Strona główna > książki > „Serce Kaeleer” Anne Bishop

„Serce Kaeleer” Anne Bishop

Zbieram się do napisania notki o podróży, tymczasem jednak postanowiłam zabrać się za zaległe recenzje. Wciąż mam nadzieję dotrzymać przyrzeczenia danego sobie z okazji Nowego Roku – napisać recenzję o każdej przeczytanej książce, a najlepiej także o obejrzanym filmie. Zaległości mam spore, ale mam nadzieję, że to kwestia czasu.

Po mojej wcześniejszej recenzji trylogii autorstwa Anne Bishop dziwić może, że zabrałam się za IV część cyklu Czarne Kamienie. Cóż, na tym polega chyba fenomen tej książki. Z jednej strony irytują błędy w stylu, marnowanie potencjału i przedziwne chwilami rozwiązania fabularne. Z drugiej jednak czytelnik nie wiadomo kiedy przywiązuje się do opisywanego świata oraz bohaterów i chce wiedzieć więcej – jak to się dalej potoczyło, co stało się z ulubionymi postaciami… Ja sama odkąd odkryłam, że istnieje kolejna część cyklu, nie mogłam przestać się zastanawiać, co też tam zostało napisane. Ucieszyłam się więc, kiedy dostałam „Serce Kaeleer” w swoje ręce. Usiadłam do niej wieczorem, z zamiarem przeczytania pierwszego, króciutkiego opowiadania i skończyłam mniej więcej o 4 rano, kiedy doczytałam ostatnie zdanie całej książki. Tak, wciąga.

Był jeszcze jeden marzyciel. (s. 382)

W książce „Serce Kaeleer” mamy do czynienia z czterema opowiadaniami, z których każde ma innego głównego bohatera, inny nastrój i dzieje się w innym okresie życia bohaterów (co wziąwszy pod uwagę długowieczności postaci w cyklu jest dosyć znaczące). Pierwsze, „Prządka marzeń”, jest właściwie mitem powieściowego świata, wyjaśnieniem, skąd wzięły się Kamienie i Krwawi. Bishop w naprawdę ciekawy sposób obmyśliła genezę powstania magii w jej świecie, niestety styl użyty w opowiadanku powoduje zgrzytanie zębami, o czym za chwilę napiszę więcej. Następnie poznajemy historię miłości Lucivara do prostej dziewczyny, która w wyniku splotu okoliczności zostaje jego pomocą domową. „Książę Ebon Rih” jest przewidywalny do bólu i czerpie z mocno utartych już schematów, co nie zmienia faktu, że opowiadanie wciąga i jest naprawdę sympatyczne, pełne uczuć, pogmatwanych emocji i zabawnych sytuacji. Kiedy czytałam, co i rusz przypominałam sobie nieszczęsną Sagę o Ludziach Lodu, której swego czasu przeczytałam wszystkie 47 tomów i choć mam świadomość, że nie jest to literatura najwyższych lotów (tak, w kioskach stoi na półeczce z harlequinami), to jednak wciąż twierdzę, że niektóre tomy to bardzo fajne czytadła na jeden wieczór, romanse z ciekawym, magicznym tłem i ładnie zarysowanym wątkiem uczuciowym. Taką historią jest właśnie „Książę Ebon Rih”. Nawet sposób przedstawienia postaci (mroczny i dość brutalny mężczyzna pełen honoru i skrywanych uczuć oraz ona – trochę sponiewierana przez los, pełna temperamentu i kochająca z pasją) oraz główne miejsce wydarzeń (odizolowana od wielkiego świata chatka, niedaleko wsi), że już nie wspomnę o pochodzeniu głównego bohatera (obdarzona wielką mocą rodzina, walcząca do końca o każdego, kogo uznają za członka swego klanu) przywodzi na myśl Sandemo. Nie jest to minusem, gdyż tak jak wspomniałam, norweska pisarka ma na swoim koncie kilka naprawdę świetnych historii tego konkretnego rodzaju. Kolejne opowiadanie, „Zuulaman”, jest mroczną historią z młodości Saetana, opowiedzianą w przekonujący sposób i z pokaźnym ładunkiem emocjonalnym. Do mnie przemówiło i podziałało na wyobraźnię, szkoda, że w samym cyklu nieraz ciężko dopatrzyć się tej dwoistości charakteru Wielkiego Lorda Piekła i zazwyczaj występuje on w roli dobrego wujaszka. Ostatnia część książki opowiada natomiast o dalszych losach Jaenelle i Daemona, o wydarzeniach, które miały miejsce po „Królowej Ciemności”. Opowiadanie tytułowe samo w sobie nie jest zbyt oryginalne, można uznać, że do pewnego stopnia powtarza kilka motywów z początku „Królowej”, jest jednak pełne ciepła, sympatyczne i dające dużo satysfakcji, jeśli chodzi o kontynuację historii. Osobiście uważam wyjaśnienie pochodzenia Świtu Zmierzchu za absolutnie świetne, poruszające i pasujące do całości Czarnych Kamieni.

Książka nie wzbudza jednak tylko pozytywnych emocji i jest na co pomarudzić. Styl pisania Bishop poprawił się w porównaniu z I tomem, poprawiła się także korekta w polskim wydaniu i nie przypominam sobie żadnego błędu. Niestety, mimo to Bishop jest pisarką mocno przeciętną. Rozpoczynając czytanie „Prządki marzeń” szybko przypomniałam sobie, co mnie w pisarstwie Bishop drażniło podczas czytania trylogii. Autorka ma problemy z zachowaniem spójnej atmosfery tekstu, nadużywa wielokropków w poetyckich fragmentach, co i rusz sięga do ogranych schematów. Chwilami jej opowiadania przywodzą na myśl fanfiction do jej głównej serii (co samo w sobie nie jest krytyką, fanfiki potrafią być rewelacyjne, jednak tu mam na myśli przeciętne dziełka z tej kategorii), momentami nieporadne i zdające się nie być do końca przemyślane.

Niemniej jednak Bishop potrafi napisać fantastyczne fragmenty, ma pomysły na rozwiązania, które wynagradzają braki w warsztacie. Przede wszystkim wciąga i nie pozwala się oderwać aż do skończenia ostatniej strony. Dla tych, którzy przeczytali trylogię pozycja obowiązkowa, na pewno nie będą zawiedzeni.

Moja ocena: 4+/6
Anne Bishop, „Serce Kaeleer. Czarne Kamienie, księga IV” (INITIUM, 2010)
_____________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Advertisements
  1. 22/06/2010 o 11:02 pm

    Ciesze się, że jednak dostałaś tę czwartą część, co dobrze świadczy o wydawnictwie. A o języku co by nie napisać, to emocje wszystko rekompensują. Ciekawa jestem co będzie w następnym tomie.:)

  2. 24/06/2010 o 12:10 am

    A mi ten czwarty tom najbardziej przypadł do gustu :) Mój ulubiony! Czekam z niecierpliwością na następne, a tom pierwszy czytałam bardzo długo, początek irytował mnie niesamowicie, potem te wszystkie nazwy, zamotanie z poplątaniem :P Ale im dalej tym lepiej na szczęście :)

  3. mandżuria
    26/06/2010 o 11:42 pm

    Clevera, dostałam i też byłam niezwykle sympatycznie zaskoczona przez wydawnictwo. Bishop rzeczywiście pisze tak, że choć jej styl do zbyt dobrych nie należy, to jednak zazwyczaj można odczuć to, co ona chciała przekazać, więc ogólnie mi się podobało :) Ja nie wytrzymałam i przeczytałam sobie zapowiedź kolejnego tomu na jakiejś angielskiej stronie – brzmi ciekawie :)

    Tucha, mnie chyba też najbardziej podobał się ten tom (lub trzeci, jeśli wyrzucić z niego kilka elementów). Oj tak, ja ledwo przebrnęłam przez poczatek pierwszego tomu, kilka razy chciałam go odłożyć, ale potem jakoś się wczułam i przeczytałam w sumie szybko ;) Mój miły się śmiał, że najpierw tak na książkę pomstowałam, a potem czytałam ją po noacach – ale coś takiego właśnie te książki w sobie mają!

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s