Archiwum

Posts Tagged ‘literatura bliskiego wschodu’

Absurd goni absurd („8% z niczego” Etgar Keret)

Moje spotkanie z Etgarem Keretem zaczęło się trochę od końca, bo od filmu „Meduzy” z 2007 roku, który pisarz nakręcił wraz z żoną, Shirą Geffen. Film zrobił na mnie duże wrażenie i jego nastrój zapadł mi na długo w pamięć – słodko-gorzki, melancholijny, dość surrealistyczny i refleksyjny. Następnie Keret przyjechał do Łodzi i uczestniczyłam w spotkaniu z nim, podczas którego pisarz totalnie mnie zauroczył. Zostało także wtedy odczytane opowiadanie z najnowszego zbioru, który dopiero miał się ukazać („Nagle pukanie do drzwi”), nie pamiętam już tytułu, ale spodobało mi się ono bardzo. To było moje pierwsze zetknięcie się z prozą Kereta i stwierdziłam, że to może być coś dla mnie. Opowiadanko było zabawne, napisane z werwą i uroczą puentą na koniec. Ponieważ strasznie lubię autografy pisarzy w książkach, postanowiłam szybko kupić sobie jakiś już istniejący zbiór opowiadań i padło na „8% z niczego”. Stałam się posiadaczką wyjątkowego obrazeczka narysowanego przez Kereta (każdemu rysował coś innego, za każdym razem jednak wyglądało to jak dzieło trzyletniego dziecka) i książki, której poziom absurdalności chyba mnie troszeczkę przerósł, choć przeczytać było warto.

Opowiadania w „8% z niczego” są króciutkie i jako takie są przemyślane, ich wydźwięk mocny, puenta często zaskakująca i działająca jak przysłowiowy obuch – co cenię sobie w krótkich opowiadaniach właśnie. Kiedy tekst mieści się na dwóch stronach, bez odpowiednio mocnego akcentu po prostu przewróci się tę kartkę natychmiast zapominając, co się na niej działo. A dzieją się tak dziwne rzeczy, że czytając opowiadania jedno za drugim ma się wrażenie, że ogląda się szalony sen, w którym pojęcie logiki jest względne, o ile w ogóle ona istnieje, natomiast bohaterowie występujący w tym świecie akceptują rzeczy takimi, jakie są, bo cóż innego im pozostaje. Tak jak w śnie zazwyczaj człowiek nie zdaje sobie sprawy z absurdalności różnych wydarzeń, tak i bohaterowie Kereta nie są specjalnie speszeni, kiedy z talerza przemawia do nich ryba lub ich ukochana dziewczyna zmienia się w nocy w paskudnego karła (to chyba akurat mój ulubiony kawałek, jest po prostu słodki).

Czy chodzi jednak tylko o to, żeby zadziwić, a nawet zaszokować, wytrącić czytelnik z równowagi i zostawić go niepewnego, co ma o tym wszystkim myśleć? Oczywiście nie, wydźwięk opowiadań Kereta jest często smutny, wręcz egzystencjonalny i pesymistyczny, a wyolbrzymione absurdy świata przedstawionego przez autora często przypominają jednak, że ten nasz świat rzeczywisty nie jest jakoś wybitnie mniej dziwny, czy bezsensowny. Odniosłam wrażenie, że niektóre opowiadania miały na celu poruszyć w czytelniku tę wrażliwą, dogłębnie ludzką strunę, ale nie zawsze tak się działo w moim przypadku. Czy to kwestia różnego rodzaju wrażliwości, czy też brakowało mi narzędzi potrzebnych, by prozę Kereta właściwie zinterpretować i zrozumieć. Może wszystko po trochu. W każdym razie niektóre opowiadania jedynie trochę mnie znużyły, a po przeczytaniu całości czułam się głównie tak, jakbym właśnie zsiadła ze zbyt szybko jadącej karuzeli. Owszem, była to przyjemność, ale w którymś momencie okazało się, że co za dużo, to nie zdrowo i chciałam już przejść do innych atrakcji.

Biorąc pod uwagę popularność Etgara Kereta w Polsce, trochę byłam zawiedziona, że opowiadania nie zachwyciły mnie bardziej, jednak nie znajduję tutaj jakichś konkretnych cech stylu pisarza, które by mi się nie podobały, głównie chodzi tu o czysto subiektywne odbieranie tekstów. Może z czasem przeczytam jeszcze któryś z Keretowych zbiorków i moje odczucia będą bardziej pozytywne. Na pewno książka warta jest lektury i sprawdzenia, czy do Was trafia specyficzny styl izraelskiego pisarza.

Tytuł: 8% z niczego
Tytuł oryginału: Anihu
Autor: Etgar Keret
Tłumaczenie: Agnieszka Maciejowska
Wydawnictwo: WAB, 2006
Ilość stron: 164
Moja ocena: 4-/6

Iran za zasłoną snu

„Istnieją rany psychiczne, które jątrząc się toczą powoli, jak trąd, psychikę człowieka. Chory nie może jednak wyjawić swoich cierpień, tak są one osobliwe, dziwne i niewiarygodne. Jeżeli jednak ktoś zechce je wyznać, a nawet opisać, ludzie przyjmują te niezwykłe wyznania sceptycznie lub, co gorsza, bezdusznie z nich szydzą, kpiąc i uśmiechając się ironicznie, uznają bowiem aktualnie panujące sądy za własne, a przecież nie odkryto jeszcze sposobu leczenia cierpień psychicznych, uśmierza się je tylko odurzającym snem, wywoływanym przez alkohol, opium czy też inny narkotyk.”

„Ślepą sowę”, powieść uznawaną za najważniejsze dokonanie Sadegha Hedajata, przeczytałam już dłuższy czas temu. Książka ta wraca do mnie co jakiś czas, ja natomiast wciąż czuję, że nie odkryłam tajemnic w niej zawartych, mimo przeczytania kilku tekstów, które miały mi przybliżyć ten temat. Może to brak znajomości literatury irańskiej, której odnowicielem nazywany jest Hedajat, a którą ja dopiero poznaję, stopniowo i w dużej mierze intuicyjnie. Nie zmienia to faktu, że nawet błądząc wśród powieściowych wątków jak we mgle, a może bardziej pasowałoby stwierdzenie – jak w oparach opium, które unoszą się niemalże z kart książki, nie trudno dać się choć na chwilę uwieść onirycznej atmosferze i wciągnąć w losy bohatera.

A losy te od początku są niejasne, bo choć bohater rozpoczyna swą opowieść zwróceniem się do czytelnika bądź swojego cienia twierdząc, że w tej spowiedzi wyjaśni motywy swojej zbrodni. Od tej chwili jednak nic już nie będzie oczywiste i wyjaśnione, a całość przypominać będzie sen, zmienny, emocjonalny i pełen niedomówień.

„Jeżeli więc teraz postanowiłem wszystko opisać, to po to tylko, aby poznał mnie mój cień (…)”

„Czytelnik zostaje wrzucony niemalże w środek akcji – opisanej w sposób dość statyczny, jednak wydarzenia dzieją się szybko i nierzadko trzeba przejść do porządku dziennego nad tym, że obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, postaci występują w coraz to nowych rolach, a główny bohater dzięki opium i prawdopodobnie narastającej chorobie psychicznej zaczyna przeżywać losy człowieka z przeszłości, zakochanego bez wzajemności w młodej i pięknej żonie. Czy jest to tylko sen, narkotyczna wizja bądź omamy spowodowane zaburzeniami? Jeśli tak – które z żyć jest prawdziwe? Choć bohater daje nam wskazówkę, że to początek, w którym przez tajemnicze okienko obserwuje dziwną scenę z dziewczyną i starcem jest tym właściwym biegiem wydarzeń, to jednak losy chorego człowieka z przeszłości opisane są dokładniej, a choć dość niesamowite, wciąż wydają się być bardziej rzeczywiste niż opowieść, w której do bohatera przychodzi piękna dziewczyna – i po chwili osuwa się martwa na ziemię. Może więc szalona jazda powozem w celu jej pochowania to tylko senna mara, wyśniona przez znużony chorobą umysł? Takie wyjaśnienie dużo bardziej do mnie przemawia, a całość staje się łatwiejsza do odczytania. Ucieczka w niezwykłe wizje, które odbijają rzeczywiste wydarzenia i postaci. A może prawda jest jeszcze inna, może czytelnik uczestniczy w dwóch wcieleniach bohatera? Może wspomnienia z poprzedniego życia wracają do niego po znalezieniu naczynia z przeszłości? Czy istnieje klucz do tej powieści, czy też czytelnik celowo ma błądzić wśród domysłów i odczuć?

Czytając wielokrotnie łapałam się na tym, że chciałabym zobaczyć ilustrację przedstawiającą konkretną scenę – mroczną, tajemniczą, z perskimi ornamentami. To właśnie takie obrazy pozostają z czytelnikiem. Fantastyczne, chwilami wręcz poetyckie, niepokojące. Poza niewątpliwymi doznaniami estetycznymi służą też jako zdecydowany przejaw buntu wobec skostniałych konstrukcji, w tym przede wszystkim tych społecznych. Tylko czy jest to bunt świadomy, czy też ucieczka od pustego, samotnego życia? „Ślepa sowa” pozostawia więcej pytań, niż odpowiedzi. Być może zrozumiem więcej po przeczytaniu większej ilości książek irańskich i o Iranie, powieść ta jednak mocno mnie zaintrygowała, a czytanie było prawdziwą przyjemnością dzięki stylowi i dobremu tłumaczeniu. Po polsku ukazały się także opowiadania Hedajata i jeśli tylko będę miała okazję, na pewno po nie sięgnę.

Tytuł: Ślepa sowa
Tytuł oryginału: Būf-i kūr
Autor: Sadegh Hedajat
Tłumaczenie: Barbara Majewska
Wydawnictwo: PIW, 1979
Ilość stron: 120
Moja ocena: 4/6

Jaszczurka pływająca w piaskach

Na fali mojego zainteresowania Bliskim Wschodem i życiem muzułmańskich kobiet, z ciekawością przeglądam większość pozycji wydanych na polskim rynku. Staram się omijać te, które w moim odczuciu powstały głównie po to, by zaszokować zachodniego, europejskiego czytelnika, a których (zwłaszcza kilka lat temu, mam wrażenie), pojawiło się u nas całkiem sporo. Okładka „Arabskiej perły” Mahy Gargash i niestety niezbyt udane moim zdaniem tłumaczenie tytułu (w oryginale książka nazywa się „The Sand Fish: A Novel from Dubai”, w powieści jednak owo zwierzątko ‘sandfish’ przetłumaczone zostało jako ‘gekon scynkowy’, zrozumiałe więc, że wydawca mógł mieć wątpliwości co do pozostawienia oryginalnego tytułu… ja bym jednak próbowała pozostać przy idei ‘sandfish’…) wzbudzały długo moje wątpliwości – czy będzie to jedna z owych sensacyjek (lub poważnych sensacji, nie chcę odmawiać im wartości merytorycznej, często jednak mam wrażenie, że w najlepszym razie służą za autoterapię dla autorów, a właściwie autorek), czy też kawałek literatury? Nota wydawcy sugeruje romans z arabską kulturą w tle, książka musiała więc odleżeć swoje na półce. Zimą jednak mam nierzadko ochotę na gorące historie, zarówno uczuciowo jak i klimatycznie. Przeczytałam więc „Arabską perłę” w dwa wieczory i muszę przyznać, że lektura bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Niesprecyzowana przeszłość. Młodziutka Noora mieszka w maleńkiej wiosce wśród gór na terenach dzisiejszego Dubaju. Dzięki swojej nieżyjącej już matce poznała zasady kierujące życiem arabskiej kobiety, sama jednak woli nieskrępowane życie pełne swobody, które dzieli z braćmi i ojcem pozwalającym jej na beztroskie zachowanie. Sytuacja zmienia się jednak, gdy ojciec coraz mocniej popada w przejmujące nad nim kontrolę szaleństwo. Najstarszy z braci Noory, wiedziony poczuciem obowiązku, ale i zagubieniem i chęcią pozbycia się problemu, jakim staje się siostra, postanawia wydać ją jak najszybciej za mąż. W transakcji główne skrzypce gra miejscowa czarownica, a Noora wbrew swojej woli zostaje trzecią żoną handlarza perłami w zaawansowanym wieku. Wyrusza wraz z nim do rodzinnej siedziby nad brzegiem morza, gdzie szybko orientuje się w domowej hierarchii i poznaje swój obowiązek: jak najszybciej urodzić mężowi dziedzica. Coraz bardziej zamieszana w małe intrygi i poznająca własne potrzeby Noora nawiązuje skomplikowane relacje z mężem, najstarszą żoną, rodzinną służącą oraz młodym pracownikiem jej męża.

Osobowość Noory i jej spojrzenie na świat kształtuje się dzięki poznawaniu innych ludzi, nabieraniu doświadczenia i przede wszystkim próbie odpowiedzi na pytanie, co uszczęśliwi ją samą i postawi w dogodnej sytuacji. Kto spodziewa się typowego romansu, może poczuć się wręcz zawiedziony, bo choć nie brakuje w powieści szczypty namiętności, z pewnością nie jest to główny temat książki. Z „Arabskiej perły” wyłania się przede wszystkim obraz młodej kobiety, jej dojrzewania do podejmowania decyzji kierując się rozsądkiem. Gargash umiejętnie pokazała psychiczne dorastania bohaterki, jej odnajdywanie się w trudnych warunkach, w których uczy się radzić sobie niczym gekon scynkowy pływający w piasku. Metafora „sandfish” wpasowuje się w treść i atmosferę książki, mnie poruszyła i tym bardziej mi szkoda, że nie znalazła żadnego odbicia w tytule powieści (‘perła’ również nie jest zupełnie pozbawiona sensu, jednak daje nieprawdziwy obraz dotyczący bohaterki, która miałaby ową perłą zostać). Choć Gargash studiowała w Ameryce, gdzie z pewnością nabrała pewnego dystansu do swojej kultury, „Arabska perła” nie jest jedną z lektur wprowadzających zachodniego czytelnika w arabski świat. Wiele zwyczajów nie jest już tłumaczonych i objaśnianych, jak choćby w scenie, kiedy Noora przygotowuje się do modlitwy. Część kwestii (strój) została wyjaśniona przez tłumacza, innych trzeba się domyślić lub o nich doczytać. Nie stanowi to jednak żadnego utrudnienia w czytaniu, a wręcz przeciwnie, dodaje autentyczności opowiadanej historii.

Powieść Mahy Gargash nie jest może literaturą największego kalibru, pozostaje jednak solidnie napisaną powieścią obyczajową. Przybliża życie ludności z okolic Dubaju w przeszłych czasach i przede wszystkim zadowala sprawnym portretem psychologicznym głównej bohaterki oraz dość zaskakującym zakończeniem. Jeśli lubicie takie arabsko-kobiece klimaty, polecam Wam lekturę „Arabskiej perły”. Choć nie pozostawia w czytelniczym sercu wielkiego śladu, warto poświęcić jej te kilka wieczorów.

Tytuł: Arabska perła
Tytuł oryginału: The Sand Fish: A Novel from Dubai
Autor: Maha Gargash
Wydawnictwo: Remi, 2010
Ilość stron: 408
Moja ocena: 4/6

Książkę dostałam w prezencie od wydawnictwa Remi, za co serdecznie dziękuję.

Zagubieni między pustynią a Zachodem

Bardzo lubię książki nie tylko opowiadające o innych kulturach, na co dzień dla mnie niedostępnych, ale także przedstawiające zderzenie ich z rzeczywistością dobrze mi znaną. „Zderzenie” nie jest tu może najszczęśliwszym słowem, ponieważ nie zawsze towarzyszą tym spotkaniom gwałtowne emocje, myślę, że znacznie częściej jest to miarowe poznawanie się, wzajemna fascynacja i niezliczona ilość pytań. Oczywiście, wszystko zależy od nastawienie obu stron, nie tylko do samego procesu poznawczego drugiej kultury, ale przede wszystkim jej przedstawicieli, którzy poza byciem żywymi spadkobiercami bogatej tradycji, pozostają głównie zwykłymi ludźmi, którzy chcą żyć po swojemu, czyli we własnym odczuciu normalnie. Myślę, że w tym właśnie tkwi sedno konfliktu opisanego przez Abd ar-Rahmana Munifa w pierwszej części jego pokaźnych rozmiarów dzieła „Miasta soli”, zatytułowanej „Zagubieni”. Wychowany w Jordanii autor mogący się poszczycić saudyjsko-irakijskimi korzeniami należy do najbardziej uznanych współczesnych pisarzy arabskich, w Polsce jednak pozostawał do tej pory dość anonimowy. Całe szczęście sytuacja ulega zmianie, jego książka bowiem to istotny głos w kwestii konfliktów Bliskiego Wschodu z Zachodem, z którego zapewne wiele osób zdawało sobie sprawę, choć niestety pozostawały i tak w mniejszości. Lektura „Zagubionych” ma szansę choć trochę zmienić tę sytuację.

Treść książki nie dzieje się w sprecyzowanym okresie ani miejscu, zyskując dzięki temu uniwersalność. Autor pokazuje losy wielu plemion i miejsc na Bliskim Wschodzie (oczywiście, stopień rozwoju i odległość od Egiptu pozwala nam mniej więcej umiejscowić powieść w czasie i przestrzeni, Munif unika jednak podawania dokładnych dat oraz nazw). Niewielka społeczność beduińska żyje w dolinie Wadi al-Ujun, od lat praktykując swoje zwyczaje i poddając się rytmowi życia na łonie pustynnej przyrody. Karawany pojawiają się i znikają, mężczyźni z plemienia wyjeżdżają i wracają, kobiety dbają o rodziny i tak jeden cykl życia przechodzi w kolejny, co jakiś czas zmieniając się nieznacznie przez prowadzone wojny lub konflikty między plemionami. Świat Beduinów wywraca jednak do góry nogami pojawienie się w ich obozie Amerykanów. Początkowo są do nich nastawieni dość przyjaźnie, jak do wszystkich gości nawiedzających Wadi, szybko jednak zaczynają czuć nieufność, zachowanie cudzoziemców jest tajemnicze, ich wyjaśnienia nie pasują do czynów, a mimo błogosławieństwa emira, ludzie zaczynają przeczuwać niebezpieczeństwo. Najzacieklejszym przeciwnikiem Amerykanów jest Mutib al-Haddal, który z czasem staje się symbolem oporu, zwłaszcza gdy dolinę spotyka przewidziana przez niego zagłada. Po tych wydarzeniach mężczyzna znika, a jego rodzina, osamotniona i zagubiona, wyrusza w podróż do krewnych. Wkrótce jednak okaże się, że nie tylko Wadi al-Ujun została zrównana z ziemią, a praca w nowych obozach tworzonych przez Amerykanów przyciąga młodszych i starszych Arabów. Także syn Mutiba, Fawwaz, wyrusza wraz z kuzynem i trafia do Harranu, gdzie zaczynają pracować dla cudzoziemców.

Tam też rozgrywa się główna akcja powieści, choć słowo „akcja” może budzić skojarzenia nie do końca przystające do fabuły książki. Choć na 544 stronach dzieje się naprawdę dużo, większość wydarzeń opisana jest w spokojny sposób, bez wartkiego poprowadzenia akcji. Nie jest to natomiast wadą książki, ponieważ cała jej konstrukcja opiera się na opowiadaniach o poszczególnych mieszkańcach Wadi al-Ujun, a później Harranu. Na początku czytelnik ma wrażenie, że to rodzina Mutiba lub też on sam będą bohaterami dzieła, szybko jednak narracja koncentruje się na kolejnych bohaterach, nie zapominając o poprzednich, ale i nie skupiając się na życiu konkretnej osoby. Munif roztacza przed czytelnikiem panoramę zmian społecznych, zachodzących zbyt szybko i w warunkach, kiedy jedna z kultur nie tylko czuje swoją wyższość nad drugą, ale i nie traktuje jej przedstawicieli jako dorosłych ludzi, którym należy się szacunek. Bez wahania zmieniają krajobraz, zmuszając ludzi do przeprowadzki w inne miejsce, dostosowują zastaną rzeczywistość do swoich potrzeb, a ludzi traktują jako siłę roboczą oraz ciekawy materiał etnograficzny, w większości nie siląc się na ich poznanie i zrozumienie. Po stronie arabskiej wzrasta natomiast zagubienie i niechęć do obcokrajowców, których z jednej strony podziwiają, ale i traktują jak wysłanników szatana lub opętanych przez złe duchy dziwaków. Zmiany zachodzą zbyt szybko, żeby żyjący na pustyni Arabowie mogli się do nich spokojnie przyzwyczaić. Część z nich daje porwać się fali modernizacji, część popada w coraz większy niepokój, skutkujący nierzadko problemami psychicznymi. Pogodzenie wielowiekowej tradycji Arabów wydaje się być niemal nie do pogodzenia z rozkwitającym miastem, głównie ze względu na to, że miasto budowane jest w stylu amerykańskim, a od Harranu Arabskiego i baraków robotników odgrodzone jest kolczastym drutem. Tymczasem arabska dusza, być może chwilami nieświadomie, rwie się ku dawnym czasom, znanym obyczajom oraz pustyni.

Czuł, że zarówno jego jak i księcia pustynia może uzdrowić. Tam człowiek znajduje się sam pośród bezkresu, ciszy i pierwotnej przyrody. Tam ma nie tylko możliwość dokonania właściwie oceny tego, co się stało, ale również – dzięki spokojowi i ciszy – może zwalczyć chorobę i ułożyć sobie wszystko na nowo. (s. 367-368)

Amerykanie natomiast cierpią na pustyni, żar lejący się z nieba, zwierzęta – nie potrafią się odnaleźć na nieswoje ziemi. Ich zainteresowanie kulturą arabską jest dość powierzchowne, nie chcą zaprzyjaźniać się z mieszkańcami Harranu, a jedynie zadają im setki pytań, przy okazji spotkań teoretycznie towarzyskich, później natomiast, napotykając mur niechęci, w wymuszonych wywiadach, do których zmuszani są robotnicy. Robią mnóstwo zdjęć i bywają rozczulający jak dzieci, ciesząc się z oglądanych przez siebie dziwów. Nie rozumieją jednak problemów i palącej tęsknoty słyszalnej w śpiewie Arabów, tak jak Arabowie nie pojmują działania wynalazków przywożonych przez cudzoziemców i szybko ustawiają się w pozycji gorszych, choć są przekonani o swojej moralnej wyższości (przynajmniej po pewnym czasie). Nie pomaga im to jednak w zaprzestaniu fantazjowania na temat amerykańskich kobiet, które widzieli na statku. Narastają nieporozumienia, niechęć i oskarżenia, nie znajduje się natomiast nikt, kto byłby w stanie załagodzić konflikt. Jego plon możemy obserwować w dniu dzisiejszym.

Książka „Miasta soli. Zagubieni” to przejmująca relacja pokazująca początek znanych arabsko-zachodnich konfliktów, napisana pięknym językiem i w sposób najbardziej do mnie przemawiający – przedstawia bowiem historie zwykłych ludzi i wpływ zmian na ich życie. Chwilami wzruszająca, całościowo melancholijna, pełna żalu za odchodzącym światem. Czego mi zabrakło? Być może autor poruszył ten temat w kolejnych częściach „Miast soli” (jest to bowiem pięcioksiąg), ale w „Zagubionych” nie znajdziemy prawie żadnych fragmentów dotyczących kobiet. Poza Wadhą i Umm al-Chusz nie znajdziemy zbyt wielu opisów, w których kobiety by występowały, nie wspominając już o wpływie zmian na ich społeczność. Bardzo chętnie poznałabym sytuację także z ich punktu widzenia. Ciekawa jestem więc kolejnych tomów dzieła Abd ar-Rahmana Munifa, a wszystkim zainteresowanym tematem serdecznie polecam „Zagubionych”.

Tytuł: Miasta soli. Zagubieni
Tytuł oryginalny: Mudun al-milh: Al-tih
Autor: Abd ar-Rahman Munif
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2010
Ilość stron: 544
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Smak Słowa, serdecznie dziękuję.

„Miłość i jej następstwa” Sulaiman Addonia

Sulaiman Addonia, autor książki „Miłość i jej następstwa” spokojnie mógłby napisać autobiografię, która miałaby spore szanse na stanie się bestsellerem, jako że autor nie mało przeszedł. Pół-Erytrejczyk, pół-Etiopczyk spędził dzieciństwo w sudańskim obozie dla uchodźców, następnie studiował w Arabii Saudyjskiej, aż wreszcie osiedlił się w Londynie i tam powstała jego pierwsza książka. Co prawda autor nie napisał książki o własnym życiu, ale w historii Nasera zamieścił wiele wątków autobiograficznych. Czytając powieść czytelnik czuje, że Addonia naprawdę wie, o czym pisze, nie są to jego domysły lub egzotyczne historie stworzone specjalnie dla spragnionych „pikantnych” szczegółów z życia Arabów cudzoziemców. Dzięki temu „Miłość i jej następstwa” to książka niezwykła, którą przeczytałam w jedną noc, nie mogąc się oderwać, co już od dość dawna mi się nie zdarzyło.

Jest to historia młodego emigranta z Erytrei, który razem z bratem zostaje przygarnięty przez wuja mieszkającego w Arabii Saudyjskiej. Chłopiec tęskni za ukochaną matką i ciężko mu żyć w społeczeństwie, które rozdziela kobiety i mężczyzn granicą nie do przeskoczenia. Przynajmniej pozornie jest to mur nie do przebicia, ponieważ któregoś dnia pod nogi Nasera zostaje rzucony liścik. Niewielka karteczka od dziewczyny od stóp do głów załoniętej czarną tkaniną, ktora postanowiła wyznać mu uczucie. Jakiekolwiek kontaktowanie się jest zarówno dla dziewczyny i chłopaka niezwykle ryzykowne, ponieważ cały czas muszą liczyć się ze schwytaniem przez policję religijną, co w najlepszym razie skończyć się może publiczną chłostą i więzeniem, jednak Naser i jego tajemnicza wielbicielka postanawiają podjąć ryzyko.

Z jednej strony jest to intrygująca historia, uchylająca rąbek zakazanego i niedostępnego dla większości Europejczyków świata, z drugiej – piękna i niezwykle klasyczna historia miłosna. Podobała mi się bardzo charakterystyka zarówno Nasera jak i jego tajemniczej Fiore. Naser ma w sobie to, czego zabrakło bohaterowi „Rozdroża proroków”, czytelnik naprawdę przeżywa jego losy i życzy mu jak najlepiej. Przynajmniej ja znalazłam w sobie natychmiast dużo ciepłych uczuć dla wrażliwego, odrobinę wyobcowanego buntownika. Nie sposób nie polubić jego ukochanej, niezwykle odważnej i silnej psychicznie dziewczyny, pełnej marzeń i ambicji. Bohaterowie drugoplanowi także stanowią ciekawą galerię postaci, a akcja toczy się wartko i pełna jest wydarze, które mogą zaskoczyć, więc czyta się naprawdę szybko i ciężko jest się oderwać od lektury.

Dodatkowo, już po skończeniu, nasuwa się kilka kwestii do przemyślenia, przy czym dla mnie najważniejszą było owo rozdzielenie świata na dwa: męski i kobiecy. Co dobrego może przyjść z zakazywania ludziom tego, co dla mnie świadczy o ich człowieczeństwie właśnie – miłości i pragnienia bycia z drugim człowiekiem. Przesłanie książki jest więc niezwykle ważne i prawdziwe, nieważne jakie przeszkody dzieliłyby od siebie ukochanych, mogą je przezwyciężyć, a przynajmniej próbować, niczym w starodawnych romansach. Chwilami aż ciężko uwierzyć, że historia opisywana w „Miłości i jej następstwach” przypada na koniec lat osiemdziesiątych, a nie ileśset lat w przeszłości… Porównując ją z naszym światem można zadać sobie pytanie, czy przypadkiem ludzie, rozpieszczeni wolnością (oczywiście jestem szczęśliwa, że urodziłam się w wolnym kraju) nie przestali doceniać miłości i możliwości bycia z ukochaną osobą. Czy ludzie są zdolni do bohaterskich czynów i poświęceń tylko w obliczu niebezpieczeństwa? Myślę, że jednak nie, choć takie sytuacje na pewno dają więcej okazji do przejawiania tego typu postaw.

Polecam tę książkę wszystkim. Nawet jeśli ktoś nie lubi historii o miłości, niech da jej szansę, bo „Miłość i jej następstwa” porusza przede wszystkim problem człowieczeństwa, a także zawiera wiele ciekawych informacji na temat życia codziennego w Arabii Saudyjskiej.

Moja ocena: 6/6 (miało być 5,5 ale właściwie – dlaczego nie 6 :))
Sulaiman Addonia, „Miłość i jej następstwa” (Prószyński i S-ka/ Prószyński Media, 2009)

Tym samym kończę wyzwanie peryferyjne. Zbyt wielu książek nie dałam rady przeczytać, ale moja lista książek-do-przeczytania zapełniła się wieloma nowymi pozycjami, co bardzo mnie cieszy. Dziękuję Padmie za zorganizowanie wyzwania!

„Rozdroże proroków” Jocelyne J. Awad

Jocelyne J. Awad to libańska autorka pisząca po francusku. W ramach wyzwania Literatura na Peryferiach przeczytałam jej książkę „Rozdroże proroków”, opisującą perypetie Ta’ana, młodego poety pracującego w charakterze przewodnika belgijskiej wycieczki. Spragnieni egzotyki Belgowie wyruszyli w podróż-pielgrzymkę w czasie Świąt Wielkiejnocy przez Liban, Syrię i przede wszystkim Jerozolimę. Ani uczestnicy, ani pracodawca Ta’ana nie zdają sobie sprawy z faktu, że ich autokar ma posłużyć w wykonaniu przemytniczej akcji wszechczasów – wypełniony haszyszem prześlizguje się przez granice państw pragnących zachęcić do siebie turystów. Sam główny bohater nie jest zachwycony rolą, jaka przypadła mu w udziale. Dodatkowo zamiast koncentrować się na powierzonym mu zadaniu, myślami jest przy jednej z turystek, Lei, przepięknej kobiecie o tajemniczej przeszłości.

„Rozdroże proroków” to niewielka książeczka, którą spokojnie przeczytać można w jeden wieczór. Choć jest to opowieść wielowątkowa i poruszająca niezwykle ciekawe tematy, jak choćby konflikt arabsko-żydowski, miałam zbliżone do nieszczęsnych turystów odczucia – autorka ślizga się po różnych zagadnieniach, ale książka pozostawia mocne uczucie niedosytu. Czyta się przyjemnie, ale ciężko oprzeć się wrażeniu, że to dopiero szkic, sam pomysł, który można dopiero rozwinąć w niezwykle ciekawą powieść. Gdyby Awad dopieściła akcję i rozbudowała trochę bohaterów, „Rozdroże proroków” wiele by zyskało. Niestety, nawet sensacyjny wątek przemytu gdzieś się rozmywa po drodze i zamiast trzymać w napięciu, skwitować go można wzruszeniem ramion. Wątek miłosny nie przemówił do mnie ani trochę, może dlatego, że nie przepadam za bohaterkami w typie Lei – młodymi niezależnymi kobietami, z niezwykle cynicznym i zimnym podejściem do świata, skrywającymi w sobie wielkie zagubienie i samotność. Nie twierdzę, że nie jest to psychologicznie wiarygodny portret, ale taki typ bohaterki trzeba naprawdę umieć opisać. Niestety, Lea nie ma w sobie wiele fascynującego, chwilami jest po prostu odpychająca. Ta’an wypada trochę ciekawiej – młody człowiek, który po latach ślepoty odzyskuje wzrok, ale ma świadomość, że w każdej chwili może go znowu stracić, ale i jemu zabrakło głębszej charakteryzacji. Szkoda.

Jeśli kogoś interesuje Bliski Wschód, to może „Rozdroże proroków” przeczytać, bo zdecydowanie nie jest ono stratą czasu. Jednak niech nie nastawia się na bogate opisy przeżyć bohaterów, wartką akcję czy rozbudowanie wątków.

Moja ocena: 3,5/6
Jocelyne J. Awad, „Rozdroże proroków” (Państwowy Instytut Wydawniczy, 2005)

Tysiąc wspaniałych słońc

tsw

O Afganistanie nie wiedziałam wiele, poza informacjami dotyczącymi wojny. Nawet o wojnie wiedziałam same podstawowe rzeczy, bez zagłębiania się w szczegóły. Dopiero od jakiegoś czasu cały Bliski Wschód, a w tym i Afganistan, stały mi się bliższe i zaczęłam się bardziej interesować tą częścią świata. Wprawdzie nadal moja wiedza jest pełna luk, ale chętnie sięgam po książki na ten temat, zarówno reportaże jak i powieści. Pisząc o powieściach o tematyce afgańskiej nie można nie wspomnieć o Khaledzie Hosseini.

W „Chłopcu z latawcem” Khaled Hosseini opowiedział historię mężczyzn, którzy opuścili Afganistan tuż przed wojną. W „Tysiącu wspaniałych słońc” na pierwszy plan wysuwają się kobiety, które zostały w kraju i przeżyły wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na Afganistan. Mariam i Laila to dwie bardzo różne kobiety, które spotykają się w domu mężczyzny, który staje się mężem ich obydwu. Mariam zostaje żoną Rasheeda w młodym wieku, tuż po śmierci matki. Ponieważ nie może dać swojemu mężowi syna, po latach poślubia on Lailę, która już w trakcie wojny straciła wszystkich swoich bliskich. W piekle zamieszek i przemocy kobiety powoli nawiązują wspólny język i zaczynają się wspierać, widząc w tym jedyny sposób na przetrwanie.

„Tysiąc wspaniałych słońc” jest książką napisaną ładnym, choć prostym językiem. Razi trochę nieskomplikowana budowa bohaterów – jeśli ktoś jest dobry, pozostaje taki od początku do końca; źli bohaterowie niemal od początku są odpychający i nie zmieniają się na lepsze. Mariam i Laila mają swoje przywary, ale są to drobnostki, nie rzutujące na nie negatywnie w żaden sposób, brakuje im trochę do zostania pełnokrwistymi bohaterkami. Autorowi lepiej udali się według mnie mężczyźni z „Chłopca z latawcem”, który generalnie bardziej mi się podobał. Jednak obie kobiety polubiłam, a pewne niedociągnięcia w pisarstwie Hosseini nadrabia innymi walorami, jak choćby przedstawieniem tła historyczno-obyczajowego. Wojna u Hosseiniego ma dwa wymiary; krajowy, o którym bohaterowie czytają w gazetach, jak i osobisty, który przynoszą z ulic do domu. Ten pierwszy stanowi dobre źródło informacji, ponieważ Hosseini umiejscawia ważne wydarzenia w istotnych chwilach historycznych. Drugi natomiast, bardziej obyczajowy wątek, przemawia do wyobraźni i wrażliwośi czytelnika. Rodzina Rasheeda tak jak i sam Afganistan co chwila chyli się ku upadkowi, a kobiety muszą walczyć o najdrobniejsze prawa w społeczeństwie rządzonym przez talibów. Uderzyło mnie to, jak współczesna jest historia opisywana w „Tysiącu wspaniałych słońc”. Czytając o zwyczajach i zapatrywaniu się na wiele kwestii miałam wrażenie, że książka opowiada o początkach XX wieku, a za chwilę czytam o szale, jaki zapanował po pojawieniu się na czarnym rynku filmu „Titanic”. Autor nie skupia się na opisywaniu aktów przemocy czy historycznych wydarzeń, ale stara się pokazać zwyczajne życie w niezwyczajnych czasach, pełnych brutalności, w których mimo wszystko pozostaje miejsce na trudną miłość. Sama historia mimo wszechobecnego tragizmu wojny, ma na koniec wydźwięk dość optymistyczny. Autor podkreśla znaczenie edukacji w odnowie upadłego kraju i daje nadzieję, że Afganistan ma szansę się odrodzić.

Lubię w Hosseinim sposób, w jaki opisuje Kabul. Nie trudno jest odczuć, jak duże znaczenie ma dla niego to miasto, z jakim bólem przyjął jego upadek i jak bardzo pragnie odnowy. Bez trudu można pokochać Afganistan sprzed wojny i tym bardziej smutna jest jego dalsza historia, zniszczenie i brak poszanowania nie tylko dla ludzi, ale i dziedzictwa kulturalnego, które jeśli nawet ocalało, to zostało splamione krwią. Hosseini jest bardzo zaangażowany w pomoc uchodźcom z Afganistanu i dużo czasu spędza w obozach dla nich przygotowanych. Może kolejna książka będzie właśnie na ten temat? Lubię jego twórczość, więc o czymkolwiek by nie była, kolejną powieść autorstwa tego pisarza kupię w ciemno.

5/6
Khaled Hosseini, “Tysiąc wspaniałych słońc” (Albatros, 2008)