Archiwum

Posts Tagged ‘opowiadania’

Absurd goni absurd („8% z niczego” Etgar Keret)

Moje spotkanie z Etgarem Keretem zaczęło się trochę od końca, bo od filmu „Meduzy” z 2007 roku, który pisarz nakręcił wraz z żoną, Shirą Geffen. Film zrobił na mnie duże wrażenie i jego nastrój zapadł mi na długo w pamięć – słodko-gorzki, melancholijny, dość surrealistyczny i refleksyjny. Następnie Keret przyjechał do Łodzi i uczestniczyłam w spotkaniu z nim, podczas którego pisarz totalnie mnie zauroczył. Zostało także wtedy odczytane opowiadanie z najnowszego zbioru, który dopiero miał się ukazać („Nagle pukanie do drzwi”), nie pamiętam już tytułu, ale spodobało mi się ono bardzo. To było moje pierwsze zetknięcie się z prozą Kereta i stwierdziłam, że to może być coś dla mnie. Opowiadanko było zabawne, napisane z werwą i uroczą puentą na koniec. Ponieważ strasznie lubię autografy pisarzy w książkach, postanowiłam szybko kupić sobie jakiś już istniejący zbiór opowiadań i padło na „8% z niczego”. Stałam się posiadaczką wyjątkowego obrazeczka narysowanego przez Kereta (każdemu rysował coś innego, za każdym razem jednak wyglądało to jak dzieło trzyletniego dziecka) i książki, której poziom absurdalności chyba mnie troszeczkę przerósł, choć przeczytać było warto.

Opowiadania w „8% z niczego” są króciutkie i jako takie są przemyślane, ich wydźwięk mocny, puenta często zaskakująca i działająca jak przysłowiowy obuch – co cenię sobie w krótkich opowiadaniach właśnie. Kiedy tekst mieści się na dwóch stronach, bez odpowiednio mocnego akcentu po prostu przewróci się tę kartkę natychmiast zapominając, co się na niej działo. A dzieją się tak dziwne rzeczy, że czytając opowiadania jedno za drugim ma się wrażenie, że ogląda się szalony sen, w którym pojęcie logiki jest względne, o ile w ogóle ona istnieje, natomiast bohaterowie występujący w tym świecie akceptują rzeczy takimi, jakie są, bo cóż innego im pozostaje. Tak jak w śnie zazwyczaj człowiek nie zdaje sobie sprawy z absurdalności różnych wydarzeń, tak i bohaterowie Kereta nie są specjalnie speszeni, kiedy z talerza przemawia do nich ryba lub ich ukochana dziewczyna zmienia się w nocy w paskudnego karła (to chyba akurat mój ulubiony kawałek, jest po prostu słodki).

Czy chodzi jednak tylko o to, żeby zadziwić, a nawet zaszokować, wytrącić czytelnik z równowagi i zostawić go niepewnego, co ma o tym wszystkim myśleć? Oczywiście nie, wydźwięk opowiadań Kereta jest często smutny, wręcz egzystencjonalny i pesymistyczny, a wyolbrzymione absurdy świata przedstawionego przez autora często przypominają jednak, że ten nasz świat rzeczywisty nie jest jakoś wybitnie mniej dziwny, czy bezsensowny. Odniosłam wrażenie, że niektóre opowiadania miały na celu poruszyć w czytelniku tę wrażliwą, dogłębnie ludzką strunę, ale nie zawsze tak się działo w moim przypadku. Czy to kwestia różnego rodzaju wrażliwości, czy też brakowało mi narzędzi potrzebnych, by prozę Kereta właściwie zinterpretować i zrozumieć. Może wszystko po trochu. W każdym razie niektóre opowiadania jedynie trochę mnie znużyły, a po przeczytaniu całości czułam się głównie tak, jakbym właśnie zsiadła ze zbyt szybko jadącej karuzeli. Owszem, była to przyjemność, ale w którymś momencie okazało się, że co za dużo, to nie zdrowo i chciałam już przejść do innych atrakcji.

Biorąc pod uwagę popularność Etgara Kereta w Polsce, trochę byłam zawiedziona, że opowiadania nie zachwyciły mnie bardziej, jednak nie znajduję tutaj jakichś konkretnych cech stylu pisarza, które by mi się nie podobały, głównie chodzi tu o czysto subiektywne odbieranie tekstów. Może z czasem przeczytam jeszcze któryś z Keretowych zbiorków i moje odczucia będą bardziej pozytywne. Na pewno książka warta jest lektury i sprawdzenia, czy do Was trafia specyficzny styl izraelskiego pisarza.

Tytuł: 8% z niczego
Tytuł oryginału: Anihu
Autor: Etgar Keret
Tłumaczenie: Agnieszka Maciejowska
Wydawnictwo: WAB, 2006
Ilość stron: 164
Moja ocena: 4-/6

Reklamy

Lahiri – tłumaczka utalentowana

„Tłumacz chorób” to debiut Jhumpy Lahiri (nagrodzony Pulitzerem), a także pierwsza książka jej autorstwa, którą miałam okazję przeczytać. Do tej pory moja wiedza o tej autorce indyjskiego pochodzenia (urodziła się wprawdzie w Londynie, jej rodzice pochodzą z Bengalu, a ona sama uważa się za pół-Amerykankę) ograniczała się do notki biograficznej oraz przeświadczenia, że jest to chyba najpiękniejsza znana mi pisarka. Po przeczytaniu „Tłumacza chorób” przekonałam się także, że ma ona niebanalny talent i z wielkim wdziękiem potrafi pisać o rzeczach pozornie prostych, niekiedy nawet banalnych, które jednak poruszają czytelnika, zwłaszcza, jeśli interesują go tematy tożsamościowe i imigranckie. Jednakże proza Lahiri nie ogranicza się do wspomnianej tematyki i pełna jest motywów uniwersalnych, które sprawiają, że ten zbiór opowiadań treściowo jest w moim odczuciu bliski ideału.

Na książkę składa się dziewięć opowiadań, większość historii ma miejsce w środowisku indyjskich imigrantów w USA, kilka dzieje się w samych Indiach. Każda miniatura pokazuje fragment zwykłego życia bohaterów – narastający kryzys w małżeństwie, wycieczka do kraju przodków, wynajmowanie mieszkania u bogatej i ekscentrycznej Amerykanki, czy przyjaźń pary Hindusów i ich małej córeczki z mężczyzną bengalskiego pochodzenia, którzy z napięciem śledzą transmisje z ogarniętej zamieszkami ojczyzny. Za każdym razem Lahiri w subtelny sposób używa opowiadanej historii jako punktu wyjścia do przedstawiania zderzenia lub przenikania się kultur i życia w obcym kraju. Zagadnienie tożsamości i zrozumienia nie jest pokazane w nachalny sposób, a autorka nie stara się oceniać i wartościować. Zarysowuje spostrzeżenia i konflikty pozwalając, by czytelnik sam się z nimi zmierzył i doszedł do własnych wniosków. Bohaterowie w większości wzbudzają sympatię, a same opowiadania emanują ciepłem, nawet jeśli traktują o sprawach przykrych i niełatwych. Są bardzo ludzkie, kameralne i chyba przez to mają w sobie taką siłę – nietrudno poczuć empatię i zbliżyć się do opowiadanych historii. Ciężko mi nawet wybrać takie, które uznałabym za najlepsze – uwiodło mnie już pierwsze, w którym oddalone od siebie małżeństwo zaczyna prowadzić grę – przy wyłączonym z powodu awarii świetle mówią sobie o rzeczach, o których do tej pory nigdy nie rozmawiali. Do samego końca ciężko ocenić, czy powtarzające się codziennie przez tydzień zwierzenia prowadzą do odrodzenia się uczuć, czy całkowitej katastrofy. Nerwowo przerzucałam strony, żeby dowiedzieć się, co stanie się z rodziną Bengalczyka z kolejnego opowiadania, z czułością i smutkiem czytałam o dziewczynie nawiązującej romans z żonatym mężczyzną i małym chłopcu z rozbitego małżeństwa… Za każdym razem bez przeszkód wślizgiwałam się w świat opisany w danej historii, doznawałam wzruszeń i rozmyślałam o tym, co się bohaterom przydarzyło i co z nimi będzie dalej. Ostatni tekst, „Trzeci i ostatni kontynent” jest po prostu piękny i wspaniale spina wszystkie dziewięć historii, choć żadna z nich nie ma ze sobą fabularnie nic wspólnego.

Jest jeszcze jeden motyw, który łączy wszystkich bohaterów, a jest nim głęboka samotność, niekiedy nawet poczucie wyobcowania. Głównie jednak jest to osamotnienie, niekoniecznie spowodowane nieprzyjaznymi warunkami lub brakiem serdeczności od ludzi otaczających postaci. To uczucie noszone głęboko, które w pewnym momencie staje się cechą charakteru. Z jednej strony niekiedy rozdzierająco przykre, jest także na swój sposób naturalne, przypisane jak gdyby człowiekowi i ujawniające się w warunkach takich, jak na przykład emigracja, ale nie tylko. Lahiri pisze o tym z prostotą daleką od banału.

Podobno Polacy statystycznie nie lubią opowiadań, ja natomiast uwielbiam krótkie formy, mam jednak co do nich spore wymagania. Jhumpa Lahiri swoim zbiorem spełnia moje oczekiwania – teksty są wyważone, nie ma w nich niepotrzebnych fragmentów, myśl przewodnia jest subtelnie, lecz mocno zarysowana, problematyka ważna i fascynująca. Niczym tytułowy tłumacz chorób, które zadaniem jest pośrednictwo między lekarzem a cierpiącym pacjentem, autorka wydaje się przyjmować rolę tłumaczki, przekładając uczucia imigrantów i mieszkańców Półwyspu Indyjskiego na język, którym włada ogólnie ujęty członek kultury zachodniej. Robi to z wielkim wyczuciem i wzruszająco, pozostaje więc się tylko cieszyć, że wszystkie jak do tej pory książki wydane przez Lahiri są dostępne w języku polskim.

Tytuł: Tłumacz chorób
Tytuł oryginału: Interpreter of Maladies
Autor: Jhumpa Lahiri
Tłumaczenie: Maria Jaszczurowska
Wydawnictwo: Znak, 2002
Ilość stron: 208
Moja ocena: 5+/6

Po trzęsieniu ziemi w Kobe

Haruki Murakami to pisarz niezwykle interesujący. Każdy choć trochę interesujący się literaturą kojarzy to japońskie nazwisko, zdania na temat jego twórczości są natomiast podzielone niekiedy wręcz skrajnie. Jedni go uwielbiają, inni uważają książki jego autorstwa za przejaw grafomaństwa. Patrząc na dość pokaźną liczbę jego powieści i opowiadań można dzielić dalej – niektórzy lubią jego pełne realizmu magicznego książki w rodzaju „Przygody z owcą”, dla innych jest to bełkot, wybierają więc „Norwegian Wood” lub „Po zmierzchu”. Zawsze z zainteresowaniem czytałam dyskusje i recenzje książek Murakamiego. O tym, że muszę bliżej zapoznać się z jego twórczością postanowiłam już dawno, do tej pory jednak mam na koncie tylko „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, które podobało mi się zdecydowanie, choć bez zachwytu. Ot, dobra powieść. Ostatnio postanowiłam znów spędzić trochę czasu z japońskim pisarzem i przeczytałam tom opowiadań, wydanych w Polsce po tytułem „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Spotkałam się z wieloma opiniami, że Murakami nie radzi sobie z krótkimi formami, jego opowiadania są słabe i szkoda na nie czasu. Całkowicie się z tym nie zgadzam, co znów dowodzi różnorodności dzieł pisarza i faktu, że poza jego zdeklarowanymi przeciwnikami, każdy może w jego twórczości znaleźć coś dla siebie.

Opowiadania nie są ze sobą powiązane fabularnie, łączy je natomiast dramatyczne wydarzenie – trzęsienie ziemi w Kobe. Na wszystkich bohaterów i ich historie wpływa ta klęska żywiołowa, częściej jednak pośrednio. Nie znajdziemy więc opisów tragedii ludzi zamieszkujących Kobe, książka Murakamiego nie stanowi bowiem w żadnym wypadku rozrachunku z tym wydarzeniem, ani nie prezentuje sobą poważnego dzieła na temat odbioru owych szokujących wiadomości przez resztą japońskiego społeczeństwa. Trzęsienie ziemi to punkt wyjścia do niezależnych opowieści, pełnych melancholii i poczucia odosobnienia, ale i nie pozbawionych humoru bądź ironii. Wszystkie też skrzą się magiczną atmosferą, która może przejawiać się dosłownie w postaci tajemniczego pana Żaby, który chce uratować Japonię przed kolejnym trzęsieniem; lub też jest subtelna i delikatna – wystarczy wyobrazić sobie jednak ogniska płonące na plaży w drugim opowiadaniu, by móc ją poczuć i dać się uwieść. Najchętniej określiłabym to jako szeroko rozumiany „klimat” – opowiadania Murakamiego są niezwykle klimatyczne, w sposób jak najbardziej mi pasujący. Chwilami można poczuć na plecach dreszcz, poczucie niepewności, bycia obserwowanym bądź wplątanym w niezrozumiałą grę niepokoi, jak w przypadku „UFO ląduje w Kushiro”. Innym razem sedno opowieści ubrane jest w metaforę uroczej bajki dla dzieci, opowiadanej przez bohatera dziewczynce nękanej przez senne koszmary („Ciastka z miodem”). Każde z opowiadań ujęło mnie czymś innym.

Po skończeniu pierwszego opowiadania pomyślałam sobie, że szalenie podoba mi się sposób, w jaki Murakami pisze. Treść jego książki również bardzo przypadła mi do gustu, ale nie wykluczam, że nawet dużo słabsze rozwiązania fabularne przełknęłabym bez marudzenia i protestów, gdyż niezwykle smacznie czytało mi się po prostu zdania, które wyszły spod jego pióra. W tych krótkich formach pisarz zawarł odpowiednią ilość subtelnej melancholii, samotności i desperackiego niemal pragnienia ogrzania się w cieple czyich uczuć, z dawką lekkiego humoru, zabawnych porównań lub stwarzających poczucie zagrożenia tajemnic.

Choć może wciąż za wcześnie na konkluzję, pisarstwo Murakamiego wydaje się być zdecydowanie dla mnie i mam zamiar pogłębiać moją znajomość z japońskim autorem. Tymczasem polecam Wam zbiór opowiadań „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Teraz jest mi tym bardziej smutno, że zostałam oszukana przez portal Dziennik.pl i choć wygrałam u nich w konkursie pierwszą część „1Q84” nie uznali za stosowne wysłać mi mojej nagrody, pomimo wielu maili z mojej strony. Cóż, jeśli po kolejnych lekturach nadal będzie mi z Murakamim na tyle po drodze, nie omieszkam kupić sobie i tej powieści.

Tytuł: Wszystkie boże dzieci tańczą
Tytuł oryginału: Kami-no kodomotachi-wa mina odoru
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 184
Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwań literackich:

Nie taki straszny horror / Książka do wzięcia

Nigdy nie byłam osobą, która specjalnie lubiła się bać, dlatego nie zaczytywałam się i z zasady nie oglądałam horrorów. Muszę jednak dodać, że słowo „horror” zarezerwowałam sobie dla większości dzisiejszych historii mających na celu straszenie – takich, gdzie krew leje się strumieniami, latają oderwane kończyny, a cała „straszność” zamyka się w oczekiwaniu, skąd wyskoczy morderca i w jaki sposób zarżnie swoją ofiarę. Nie dla mnie opowieści o nastolatkach w opuszczonych szkołach, letnich domkach w głębi lasu bez kontaktu z resztą świata i temu podobne (próbowałam kiedyś oglądać takie produkcje, ale nie dałam rady z nadmiaru obrzydzenia i powtarzalności motywów). Inaczej jednak sytuacja wygląda w przypadku opowieści grozy, które oddziałują na psychikę czytelnika (bądź widza) samą atmosferą, napięciem i tajemnicą. Historie mające korzenie w literaturze gotyckiej przemawiają do mnie dużo bardziej. Lubię tajemnice, wykorzystanie przyrody, jako elementu budzącego grozę i choć specjalnie nie wyszukuję tego rodzaju książek, od czasu do czasu lubię taką przeczytać. Dlatego też sięgnęłam po „Anima Vilis” zachęcona notą od wydawcy:

Wyobraźcie sobie zombie w scenerii westernu lub opowieść, w której spotykacie demonicznego Świętego Mikołaja. W tajemniczym korowodzie przez opowiadania zbioru przewijają się też słowiańskie demony, UFO, kosmici i wiedźmy. A wszystko to w smakowitym sosie, przyrządzonym na bazie takich motywów, jak teorie spiskowe, apokalipsa czy podróże między wymiarami. Dodatkowo mistrz kuchni przyprawił wszystkie historie szczyptą czarnego humoru, groteski i cynizmu.

Czarny humor lubię, słowiańskie demony od razu przemówiły mi do wyobraźni, a dalsze odwołanie się do Poe przesądziło sprawę. Niestety, zawiodłam się na tym zbiorze opowiadań i jeszcze bardziej zniechęciłam do czytania współczesnych horrorów.

Niewątpliwie Krzysztof T. Dąbrowski miał ciekawe pomysły i świetnie się bawił pisząc swoje opowiadania, co sam przyznaje we wstępie. W siedmiu tekstach autor upchnął różnorodne straszydła, tajemnice i poplątane fabuły. Cztery opowiadania powiązane są fabularnie, łączy je postać Martynki, sześciolatki o niesamowitym darze pakowania się mrożące (niestety, tylko jej) krew w żyłach historie. W pierwszym z tekstów, „Anima Vilis”, dziewczynka prześladowana jest przez żądnego zemsty ducha, przybierającego z początku postać Świętego Mikołaja rodem z najgorszego sennego koszmaru, zawiązują się tam również wątki istotne dla dalszej fabuły. Niestety, opowiadanie to od razu pokazuje główne słabości książki Dąbrowskiego. Dla mnie było to przede wszystkim niepotrzebne przeciąganie wątków, które niewiele wnosiły do całości historii, a zdecydowanie rozmywały efekt tajemnicy i napięcia narastającego wokół bohaterów. Dotyczy to głównie „A teraz bawcie się i świętujcie”, które znudziło mnie w połowie i przestało interesować, dokąd zmierza fabuła (a sam pomysł końcem końców był udany). Nie przemówił też do mnie obiecany czarny humor, widocznie pojmuję go trochę inaczej, bo elementy, które podejrzewam, że miały mnie rozbawić, nie wywołały uśmiechu na mojej twarzy („Uprowadzenie” i ciągnące się przez niemal całą stronę opisy pasztetu, który miała skonsumować jedna z bohaterek). „Losu dopełnienie” byłoby ciekawe, jednak znów rozmyło się w nagromadzonych przez autora odniesieniach, skakania z rzeczywistości do rzeczywistości, a nade wszystko w opisach oswajania psa. Dodatkowo puenta tekstu jest identyczna jak w przypadku pierwszego opowiadania, co w sumie stanowi ciekawą klamrę fabularną, ale odbiera historii cały ładunek emocjonalny.

Sam styl Dąbrowskiego również nie przypadł mi do gustu – za wiele w nim utartych sformułowań, pewna maniera (w odniesieniu do Martynki irytująca liczba zdrobnień i taka sama ilość zgrubień dotyczących wszelkich potworów), wreszcie przewidywalność. Nawet dobre pomysły tracą swoją świeżość i atmosferę tajemnicy, o grozie nie wspominając.

Przyznać jednak należy, że w zbiorze znalazły się też teksty dobre. Bardzo lubię krótkie formy literackie, ale w tym przypadku jestem pewna, że gdyby autor zdecydował się zrobić z opowiadań „Przeznaczenie znajdzie drogę” oraz „Biwak” powieść, wyszłoby to czytelnikom na dobre. Fabuła tych tekstów może nie zachwyca: główny motyw w „Przeznaczeniu” jest świetny, niestety całość psuje bieganie po lesie zdziecinniałej Martynki – naprawdę, sześcioletnie dzieci są dużo bardziej dojrzałe, przynajmniej z reguły… „Biwakowi” natomiast najbliżej do klasycznego horroru z młodymi ludźmi odizolowanymi od świata i po kolei eliminowanymi. Dąbrowski stworzył jednak cudowne tło, czerpiąc ze słowiańskiej mitologii, legend i wykorzystując zawsze sprawdzające się tło, jakim jest stary, gęsty las. Dzięki temu opowiadania te zyskują atmosferę i poczucie niepewności, którymi nie mogą pochwalić się pozostałe.

Książka nie zachwyciła mnie, jednak czytając inne opinie na blogach stwierdzam, że jestem w tym dość osamotniona. „Anima Vilis” nie trafiła w moje gusta, ale być może ktoś inny się na niej pozna, dlatego chętnie przekażę dalej swój egzemplarz. Zainteresowanych proszę o zgłaszanie się w komentarzach, w razie potrzeby zrobię losowanie. Zgłoszenia przyjmuję do piątku 13.08 do godziny 20.

Moja ocena: 3/6
Krzysztof T. Dąbrowski, „Anima Vilis” (INITIUM 2010)

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Mimo braku zachwytów książka przywróciła mi apetyt na opowieści, gdzie wykorzystywane są słowiańskie mity i legendy. Marzy mi się książka opowiadająca o pradawnych czasach, gdzie wszelkie stworzenia z tych wierzeń byłyby na porządku dziennym. Łączenie takich wątków ze współczesnością też się sprawdza, co pokazali choćby Gaiman czy Sedia… Do tej pory natknęłam się na „Herbatę z kwiatem paproci”, która pomysłowo była wspaniała, ale niestety wykonanie zirytowało mnie na tyle, że książki się pozbyłam (chwilami żałuję, fragmenty odnoszące się do świata po drugiej stronie były naprawdę dobre).

W odmętach „Topieli”

Junot Díaz zadebiutował zbiorem dziesięciu opowiadań pt. „Topiel” w 1996 roku, a dwanaście lat później otrzymał nagrodę Pulitzera za książkę „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”. Nie czytałam jeszcze tego nagrodzonego dzieła, jestem natomiast po lekturze debiutu i muszę przyznać, że choć książka objętościowo jest dość cienka, to na czytelnika działa jak tytułowa siła natury – wciąga, „kotłuje” nim na wszystkie strony i wreszcie wypluwa – trochę zdezorientowanego, wstrząśniętego i pragnącego zrozumieć, co się właściwie przed chwilą stało.

Wszystkie opowiadania powiązane są ze sobą osobą narratora. Jest nim chłopak zwany przez rodzinę Juniorem, którego prawdziwe imię pozostaje nieznane. Opowiada historię swojej dominikańskiej rodziny, najpierw w rodzinnym kraju, w Santo Domingo, a później w Stanach Zjednoczonych. Można przypuszczać, że Díaz posiłkował się własnymi doświadczeniami, gdyż w wieku sześciu lat sam emigrował z rodziną z Dominikany do Stanów, gdzie czekał na nich jego ojciec, mieszkający tam już od jakiegoś czasu. Tak samo potoczyły się losy Juniora, jego opiekuńczej matki i starszego brata. Opowiadania zawarte w „Topieli” przedstawiają ich historie na różnych etapach życia, bez utrzymania chronologii. Niekiedy bohaterem staje się ktoś inny, o kim sam Junior wie niewiele i zapis myśli i przeżyć oparty jest bardziej na domysłach i obserwacjach, przeistaczając się w metaforę i analogię, nie tylko do życia ubogich emigrantów. Czasem opowiadanie bardziej przypomina krótki esej na dany temat, tak więc już w samej formie można doszukać się wielu stylów i rodzajów. Treść opowiadań porusza i waha się od dość zabawnych scen, aż po fragmenty, gdzie czytelnik ma łzy w oczach lub nie może powstrzymać się przed sięgnięciem po dane opowiadanie jeszcze raz, z uwagi na mnogość interpretacji w kontekście całego zbioru. Brak chronologii sprawia, że na historie możemy patrzeć na różne sposoby, w zależności od znajomości wcześniejszych i późniejszych fragmentów życia rodziny Juniora. Po skończeniu lektury wciąż miałam wiele pytań o dalsze losy postaci, bądź wydarzenia spomiędzy opisywanych w opowiadaniach. Moim ulubionym, choć dość ciężkim i przykrym w odbiorze, został rozdział „Topiel”, po skończeniu którego po prostu musiałam wrócić się o te kilka stron i przeczytać go jeszcze raz. A potem zrobić przerwę i dopiero po pewnym czasie wznowić czytanie książki. Generalnie, lepiej czytać zbiór powoli, by lepiej dostrzec powiązania, analogie i pełen obraz wyłaniający się z mieszaniny wątków, sytuacji i zmian chronologicznych.

Styl Díaza jest równie interesujący, jak treść jego opowiadań. Zgrabnie udaje mu się połączyć kolokwialny język pełen przekleństw z niemal poetyckimi fragmentami, melancholię z brzydotą, komizm z tragizmem. Dodatkowo pełno w książce hiszpańskich słówek i zwrotów, nie stanowią one jednak problemu z rozumieniu całości. Czytelnik dostaje słowniczek z wyjaśnieniami kilkunastu słów na końcu książki, znaczenie pozostałych dosyć łatwo wyłapać z kontekstu, w jakim się pojawiają. Nigdy nie uczyłam się hiszpańskiego, jednak nie miałam żadnych problemów z odbiorem książki pisanej w ten sposób. Hiszpańskie wtrącenia mają swoją funkcję i w narracji pierwszoplanowej stają się czymś naturalnym.

Zdecydowanie polecam tę lekturę. „Topiel” nie jest raczej książką do autobusu (choć częściowo tak ją właśnie czytałam i mimo wszystko dałam radę), wymaga pewnej koncentracji, skupienia nad tą emigracyjną mozaiką. Moim zdaniem warto.

Moja ocena: 5/6
Junot Díaz, „Topiel” (Prószyński i S-ka, 1998)

„Serce Kaeleer” Anne Bishop

Zbieram się do napisania notki o podróży, tymczasem jednak postanowiłam zabrać się za zaległe recenzje. Wciąż mam nadzieję dotrzymać przyrzeczenia danego sobie z okazji Nowego Roku – napisać recenzję o każdej przeczytanej książce, a najlepiej także o obejrzanym filmie. Zaległości mam spore, ale mam nadzieję, że to kwestia czasu.

Po mojej wcześniejszej recenzji trylogii autorstwa Anne Bishop dziwić może, że zabrałam się za IV część cyklu Czarne Kamienie. Cóż, na tym polega chyba fenomen tej książki. Z jednej strony irytują błędy w stylu, marnowanie potencjału i przedziwne chwilami rozwiązania fabularne. Z drugiej jednak czytelnik nie wiadomo kiedy przywiązuje się do opisywanego świata oraz bohaterów i chce wiedzieć więcej – jak to się dalej potoczyło, co stało się z ulubionymi postaciami… Ja sama odkąd odkryłam, że istnieje kolejna część cyklu, nie mogłam przestać się zastanawiać, co też tam zostało napisane. Ucieszyłam się więc, kiedy dostałam „Serce Kaeleer” w swoje ręce. Usiadłam do niej wieczorem, z zamiarem przeczytania pierwszego, króciutkiego opowiadania i skończyłam mniej więcej o 4 rano, kiedy doczytałam ostatnie zdanie całej książki. Tak, wciąga.

Był jeszcze jeden marzyciel. (s. 382)

W książce „Serce Kaeleer” mamy do czynienia z czterema opowiadaniami, z których każde ma innego głównego bohatera, inny nastrój i dzieje się w innym okresie życia bohaterów (co wziąwszy pod uwagę długowieczności postaci w cyklu jest dosyć znaczące). Pierwsze, „Prządka marzeń”, jest właściwie mitem powieściowego świata, wyjaśnieniem, skąd wzięły się Kamienie i Krwawi. Bishop w naprawdę ciekawy sposób obmyśliła genezę powstania magii w jej świecie, niestety styl użyty w opowiadanku powoduje zgrzytanie zębami, o czym za chwilę napiszę więcej. Następnie poznajemy historię miłości Lucivara do prostej dziewczyny, która w wyniku splotu okoliczności zostaje jego pomocą domową. „Książę Ebon Rih” jest przewidywalny do bólu i czerpie z mocno utartych już schematów, co nie zmienia faktu, że opowiadanie wciąga i jest naprawdę sympatyczne, pełne uczuć, pogmatwanych emocji i zabawnych sytuacji. Kiedy czytałam, co i rusz przypominałam sobie nieszczęsną Sagę o Ludziach Lodu, której swego czasu przeczytałam wszystkie 47 tomów i choć mam świadomość, że nie jest to literatura najwyższych lotów (tak, w kioskach stoi na półeczce z harlequinami), to jednak wciąż twierdzę, że niektóre tomy to bardzo fajne czytadła na jeden wieczór, romanse z ciekawym, magicznym tłem i ładnie zarysowanym wątkiem uczuciowym. Taką historią jest właśnie „Książę Ebon Rih”. Nawet sposób przedstawienia postaci (mroczny i dość brutalny mężczyzna pełen honoru i skrywanych uczuć oraz ona – trochę sponiewierana przez los, pełna temperamentu i kochająca z pasją) oraz główne miejsce wydarzeń (odizolowana od wielkiego świata chatka, niedaleko wsi), że już nie wspomnę o pochodzeniu głównego bohatera (obdarzona wielką mocą rodzina, walcząca do końca o każdego, kogo uznają za członka swego klanu) przywodzi na myśl Sandemo. Nie jest to minusem, gdyż tak jak wspomniałam, norweska pisarka ma na swoim koncie kilka naprawdę świetnych historii tego konkretnego rodzaju. Kolejne opowiadanie, „Zuulaman”, jest mroczną historią z młodości Saetana, opowiedzianą w przekonujący sposób i z pokaźnym ładunkiem emocjonalnym. Do mnie przemówiło i podziałało na wyobraźnię, szkoda, że w samym cyklu nieraz ciężko dopatrzyć się tej dwoistości charakteru Wielkiego Lorda Piekła i zazwyczaj występuje on w roli dobrego wujaszka. Ostatnia część książki opowiada natomiast o dalszych losach Jaenelle i Daemona, o wydarzeniach, które miały miejsce po „Królowej Ciemności”. Opowiadanie tytułowe samo w sobie nie jest zbyt oryginalne, można uznać, że do pewnego stopnia powtarza kilka motywów z początku „Królowej”, jest jednak pełne ciepła, sympatyczne i dające dużo satysfakcji, jeśli chodzi o kontynuację historii. Osobiście uważam wyjaśnienie pochodzenia Świtu Zmierzchu za absolutnie świetne, poruszające i pasujące do całości Czarnych Kamieni.

Książka nie wzbudza jednak tylko pozytywnych emocji i jest na co pomarudzić. Styl pisania Bishop poprawił się w porównaniu z I tomem, poprawiła się także korekta w polskim wydaniu i nie przypominam sobie żadnego błędu. Niestety, mimo to Bishop jest pisarką mocno przeciętną. Rozpoczynając czytanie „Prządki marzeń” szybko przypomniałam sobie, co mnie w pisarstwie Bishop drażniło podczas czytania trylogii. Autorka ma problemy z zachowaniem spójnej atmosfery tekstu, nadużywa wielokropków w poetyckich fragmentach, co i rusz sięga do ogranych schematów. Chwilami jej opowiadania przywodzą na myśl fanfiction do jej głównej serii (co samo w sobie nie jest krytyką, fanfiki potrafią być rewelacyjne, jednak tu mam na myśli przeciętne dziełka z tej kategorii), momentami nieporadne i zdające się nie być do końca przemyślane.

Niemniej jednak Bishop potrafi napisać fantastyczne fragmenty, ma pomysły na rozwiązania, które wynagradzają braki w warsztacie. Przede wszystkim wciąga i nie pozwala się oderwać aż do skończenia ostatniej strony. Dla tych, którzy przeczytali trylogię pozycja obowiązkowa, na pewno nie będą zawiedzeni.

Moja ocena: 4+/6
Anne Bishop, „Serce Kaeleer. Czarne Kamienie, księga IV” (INITIUM, 2010)
_____________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Więcej o Chinach

Po wspaniałych „Dzikich łabędziach” miałam ochotę na kolejne książki dotyczące Chin, tym razem na pozycję bardziej beletrystyczną. Z wielkimi nadziejami zabrałam się więc za czytanie dwóch powieści (choć są one tak krótkie, że słowo powieść brzmi w ich przypadku zbyt dumnie) chińsko-francuskiej autorki, Shan Sa.

Shan Sa urodziła się w Pekinie, a do Paryża wyemigrowała na stypendium dopiero po wydarzeniach na placu Tian’anmen, które bardzo przeżyła. Na początku zajmowała się pisaniem wierszy i na tym polu osiągnęła swoje pierwsze sukcesy. Jej pierwsze powieści zostały wydane już w języku francuskim: „Brama Niebiańskiego spokoju” oraz „Cztery życia wierzby” i to właśnie te dwie książeczki wpadły mi w ręce. Obie są na tyle krótkie, że można przeczytać je w jeden wieczór i traktują o rzeczach bliskich autorce.

bns

„Brama Niebiańskiego Spokoju” opowiada o wydarzeniach tuż po masakrze na placu Tian’anmen. Młoda przywódczyni ruchu, Ayamei, oporu błąka się po ulicach Pekinu i dość biernie pozwala się ukrywać i w końcu wywieźć z Pekinu. Choć na prowincji na chwilę odnajduje spokój, na jej trop wpadają w końcu żołnierze pod dowództwem zagorzałego maoisty, Zhao. Zhao, dziecko ubogich rolników, doszedł do dość wysokiej pozycji dzięki wytrwałości i oddaniu. Wierzy w lepsze, maoistyczne Chiny i kiedy dostaje rozkaz wytropienia Ayamei, nie spocznie, póki tego nie zrobi. Ayamei ucieka w góry i tam poszukuje jej Zhao, czytając znaleziony pamiętnik dziewczyny. Z kart dziennika opozycjonistka jawi mu się w zupełnie inny niż podawali to zwierzchnicy sposób i dla mężczyzny staje się ostoją piękna i poezji, o których musiał zapomnieć w swoim żołnierskim życiu. Odżywają powoli tłumione dotąd uczucia i choć nie znajdziemy w tej powieści wątku miłosnego, reklamowanego w notce wydawniczej, to między bohaterami, którzy się nie znają, pojawia się niewytłumaczalna więź. Sama Ayamei poszukuje, można by powiedzieć, samej siebie, swojej tożsamości i miejsca w życiu, odkąd to, co było dla niej ważne znikło. Wchodząc coraz głębiej w świat przyrody, tajemnicze i niebezpieczne góry, które według mieszkańców wioski pełne są duchów i mitycznych stworzeń, sama przenosi się w świat na skraju prawdy i snu, pełnego poezji i niewytłumaczalnej tajemnicy.

czzw

„Cztery życia wierzby” to natomiast zbiór opowiadań, które łączy motyw płaczącej wierzby, symbolizującej w Chinach zarówno śmierć jak i odrodzenie. Każde opowiadanie umiejscowione jest w innym czasie i ma trochę inny charakter. Pierwsze przywodzi na myśl stare baśnie bądź legendy. Kolejne opowiada o czasach krępowania stóp i bogatym domostwie na skraju stepu. Następnie mamy rewolucje kulturalną i wreszcie współczesne Chiny, w których wciąż odnaleźć można trochę legend i magii. Czy rzeczywiście tylko symbol wierzby łączy te opowiadania? W każdym występuje para, kobieta i mężczyzna, żyjący w trochę odmiennych światach, przede wszystkim pod względem duchowym. A każda kobieta, na swoje czasy, jest osobą silną, choć delikatną – być może to wciąż jedna i ta sama postać, inkarnacja wierzby zagubiona w procesie ciągłej reinkarnacji, skazana na duchową samotność. Znów, poezja i świat magiczny miesza się tu z realnym, a historia ze zwyczajnym życiem.

Niestety, obie książki trochę mnie zawiodły. Czytając opisy umieszczone z tyłu książki spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego, ale pisarstwo Shan Sa pozostawia moim zdaniem mocny niedosyt. To zadaniem czytelnika jest doszukać się symboliki i wyobrazić sobie Chiny z różnych okresów, bo Kraju Środka jest w książkach tej autorki jak na mój gust zdecydowanie za mało. Język jest dość prosty i, co może jest kwestią słabego tłumaczenia, mimo pewnej poetyckości drażniący – powtarzające się wciąż zwroty, zwłaszcza w opisach postaci (Ayamei), irytująco sztuczne dialogi i za mało treści, za mało głębi… Tak wspaniale się zapowiadało i może dlatego odczułam taki zawód. Nie można identyfikować się z papierowymi bohaterami i z przejęciem śledzić ich przygód i przemyśleń. Zdarzają się lepsze momenty (dziennik Ayamei lub drugie opowiadanie z „Czterech żyć wierzby), ale mogło być zdecydowanie lepiej. Szkoda. Po kolejne książki Shan Sa już raczej nie sięgnę…

Shan Sa, „Brama niebiańskiego spokoju” (Muza, 2003)
Shan Sa, „Cztery życia wierzby” (Muza, 2004)