Strona główna > książki > Upadek rodziny po szwedzku

Upadek rodziny po szwedzku

Szwedzkie pisarki piszące powieści obyczajowe (o popularnych kryminałach nie mogę się wypowiadać, w przeciągu ostatnich kilku lat czytałam chyba tylko jeden „prawdziwy” kryminał, a były to „Psy z Rygi” Menkella), które miałam okazję już poznać mają specyficzny, rozpoznawalny styl. Nawet jeśli fabuła jest oryginalna, a ujęcie tematu odmienne od innych – jest w tych książkach coś, co sprawia, że spokojnie można stwierdzić, że tę książkę pisała Szwedka. Być może tak jest generalnie z autorami pochodzącymi z jednego kraju, mnie taka refleksja nasunęła się w przypadku autorek z tego ponoć pięknego skandynawskiego kraju. Ta rozpoznawalność nie jest jednak czymś, co mnie irytuje bądź nudzi – wręcz przeciwnie, mogę czytać skandynawskie sagi rodzinne bez końca (choć przerwy między jednym a drugim tytułem są wskazane) i nawet jeśli nie w każdej znajdę dla siebie coś nowego, nie każda mnie zachwyci, to jednak sam nastrój tam panujący sprawia, że czytanie jest dla mnie wielką przyjemnością, pomimo nawet zazwyczaj ciężkiej i pesymistycznej treści. To zresztą tyczy się większości literatury skandynawskiej, którą wciąż poznaję i im więcej znam, tym więcej poznawać pragnę.

Przejdźmy jednak do „Domu Augusty” Majgull Axselsson, od którego nie mogłam się oderwać. Fabuła jest dość klasyczna: poznajemy trzy kobiety z różnych pokoleń szwedzkiej rodziny, które mimo dzielących je lat i doświadczeń życiowych popełniają te same błędy, bezwiednie podążają podobnymi ścieżkami i mają podobne nadzieje i marzenia. Ich życie wypełnia tęsknota, której nie potrafią do końca sprecyzować ani ukierunkować. Osamotnione tak jak i pozostali członkowie, a przynajmniej członkinie rodu, nie potrafią się otworzyć, poszukać pomocy lub przynajmniej przyjąć wyciągniętej ręki. Zatopione gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością nie dostrzegają, że inni ludzie borykają się z podobnymi problemami, że ciotka lub babka byłaby w stanie zrozumieć dramat, gdyby tylko miała szansę się o nim dowiedzieć. Z drugiej strony jednak kobiety w rodzinie patrzą na siebie przez pryzmat oczekiwań, zawiedzionych nadziei, nie radząc sobie ze sobą nie widzą możliwości pomocy komuś innemu. Najboleśniejszy konflikt urasta na linii matka-córka. O ile w „Annie, Hannie i Johannie” Marianne Fredriksson, która mnie zachwyciła, wzajemne pretensje i brak zrozumienia osłodzony jest ciepłem miłości, niekiedy aż trudnej do wyrażenia, o tyle w „Domu Augusty” na pierwszy plan wybija się niechęć, a nieokazywania miłości nie można wytłumaczyć trudnością jej wyrażania, ale po prostu jej brakiem. To synowie przywłaszczają sobie uczucia matki, rzadko któremu mężczyźnie jednak udaje się zdobyć głębsze uczucie żony, tym bardziej je utrzymać. Większość męskich bohaterów przedstawionych jest niczym istoty z innego świata, raczej w negatywnym świetle. Nie są to rycerze ratujący delikatne niewiasty, raczej trolle dokładające im zmartwień i potęgujący uczucie wyobcowania.

Patrząc na rodzinę Augusty można zauważyć, że w każdym kolejnym pokoleniu mimo zmieniających się teoretycznie na lepsze czasów, wzrastającej wolności kobiet i pomocy socjalnej rodzina staje się coraz bardziej dysfunkcyjna, a związki międzyludzkie ulegają rozluźnieniu. Nastoletnia Andżelika, najmłodsza z kobiet w rodzinie, balansuje na krawędzi niebezpieczeństwa, a jej pragnienie bezpieczeństwa i zainteresowania pcha ją ku drastycznym wyborom, moralnie dwuznacznym decyzjom, a w rezultacie do tragicznego finału. Duszna i przytłaczająca atmosfera książki wymaga od czytelnika pewnej siły psychicznej, a i tak co jakiś czas wyciska z oczu łzy. Nagromadzenie nieszczęść mogłoby irytować zachwianiem realizmu, jednak ja dopatrywałabym się raczej tchnienia starożytnej tragedii, gdzie na końcu czeka czytelnika katharsis pozwalające głęboko zaczerpnąć powietrza.

Co jeszcze uznaję za typowe dla szwedzkich pisarek i czego już właściwie oczekuję sięgając po skandynawską książkę – to styl. Majgull Axselsson nie zawodzi, z wyczuciem opisując uczucia i myśli bohaterek, wyważając opisy dramatycznych przeżyć i wplatając w to wszystko odrobinę baśni z opowieści Augusty. Takie magiczne wtręty to mój czuły punkt i strasznie mi się to spodobało, zwłaszcza w kontekście rozbudowy miast i tworzenia fabryk jako zagłady dla legend i baśni. Przecież chyba nigdzie lasy nie roją się tak od magicznych stworzeń jak w Skandynawii! Na pewno sięgnę po kolejne książki Majgull Axselsson i już teraz nastawiam się na wyśmienitą lekturę.

Tytuł: Dom Augusty
Tytuł oryginału: Slumpvandring
Autor: Majgull Axselsson
Tłumaczenie: Katarzyna Tubylweicz
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 452
Moja ocena: 5/6

Reklamy
  1. 07/06/2011 o 12:15 am

    Niestety ze skandynawskich książek czytałam tylko kryminały, ale mam już na półce choćby „Lewą ręką przez prawe ramię” i myślę, że mi się spodoba. Ba, jestem nawet pewna.

    A „Dom Augusty” od dawien dawna tkwi na mojej liście „must have”, więc na pewno przeczytam – kwestia tylko kiedy :)

    Pozdrawiam :)

    • 12/06/2011 o 4:41 pm

      Doskonale wiem jak to jest z tymi książkami z listy „koniecznie!”, które czekają na swój czas. Kiedyś się doczekają, ale kiedy – to już inna sprawa :) Im więcej poznaję książek z półki skandynawskiej tym bardziej ciągnie mnie do dalszych poszukiwać. Kryminały to mimo wszystko chyba nie moja bajka, choć raz na jakiś czas mogę z przyjemnością przeczytać.

  2. 07/06/2011 o 7:50 pm

    Mnie też się podobały te baśniowe elementy, choć i tak pesymistyczne, dodawały dużo uroku tej dość okrutnej lekturze. To na razie jedyna książka Axelsson, którą czytałam, ale zawsze chciałam więcej.

    • 12/06/2011 o 4:42 pm

      Oj tak, lektura to okrutna i nieoszczędzająca czytelnika, ale według mnie na końcu czeka prawdziwe katharsis, więc warto. W moim przypadku to także było pierwsze i póki co jedyne spotkanie z autorką, ale na tym jednym nie chcę poprzestać.

  3. 08/06/2011 o 11:46 am

    Czytałam tylko jedną książkę Axelsson „Lód, woda, woda i lód”, i na pewno przeczytam więcej, a „Dom…”jest następny na mojej liście.

    • 12/06/2011 o 4:44 pm

      Z tego co pamiętam „Lód, woda, woda i lód” to prawdziwa cegiełka! Z czasem i ją chciałabym przeczytać choć aktualnie czytam cegłę w postaci „Półbrata”, rewelacyjnego zresztą i chyba w następnej kolejności będę miała ochotę na coś krótszego i może z innej części świata dla odmiany.

  4. sowa.lipcowa
    08/06/2011 o 8:09 pm

    „Anna, Hanna i Johanna” też mnie absolutnie zachwyciła. Jedna z nielicznych książek, które czytałam więcej niż raz, i za każdym razem niezmiennie mnie zachwyca. Majgull Axelsson czytałam „Kwietniową czarownicę” – z jednej strony właśnie trochę okrutna, bezlitosna, z drugiej miała jednak w sobie coś urzekającego, wciągającego, tak, że trudno było mi się od niej oderwać.
    A pozytywne recenzje „Domu Augusty” widziałam już niejedną – dodałam sobie już na moją listę życzeń :)

    • 22/06/2011 o 12:05 pm

      Dzięki za komentarz, odnalazłam go dziś w otchłaniach spamu. Cieszę się, że też lubisz „Annę…”, dla mnie to było prawdziwe odkrycie i cieszę się, że udalo mi się zdobyć własny egzemplarz. „Kwietniową czarownicę” przeczytam na pewno, jak trochę zatrze się wspomnienie „Domu Augusty”. A czytałaś inne książki autorki „Anny, Hanny i Johanny”?

  5. 09/06/2011 o 4:21 pm

    Tą autorkę na szczęście miałam możliwość już poznać, przy okazji ,,Kwietniowej czarownicy,, i muszę przyznać, że jej książka byłą dla mnie prawdziwą ucztą. Mimo obszernych rozmiarów przeczytałam ją niezwykle szybko.
    Widzę, że inne książki tej pani również trzymają poziom :)
    Cieszę się, więc na samą myśl, że ma iść dość dużo :)

    • 22/06/2011 o 12:01 pm

      Z niewyjaśnionych przyczyn Twoj komentarz trafil do spamu i dopiero dziś go tam odnalazłam. O „Kwietniowej czarownicy” słyszę same dobre rzeczy, więc też na pewno będę chciała ją przeczytać – ale po „Domu Augusty” muszę zrobić sobie przerwę, żeby nie mieć przesytu. Ale racja – dobrze, że Axelsson napisała kilka książek, oby wszystkie trzymały taki poziom, a będzie wiele wspaniałych godzin nad lekturą :)

  6. 09/06/2011 o 9:26 pm

    Ja z kolei uwielbiam filmy, które mają klimat tej książki. Ciężkie, smutne, duszne, bez szczęśliwego zakończenia. Myślę chociażby o „Labiryncie Fauna” czy „21 gram”.

    • 12/06/2011 o 4:46 pm

      Filmy takie też lubię, choć jestem w ich przypadku chyba bardziej wybredna niż to ma miejsce z książkami. Na przyklad choć „Labirynt Fauna” zachwycił mnie wyobraźnią twórców i muzyką, to zupełnie niepotrzebne epatowanie okrucieństwem pokazane dosadnie i przesadnie (a zmniejszenie stopnia pokazywania go mogłoby jeszcze wzmóc atmosferę grozy, oddziaływać na wyobraźnię) mnie zniesmaczyło i moja ocena filmu spadła. „21 gramów” mi się podobało.

  7. 09/06/2011 o 11:59 pm

    Czytałam, niezłe, ale ciężkie i smutne to bardzo. Nie mam ochoty na inne ksiażki tej autorki.

    • 12/06/2011 o 4:52 pm

      Rozumiem to, choć dla mnie takie książki (jeśli są dobrze napisane) mają ten efekt oczyszczenia na końcu, takiego katharsis. A przy tym chyba wolę książki ocierające się o przesadę w smutnych kwestiachiż przesadę optymistyczną – choć oczywiście żadna mnie nie zachwyca…

  8. 07/07/2011 o 11:36 am

    Powiem tak: były momenty, kiedy książka naprawdę mnie wciągnęła, jednak przez większą część lektury byłam znużona. Dlaczego? Przecież fabuła interesująca, bohaterki niebanalne… Ta książka to „zjawisko”, którego nie rozumiem. Chyba jedyna pozycja z „Serii z miotłą”, która mnie nie zachwyciła.
    Pozdrawiam!

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s