjerskim, gdzie pracuje młoda dziewczyna, niezainteresowana jednak jego natarczywymi awansami. Ciotka Bi to młoda kobieta, uginająca się pod presją rodziny, by wreszcie znalazła sobie męża. Posłusznie chodzi na randki z umawianymi jej znajomymi. Kolejny z nich wydaje się być poważnie zainteresowany kobietą, ona jednak przyjmuje jego zainteresowanie bez entuzjazmu. Jej myśli krążą wokół nastoletniego chłopaka uczęszczającego do szkoły, w której jest nauczycielką. Nastolatek wyraźnie odwzajemnia jej fascynację, spełnienie jest więc na wyciągnięcie ręki… Dziadek natomiast powrócił do rodzinnego domu, by leczyć się z choroby. Ciężko stwierdzić, czy wierzy w powrót do zdrowia, czy też powrócił, by spokojnie umrzeć wśród wspomnień. Męczy go ból i poczucie ciężaru, jaki sprawia rodzinie, wydaje się być pogodzony z przyszłością, ale poza chwilami spędzonymi z Bi, zastana rzeczywistość nie przynosi ukojenia.

Mimo tego wszystkiego dzieciństwo Bi jest beztroskie. Nie dotyczą go problemy świata dorosłych, jeśli czegoś pragnie, zdobywa to. Kiedy dziadek proponuje mu egzotyczny liść w zamian za jakiś inny skarb, Bi początkowo jest zmartwiony, bo przecież nie ma nic, co mógłby dać staruszkowi. Zaraz jednak rozpromienia się i wybiega na dwór – przecież cała okolica to jego wielki plac zabaw i wszystko co tam jest, jest w pewien sposób jego. Własna lodówka w równie dobrym stopniu może służyć do zabawy jak i wielkie pojemniki w fabryce lodu. Bi ma pozytywne relacje ze wszystkimi członkami rodziny i nawiązuje przyjaźnie wszędzie, gdzie się pojawia, czy to z innymi dzieciakami nad wodą, czy z pracownikami fabryki. Wracając do lodu – tylko ta substancja przynosi dorosłym ukojenie, a z racji swej natury jest to ulga chwilowa, roztapiająca się szybko w parnym upale unoszącym się nad miastem. Jednak nawet fabryka lodu produkująca to nietrwałe ukojenie jest pełna bólu i znoju, czai się tam strach i cierpienie.

Czego więc może bać się Bi? Nie boi się śmierci stojącej przy łóżku dziadka – podchodzi do niej równie naturalnie jak do życia. Przed innymi ludźmi zawsze może uciec, świat otwiera się przed nim. Patrząc na spętanych normami dorosłych, którzy wbrew sobie z pokorą wypełniają obowiązki, by nie stać się wyrzutkami, nasuwa się niewesoła refleksja. To dorosłość może napawać lękiem kochające swobodę dzieciaki, zmienia i zabrania spełniania pragnień. Czy tego boi się Bi? Nie zdziwiłabym się. Zastanawiam się, na ile jest to refleksja nad wietnamskim społeczeństwem, a na ile uniwersalna obserwacja o pętach dorosłości i norm społecznych. Film długo pozostał we mnie po obejrzeniu, choć wychodząc z kina nie byłam pewna, czy mi się do końca spodobał. Uczucie niedosytu szybko jednak zastąpiły rozmyślania na tematy pokazane w filmie, a kilka obrazów (zatopiony w lodzie liść, kobieta podglądająca chłopców grających w piłkę w strugach deszczu, czy choćby scena w autobusie, gdzie ciotka Bi po raz pierwszy zwraca uwagę na swojego ucznia) wciąż mam przed oczami. „Nie bój się, Bi” to chyba moje pierwsze spotkanie z kinem wietnamskim i uważam je za zdecydowanie udane.

„Cesarzowa i wojownicy” (Kwong saan mei yan) reż. Siu-Tung Ching, 2003


Zawsze bardzo lubiłam wszelkiego rodzaju baśnie i legendy, także w wersji filmowej. Mam świadomość, że nie wszystkie z nich przedstawiają treści warte głębszej uwagi, nie przeszkadza mi to jednak oglądać je od czasu do czasu, ciesząc się z perełek i pomstując nad gniotami. „Cesarzowa i wojownicy” to właśnie taka baśń o dzielnej królewskiej córce i miłości – dalekowschodnia, pięknie opowiedziana głównie pod względem wizualnym i obsypana bogactwem kolorów i widoków. Trzeba się na to nastawić z góry i zaakceptować elementy konwencji (a także brak większej głębi), inaczej mogą widza rozboleć zęby od romantyzmu i słodkości wypełniającej szczęśliwe chwile – mój mąż wzdychał chwilami ciężko sygnalizując, że na ekranie już przesadzają, ja natomiast z uśmiechem odprężałam się dzięki wizualnej estetyce, nie przejmując się całą słodyczą i chwilami mocno przesadną bajkowością historii. To kino rozrywkowe, pozbawione zbytniej głębi i jeśli ma się ochotę na film tego rodzaju, można po niego sięgnąć.

Starożytne Chiny, podzielone na królestwa państwo nękane jest wojnami. Podczas jednej z nich umiera władca Yan, na swego następcę mianując wyszkolonego generała imieniem Muyong Xuehu, człowieka z nizin, który na szczyt wybił się ciężką pracą i wojskowym geniuszem. Jednak wasale buntują się przeciwko temu testamentowi, nie chcą służyć komuś takiemu jak Muyong. Młody człowiek ucieka się więc do fortelu, dzięki któremu następcą zostaje ogłoszona jedyna córka cesarza – piękna Feier. Mimo początkowego przerażenia i braku wiary we własne siły dziewczyna jest córką swego ojca, przyjmuje więc wyzwanie i brzemię z podniesionym czołem, dając z siebie wszystko. Zjednuje sobie większość poddanych, a pomocą służy jej oddany Muyong, towarzysz jeszcze z czasów jej dzieciństwa, który chętnie zobaczyłby się w innej roli niż tylko starszy brat młodej cesarzowej. W czasie jednej z potyczek władczyni zostaje ranna zatrutą strzałą, koń ponosi ją w leśne ostępy i tam znajduje ją tajemniczy Duan Lan-quan, żyjący na odludziu mnich. Opiekując się Feier uczy ją wielu pożytecznych umiejętności, a przy okazji przypomina, czym jest zwyczajna radość płynąca z życia, swobody, a wreszcie uczuć. Feier to w końcu przede wszystkim młoda dziewczyna obciążona odpowiedzialnością i obowiązkami nierzadko ponad jej siły. Każdy ma prawo do miłości, często jednak ta zasada okazuje się obowiązywać w teorii. Rzeczywistość i jej prawa upomną się o Feier, a biorąc pod uwagę, że jest to baśń niczym z danych czasów, dodatkowo z Dalekiego Wschodu – nie ma co liczyć na słodkie zakończenie i radosnych bohaterów trzymających się za ręce. W takich opowieściach rozwiązanie w najlepszym razie jest słodko-gorzkie, z nutką melancholii.

„Cesarzowa i wojownicy” to uroczy film, na który jednak trzeba mieć nastrój, nie jest to bowiem nic odkrywczego bądź ambitnego. Stanowi jednak radość dla oczu, odpręża i choć słodycz chwilami leje się z ekranu, historia miłosna ma ten posmak dziewczęcych marzeń, które czasem miło sobie przypomnieć. Tylko tyle lub aż tyle, w zależności od Waszego nastroju. Ja obejrzałam w odpowiednim czasie i wspominam go dość ciepło.

„Zatochi” (Zatôichi) reż. Takeshi Kitano, 2003


„Zatoichi” w reżyserii Takeshiego Kitano był pierwszym filmem, jaki zobaczyłam w tym roku kalendarzowym, wieczorem pierwszego stycznia, rozleniwiona i lekko śpiąca po kilku tylko godzinach snu (nieplanowana impreza sylwestrowa rozkręciła się nie wiadomo jak i kiedy, było przezabawnie). To kino z jednej strony rozrywkowe, opowieść o niewidomym masażyście wymierzającym sprawiedliwość dręczycielom różnej maści, którzy lekceważą go jako przeciwnika nie jest nowa jeśli chodzi o sam pomysł, a i realizacja nie wnosi wiele do tematu. Nie brak jednak filmowi jakiegoś rysu szlachetności, czegoś, dzięki czemu „Zatoichi” nie jest jedynie kolejnym japońskim filmem walki. Ciężko mi dokładnie sprecyzować, na czym polega ta różnica – być może sprawia to klimat feudalnej Japonii i odpowiednie tempo, charakterystyczne dla filmów z tamtego kawałka świata? Podobało mi się to, że sekwencje walki wbrew głównemu tematowi historii nie trwały zbyt długo, a najdłuższą chyba sceną jest tradycyjny japoński taniec ćwiczony przez jednego z bohaterów. Film nasiąknięty jest japońską obyczajowością tamtych lat, dodając smaku tej klasycznej opowieści. Wszystko jest estetyczne, interesujące głównie pod względem kulturowym, ale i sama historia zaciekawia, zwłaszcza jeśli lubi się filmy spod znaku Zorra i innych niepozornych bohaterów upominających się o prawa ubogich i słabych. Na koniec otrzymujemy scenę rodem z Bollywoodu, zaskakującą w tych dekoracjach, ale zadziwiająco pasującą do całości.

Oglądanie było dla mnie przyjemnością w tamten leniwy wieczór, „Zatoichi” nie jest jednak filmem, który szczególnie polecam. To raczej kino dla wielbicieli gatunku, naprawdę przyjemne i estetyczne, ale nic poza tym. Może za dużo już widziałam opowieści o uczciwych samurajach sprzeciwiających się korupcji (głównie w wersji animowanej), żeby „Zatoichi” zrobił na mnie większe wrażenie. Nie mam mu jednak wiele do zarzucenia, to film naprawdę dobry w swojej klasie.

Polacy i Chińczycy – unia nierealna?

Pierwszy raz o „Bursztynowym Królestwie” Konrada T. Lewandowskiego usłyszałam od siostry, która wypatrzyła książkę pośród nowości. Od razu wiedziałam, że po prostu muszę ją przeczytać – pomysł i miejsce akcji absolutnie mnie zaintrygowały i zachęciły do książki. Trochę czasu jednak minęło zanim trafiła w moje ręce. W międzyczasie miałam okazję przeczytać krótkie fragmenty innych powieści autora, głównie w kontekście słabych scen erotycznych, więc mój zapał odrobinę ostygł (nie nastawiałam się na sceny tego rodzaju w „Bursztynowym Królestwie”, ale trochę mnie to zaniepokoiło w kontekście jego pisarstwa w ogóle). Końcem końców książkę przeczytałam i z czystym sumieniem przyznaję, że to świetna powieść przygodowa, napisana lekko i z pazurem, od której ciężko się oderwać.

„Burztynowe Królestwo” przedstawia alternatywną historię narodu polskiego, a przynajmniej jego wycinku, który w czasie zaborów i powstań został zesłany na Syberię. Pomysł to iście brawurowy i błyskotliwy – część zesłańców, którzy zdążyli potworzyć małe społeczności, zawędrowała na południe, do Mandżurii (od razu wiadomo, co było jednym z czynników zachęcających mnie do przeczytania), gdzie osiedlali się w pobliżu złotonośnych rzek i wśród gór. Właśnie tam został zawiązany niezwykły sojusz, który doprowadził do powstania Unii Obojga Narodów – Polaków i… Chińczyków. Sekretne królestwo po cichu rośnie w siłę zyskując sobie kolejnych sympatyków, zawiązuje strategiczne sojusze i przede wszystkim daje poddanym możliwość poznania obu kultur, w których mimo pozornej całkowitej odmienności znaleźć można wiele stycznych, a większość wartości okazuje się być niezmienna niezależnie od szerokości geograficznej. Plan Królestwa Bursztynu jest jasny, choć pozornie niemożliwy do zrealizowania – najpierw chcą pomóc Chinom w odzyskaniu niepodległości od sił kolonialnych, szukając niepewnego sojuszu z tworzącym się bractwie bokserów, następnie z pomocą Chińczyków oswobodzić daleką Polskę spod jarzma zaborców. Dodatkowo w całą historię wplątana zostaje irlandzka pokojówka, która do Chin trafiła podążając za narzeczonym-oszustem oraz pracująca jako służąca w domu publicznym Chinka. Dodajmy jeszcze rodzinny konflikt pomiędzy zesłanym patriotą a jego bratankiem od dziecka poddanym zruszczeniu, garść zabawnych scenek humorystycznych, szczyptę refleksji nad tożsamością narodową i walką o wolność oraz dużo, dużo akcji – i otrzymamy naprawdę świetną powieść przygodową dziejącą się w fascynujących czasach, w miejscach, o których historii zazwyczaj nie wiemy tak wiele (przynajmniej u mnie w szkole historia Chin potraktowana była zupełnie po łebkach – co jest w sumie dość zrozumiałe biorąc pod uwagę okrojenie materiału, we własnym zakresie natomiast poznałam głównie późniejsze losy narodu chińskiego). Na pewno czytelnicy bardziej zorientowani w historii tego regionu znajdą całą masę smaczków i będą mogli lepiej zaobserwować, jak autor z gracją wykorzystuje rzeczywistą historię, by zamieścić w niej swoją opowieść. Jednak laikom nie umniejszy to radości czytania.

Dla mnie powieść stanowi niemal gotowy scenariusz filmu – widowiskowego hitu, który z pewnością przyciągnąłby masę widzów do kin. Gdyby zależało to ode mnie natomiast, wydłużyłabym książkę, dodając znacznie więcej tła psychologicznego, rozbudowując historie wszystkich ważniejszych bohaterów i mnożąc relacje między nimi. Zdaję sobie sprawę, że powieść przygodowa tego nie wymaga, a książka stałaby się wówczas opasłym tomiskiem – ale jaką miałaby wtedy szansę na stanie się rewelacyjną! Z wielką chęcią przeczytałabym więcej o moim ulubionym Sergiuszu, który mimo swego całego uroku i aspiracji do bycia czarnym charakterem powieści w pewnym momencie traci gdzieś swoją błyskotliwość i staje się jedynie tym, który zadaje pytania i kwestionuje idee poddanych Ukrytego Króla, co prowadzi do dość mdłego zakończenia jego wątku. Radością byłoby rozszerzenie wątku tajemniczego i intrygującego Ałbazińca, poczytałabym więcej o japoniście Michale… Wymieniać można długo. To samo tyczy się konfliktów między bohaterami oraz ich wewnętrznych rozterek – jest dobrze, ale mogło być lepiej. Rozumiem konwencję i nie uważam tego za błąd, co nie zmienia faktu, że jako czytelniczka wolałabym książkę dłuższą i bogatszą właśnie w te treści. Sam język powieści jest sprawny, lekki i nasycony humorem, co tworzy naprawdę przyjemną mieszkankę.

Jeśli choć trochę interesują Was takie klimaty, lubicie powieści przygodowe lub sam temat wydał Wam się interesujący – dajcie „Bursztynowemu Królestwu” szansę. Nie jest to może wiekopomna literatura, ale świetna w swojej klasie, wciągająca i dająca wiele radości. Naprawdę nie mam jej wiele do zarzucenia, co najwyżej wolałabym przeczytać ją w wersji rozbudowanej, to by było to! W każdym razie polecam, lektura stworzona na lato!

Tytuł: Bursztynowe Królestwo
Autor: Konrad T. Lewandowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009
Ilość stron: 392
Moja ocena: 5/6