Archiwum

Archive for the ‘stosik’ Category

A pod choinką znalazłam…

Mam nadzieję, że Wasze Święta były równie cudowne, jak moje. Zawsze są, atmosfera magiczna wręcz, ciepło, rodzinnie, radośnie. Aż mam energię do działania, pisania, o czytaniu nie wspominając! Tymczasem po prostu nie wytrzymam i podzielę się z Wami moją radością. Oto książkowe prezenty, które znalazłam pod choinką!

Tym samym dołączam do szacownego grona posiadaczy e-czytników i choć zarzekałam się, że właściwie mi takie cudeńko niepotrzebne, cieszę się z niego szalenie i powoli orientuję w jego możliwościach i funkcjach. Wiem, że część z Was już ma spore doświadczenie w obsłudze Kindle’a, może macie jakieś wskazówki, o których początkujący użytkownik nie ma pojęcia, a warto to wiedzieć? Albo czegoś unikać? Przy okazji – wiem, że istnieje możliwość subskrypcji blogów na Kindle’a – czy wiecie, jak to zrobić?

Oczywiście niemniej cieszą książki papierowe. Dostałam też aż jedenaście różnych herbat, zestaw zimowy mam więc idealny. Teraz już mogą mnie zasypać śniegi!

Nowe notki pojawią się wkrótce, ja odpoczęłam i mam nowe pomysły na bloga i nie tylko… Zastanawiam się też nad przeprowadzką, na blogspot. Jakie są Wasze doświadczenia z tym serwisem? Szkoda byłoby mi porzucić tego, co już tu stworzyłam, ale ograniczenia wordpressa chwilami doprowadzają mnie do szału. Lepiej zostać, czy się przenosić? Sama jeszcze nie wiem :)

A tymczasem pozdrawiam ciepło i w ramach bonusu – Simon pragnący zostać prezentem:

O Londynie i Oksfordzie słów kilka

Londyn jest miastem magicznym, w czym upewnił mnie mój drugi pobyt w tym mieście. Jego różnorodność może aż onieśmielić, tak mi się wydaje, choć ja czuję się tam akurat jak ryba w wodzie, spragniona tego bogactwa. Wspaniale zachowana zabudowa z przeszłości współgra z nowoczesnymi budynkami, w miarę bezboleśnie wplecionymi w krajobraz. Wielkomiejskie życie z całym jego zgiełkiem idzie w parze z olbrzymimi połaciami parków, w środku miasta, gdzie można poczuć się jak poza jego granicami (mimo sporej liczby ludzi na każdym niemal kroku). Można przejść się oświetlonym brzegiem Tamizy, a także wąskim chodnikiem wzdłuż kanału, wymijając rowerzystów i biegaczy (będąc dzieckiem biegającej rodziny widok takiej ilości biegających osób jest dla mnie zawsze dużą przyjemnością). Nie wspominając już o ludziach – zdaję sobie sprawę z problemów, które miasto musi brać pod uwagę przy multietniczności na taką skalę, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że plusy wynagradzają minusy. Nigdzie chyba indziej ulice nie wydawały mi się tak interesujące.

Tym razem nic w Londynie nie zwiedzałam, ale wcale nie żałuje, choć wiele jeszcze chciałabym nad Tamizą zobaczyć. Ten wyjazd jednak był odmienny od poprzedniego i bardzo mnie to cieszy, bo bardzo potrzebowałam takiego właśnie spędzania czasu – spacerowania, przechadzania się uliczkami, zaglądania do księgarni i ładnych sklepów, odpoczywania w przeuroczych kawiarenkach i restauracyjkach (pierwszy raz próbowałam bangladeskiego jedzenia i było przepyszne!), a przede wszystkim rozmów na wszelkie tematy – nie wiedziałam sama, jak bardzo tęskniłam za rozmowami z pokrewną duszą i tylko żałowałam, że dni są takie krótkie i spać jednak trzeba.

Wybrałyśmy się też na wycieczkę do Oxfordu, który oczarował mnie i aż zapragnęłam wrócić na studia. Miałam trochę inne wyobrażenia o tym mieście i rzeczywistość przerosła moje oczekiwania – nauka w takim miejscu musi być wielkim przeżyciem, jestem pewna, że podejście do studiów różni się od tego znanego mi w większości uczelni, choć pewnie moja wizja jest trochę wyidealizowana. Cały Oksford mi się spodobał, a widziałam tylko jeden fragment i dwa college, w których mogłabym z radością zamieszkać (nie wiem, co na to reszta mojej wesołej rodzinki). Ach, mogłabym się jeszcze długo zachwycać.

Jeszcze raz dziękuję Chihiro i Maga-marze i małej Isabelce za ten przecudowny czas, bo bez nich te miejsca nie byłyby takie cudowne. Ech, powrót do rzeczywistości mnie nie zachwycił, choć powrotu do kochającego domu niczym zastąpić nie można. A na osłodę: angielski stosik.

Od góry:

  • Colin Thubron „Among the Russians” kupiona na stoisku na rynku, którego nazwa niestety rozmyła się w nadmiarze zdarzeń. Thubron i Rosja – to po prostu musi być udane połączenie, a cena podziałała jako ostateczna zachęta.

  • Jhumpa Lahiri „The namesake”. Przepięknie wydana, w Polsce ciężko już na nią trafić.

  • Geling Yan „The Uninvited”. Polecana swego czasu przez Chihiro. Kupione w cudownej oksfordzkiej księgarni, gdzie wszystko, razem z nowościami, jest za jedyne dwa funty.

  • Susan Abulhawa „Mornings in Jenin”. Zapragnęłam tej książki odkąd kiedyś odnalazłam ją przypadkowo szukając czegoś o Palestynie.

  • Laleh Khadivi „The Age of Orphans”. Prezent od nieocenionej Chihiro.

  • Kader Abdolah „The House of the Mosque”. Również znalezione kiedyś na Amazonie i chciane…

  • Uzma Aslam Khan „Trespassing”. Nastawiam się na piękną opowieść, w sam raz na lato.

A obok najpiękniejszy na świecie adresownik, który dostałam od Chihiro. Na zdjęciu brak jeszcze trzech książek o Chinach, które także od niej dostałam w prezencie – jestem rozpieszczana i bardzo szczęśliwa :)

Stosik poświąteczny

Ostatnio jakoś nie chwaliłam się nowymi książkami, ale po prostu nie mogę nie wrzucić zdjęcia tego, co znalazłam pod choinką (lub wyjęłam ze skrzynki) :) Poza opisywanym już przeze mnie „Ilustrowanym Leksykonem herbaty„, oto mój bożonarodzeniowy stosik:

  • Philip K. Dick, „Ubik” – podobno najlepsze opowiadanie tego chyba najbardziej uznanego pisarza science-fiction, bardzo chciałam je przeczytać.

  • Kamila Shamsie, „Burnt Shadows” – prezent od wspaniałej Chihiro, za co jeszcze raz dziękuję! Posobało mi się „Sól i szafran” tej pisarki, a do tego Japonia w tle, brzmi cudownie.

  • Jean-Marie Gustave Le Clézio, „Afrykanin” – ciekawa jestem bardzo. Właściwie nie jestem w stanie przypomnieć sobie książek o Afryce bądź afrykańskich pisarzy, które czytałam… To zdecydowanie zaniedbana przeze mnie część globu. Dodatkowo nie czytałam jeszcze nic tego autora, więc już się cieszę na lekturę.

  • Colin Thubron, „Cień jedwabnego szlaku” – podróżniczo, o „moich” rejonach, piękna okładka – mmm :)

  • Julio Cortazar, „Gra w klasy” – jeszcze nie czytałam, a bardzo przeczytać pragnę, dziękuję mojej gdańskiej przyjaciółce!
  • Rabih Alameddine, „Hakawati, mistrz opowieści” – nie spotkałam się jeszcze ani razu z negatywną recenzją, więc już nie mogę się doczekać (podziękowania dla siostrzyczki).

  • Jeszcze raz dziękuję za wspaniałe prezenty, także tym Mikołajom, których tożsamości nie znam ;) Albo raczej nie wiem, że to akurat oni położyli dla mnie te książki pod choinką. Za oknem wspaniała zamieć śnieżna, a ja postanowiłam zdezerterować z dzisiejszych zajęć i wyspać się porządnie. Cel osiągnięty, a ja poza wieczorną pracą siedzę sobie w domu i piję herbatę. Dobrze mi :) Mam nadzieję, że Wam też przyjemnie płynie czas!

    Kategorie:stosik

    Krótka wycieczka do biblioteki

    Poszłam do biblioteki wypożyczyć memu Miłemu kilka książek na temat anatomii. Wróciłam z tymi:
    stosik
    Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie…

    Kategorie:stosik

    Mój Londyn

    IMG_0129

    Tygodniowy wyjazd do Londynu był dla mnie jak zaczerpnięcie świeżego powietrza, nawet nie wiedziałam, jak bardzo mi to było potrzebne. A wycieczka ta została zaplanowana trochę w ostatniej chwili. Planowałyśmy z przyjaciółką wybrać się do Anglii już od dawna, bo nigdy tam nie byłyśmy, a pomijając ciekawość i pragnienie zobaczenia, studia i wykonywany zawód trochę nas do tego zobowiązują… Tak więc zebrałyśmy się w sobie i zaplanowałyśmy tygodniowy wyjazd, potykając się co chwila i zdobywając informacje na bieżąco, ale – UDAŁO SIĘ!

    IMG_0132

    St. Paul's Cathedral

    Londyn przywitał nas piękną pogodą, która niestety trochę się później popsuła i miałyśmy okazję zobaczyć stolicę Anglii taką, jaką często widziałam w swoich wyobrażeniach – deszczową i wietrzną. Mieszkańcy wydają się być jednak przyzwyczajeni, bo kiedy my obwijałyśmy się ciaśniej chustką i stawiałyśmy kołnierz kurtki, oni biegali w koszulkach z krótkim rękawkiem lub krótkich spódniczkach. Myślę, że sama też mogłabym się szybko przyzwyczaić do takiego klimatu, bo lubię deszcz i wiatr. Jednak zgodnie z logistyką pakowania pt. „wziąć jak najmniej ubrań, żeby było miejsce na książki” (miałyśmy wykupiony tylko bagaż podręczny w samolocie) nie wzięłyśmy zbyt wielu ciepłych ubrań (bo za ciężkie i za dużo miejsca zajmują), więc kiedy deszcz przemoczył nasze cieplejsze odzienie, musiałyśmy trochę kombinować, ale ani na chwilę nie zepsuło nam to humorów i od rana do wieczora chodziłyśmy po mieście.

    IMG_0251

    Poza typowymi atrakcjami turystycznymi chciałyśmy też zobaczyć trochę „zwyczajnego” Londynu, miejsc mniej znanych, a wartych zwiedzenia. W ułożeniu planu wycieczki pomogła nam Chihiro i dzięki niej trafiłyśmy w zakątki pomijane w naszym małym przewodniku, jak na przykład kolorowy rynek Spitalfields, gdzie rozmaite ładne rzeczy, ubrania, chustki, szkatułki, biżuteria, książki, a wreszcie i jedzenie przyciągały uwagę i można by tam spędzać długie godziny. Wreszcie też na własne oczy przekonałam się, że sklepy vintage naprawdę różnią się od zwykłych lumpeksów (a patrząc na witryny niektórych sklepów w Łodzi można zwątpić w jakiekolwiek różnice między nimi). W Londynie znaleźć można mnóstwo uroczych sklepików, nie tych typowo pamiątkarskich, ale z rękodziełem, antykami, ciekawymi ubraniami i oczywiście – z książkami. Antykwariaty kuszą wieloma interesującymi tytułami i niskimi cenami (książki prawie nowe są tańsze niż polskie tłumaczenia w naszych antykwariatach), więc gdyby nie ograniczenia bagażowe, wróciłabym z górą książek, a tak to ograniczyłam się do pięciu (oraz kupiłam kilka książkowych prezentów…). Bardzo dobrym rozwiązaniem są wszelkiego rodzaju ‚charity shops’, w których kupić można przysłowiowe mydło i powidło (z naciskiem na ubrania, płyty, filmy i książki), a pieniądze zapłacone za towar przekazywane są na cele dobroczynne. Najpopularniejszą siecią takich sklepików jest chyba Oxfam, w Londynie można znaleźć kilka punktów. Zachwycają kolorowe stoiska na Brick Lane, które w połączeniu z multikulturowością (istnieje takie słowo…?) tej dzielnicy sprawia, że chwilami ciężko się połapać, w jakim regionie świata człowiek tak naprawdę się znajduje. Widziałyśmy także uliczkę, na której w soboty mieści się Portobello Market, ale trafiłyśmy tam innego dnia, więc musiałyśmy zadowolić się różnorodnymi sklepikami mieszczącymi się przy tej ulicy, co i tak było ciekawe. Jednak jeśli o zakupy i stoiska chodzi, to najbardziej spodobały mi się stragany rozstawione wzdłuż rzeki, kolorowe i pełne wszystkiego. Wystawiono je z okazji jakiegoś festiwalu na deptaku wzdłuż Tamizy, gdzie nam się bardzo przyjemnie spacerowało i podziwiało widok drugiego brzegu.

    Pod względem architektonicznym Londyn jest bardzo ciekawym miastem, gdzie stare miesza się z nowym, a i nowe tworzone jest na różne sposoby. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadły mi stare domki i kamieniczki, jak gdyby niezmienione od stu lat. Patrząc ponad samochodami i współcześnie ubranymi ludźmi na wyższe piętra i dachy można przenieść się na chwilę w czasie. Dlatego najpiękniejszą dzielnicą w Londynie wydało mi się Bloomsbury, po którym oprowadziła nad nieoceniona Chihiro. Wspaniale szło się wąskimi uliczkami pełnymi pięknych budynków, co jakiś czas pokazywał się ukryty między domami skwer, a po drodze mijałyśmy antykwariaty i księgarnie, do których grzechem byłoby nie wejść. Znalazłam sobie także miejsce (jedno z wielu w Londynie…), gdzie mogłabym zamieszkać – niestety nie pamiętam nazwy tej cudownej księgarni, ale wyróżniało ją to, że książki posegregowane były krajami, których dotyczyła ich treść. I tak w dziale Japonia można było znaleźć nie tylko przewodniki, reportaże i mapy dotyczące danego kraju, ale także powieści Japończyków i innych autorów o Japonii. W sam raz na peryferyjne wyzwanie czytelnicze!

    IMG_0141

    Nowoczesne budownictwo londyńskie jest moim zdaniem dość kontrowersyjne. Przede wszystkim: jest brzydkie. Ale o ile taki Gherkin może się podobać lub nie, ale wygląda jak coś rzeczywiście nowoczesnego i niemalże kosmicznego, to część budynków przypomina łódzki Hotel Centrum, będący najbrzydszym budynkiem w moim mieście i stanowiący niechlubną pamiątkę po PRLu. Pomyśleć, że londyńczycy robią to sobie dobrowolnie… Patrząc na budowle dopiero co powstające, można pomyśleć, że architekci nie potrafią utrafić w proporcje betonu i szkła, a nieregularne kształty nie zawsze oznaczają tworzenie miasta przyszłości. Pewnie zobaczyłam za mało, żeby oceniać całe miasto, ale to, co buduje się nad Tamizą jest w większości naprawdę dość koszmarne.

    IMG_0118

    Gherkin

    Oczywiście udałyśmy się do królowej, ale widząc długą kolejkę i nie chcąc wydać zbyt wiele pieniędzy zdecydowałyśmy się pooglądać Buckigham Palace przez płot. Nie zachwycił mnie ani nie poruszył, w odróżnieniu od Westminster Abbey, które jest jednym z najpiękniejszych budynków w Londynie.

    IMG_0167

    Westminster Abbey

    Samą przyjemnością było także spacerowanie po Soho, Oxford Street i siedzenie sobie na Trafalgar Square. Notting Hill olśniewa willami, a dzielnica South Kensington eleganckimi budynkami, na swój sposób bogatszymi niż te z Notting Hill. Oczywiście wybrałyśmy się także do muzeów. W Tate Britain podziwiałam kolekcję Turnera, dowiedziałam się, że jestem wielbicielką Millais’a i zawiodły mnie przedstawione tam obrazy Blake’a, którym bliżej było do czarnej plamy na czarnym tle niż do tego, co spodziewałam się zobaczyć. National Gallery mieści się w pięknym budynku i można tam znaleźć wiele sławnych obrazów, choć nie widziałam tam żadnych swoich ulubionych dzieł. Bardziej spodobało mi się mniejsze Victoria & Albert Museum, w którym organizowane są interesujące i nietypowe wystawy, jak np. ta dotycząca bajkowego designu opisywana przez Chihiro, jak gdyby wyciągnięta z jednej z opowieści Poe’a. Najbardziej upiorne były kapcie zrobione z małych kretów, w których na pewno możnaby bezszelestnie poruszać się wielkim, opuszczonym domostwie o kamiennych posadzkach… Podobało mi się także British Museum, choć chodząc po nim nie mogłam nie myśleć o tym, że większość znajdujących się tam rzeczy nie powinna znajdować się w Wielkiej Brytanii, a w krajach, z których pochodzi. Czy to w porządku, że np. Grecy muszą przyjechać do Londynu by podziwiać swoją spuściznę? Czy są to dobra ogólnoludzkie, więc mogą być akurat tam, gdzie ktoś je przywiózł (np. z wojny…), czy też stanowią dziedzictwo kulturowe danego regionu i tam powinny pozostać. Ja skłaniam się do tej drugiej opcji. Jak się nad tym zastanowić – dlaczego oryginał Bramy Isztar stoi sobie w Muzeum Pergamonu w Berlinie, a w Babilonie, czyli na terenie dzisiejszego Iraku, stoi jej nędzna kopia? Wydaje mi się to mocno nie fair… Mimo to – zbiory British Museum zachwycają i można tam spędzić długie godziny. Pewnym zawodem okazało się dla mnie zachwalane Natural History Museum, które choć ciekawe i niezwykle interaktywne, to jednak nie zaciekawiło mnie na tyle, żeby spędzić tam pół dnia. Ciekawiej było patrzeć na dzieciaki, które przyszły do muzeum na szkolną wycieczkę i wykonywały różne projekty. Ich reakcje na niektóre z atrakcji były bezcenne. Z samego muzeum najbardziej spodobał mi się budynek, w którym się mieściło, przepiękny.

    millais

    W moim prywatnym rankingu najpiękniejszy obraz Millais'a z Tate.

    IMG_0202

    Trafalgar Squere

     

    Londyn jest zachwycającym miastem, ale to nie budynki i muzea podobały mi się najbardziej, a jego różnorodność, prawdziwa mieszanka kultur, przekonań, wierzeń i poglądów, którą widać niemal na każdym kroku. Kolorowe twarze, barwne stroje, rozmaite języki oraz kuchnie z najróżniejszych zakątków świata to coś, co sprawiało, że czasem miałam ochotę po prostu usiąść i patrzeć na ten niezwykły tłum, dlatego właśnie tak dobrze poczułam się w Londynie i myślę, że mogłabym tam zamieszkać, przynajmniej na jakiś czas. Będąc tam miałam wrażenie, że tak to właśnie powinno być, że różne kultury mogą koegzystować i każdy znajdzie miejsce dla siebie. Nie idealizuję Londynu, wiem, że nie zawsze bywa tam wesoło, a życie emigranta nie jest zazwyczaj związane z natychmiastową asymilacją, ale i tak wydaje mi się, że Wielka Brytania jako ogół potrafi radzić sobie z problemem emigracji dzięki szacunkowi i pozwoleniu na życie po swojemu. Nie chodzi tylko o rasy i narodowości – takiej rewii mody, gdzie wszystko wydaje się być dozwolone nie widziałam od dawna, o ile w ogóle kiedyś… Emigranci ubogacili także raczej mało zachęcająco kuchnię brytyjską, a my z radością stołowałyśmy się to w tajskim, to indyjskim, a raz nawet etiopskim barze, gdzie jedzenie wprawdzie przepaliło mi trochę przełyk, ale i tak było przepyszne.

    IMG_0193

    Londyn jest bardzo bogaty kulturalnie i to także można odczuć na każdym kroku, a ja czułam się tam swobodnie i tak lekko, jakby nagle wokół mnie zrobiło się więcej przestrzeni. Wróciłam naładowana pozytywną energią, chęcią działania i potrzebą zmian w moim życiu. Zobaczyłam, że naprawdę może być inaczej, że ludzie mogą się do siebie odnosić przyjaźnie i grzecznie na każdym kroku – zawsze próbowałam tak postępować, ale czasem stykając się z murem niechęci człowiekowi zwyczajnie odechciewa się dalszych prób. Wyjazd podziałał na mnie orzeźwiająco, ukulturalniająco, inspirująco i ożywczo. Oby mi się ten stan jak najdłużej utrzymał :)

    IMG_0182

    P.S. A oto zakupione przeze mnie książki, poza dwiema na dole, „Reading Lolita in Tehran” oraz „Life and Death in Shanghai”, które dostałam od Chihiro (jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję!):

    IMG_0373

    Stosiki letnie

    Miałam nic nie kupować nowego, ani nie pożyczać – jaaasneee… Napatoczyło się kilka promocji, zły humor, który trzeba było sobie czymś przecież poprawić oraz odkrycie biblioteki uniwersyteckiej (nie ma to jak odkryć ją po czterech latach studiowania… ale zazwyczaj wystarczała mi biblioteka wydziałowa i tą główną się nie interesowałam – teraz już wiem, że to był błąd!). Oto rezultaty:

    stosiki

    Z lewej stosik zakupiony, z prawej – pożyczony.

    W dużej mierze są tu książki, o których czytałam u Was na blogach i kilka przypadkowych tytułów. Od góry z lewej leżą:

  • Ursula LeGuin „Lewa Ręka Ciemności”
  • Ursula LeGuin „Malafrena” – obie kupione z powodu uczucia jakim darzę inne książki pani LeGuin, a że te tytuły zyskały spore uznanie bardzo chciałabym je przeczytać. Zresztą, ciekawi mnie, czy książki spoza Ziemiomorza również tak mocno przemówią do mojej wyobraźni.
  • Kamila Shamsie „Sól i Szafran” – bardzo jestem ciekawa tej książki jak i w ogóle pisarstwa Shamsie. Tematycznie najbardziej odpowiadałaby mi najnowsza, „Burnt Shadows”, ale z braku do niej dostępu zadowolę się tą.
  • Shan Sa „Brama Niebiańskiego Spokoju”
  • Haruki Murakami „Na południe od granicy, na zachód od słońca”
  • Susan Fletcher „Ostrygojady”
  • Graham Greene „Spokojny Amerykanin” – czytałam kiedyś jedną książkę Greene’a i spodobała mi się, więc z chęcią przeczytam coś nowego, a tu dodatkowo temat wydaje mi się całkiem zachęcająco.
  • Haruki Murakami „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”
  • Haruki Murakami „Kafka nad morzem” – poważnie zabrałam się do zaznajamiania się z panem Murakamim :)
  • Lew Tołstoj „Anna Karenina” – bardzo chciałam mieć swój własny egzemplarz.
  • Nell Freudenberger „Chiński dysydent” – dostany od Zosika.
  • A to książki pożyczone:

  • Susanna Kaysen „Przerwana Lekcja Muzyki” – jako nastolatka byłam pod wielkim wrażeniem filmu na podstawie tej książki. Nie wiem, czy w każdym wieku historie o młodych ludziach z zaburzeniami działają równie silnie, ale z ciekawością to sprawdzę.
  • Wiktor Pielewin „Święta księga wilkołaka”
  • Mariusz Wilk „Wołoka”
  • Eduardo Mendoza „Przygoda fryzjera damskiego”
  • Juli Zeh „Cisza jest dźwiękiem”
  • Preethi Nair „Sto odcieni bieli”
  • Petra Hulova „Czas czerwonych gór”
  • Isaac Bashevis Singer „Sztukmistrz z Lublina”
  • James Buchan „Miłość pod niebem Iranu” – polski tytuł jest dość przerażający, ale sama książka wydaje się być całkiem ciekawa… W każdym razie postanowiłam dać jej szansę.
  • Ponieważ jest tego dość sporo, postanowiłam być bardziej wymagająca i cenić swój czas, który poświęcam na czytanie (oglądanie filmów zresztą też). Zwłaszcza po lekturze nieszczęsnego „Czegoś pożyczonego”, postanowiłam sobie, że jeśli książka nie zaciekawi mnie po przeczytaniu 100 stron – nie męczę się dalej i odkładam ją na półkę (filmom daję pół godziny). Tym sposobem będę mieć więcej czasu na naprawdę satysfakcjonujące lektury :)

    Kategorie:książki, meta, stosik

    Imieninowy stosik

    Plus kilka książek, które sama sobie ostatnio nabyłam na poprawę humoru. Teraz ten widok poprawia mi humor wręcz niezwykle. Na pierwszym planie fragment pudełeczka z miętowymi czekoladkami, które uwielbiam (zastępują mi „Miętowe pastylki”, ktore jako dziecko mogłam pochłaniać kilogramami, ale teraz ciężko je gdzieś znaleźć, kupowało się je na wagę i miały zielone sreberka).

    IMG_9075

    Z tej wieżyczki do tej pory czytałam tylko „Rok 1984”, ale bardzo chciałam mieć swój własny egzemplarz, bo to dla mnie bardzo ważna książka. Reszta czeka na przeczytanie, ja tymczasem w tramwaju podczytuję pozycje kupione już dość dawno temu i mozolnie piszę dalej pracę…

    Dwa przewodniki kupiłam za śmieszne pieniądze (nie potrafiłam się powstrzymać) w Taniej Książce, a są to miejsca, w które może uda mi się wybrać w najbliższej przyszłości.

    Kategorie:książki, stosik