Archiwum

Posts Tagged ‘rosja’

Zbiegi okoliczności („Za zakrętem” Marika Krajniewska)

Współczesna Rosja, Petersburg. Dwie kobiety żyjące przeszłością, teraźniejszość służy im niejako jedynie do rozpamiętywania tego, co było. Anna i Irina – dwie matki, które straciły swoje jedyne dzieci i tym samym stały się zupełnie same. Nie do końca, mają przecież siebie i mimo pozornie łączącej ich niechęci, żeby nie powiedzieć początkowej wręcz nienawiści, ich znajomość przekształca się w toksyczną przyjaźń, sieć zależności, sytuację, w której obie nie potrafią już bez siebie żyć, choć wspólne spotkania, wspominanie właściwie tylko je wykańcza, nie pozwala zrobić kroku na przód. Nie potrafią zrezygnować ze spotkań, odwiedzin, małych rytuałów, a jednocześnie w tle wciąż kołacze się poczucie winy i tą winą obarczanie tej drugiej. Są połączone, ale połączone tragedią, rozpaczą i stratą, czy taka przyjaźń ma szansę przetrwać? Czy nie zabija ona wszelkiej nadziei na dalsze, normalne życie? Anna i Irina ledwo dostrzegają ludzi wokół siebie, obie straciły swoich ukochanych – jedna z powodu wypadku, druga – alkoholu. Co trzeba zrobić, żeby w takiej sytuacji postawić krok naprzód, zakończyć żałobę? Czy to w ogóle jest możliwe?

Opis „Za zakrętem” Mariki Krajniewskiej wydał mi się intrygujący, nakreślał główny wątek tej króciutkiej powieści, ale nie zdradzał zbyt wiele, miałam więc nadzieję na ciężką, ale dobrą opowieść z psychologią bohaterek na pierwszym planie. Do tego Rosja, a w dodatku Petersburg – jak mogłabym się oprzeć? Książka ma zaledwie 150 stron, więc czyta się ją błyskawicznie, napisana jest przyjemnym językiem. Początek naprawdę mi się spodobał – bohaterki zostały realistycznie przedstawione, ich relacja, choć dająca im obu pewne wytchnienie, duszna i przytłaczająca. Zrozumienie nie wystarczy, by pomóc, a przede wszystkim pojawia się pytanie – czy Anna i Irina chcą sobie pomóc i tej pomocy oczekują? Czego właściwie chcą, od życia i siebie nawzajem? Na drugim planie rysuje się natomiast historia znajomości ich dzieci, a czytelnik z czasem poznaje szczegóły tragicznego wypadku, mamy więc nawet pewien element tajemnicy, choć bez żadnego zaskoczenia, ale przecież zupełnie nie o to chodzi w tej historii.

A mimo to książka gdzieś tak w połowie zaczęła mnie drażnić. I to elementami moim zdaniem tak zbędnymi, że bez żadnej szkody można było z nich zrezygnować, a w moim odczuciu odebrały one historii cały realizm i moc wzruszania. I już nawet nie chodzi mi o to, że dzieci obu kobiet noszą imiona Julia i Roman, choć wydaje mi się to niepotrzebne i jakoś bliżej temu do żartu czy mrugnięcia okiem autorki, a sama książka jest raczej pozbawiona humoru. Jednak wątek dotyczący Iriny i męża Anny wydaje mi się wręcz absurdalny, owszem, wiąże bohaterki jeszcze ściślej, jeszcze bardziej komplikuje ich relację, ale po co? Tak wielkie zrządzenie losu oczywiście może się zdarzyć w „prawdziwym życiu”, nie jest mi obce przysłowie o scenariuszach, jakie to życie pisze, ale w powieści niestety raczej sprawia, że człowiek podnosi brew i zastanawia się, jaki sens miało wprowadzenie takiego zdarzenia. I już bym nawet to przełknęła, bo cóż, mogło być i tak, ale zaraz dostajemy rozwiązanie, które zapowiadało się tak dobrze (nie chcę tu zdradzać zakończenia, więc nie podam szczegółów), psychologicznie realnie, słodko-gorzko i w sumie w sposób napawający nadzieją… Tu jednak przychodzi kolejne zaskoczenie, niebywały zbieg okoliczności, być może uroczy i optymistyczny, ale ja niepewnie wpatrywałam się w ostatnią stronę, niedowierzając, że autorka naprawdę zdecydowała się na taki zabieg. Być może się czepiam, być może za mało wierzę w szczęśliwe trafy i niebywałe przypadki, które wszystko szczęśliwie kończą, ale moim zdaniem niestety wyżej wspomniane wątki odebrały powieści jej ciężar, zamieniając w bajkę, która owszem, okrutna, ale kończy się tak, że większości baśni daleko do tego rodzaju happy endów. Niestety, nie jestem wielbicielką takich rozwiązań.

Żal mi tej współczesnej Rosji, tego Petersburga i tego tematu. I w sumie potencjału, bo książka ma naprawdę dobrze napisane pewne wątki i takie niepotrzebne wtręty (a przy tak niewielkiej w sumie objętości ma to tym większe znaczenie) zepsuły ją w moich oczach. Mogło być naprawdę bardzo dobrze, a końcem końców wyszło tak sobie. Szkoda.

Tytuł: Za zakrętem
Autor: Marika Krajniewska
Wydawnictwo: Papierowy Motyl, 2010
Ilość stron: 150
Moja ocena: 2/6

Homo sovieticus a muzyka życia

Dawno już nie pisałam o żadnej książce Andreï’a Makine’a, czas więc to zmienić i trochę się tu znowu pozachwycać nieprzeciętnym talentem tego francuskiego pisarza o rosyjskich korzeniach. Tym bardziej, że ostatnio przeczytana przeze mnie „Muzyka życia” wskoczyła do trójki moim zdaniem najlepszych książek autora. A biorąc pod uwagę, że Makine zawojował w zeszłym roku mój osobisty ranking pisarzy, z przekonaniem mogę stwierdzić, że czytelnik ma do czynienia z dziełem.

Obserwowanie ludzi czekających na pociąg na małej stacji ukrytej wśród śniegu na Uralu jest wyjściem do snucia refleksji na temat rosyjskiego społeczeństwa przez zmęczonego i rozdrażnionego emigranta. W jego głowie niczym refren rozbrzmiewa niedawno ukute określenie: homo sovieticus. Zdaniem narratora pasuje ono do obserwowanych ludzi idealnie, bo patrząc na ich brak sprzeciwu, pokorne czekanie na opóźniony o wiele godzin pociąg, nie jest w stanie doszukać się w nich godności, ludzkiej dumy właściwej większości homo sapiens. Zmęczony, podróżnik trafia do pozornie opuszczonego pomieszczenia, gdzie jednak przy fortepianie siedzi wzruszony mężczyzna – Aleksiej Berg. Wkrótce czytelnik poznaje jego historię – wypełnioną cierpieniem, dramatyzmem, odrobiną miłości oraz – muzyką. W przeddzień swojego pierwszego koncertu, młody pianista Aleksiej Berg w drodze powrotnej do domu spotyka sąsiada, który przestrzega go przed powrotem do mieszkania – tajne służby aresztowały jego rodziców. Przerażony i zdezorientowany chłopak postanawia uciekać do rodziny matki – jej siostra mieszka z mężem na Ukrainie. Tak rozpoczyna się tułaczka Berga, w której usiłuje uciec od przeznaczenia narzuconego mu przez reżim. Czy się ono wypełni – zakończenie pozwala na różne interpretacje.

Poza samą wzruszającą i dającą do myślenia historią, niezwykle istotna jest kwestia tożsamości, jeden ze stałych punktów pisarstwa Makine’a. Młody Berg zdaje się dopiero określać własną tożsamość, kiedy państwo decyduje, że za tożsamość swoich rodziców zostanie zesłany daleko na wschód, by odpracować winy, których nie popełnił. W wojennej zawierusze decyduje się stać kimś innym – zmarłym podczas bitwy żołnierzem. Nowa tożsamość, tak różna od jego prawdziwej pozwala mu jednak na przeżycie w niepewnych czasach, stając się wybawieniem i przekleństwem. I choć granica między własnym „ja” a młodym żołnierzem poległym na polu bitwy chwilami się zaciera, a jeszcze częściej przestaje mieć znaczenie w obliczu śmierci i okruchów miłości (niekiedy jest to uczucie desperackie i nasiąknięte dramatyzmem, innym razem ciche i zrezygnowane dawanie sobie schronienia od samotności i lęków), to jednak ucieczka od tego, co kiedyś stanowiło pewny trzon kształtującej się tożsamości Berga wydaje się być niemożliwa. Muzyka zepchnięta w odmęty podświadomości musi wypłynąć i powróci, w okolicznościach, jakich młody pianista sobie nie wyobrażał.

Czy Aleksiej Berg uciekł od piętna homo sovieticus, a może właśnie jest żywym przykładem takiej postawy, człowiekiem naznaczonym przez reżim, złamanym wojną i cierpieniem? A może wrzucanie całego narodu do jednego worka, wszystkich historii, ludzkich losów, kultur i postaw jest uproszczeniem tak wielkim, że samo hasło nabiera wręcz antyhumanistycznego zabarwienia? Makine jak zawsze nie daje czytelnikowi rozwiązań i odpowiedzi, pozostawiając miejsce na własne przemyślenia. Z właściwą sobie wrażliwością przedstawia losy pozornie przeciętnych ludzi, którzy nabierają niezwykłych cech, a ich losy wydają się być niezwykłe – tymczasem czytając mamy świadomość, że co druga z ukazanych na stronach książki postaci miałaby do opowiedzenia równie dramatyczną historię. Nie chodzi o licytację, nagromadzenie cierpienia, a bardziej o ujrzenie człowieka w ludzkiej masie. Tak jak na początku narrator ocenia ludzi siedzących w poczekalni, jawią mu się jako jeden anonimowy organizm – łatwo jest popaść w uogólnienia, z których część może być zwyczajnie krzywdząca i niesprawiedliwa. Narrator poznaje wzruszającą historię Berga – czy jednak opowieść śpiącego na gazetach dziadka nie mogłaby być równie przesycona emocjami i niekiedy strasznym pięknem, wrażliwością bohatera, szukaniem swojej ścieżki?

Gdybym miała ją określić jednym tylko słowem, musiałabym zdecydować się na banalne „piękna”, bo właśnie ten przymiotnik opisuje ja najpełniej. Forma, treść, emocje, obrazy, jakie wywołuje w wyobraźni – wszystko to jest wspaniałe, choć jednocześnie kameralne i niemal intymne. Nie bez powodu do głowy przychodzi mistrzowsko odegrany utwór muzyczny, w którym każdy dźwięk ma znaczenie, nawet półtony, nakreślone dłońmi pisarza w zamyśleniu, pozornie niedbale, bez widocznej potrzeby. „Muzyka życia” jest krótką powieścią, a w takich, podobnie jak w opowiadaniach, ważne jest moim zdaniem mocne wrażenie. Puenta bądź obraz, które nie opuszczą czytelnika zaraz po skończonej lekturze, która z racji objętości siłą rzeczy nie trwa długo. Historia Berga towarzyszyła mi jednak długo po skończonej lekturze i wciąż wspominam wrażenie, jakie na mnie zrobiła ta oszczędna w słowach książka.

Tytuł: Muzyka życia
Tytuł oryginału: La musique d’une vie
Autor: Andreï Makine
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Czytelnik, 2002
Ilość stron: 88
Moja ocena: 6/6

Ziemia i niebo francuskiego pilota

„Między ziemią i niebem” przeczytałam wczesną jesienią, kiedy to czytałam jedną książkę Makine za drugą. Zazwyczaj nie lubię zapoznawać się z całą twórczością jednego autora naraz. Obawiam się, że mnie znuży i zacznę dostrzegać powtarzalność w jego tematyce bądź stylu. Czasem rzeczywiście tak bywa, że po kilku książkach autor niewiele ma mi już do zaoferowania i przykro mi, że nasza znajomość kończy się z mieszanymi uczuciami albo nawet lekkim niesmakiem. Wolę więc dawkować sobie powieści interesujących mnie twórców. Jednak jak zawsze, od tej reguły też są wyjątki i dla mnie, jak już można się bez trudu domyślić, zalicza się Andreï Makine. Nawet jeśli „Między ziemią i niebem” uważam za „jedynie” bardzo dobrą, a nie doskonałą w porównaniu do reszty jego dorobku, to wciąż jest to świetna powieść. I cieszę się niezmiernie, że jeszcze sporo przetłumaczonych na polski książek jego autorstwa dopiero czeka, aż je przeczytam… Po każdej wiele sobie obiecuję i jestem spokojna, że nie spotka mnie rozczarowanie.

Ponownie udamy się w czytelniczą podróż pomiędzy Francją a Syberią, tym razem za sprawą wojskowego pilota, Jacques’a Dorme’a. W 1942 roku młody człowiek trafia na teren Rosji i ocala swoje życie dzięki wyjątkowym zdolnościom lotniczym. Zaczyna służyć w eskadrze lotniczej Alaska-Syberia, transportując amerykańskie samoloty mające pomóc Rosjanom w wojnie z Niemcami. Obserwuje rosyjską mentalność, starając się zrozumieć kraj pełen niepojętych dla niego zasad i skrajnych przeciwieństw, nie będąc w stanie ogarnąć jego złożoności. Właśnie tam, w sercu niepojętego, znajduje swoją rodaczkę, z którą rozumie się bez słów. Aleksandra, która kiedyś nosiła inne, francuskie imię, trafiła do Rosji i nie mogła już z niej wyjechać. Nie tylko fizycznie – rosyjskość zabarwiła jej duszę, tożsamość już nie była tak prosta i oczywista do określenia. Przeżyli razem zaledwie tydzień, czas ten jednak wpłynął na ich dalsze życie i gdyby nie misja Dorme’a, z góry skazana na porażkę, zapewne ciągnąłby się latami… Te kilka dni wpłynęły nie tylko na życie pilota i jego ukochanej, ale także małego chłopca z rosyjskiego domu dziecka, który po latach słyszy tę opowieść z ust Aleksandry. Uczy się ją rozumieć, tak samo jak francuskie słowa, których uczy go stara już kobieta. Francja opanowuje jego wyobraźnię, a historia pilota musi zostać przez niego zrozumiana i opowiedziana do końca. Dlatego będąc już dorosłym człowiekiem, chłopiec wyrusza w podróż śladami Dorme’a.

Makine po raz kolejny z wyczuciem przeplata ludzkie losy, trafnie określając emocje i ubierając w słowa przemyślenia swoich bohaterów. Poza poruszającymi historiami i tematem tożsamości obecnym w każdym dziele pisarza, które miałam okazję poznać do tej pory, Makine sporo miejsca poświęca także rosyjskiej obyczajowości, skupiając się na absurdach – niekiedy dramatycznych, przyrównując Rosję z czasów wojny do kraju okupowanego, w dodatku od środka, a więc w prawdopodobnie najgorszy z możliwych sposobów, czasem natomiast zabawnych, w słodko-gorzki sposób: na przykład kiedy dzieci z domu dziecka zwożone są na miejsca spotkań i wieców, by tworzyć rozentuzjazmowany tłum, nie mając nawet pojęcia, kim jest przemawiający osobnik. Mimo krytyki, przez prozę Makine przebija się głębokie uczucie, jakie pisarz żywi do miejsca swojego urodzenia, czułość do pełnej sprzeczności Rosji, do jej mieszkańców i zadziwiających niekiedy obyczajów. Po raz kolejny autor trafia w moją wrażliwość, pisząc w niezwykły sposób o najzwyklejszych sprawach, o ludzkiej samotności i poszukiwaniu odpowiedzi, które tak często leżą poza naszym zasięgiem.

Warto wspomnieć także, że jest to ponoć ostatnia część trylogii rozpoczętej genialnym „Francuskim testamentem”, a postać Aleksandry ma być tą samą Aleksandrą, o której mowa w nagradzanej powieści. Nie pamiętam już dokładnie „Francuskiego testamentu” i nie do końca potrafię chronologicznie umiejscowić wydarzenia z „Między ziemią i niebem” w tamtej historii, ciężko mi się więc do tego szerzej odnieść. Wciąż jeszcze nie czytałam drugiej części trylogii i nie mogę znaleźć informacji, który to tytuł. Chronologia nie jest tu jednak ważna, bo i bez znajomości „Francuskiego testamentu” można się zachwycić „Między ziemią i niebem”, jest to bowiem powieść zapadająca w pamięć, bogata w treści i niebagatelna.

Tytuł: Między Ziemią i Niebem
Tytuł oryginału: La Terre et le ciel de Jacques Dorme
Autor: Andreï Makine
Tłumaczenie: Małgorzata Hołyńska
Wydawnictwo: Czytelnik, 2004
Ilość stron: 172
Moja ocena: 5/6

Ulice Moskwy nocą

Po serii trochę poważniejszych i cięższych książek, przyszła mi ochota na coś lżejszego lub chociaż odrobinę oddalonego od rzeczywistości, która dzięki lipcowej pogodzie wydała się nagle lekko szara. Spełniając także inno postanowienie stanęłam przed własną półką i prawie natychmiast zdecydowałam się na „Nocny patrol” Siergieja Łukjanienki. Jakiś czas temu oglądałam film na podstawie tej powieści, był rozrywkowy i miał spory potencjał, więc znów innym razem korzystając z promocji zakupiłam sobie całą serię o patrolach (zdarzają mi się takie wyskoki).

Jeśli ktoś, tak jak ja, najpierw widział film i całkiem mu się spodobał, lepiej niech o nim zapomni, bo książka poza główną osią fabularną ma z nim niewiele wspólnego, zarówno jeśli chodzi o nastrój, jak i rozwiązania fabularne, o przedstawieniu części postaci nie wspominając. Ciężko mówić, która wersja jest lepsza, tak bardzo są inne. Mnie zdecydowanie bardziej przypadła do gustu wersja papierowa i to wcale nie ze względu na to dotykalne medium, ale jej słodko-gorzką, melancholijną atmosferę i przesłanie, czy może raczej nienachalne stwierdzenie faktu – nie ma na świecie pojęć czarno-białych, a miłość jest siłą, która jest w stanie prowadzić ludzi do osiągania rzeczy niemożliwych. Zaczynając czytać nie takich wniosków się spodziewałam, ale wzruszyło mnie oryginalne pokazanie tej prawdy.

Na czym polegają patrole? Dobro nie jest w stanie zatriumfować nad złem, tak więc by utrzymać równowagę, do życia zostają powołane tajne służby, w których skład wchodzą Inni – istoty pozornie nie różniące się od ludzi, ale obdarzone nadnaturalnymi zdolnościami lub przekleństwem, w zależności od jego rodzaju i nastawienia głównego zainteresowanego. I tak „jaśni” Inni to różnej maści czarodziejki, magicy, uzdrowiciele i wszyscy ci, którym szeroko pojęte dobro świata nie jest obojętne. „Ciemni” to oczywiście osobnicy podążający ścieżką innego rodzaju – uprawiający czarną magię, wampiry, zmiennokształtni i reszta wesołej gromadki. Aby siły były wyrównane, patrole pilnują porządku. W nocy działa nocny patrol, złożony z jasnych Innych, którzy pilnują, by ciemni nie dopuszczali się nadużyć, nie uprawiali czarnej magii i nie wykorzystywali swoich umiejętności poza licencją. W dzień jego miejsce zajmuje dzienny patrol, pilnujący, by jaśni nie wpływali na ludzkie życie i również nie korzystali ze swoich zdolności. Nad patrolami stoją oczywiście wyższe jednostki, w tym Inkwizycja. W „Nocnym patrolu” poznajemy jednak tylko niewielki oddział całej siatki – oba patrole działające w Moskwie. Cała historia i funkcjonowanie jednostek jest przedstawiona oczami młodego jasnego Innego – Antona Gorodeckiego, który w patrolu jest od roku. Mimo oddanej służby Anton coraz mocniej kwestionuje zastany porządek rzeczy, decyzje przełożonych i niemoralne na pierwszy rzut oka podtrzymywanie równowagi pomiędzy siłami. Wykonując swoje pierwsze zlecenie w terenie Anton zabija ciemnego Innego – wampira, który jak się potem okazuje był przyjacielem jego sąsiada, innego przedstawiciela mrocznego gatunku. Nie potrafiąc przejść nad specyficzną etyką swojego zawodu do porządku dziennego Anton nawet nie zauważa, kiedy zostaje wplątany nie tylko w regularną bitwę pomiędzy jasną a ciemną stroną, staje się partnerem (w pracy) kobiety skrywającej mroczne tajemnice i wielkie uczucie, a wreszcie sam odnajduje kogoś, kogo istnienie wpłynie znacząco na jego życia i postrzeganie rzeczywistości. A w tle tego wszystkiego rosyjska metropolia, ta normalna i ta skryta w mroku, której nie wszyscy mieszkańcy są tymi, za kogo się początkowo podają. Tak jak Londyn stał się dla mnie miastem współcześnie magicznym dzięki „Nigdziebądź” Gaimana, tak Moskwa umocniła swoją pozycję miasta pełnego urban magii, którą zyskała w mojej czytelniczej karierze dzięki „Tajemnej historii Moskwy” Sedii.

Powieść Łukjanienki mnie oczarowała melancholią, którą tak chętnie przypisuje się rosyjskiemu niebu. Lubię taką fantastykę – bez nacisku na spektakularne bitwy i akcję (choć i tego można trochę dla siebie znaleźć), a za to na psychikę i przemyślenia bohaterów. Bo przecież dylematy Antona i innych pracowników nocnego patrolu są niezwykle klasyczne – gdzie przebiega granica dobra ze złem, na ile można siebie poświęcić dla dobra sprawy, a ile można poświęcić w imię własnego szczęścia. Wiem już, że z radością sięgnę po kolejne części i mam nadzieję znaleźć w nich dalsze losy bohaterów, których zdążyłam polubić, a także odpowiedzi na pytania, które narastały w trakcie czytania „Nocnego patrolu”. I choć nie było tak lekko i przyjemnie jak myślałam, że będzie, cieszę się z takiego obrotu spraw. To bardzo dobra książka z intrygującym światem, do którego z wielką ochotą za jakiś czas wrócę.

Tytuł: Nocny patrol
Tytuł oryginału: Ночной дозор
Autor: Siergiej Łukjanienko
Tłumaczenie: Ewa Skórska
Wydawnictwo: MAG, 2007
Ilość stron: 436
Moja ocena: 5-/6

Syberiada

Pisząc notkę o „Wołoce” chciałam pożegnać zimę. Niestety, dziś znów prószył śnieg i jak bardzo bym go nie lubiła, nie ucieszyłam się z tego widoku. Na szczęście (ech…), przypomniałam sobie, że wciąż mam w zanadrzu jeszcze jedną zimową lekturę do opisania, a mianowicie „Syberię” Jacka Pałkiewicza. Wyprawa do krainy mrozu (bo odbyta w porze zabójczych wręcz temperatur) wydaje się być lekturą nadającą się tylko do czytania w zimie. Inaczej opisywana pogoda i uczucia bohaterów stają się wręcz nierealne. Samemu dobrze jest trochę pomarznąć (byle nie zanadto), żeby wczuć się w klimat podróży słynnego polskiego odkrywcy i globtrotera.

Książka opisuje wyprawę na biegun zimna na dalekiej Syberii, którą autor odbył pod koniec lat osiemdziesiątych z grupą wybranych mężczyzn, spełniających wyśrubowane warunki Pałkiewicza. „Syberia” to opis ich przygody, okraszony informacjami na temat tej części świata, anegdotami dotyczącymi uczestników wyprawy jak i ludzi oraz miejsc poznawanych po drodze. Pałkiewicz pisze także o podróżowaniu w ogóle, przygotowaniach i refleksjach związanych z odkrywaniem świata. Największą zaletą książki są jednak zdjęcia: zapierające dech w piersiach widoki śniegowych pustyń, ciemne lasy żywcem wyjęte z niepokojących baśni, czy wreszcie interesujące portrety ludzi mieszkających na Syberii i podporządkowujących sobie ten niegościnny obszar na tyle, na ile to dla człowieka możliwe.

Wiele złego słyszałam o pisarstwie Pałkiewicza i podchodziłam do tej książki z dużą dozą niepewności (inaczej już dawno bym się na nią rzuciła, biorąc pod uwagę region przez nią opisywany). Po przeczytaniu „Syberii” mam następujące zdanie: Pałkiewicz nie napisał dobrej książki. Może w innych jego dziełach jest inaczej, nie chcę oceniać całości jego twórczości znając tylko jeden przykład, ale „Syberia” sprawia wrażenie, jak gdyby redaktorzy powiedzieli panu Jackowi: „Wspaniałe zdjęcia, to może teraz dopisz coś do nich, żeby wyszło tak około 200 stron. A co? A, co tam chcesz, byle mniej więcej dotyczyło Syberii…” Tekst jest chaotyczny, wiele tematów poruszanych jest po kilka razy w różnych miejscach. Pałkiewicz z jednej strony chciał chyba napisać dziennik z podróży, z drugiej – luźne uwagi na temat trasy i ludzi. Powstał z tego misz-masz, dający uczucie niedosytu, a nawet irytacji. Na początku historii, autor przedstawia nam swoich kompanów, którzy później mają różne przygody podczas wyprawy. Bardzo pięknie, ale skoro już mamy się do nich przywiązać i np. dowiadujemy się, że jeden uległ poważnemu ochłodzeniu organizmu, reszta załogi na gwałt szykuje schronienie, a cała sytuacja grozi śmiercią… Wydaje mi się, że czytelnik powinien się dowiedzieć, co się stało dalej. Otrzymuje natomiast (po raz kolejny) wyjaśnienie, jak bardzo niebezpieczne są odmrożenia i wychłodzenie, jak o nie łatwo w tym rejonie, etc. O członku załogi – ani słowa. W następnym rozdziale jednakże ów bliski śmierci mężczyzna rączo biegnie przy swoich saniach, jak gdyby nic mu nigdy nie dolegało… Nie chcę się nadmiernie czepiać, ale Pałkiewicz ma irytującą manierę tłumaczenia czytelnikowi rzeczy oczywistych, a także przypominania mu na każdym kroku, jak niebezpieczna i trudna jest ta wyprawa, tylko dla prawdziwych twardzieli. Myślę, że jest to spowodowane podekscytowaniem podróżnika, radością płynącą z przeżywanej chwili, jednak jako tekst literacki niespecjalnie się sprawdza…

Nie jestem zachęcona do sięgnięcia po inne książki Pałkiewicza, choć może kiedyś skuszę się na tę o Angkor, znów ze względu na opisywane miejsce. Czytając o osiągnięciach Pałkiewicza nie sposób nie uszanować go jako podróżnika z mnóstwem zasług i nie docenić jego umiejętności radzenia sobie w każdych warunkach. Jednak jako autor mnie nie przekonuje i choć nie miałam aż tak negatywnych opinii w stosunku do jego pisarstwa jak autorzy licznych recenzji, to na przyszłość będę szukać książek o interesujących mnie rejonach napisanych przez kogoś innego…

Moja ocena: 3+/6 (plus za zdjęcia)
Jacek Pałkiewicz, „Syberia. Wyprawa na biegun zimna” (Zysk i S-ka, 2007)

Na dalekiej rosyjskiej północy…

Nie wiem, czy to jakieś zimowe przesilenie, zmęczenie materiału, czy natłok obowiązków – grunt, że w ogóle nie miałam siły na pisanie recenzji książek, nie wspominając o czasie. Trochę zdążyło się ich w tym czasie nazbierać, a moje postanowienie pisania o wszystkim, co przeczytam bądź obejrzę, tylko pogłębiało moje zniechęcenie. Dodatkowo mój komputer postanowił oszaleć raz jeszcze, nie wspominając już o połączeniu internetowym… Ostatnio jednak nastąpił przełom, który mogę przypisać skończeniu drugiego rozdziału mojej nieszczęsnej pracy, tygodniowi odpoczynku oraz wszystkim kochanym życzeniom otrzymanym na urodziny. Dodatkowo w wietrze czuć już tę zapowiedź wiosny, która nieodmiennie wprawia mnie w nastrój radosnego podekscytowania i napawa niepohamowanym optymizmem… Mam nadzieję, że i u Was słońce świeci jakoś jaśniej i cieplej.

Recenzja książki Mariusza Wilka jest moim mrugnięciem w stronę zimy i pożegnaniem, mam nadzieję, do przyszłego roku. Choć autor opisuje Wyspy Sołowieckie w różnych porach roku, dla mnie zawsze będą się już kojarzyć z zimą… Wyspy Sołowieckie znajdują się na północy Rosji, na Morzu Białym. Tam właśnie od kilkunastu lat mieszka Mariusz Wilk i o tym regionie pisze swoje książki. Przeczytana przeze mnie „Wołoka” to kontynuacja „Wilczego notesu”, na którą składają się notki, artykuły i eseje zamieszczane w paryskiej „Kulturze”, a potem „Plusie Minusie”. Autor przedstawia Północ Rosji z wielu perspektyw, dzięki czemu jego książka pozostaje trudna do skwalifikowania. Można znaleźć tu zarówno dziennik podróży dokumentujący przeprawę przez Kanał Białomorski oraz przemyślenia dotyczące dzisiejszej Rosji i jej mieszkańców, jak i analizę tekstów staroruskich jak i nowych (wspominani są przede wszystkim Gustaw Herling-Grudziński, Warłam Szałamow, Aleksander Sołżenicyn i Jerzy Giedroyc), poetyckie opisy przyrody, polemikę z innymi autorami piszącymi o tym kawałku świata, aż wreszcie refleksje dotyczące języka i pisania w ogóle. Dzięki temu czytelnik może zapoznać się z historią Wysp Sołowieckich, kulturą jej mieszkańców i literaturą na jej temat.

Czytając „Wołokę” nie można obojętnie podejść do języka używanego przez autora. Wilk pisze używając niezwykle bogatego słownictwa, dodając wiele zwrotów uważanych już za archaiczne oraz rusycyzmów. Motywuje to, nie bezpodstawnie, ogólną tendencją do zapożyczania i zmieniania języka, obecną przecież od najdawniejszych czasów. A skoro zapożyczać – czemu nie z języka bliższego polskiemu, bo słowiańskiego? Chwilami styl ten może irytować i sprawiać wrażenie aż nadto kolokwialnego, ale z drugiej strony używany jest niezwykle spójnie i celowo, czego nie sposób nie docenić. Ciekawe są również wyjaśnienia samego autora, czemu decyduje się właśnie na taki język i styl:

Wracając do moich rusycyzmów, chcę wyjaśnić, że nie są to – bynajmniej! – przejęzyczenia wynikające z długiego pobytu w strefie języka rosyjskiego, ani – tym bardziej! – wybraki mojej polszczyzny. Przeciwnie, wprowadzam je świadomie i konsekwentnie wszędzie tam, gdzie z różnych przyczyn wydają mi się niezbędne. Ideałem moim jest bowiem taki język, którego można by nie tłumaczyć z polskiego na rosyjski. I odwrotnie. (s.178)

Rosja mnie fascynuje, północ przyciąga. A jednak miałam mieszane uczucia w stosunku do „Wołoki”, zwłaszcza czytając fragment pt. „Karelska tropa (1999-2000)”, czyli wspomniany wcześniej dziennik podróży, wzbogacony oczywiście o bardziej ogólne opisy Sołówek i okolic. Paradoksalnie jakoś za mało było dla mnie rosyjskiej północy w książce, która tylko o niej traktuje! Może wpływ na to miał właśnie język, chwilami nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to zapiski dla wybrańców, że wiem za mało i zbyt pobieżnie, by dowiedzieć się czegoś więcej, by zrozumieć i zadowolić się przedstawionymi opisami. Chciałam zobaczyć Wyspy Sołowieckie pod trochę innym kątem, zagłębić się w podanych informacjach, pójść na spacer krótszy w sensie dystansu, ale bardziej… dogłębny? Ostatnia część, „Dziennik Północny (2001-2002)”, najbardziej przypadła mi do gustu i najbliższa była temu, czego od „Wołoki” oczekiwałam.

Przedstawione przeze mnie minusy są jednak całkowicie subiektywne, więc jeśli kogoś interesuje ten region, powinien książkę przeczytać. Jest naprawdę dobrze napisana i w swojej formie dość nietypowa. Przede wszystkim jednak plącze się po niej duch Północy i posmak nieznanego. Warto poświęcić czas na lekturę.

Moja ocena: 4,5/6
Mariusz Wilk, „Wołoka” (Wydawnictwo Literackie, 2008)

Sztuka „Merylin Mongoł”

Wieki nie byłam w teatrze, więc realizując swoje noworoczne postanowienie, że będę się bardziej ukulturalniać, udało mi się wreszcie zmobilizować (z ogromną pomocą koleżanki) i wybrałam się do Teatru im. Jaracza na sztukę „Merylin Mongoł”. Nie jestem wielką entuzjastką współczesnego teatru, mam wrażenie, że nowoczesne sztuki dotykają tylko jednego tematu – szarości i beznadziei otaczającej nas rzeczywistości. Uważam, że życie nie składa się jedynie z brudu i zła tego świata, a po drugie – przedstawianie tego wciąż i wciąż w formie uświadamiania widza straciło dla mnie sens. Widz już to wie, pomijając fakt, że codziennie styka się z tą rzeczywistością, powiedziało mu o tym mnóstwo wcześniejszych sztuk… Więc to wskazywanie przypomina siedzenie z założonymi rękoma i biadolenie, jakie to wszystko niesprawiedliwe, złe, brzydkie, smutne, brudne… Może powinno się to nareszcie pokazać pod trochę innym kątem…?

I tym razem nie obyło się bez beznadziei. „Merylin Mongoł” autorstwa Nikołaja Kolady opowiada historię dwóch sióstr mieszkających w małym miasteczku w Rosji, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Wiedzą więc, że starsza Inna straciła męża i teraz upija się niemal codziennie. Młodsza, Olga, to lekko upośledzona dziewczyna, ma romans z żonatym sąsiadem z bloku oraz twierdzi, że odwiedza ją Pan Bóg. Obie siostry desperacko pragną wyrwać się z otaczającej je beznadziei i marazmu, ale wydają się niezdolne do zmiany swego życia. Sytuacja zmienia się, kiedy ich matka wynajmuje pokój młodemu, nowoprzybyłemu pracownikowi. Mężczyzna prezentuje sobą typ intelektualisty, pisze powieść, jest inny niż mężczyźni w miasteczku. Olga i Inna widzą w nim swoją szansę na ucieczkę od dotychczasowego życia.

Poruszył mnie tekst tego utworu. Naprawdę poczułam tę pustkę, samotność i beznadzieję, wyzierającą z każdego kąta ubogiego mieszkania. Miałam ochotę podejść do Olgi, przytulić ją i powiedzieć, że wszystko się ułoży. „Jakoś”, bo jak miałoby się ułożyć? Jeśli człowiek nie znajduje sam w sobie siły, żeby zmienić swoje życie, począwszy od zmiany sposoby myślenia, bo tylko wtedy ucieczka od pochłaniającej pustki wydaje się być możliwa, to raczej nikt z zewnątrz nie jest w stanie nic zmienić w życiu takiej osoby. Patrzyłam w wielkie oczy bohaterki (granej przez Gabrielę Muskałę) i czułam jej pragnienie bycia kimś innym gdzie indziej. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie gra aktorska, choć niestety, była też czymś, co mnie umęczyło – panuje jakaś dziwna maniera (albo to ja akurat mam takie szczęście do sztuk), według której aktorzy teatralni muszą grać niesamowicie histerycznie. Albo rzucają się po scenie jak w ataku apopleksji, albo wydzierają ile sił w płucach. Tu grali według tego drugiego schematu, połowa kwestii była wykrzyczana, zupełnie moim zdaniem niepotrzebnie, po to psuło efekt, a w dodatku rozbolała mnie głowa…

Mimo kilku niedogodności, „Merylin Mongoł” mi się podobała. Tekst był miejscami bardzo poruszający i smutny, miejscami przekomiczny, zdecydowanie spektakl się nie dłużył. Nawet przekleństwa (bez których teraz już chyba żadna nowa sztuka się nie obejdzie…) miały swój sens i pasowały do bohaterów, nie miało się odczucia, że autor dołożył je na siłę, żeby zaszokować publiczność. Gdyby ktoś miał okazję, można obejrzeć. Teatr ma jednak w sobie tę magię, do której teraz chciałabym wrócić. Pewnie wybiorę się znowu do teatru trochę szybciej niż za dwa lata…

Moja ocena: 4/6