Archiwum

Posts Tagged ‘kraje nordyckie’

Podróż z szamanem

Czy wiecie, co to jest joik? To pradawny śpiew Saamów, zwanych przez nas Lapończykami. Ludowe pieśni, których dotyczą joiki stanowią istotną tradycję, a współcześnie sama umiejętność joikowania jest ważnym elementem saamskiej tożsamości kulturowej. Istnieją joiki z zamierzchłych czasów, sprzed czasów chrześcijańskich, wciąż mogą jednak powstawać nowe, przychodzić do śpiewającego, na co on sam nie ma dużego wpływu. Śpiew ten jest bowiem przejawem magii, obecnej w życiu Saamów na każdym kroku. O przedstawicielu tej północnej ludności opowiada pełna sił nadprzyrodzonych książka „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna” autorstwa Ailo Gaupa, Norwega saamskiego pochodzenia. Gaup tworzy poezję i prozę, wykorzystując bogactwo lapońskiej mitologii oraz kultury. W dużej mierze opiera się też na joikach, wkładając je w usta swoich bohaterów lub ich samych umieszczając jak gdyby w treści klasycznych joików. Autor jest szamanem, co również mocno odbija się w treści „Podróży…”.

Zarys akcji jest dość prosty – we śnie Jon widzi szamański bęben, który wnika w jego ciało. Uznaje to za znak, że musi taki bęben odnaleźć, bo to jemu się on należy. Pamięta z dzieciństwa spędzonego w saamskiej osadzie sytuację, w której był świadkiem używania szamańskiego bębna, teraz jednak czuje się odcięty od swoich korzeni i lapońskiej kultury. Od lat mieszka w dużym mieście, pracuje jako dziennikarz, nie ma rodziny. Podróż po bęben, w którą wyrusza, początkowo ze swoją ukochaną Leną, następnie sam, jest więc drogą nie tylko w fizycznym, ale i duchowym – w głąb siebie, tradycji swojego ludu, wierzeń i przeszłości. Tym samym Jon staje się alter ego autora, który tuż po urodzeniu wśród Saamów został oddany do domu dziecka na południu Norwegii, gdzie dorastał i później pracował jako dziennikarz. Duchowa przemiana, którą przeszedł miała charakter mistyczny, nie tylko bowiem zajął się propagowaniem kultury saamskiej, ale został również praktykującym szamanem. Jon przechodzi podobną drogę, w której motyw poszukiwania własnej tożsamości miesza się z lapońskimi wierzeniami i opowieściami o bohaterach z dawnych wieków oraz wszechobecnymi joikami, które okazują się być prawdami o funkcjonowaniu świata i przeszłości. Z tekstu wyłania się świat pełen przyrody i magii, gdzie nawet kamienie mają w sobie ducha, duchy opiekuńcze spotkać można na każdym kroku, a magia stanowi część życia codziennego, choć nie jest to magia w najpowszechniejszym tego słowa znaczeniu (nikt tu nic nie wyczaruje, nie przeniesie z miejsca na miejsce bez użycia rąk itd…). Wchodząc w tę rzeczywistość czytelnik powinien przestać się czemukolwiek dziwić i rzeczywiście, po kilkunastu stronach pojawiające się ogromne zwierzęta, szamani służący złu, pojawiające się znikąd duchy lub ludzie – wszystko zaczyna być logiczne i nie pozostawiające pytań. Gaup przede wszystkim wydaje się być poetą i to także czuje się w jego utworze.

A jednak, mimo wszystkich tych pozytywnych elementów, książką nie byłam zachwycona. Podobała mi się i lektura była przyjemna, jednak zabrakło mi w niej głębi, której ja poszukiwałam. Zdaję sobie sprawę, że to specyficzna literatura, magiczny świat mnie uwiódł, ale zabrakło mi wiarygodnej charakterystyki bohatera w obliczu jego przemiany. Jon chce zdobyć bęben, uważa, że prawnie mu się należy, jednak wydaje się nim kierować głównie rządza uznania i posiadania, ekscytuje się własną pozycją i sekretnym imieniem, mniej dostrzegając ludzi wokół. Swoją partnerkę traktują moim zdaniem źle, jest ogólnie antypatyczny. Niechęć do głównego bohatera przeszkadzała mi w lepszym odbiorze książki. Podejrzewam, że to wyłącznie kwestia upodobań, bo do tej pory nie spotkałam się z narzekaniem na tę postać. Mnie dużo bardziej do gustu przypadła Lena i cieszyłabym się z większej ilości fragmentów o niej.

W rozmowach ze znajomymi Jona i Leny poruszane są zagadnienia związane z problemami, z jakimi boryka się saamska społeczność, zepchnięta na margines i źle traktowana przez rządową politykę. Jeden z bohaterów zauważa:

Chcą, abyśmy grali w ich grę. Wtedy są pewni, że przegramy. Musimy grać we własną grę. Dopiero wtedy coś stworzymy. (s. 140)

Potrzeba odrodzenia się kultury saamskiej i sprzeciw przeciwko odrzuceniu własnych korzeni są wielokrotnie podkreślane i stanowią pewnego rodzaju manifest powieści. Kultura saamska jest mocno osadzona w przeszłości, która stanowi nierozerwalną jedność z teraźniejszością i wpływa zasadniczo na przyszłość. Wierzenia, duchy opiekuńcze, dawni bohaterowie – wszystko to nie znika w mrokach dziejów, ale funkcjonuje w saamskiej codzienności, podsycane magią przyrody dookoła.

Naród bez przeszłości jest narodem bez przyszłości. (s. 178)

Miałam jednak wrażenie, że autor chcąc przeforsować swoje spojrzenie, robi to w sposób dość jednostronny, zakładając pewne normy, nie wgłębiając się jednak w życie ludzi i wybory, jakie nimi kierują. Czy można wymagać od młodych ludzi jasnego określenia się i odcięcia od kuszącej nowoczesności, którą trudno jednak pogodzić z saamską rzeczywistością? Czy pokonanie złego szamana gwarantuje koniec problemów? Nie twierdzę, że takie wnioski wysnuwa ze swojej powieści autor, ja jednak myślałam o nich po zakończeniu lektury. Wspaniały temat nie został w moim odczuciu w pełni zgłębiony. Niemniej jednak polecam tę książkę jako interesujące spotkanie z kulturą, o której wciąż większość z nas wie mało (a przynajmniej tak mi się wydaje na podstawie własnych obserwacji).

Tytuł: Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna
Tytuł oryginału: Trommereisen
Autor: Ailo Gaup
Wydawnictwo: Słowo/Obraz Terytoria
Ilość stron: 252
Moja ocena: 4/6

Reklamy

Według babki, według matki i według córki

Książkę Marianny Fredriksson „Anna, Hanna i Johanna” miałam od dość dawna na swojej liście pozycji do przeczytania, natrafiłam na nią kiedyś przy okazji przeglądania książkowych blogów. Motywacją końcem końców okazało się być jednak wyzwanie Kraje Nordyckie (które ukończyłam w terminie, ale wciąż mam dwie zaległe recenzje do napisania – tę oraz „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna”…) i fakt znalezienia tego tytułu w osiedlowej bibliotece. Miałam sporo szczęścia, ponieważ książka „Anna, Hanna i Johanna” nie są aktualnie dostępne w sprzedaży i nie słyszałam o planach dodruku. Szczęśliwie dla mnie się złożyło, że tuż po moim przeczytaniu trafiłam na aukcję, na której ktoś „Annę…” sprzedawał i jestem szczęśliwą posiadaczką swojej własnej kopii. Jest to bowiem jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w tym roku! Choć fabuła nie jest szczytem oryginalności i powieści tego rodzaju powstało sporo, uwielbiam ten rodzaj książek – rodzinne sagi, głównie z punktu widzenia kobiet, pełne uczuć, analizy psychologicznej, rodzinnych tajemnic, a w tle zmiany społeczne i historyczne. Dodatkowo jesienna melancholia i ogarniające mnie ostatnio przygnębienie posłużyły za idealne warunki do czytania powieści Fredriksson.

Bohaterkami są trzy kobiety, przedstawicielki różnych pokoleń jednej rodziny. Babka, matka i córka żyły w różnych czasach, które w dużym stopniu determinowały ich wybory i sposób patrzenia na życie. Jednak zaskakująco dużo zdawały się mieć do powiedzenia geny lub przeznaczenie, w myśl którego czyny matek oddziaływały tak silnie na życie córek, że mniej lub bardziej świadomie powtarzały one część wzorców z życia starszych kobiet, które same krytykowały i od których chciały się odciąć. Skomplikowane relacje, w których żale i poczucie krzywdy mieszają się z poczuciem winy, miłością i czułością nie stwarzają odpowiednich warunków do szczerych rozmów. Fabuła powieści zawiązuje się w drugiej połowie XX wieku. Anna nie potrafi poradzić sobie z emocjami, gdy czuwa nad szpitalnym łóżkiem umierającej matki, Johanny. Stara się zrozumieć życie i przeszłość tej tak bliskiej jej kobiety, o nic już jednak nie może jej zapytać, bo Johanna rzadko kiedy odzyskuje świadomość. Anna szybko orientuje się, że by zrozumieć życie własnej matki, musi cofnąć się jeszcze jedno pokolenie wstecz i poznać babkę Hannę. Zdobywając informacje na temat przeszłości rodziny, składając je w jedną całość z rozsypki faktów, zasłyszanych gdzieś stwierdzeń oraz własnych domysłów, Anna tworzy portret niezwykłych kobiet, w międzyczasie wnikając też w głąb siebie. Autorka oddaje głos wszystkim trzem kobietom, czytelnicy otrzymują więc kompletny obraz rodziny, wzruszający i intrygujący, pełen mroku, ale i ciepła. W tle natomiast umieszcza Szwecję, pokazując zachodzące w niej przemiany. Podróż w przeszłość i obserwowanie zmian wraz z bohaterkami, uczestniczenie w części z nich jest fascynujące. Nie znałam szczegółowej historii Szwecji i choć nie ma tu historycznych wtrętów, politycznych dyskusji ani autentycznych biografii, Fredriksson zdołała subtelnie umieścić w swojej książce zmiany obyczajowe i społeczne, nie siląc się na ich ocenę. Hanna, Johanna i najmłodsza z nich Anna są dziećmi swoich epok, choć nie zawsze potrafią się dostosować do aktualnych wydarzeń i myśli, a historia ich nie oszczędza i puka do drzwi domów.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele fabuły, choć jak już wspomniałam na początku, nie ma tu zaskakujących rozwiązań, zwrotów akcji i szokujących tajemnic. To książka na wskroś obyczajowa, przy czym w tym wypadku to określenie całkowicie pozytywne, nic powieści nie ujmujące (to chyba mój ulubiony rodzaj książek, ale często wrzucany do jednego worka z chick-litem i romansami nienajwyższych lotów może kojarzyć się negatywnie – nic z tych rzeczy!). Fredriksson pisze bardzo przyjemnym językiem, kreśli prawdopodobne portrety psychologiczne. Nie mogłam oderwać się od lektury i długo po jej zakończeniu wciąż o niej rozmyślałam. Wpasowała się idealnie w moje czytelnicze potrzeby, ale mogę ją także z czystym sumieniem polecić każdemu, kto lubi takie rodzinne sagi ze skandynawskimi krajami w tle. Ja już zdobyłam kolejną książkę Marianne Fredriksson, „Elisabeth i Katarina”, która wydaje się być zbliżona w treści do opisywanej przeze mnie powieści. Już cieszę się na lekturę!

Tytuł: Anna, Hanna i Johanna
Tytuł oryginalny: Anna, Hanna och Johanna
Autor: Anne Bishop
Wydawnictwo: Świat Książki, 1999
Ilość stron: 381
Moja ocena: 6/6

Lofoty z ostatnimi wikingami

Dziwny czas ostatnio nastał w moim życiu, pełen zmian, wielkich nadziei, męczących zawodów, przyzwyczajania się do nowych warunków, które miały być inne – ale z braku wyboru póki co pozostać muszą takie, niesatysfakcjonujące w pełni, ale przynoszące pewne korzyści. W biegu, w autobusie i potem wieczorem, na spokojnie i bez energii na wiele więcej, czytałam „Ostatniego wikinga” Johana Bojera, dziwiąc się sobie chwilami, że zamiast dać ponieść się jednemu z intrygujących mnie tytułów czekających na półce, tkwię w lekturze historii lofockich rybaków. I zastanawiając się, czy to aby nie jest strata czasu, dochodziłam do wniosku, że niech sobie temat mojej lektury brzmi jak chce, wciągnęłam się w losy załogi „Foki”, czuję na twarzy morską sól, podmuch mroźnego, północnego wiatru, słyszę skrzypienie drewnianego pokładu i otaczający zewsząd rybaków zapach wątłuszy i śledzi. I właśnie ta mieszanka działa na mnie zadziwiająco kojąco dla mnie samej, uspokaja i wycisza. Na piętnaście minut jazdy autobusem przenosiłam się w inny świat, pomagający mi natychmiast oddalić się od irytujących problemów rzeczywistości. A przecież nie każda książka taką przyjemność zapewnia!

O czym opowiada „Ostatni wiking”? Nie jest to historia północnych wojowników, ale norweskich rybaków i chłopów, zamieszkujących małą nadmorską wieś. Czytelnik zapoznaje się z garstką bohaterów, którzy w ten czy inny sposób związani są z corocznymi połowami na Lofotach. Maria wychowała się w łagodnych dolinach i nienawidzi fal rozpryskujących się o skały. Morze to dla niej niebezpieczne bóstwo zabierające mężczyzn, nie pozwalające jej wierzyć w dobrego Boga, którego potrafiła czcić w spokojnej, przyjaznej człowiekowi dolinie. Maria nie chce jednak żyć bez ukochanego męża, Kristavera, który z morzem i rybactwem związany jest od dzieciństwa, tej zimy pogłębiając jeszcze ową więź poprzez zakup łodzi o nazwie „Foka”. Tego roku po raz pierwszy ma także zabrać w morze najstarszego syna, Larsa. Lars mimo poważnego wieku szesnastu lat, wciąż nie potrafi zdecydować się między rybactwem a nauką, do której ma predyspozycje. Kocha czytać i choć morze nęci go, marzenia co i rusz biegną ku dalszym studiom historii, roznosi go ciekawość świata. Zdaje sobie sprawę, że to nie tylko wybór między morzem, a lądem, ale także między ojcem i matką. Inni mieszkańcy wsi również przypatrują się morzu z mieszaniną fascynacji i niepewności jutra. Kaleas Gomon, któremu przypisywane jest każde nieślubne dziecko w okolicy, ma do wyżywienia starego, ślepego ojca oraz młodą, niekonfirmowaną jeszcze siostrzyczkę. Inni rybacy również posiadają rodziny, z którymi łączą ich różnorakie stosunki, połów jednak wydaje się niezbędny do przeżycia kolejnego roku. Nikt nie obiecuje jednak, że rybak powróci z rybami i pieniędzmi, co roku ktoś zostaje na Lofotach i wiedzą o tym czekające rodziny. Tylko na Jakuba, dowódcę „Morskiego Kwiatu” nie czeka nikt, jego domem i rodziną jest bowiem jego własny statek. Zbliża się zima i z dnia na dzień wioskę opuszcza większość mężczyzn, kierując swe łodzie ku Lofotom. Tam rozpocznie się ciężkie życie, pełne ryzyka i nieprzewidzianych zwrotów akcji, przetykane chwilami nieróbstwa wymuszonego brakiem ryb. Jeśli komuś wydaje się, że rybactwo to zajęcie spokojne, pełne wyciszonych ludzi – powinien przeczytać „Ostatniego wikinga”. Chwilami to walka na śmierć i życie, zwłaszcza, kiedy przeciwko rybakowi staje nie jego kolega po fachu, ale wielki przemysłowy okręt rybacki, zagarniający dla siebie całą zdobycz. Wtedy z człowieka wychodzą najpodlejsze instynkty, w obronie tego, co uważa za swoje gotów jest nawet zabić. Innym razem to braterstwo bierze górę i człowiek zdolny jest do poświęcenia życia, ratując swoich towarzyszy.

Dość zaskakujące jest podejście samego autora do swoich bohaterów. Początkowo ma się wrażenie, że to jedna wielka apoteoza rybaków, ostatnich norweskich wikingów, nieustraszonych i zwycięskich. Narracja bywa jednostronna, zwłaszcza przy okazji spotkań bohaterów z mieszkańcami Północy, którzy ustępują Kristaverowi i jego znajomym niemal na każdym polu. Na początku kobiety wydają się być jedynie tłem dla swoich wspaniałych mężczyzn, a treść wyłącznie radosną historią o mężnych rybakach podporządkowujących sobie morską toń. Stopniowo jednak obraz zaczyna się komplikować, kiedy Bojer delikatnie dodaje nowe głosy, pokazuje mroczne strony swoich bohaterów (choć nie krytykuje ich i zdaje się unikać ocen). Morze staje się coraz mniej przyjazne ludziom, mrok wdziera się w opisywane przygody, aby wreszcie zaskoczyć smutną wymową całości, pozbawioną nadziei i radości. Wtedy nagle okazuje się, że Bojer napisał książkę o minionej epoce, o ludziach, których już nie ma i świecie bezpowrotnie straconym wraz z wieloma swoimi wartościami. Nie trudno wtedy wybaczyć przymykanie oczu na wady rybaków, pobłażliwość w stosunku do ich nieodpowiedzialnych niekiedy zachowań – z tego obrazu wyziera bowiem tęsknota za tym, co minione i głęboka melancholia, której zdecydowanie się nie spodziewałam czytając początkowe rozdziały. Dalsze wydarzenia wycisnęły mi nawet łzy z oczu, na sam koniec pozostawiając mnie z poczuciem straty i bolesnego przemijania świata, który kiedyś dla grupy ludzi był wszystkim.

Choć przyznaję, że „Ostatni wiking” to kolejna lektura, do której sięgnęłam powodowana skandynawskim wyzwaniem i inaczej raczej nie miałabym szans na jej poznanie, to cieszę się, że w ten przypadkowy sposób poznałam najsłynniejszą książkę Bojera. Powieść pozytywnie zaskoczyła mnie swoim rozwiązaniem, dużą dawką melancholii oraz przybliżeniem zwyczajów norweskich wieśniaków i rybaków. Skomplikowana relacja między Kristaverem a jego żoną, choć jedynie zaznaczona, nie pozostawiła mnie obojętną. Autorowi udała się także postać Larsa, miotana dylematami i przeżywająca pierwszą miłość. Szkoda, że autor nie skoncentrował się bardziej na psychologii bohaterów, ale też i nie miałam na to większych nadziei. Książka okazała się być miłym zaskoczeniem i dobrym lekarstwem na stresy. Wciąż myśląc o niej czuję na twarzy zimny i słony podmuch wiatru…

Tytuł: Ostatni wiking
Tytuł oryginału: Den siste viking
Autor: Johan Bojer
Wydawnictwo: Poznańskie, 1972
Ilość stron: 250
Moja ocena: 4/6

Proste życie na Wyspach Owczych

Podejrzewam, że gdyby Heðin Brú był Polakiem, to „Honor biedaka” byłby lekturą szkolną, niekoniecznie ze względu na wartość literacką, ale ukazanie ubogiego życia w szarej rzeczywistości, czyli obraz, jaki w mojej głowie wyświetla się momentalnie na hasło „lektura szkolna”. Cóż z tego, że wiele obowiązkowych pozycji osobiście uwielbiam i cieszę się, że są w kanonie, skoro moja psychika we wczesnej podstawówce została skrzywdzona pozytywistycznymi nowelkami, których nie miałam wtedy szans w pełni zrozumieć, przeraziły mnie jednak swoją makabrą? Heðin Brú Polakiem jednak nie jest, a ja na jego książkę natrafiłam szukając lektur do wyzwania Kraje Nordyckie, nie znałam bowiem żadnego autora pochodzącego lub choć piszącego o Wyspach Owczych. I choć nie jest to wymarzona dla mnie pozycja i w innych okolicznościach pewnie bym po nią nie sięgnęła, to jednak cieszę się, że na nią natrafiłam, było to w sumie dość interesujące przeżycie czytelnicze.

Stary Ketil wraz z najmłodszym synem, który jako jedyny z jedenaściorga pociech nie odszedł jeszcze z domu na własne gospodarstwo, wyruszają na połów waleni. Zwierzęta pojawiły się w pobliżu Wysp i są zapowiedzią bogactwa. Ketil jest biedakiem, jedyne co może zrobić, to nająć się na łodzi, a następnie kupić trochę waleniny na licytacji. Daje się jednak ponieść emocjom (oraz alkoholowi), kupuje więc znacznie więcej, niż jest go stać. Dalej będziemy śledzić jego poczynania mające na celu zdobycie pieniędzy oraz żywności, życie rodziny głównego bohatera oraz jego sąsiadów. Do wsi docierają nowoczesne wynalazki w rodzaju łodzi motorowej, ludzie coraz chętniej kształcą się i pragną wyjść poza ramy walki jedynie o byt i przeżycie kolejnej zimy. Ketil jednak należy do starej generacji i choć stara się nie potępiać sposobu życia innych ludzi, nie rozumie swoich dorosłych synów, jego żona natomiast gardzi synowymi. Z fabuły widać jednak, że dzieci chętnie służą rodzicom pomocą i martwią się o ich zdrowie, nie potrafią jednak kryć rozbawienia bądź irytacji pomysłami ojca. On zaś jest zbyt dumny, by prosić synów bądź córki o pomoc, zostając samotnie z własnymi problemami finansowymi i biedą wyzierającą z każdego kąta. Sąsiedzi przedstawiają sobą natomiast uroczą zbieraninę oryginałów i typowych przedstawicieli wsi, tworząc interesujące tło dla coraz to nowych pomysłów Ketila na polepszenie warunków bytowych.

Brzmi to wszystko szaro, smutno i melancholijnie? Nie można zaprzeczyć, że ogólny wydźwięk historii nie należy do optymistycznych. Trzeba jednak oddać autorowi, że swoją historię poprowadził lekkim piórem, dodając wiele humoru i okraszając historię swojego bohatera dużą dawką ironii. Brú nie krytykuje Ketila, współczuje mu, lecz traktuje z niemal czułą ironią, jawnie naśmiewając się z najmłodszego syna, Kalva, który choć dorósł do wieku właściwego do ożenku, wciąż zachowuje się jak małe dziecko, niegrzeszące inteligencją. Cała wiejska społeczność została przedstawiona w sposób barwny, autor wyśmiewa ludzkie przywary i hipokryzję, nie wywyższając się jednak ponad tłum. Dzięki temu otrzymujemy tekst zabawny, ubarwiony dodatkowo zwyczajami i życiem codziennym we farerskiej wsi. Bez moralizatorstwa autor pokazuje, że nawet w obliczu biedy człowiek może zachować honor i życzliwość dla drugiego człowieka, pomagając mu nawet kosztem własnej osoby. Czując na twarzy mroźną bryzę, wdzierającą się nawet poprzez nieszczelne ściany chałupki Ketila, nie sposób nie dojrzeć promyka nadziei na lepsze czasy, choćby już nawet w przyszłym życiu, w co wierzą i czego trzymają się bohaterowie, nie zbaczając z uczciwej i pomocnej ścieżki. Nie jest to książka, którą polecałabym wyjątkowo gorąco, niemniej jednak stanowi ciekawy obraz Wysp Owczych, a ironiczny humor wzbogaca lekturę. Jeśli macie ochotę na niedługą historię tego rodzaju, „Honor biedaka” będzie dobrym wyborem.

Tytuł: Honor biedaka
Tytuł oryginału: Feðgar á ferð
Autor: Heðin Brú
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie, 1970
Ilość stron: 151
Moja ocena: 4/6

O tym, jak duński młynarz szukał żony…

Jak już wspominałam, wyzwania literackie potrafią wciągać. Sama bardzo chętnie biorę w nich udział, a proponowane listy książek skrzętnie notuję, by z czasem zapoznać się bliżej z interesującymi mnie pozycjami. Dzięki temu nierzadko trafiam na książki, które bardzo mi się podobają, a po które pewnie bym nie sięgnęła. Łącząc wyzwanie Projekt Nobliści z Krajami Nordyckimi postanowiłam przeczytać książkę duńskiego noblisty, Karla Gjellerupa. Wybór padł na „Młyn na wzgórzu”, uznawany za jedno z jego największych dzieł.

Żona Jakuba, właściciela pięknego młyna umiera, zostawiając mu pod opieką ich małego synka oraz wymuszając na nim obietnicę dokładnego przemyślenia powtórnego ożenku. W opisie przedstawionym przez umierającą Chrystynę Jakub rozpoznaje wieloletnią znajomą, siostrę jego przyjaciela leśniczego. Nie sposób przeciwstawić się takiej prośbie, z drugiej strony mężczyzna zdaje sobie sprawę, że dobro jego i dziecka jest tylko połową prawdy. Drugą stanowi całkowicie uzasadniona niechęć młynarki do służącej we młynie Lizy. Liza, prawdziwe dziecko natury, z naturalnym wdziękiem i bez skrupułów potrafi owinąć sobie mężczyzn wokół palca. Stopniowo zaczęła przejmować obowiązki gospodyni młyna podczas choroby młynarzowej, zawracając przy okazji w głowie wszystkim pracującym tam mężczyznom, nie wyłączając właściciela. Obawy Chrystyny są uzasadnione, Liza bowiem już widzi się na miejscu umierającej i po jej śmierci zaczyna dążyć do swego celu, nie szczędząc sił i wykorzystując wszelkiego rodzaju chwyty. Jakub, rozdarty między przysięgą daną żonie a magnetyzującą siłą i urodą Lizy, miota się nie potrafiąc podjąć ostatecznej decyzji. Sprawę komplikują jego delikatne uczucia dla leśniczanki, synek, który niczym czujne zwierzątko wyczuwa zagrożenie i wreszcie jego własny parobek Jorgen, powiernik Lizy i jej wierny wielbiciel, jako jedyny wtajemniczony w plany dziewczyny. Uczuciowa przepychanka, w której siły zmieniają się z każdą chwilą, a postronne osoby mieszają się mniej lub bardziej świadomie w konflikt głównych bohaterów, nieuchronnie zmierza ku tragedii.

Tłem dla wydarzeń staje się wnętrze młyna, niepokojąc hałasem i ewentualnym niebezpieczeństwem, które wyziera z wielu kątów, gdzie wystarczy tylko chwila nieuwagi… Przeciwwagą dla górującego na wzgórzu młyna jest las, równie niepokojący choć powód niepewności różni się od tego we młynie, gdzie krzywdę człowiekowi, choćby pośrednio, ale wyrządzić może jedynie drugi człowiek. Las zdaje się być zamieszkały przez nadnaturalne moce, ludzie przysięgają, że widzieli tam duchy i zjawy, nawet znając to miejsce bohaterowie nie czują się pewnie musząc przebyć leśną drogę w godzinach wieczornych. Tylko brat Lizy, osoba poza ramami społeczeństwa nie robi sobie nic z niebezpieczeństw, będąc jednym z zagrożeń. I on jednak nie bagatelizuje mocy lasu, zgadzając się z opowieściami sąsiadów. Przede wszystkim jednak autor rozpościera przed czytelnikiem obraz Danii, a dokładniej duńskiej wyspy Falster, codziennego życia mieszkańców ukazanego w realistyczny sposób wraz z pewną dawką tradycji i folkloru.

„Młyn na wzgórzu” jest bogatą kroniką destrukcyjnych związków międzyludzkich, Gjellerup snuje swoją historię nie szczędząc szczegółów, rozwija wątki poboczne, na koniec serwuje czytelnikom natomiast skróconą wersję „Zbrodni i kary”, z dużo mniej przekonującym bohaterem. Choć niewątpliwie jest to dzieło warte uwagi, nie odnalazłam w nim czegoś, co zachęcałoby mnie do zatracenia się w czytaniu, historia nie porwała mnie, a bohaterowie męczyli. Gjellerup pokusił się wprawdzie o oddanie portretów psychologicznych swoich postaci, dodając wyrachowanej Lizie także pozytywne uczucia, dzięki którym można odczuwać do niej cień sympatii a przynajmniej jej współczuć. Jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że Jakub staje się człowiekiem w obliczu odwiecznej walki dobra ze złem, gdzie obie wartości uosabiane są przez kobiety, mężczyźni zaś pozostają jednostkami niezdolnymi do jasnej oceny sytuacji, bezwolnymi i kierującymi się w życiu (może poza jednym leśniczym) własnymi ambicjami. Fatalistyczna wizja, według której człowiek skazany jest na zagładę, jeśli tylko choć raz zejdzie z praworządnej ścieżki również nie do końca do mnie przemówiła. Wszechobecny pesymizm i ciemność rządząca ludzkim losem przytłaczają, a książka zamiast mnie zafascynować, końcem końców znużyła. Być może „Młyn na wzgórzu”po prostu zestarzał się jako książka, trąci myszką i stracił uniwersalność, choć na pewno wciąż jeszcze potrafi coś zaproponować współczesnemu czytelnikowi. Muszę jednak podkreślić, że wpływ na mój odbiór książki mógł mieć okres, w jakim ją czytałam, być może niesprzyjający takiej lekturze. Nie sposób bowiem nie docenić scen obrazowanych przez autora, które natychmiast stają przed oczami czytelnika i mają wymowę wręcz metafizyczną. Szalenie mi się te fragmenty podobały, nie uważam więc czasu poświęconego na lekturę za stracony. Jeśli ciekawi Was życie w tym okresie, sama Dania lub obyczajowa powieść o żądzy i zazdrości, z metafizycznym akcentem, proponuję zapoznać się bliżej z „Młynem na wzgórzu”.

Tytuł: Młyn na wzgórzu
Tytuł oryginału: Mollen
Autor: Karl Gjellerup
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie, 2002
Ilość stron: 378
Moja ocena: 4/6

Tajemnica zaklęta w kamieniach

Lata 30 w Finlandii, burzliwy okres w historii kraju. W pamięci mieszkańców wciąż żywy jest konflikt pomiędzy „białą” i „czerwoną” Finlandią, rany na ciele i duszy po krwawych starciach i mordach jeszcze się nie zabliźniły. Do górniczej miejscowości przybywa kobieta całkiem różna od pozostałych mieszkanek, wdowa po Rosjaninie, Davida zwana przez wszystkich Vidą. Nie kryje swoich komunistycznych sympatii, wierzy w wolne związki i głęboko skrywa tajemnicę dotyczącą jej samej. Wychodzi jednak za mąż za szypra Harjulę, wbrew własnym pragnieniom zachodzi w ciążę. Potem już coraz bliżej do tragedii, która pozostanie tajemnicą zamkniętą w kamieniach. Po latach postanowi wyjaśnić ją Iiris, dziennikarka z Helsinek i wnuczka Vidy, której życie wydaje się stracić sens po zdradzie męża. Kobieta przybywa do górniczej miejscowości w poszukiwaniu materiału do reportażu, który ma uratować jej pozycję w piśmie. Artykuł schodzi jednak na dalszy plan, gdy zaczyna poznawać tajemnice przeszłości, jednocześnie rozliczając się z własnym dzieciństwem i młodością. Jaką tajemnicę skrywała Vida? Co stało się z jej ukochanym dzieckiem? Kto był miłością jej życia? I wreszcie, jaką rolę w tym wszystkim odegrała geologia, kamienie i cała kopalnia? Historia niepokojąco łączy się z opowieściami, które docierają do Iiris z różnych stron: o porwaniu dziecka, o składaniu ofiar z ludzi… Ani na chwilę nie można jednak zapomnieć o tle historycznym i obyczajowym, Finlandii pokazanej w dwóch czasoprzestrzeniach.

Tak przedstawia się zarys fabularny powieści „Niech się rozpęta burza” autorstwa poczytnej fińskiej pisarki, Leeny Lander. Autorka nie tylko przedstawiła wielowątkową historię o burzliwych czasach, miłości i wierności oraz rodzinnych tajemnicach. Skomplikowała ją ponadto narracją na wiele głosów, dodając do niej także wszechwiednego narratora, który pomaga czytelnikowi przedzierać się przez gąszcz niedomówień, domysłów i przypuszczeń. Powieść przykuwa uwagę od pierwszych stron, Lander sprawnie konstruuje atmosferę grozy i tajemnicy, potrafi zaintrygować niejednoznaczną historią miłosną, czytelnik niecierpliwie przerzuca więc strony. Niestety, powieść w pewnym momencie traci swój impet i zwyczajnie zaczyna nużyć. Narracja może wydać się w pewnym momencie komplikowana na siłę, zaciemniając obraz nadmiernie i niepotrzebnie. Lubię wieloosobowe narracje i nie mam problemu z „połapaniem się”, co kto mówi i kto o czym wie. Tu jednak miałam wrażenie przesytu i pewnej pisarskiej maniery.

Lander w bardzo ciekawy sposób przedstawiła wątki obyczajowe i gdyby skupiła się na nich, stworzyłaby naprawdę dobrą, jeśli nie świetną powieść. Niestety zdecydowała się upchnąć zbyt wiele w jednej książce, przez co ciężko pozostać równomiernie zainteresowanym wszystkimi zabiegami fabularnymi. Postać Iiris jest antypatyczna, nawet jeśli głęboko się jej współczuje, męczyły mnie fragmenty o niej. Jej wspomnienia były zajmujące, teraźniejszość jednak irytowała. Wyjaśnienie zagadki rozczarowało mnie, ale już w połowie książki straciłam zainteresowanie dla „śledztwa”, bo tak naprawdę przyczyna śmierci dziecka niewiele już mogła zmienić i poza wiedzą, nikomu nie była w stanie przynieść ukojenia bądź odkupienia. Dużo większą tajemnicę stanowiły uczucia głównych bohaterów i ich przeszłość, o których czytałam z przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Rzadko kiedy mam takie odczucie, ale w przypadku „Niech się rozpęta burza” skróciłabym książkę o 100 stron, usunęła niepotrzebne moim zdaniem nagromadzenie wątków i otrzymała świetną powieść obyczajową lub nawet psychologiczną.

Leena Lander nie napisała powieści złej, ani nawet przeciętnej. Mam świadomość, że „Niech się rozpęta burza” to książka dobra, która miała potencjał, by stać się książką świetną. Niestety, na potencjale się skończyło, a ja wzdycham nad zawiedzionymi oczekiwaniami, które miałam spore przed lekturą, a kończąc lekturę odłożyłam książkę z myślą „a mogło być tak pięknie…” Nie da się jednak ukryć, że postać Vidy, niejednoznaczna i skomplikowana, zapada w pamięć, a jej historia miłosna, dla mnie przede wszystkim ta z udziałem męża, intryguje i przykuwa uwagę. Szkoda zmarnowanego potencjału, nie uważam jednak czasu poświęconego na lekturę za równie zmarnowany. Polecam „Niech się rozpęta burza” przede wszystkim osobom zainteresowanym historią Finladnii oraz wielbicielom obyczajowych powieści. Wielbiciele kryminału nie znajdą tu wiele dla siebie (reklamowanie książki jako thrilleru na okładce uważam za grubą przesadę!).

Tytuł: Niech się rozpęta burza
Tytuł oryginału: Tulkoon myrsky
Autor: Leena Lander
Wydawnictwo: Słowo/Obraz Terytoria, 2008
Ilość stron: 352
Moja ocena: 4/6

Kamienie spadające z nieba i język estoński

Sięgając po książkę „Kamienie z nieba” Jaana Krossa wiedziałam tylko tyle, że pisarz był estońskim autorem, wymienianym jako kandydat do Literackiej Nagrody Nobla, której to nagrody w końcu nigdy mu nie przyznano. Przed lekturą wyszukałam trochę informacji o Krossie, postaci cenionej nie tylko w granicach swojego kraju. Żył i tworzył w Estonii, pisząc o swoim ukochanym kraju oraz tłumacząc dzieła wybitnych autorów na estoński. Prześladowany przez komunistów, marzył i dążył do odzyskania przez Estonię niepodległości. Zdecydowałam się na jego książkę „Kamienie z nieba” trochę w ciemno, nie znalazłam bowiem żadnej jej recenzji. Do lektury zachęciła mnie notka na okładce:

Jest to kolejna powieść, w której autor sięga do historii Estonii, by przekazać treści uniwersalne. Akcja toczy się w roku 1822. Bohaterami tego napisanego w formie monologu utworu są trzy postacie historyczne – Otto Willem Masing, pastor, wybitny działacz oświeceniowy; młody, utalentowany, przedwcześnie zmarły poeta estoński Kristian Jaak Petersohn; żona pastora, romantyczna, piękna Włoszka. Spotkanie tych osób i zawiązujące się między nimi subtelne, ulotne nici uczuć są wprawdzie fantazją autora, lecz jak on sam uważa, fantazją wielce prawdopodobną i uwarunkowaną logiką wydarzeń. Przeplatające się relacje bohaterów pozwalają nam wniknąć w świat ich tęsknot, marzeń i porywów…

Nie jest to długi utwór, pochłonął mnie jednak całkowicie, dając wiele radości i satysfakcji. Przypadł mi do gustu styl Krossa, autor doskonale poradził sobie z zabiegiem rozdzielenia narracji trójce bohaterów, z których każdy miał inne doświadczenia i wywodził się z innego środowiska. W widoczny sposób zmienia się styl wraz ze zmianą osoby relacjonującej wydarzenia, zmienia się także postrzeganie tych samym sytuacji tworząc zgrabną, kompletną całość. Choć kilka razy zostanie przedstawione to samo zdarzenie, bohaterowie odczytują je inaczej i na czym innym się skupiają, nie ma więc mowy o poczucia powtarzalności i znużeniu. Wszystkie wątki wplecione w „Kamienie z nieba” są zajmujące: Otto koncentruje się na języku estońskim i pisaniu w nim. Kraj w swojej postaci jest wciąż dość młody i literatura dopiero zaczyna powstawać w języku ojczystym, ku niezadowoleniu większości ludności niemieckiej zamieszkującej Estonię. Pojawia się także kwestia tłumaczenia, a wraz z nią pytanie: co tłumaczyć? Podobały mi się rozważania na temat języka w odniesieniu do tożsamości narodowej i kulturowej, to zagadnienie od dawna mnie już interesuje. Żona Ottona, Cara, znajduje się na etapie życia, gdy zaczyna pogrążać się w przeszłości, jak gdyby przeszłość niewiele mogła jej zaoferować, a miejsce, w którym się znalazła nie wiele może jej zaoferować. Przypadkowe poznanie młodego mężczyzny stanowi impuls, który budzi ospałe uczucia i pokazuje kobietę pełną emocji, pasji, człowieka niespełnionego i gotowego poświęcić wszystko dla tego spełnienia. Dramatyczny to portret młodej kobiety żyjącej w środowisku odległym i różnym od jej potrzeb i marzeń. Wreszcie Jaak, młody poeta, skupiony na swoim życiu wewnętrznym i estońskiej tożsamości, poszukujący siebie i sensu. Ich losy splatają się podczas jednego dnia, który stanowi całą fabułę powieści, bogatą w przeżycia i myśli, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej niewielką objętość.

Styl Krossa i tematy, które porusza w swoich „Kamieniach z nieba” są mi bliskie i intrygują mnie. Książka bardzo mi się podobała, bardzo dobrze mi się ją czytało i z chęcią sięgnęłabym do kolejnych dzieł Estończyka. Na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z autorem, choć nie wiem jeszcze, za którą książkę wezmę się w pierwszej kolejności. Mam tyle czytania, że pan Kross będzie musiał trochę poczekać… Tymczasem, polecam Wam gorąco „Kamienie z nieba”!

Tytuł: Kamienie z nieba
Tytuł oryginału: Taerakivi
Autor: Jaan Kross
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1997
Ilość stron: 125
Moja ocena: 5/6