Archive

Posts Tagged ‘dramat’

Poszukiwanie własnego ‚ja’

Dość długo zbierałam się do napisania tej notki, cierpiąc na jakiś specyficzny zastój recenzyjny (spowodowany prawdopodobnie chorobą, zmęczeniem materiału i wreszcie brakiem wiosny). Szczęśliwie to już za mną, a wiosna wreszcie wypełniła sobą łódzkie powietrze, więc teraz mam nadzieję wreszcie nadgonić recenzje, których przez ten czas sporo się uzbierało. Zacznę od lektur wyzwaniowych, a na pierwszy ogień idzie „Przebudzenie” autorstwa Kate Chopin, z którą to książką zapoznałam się podczas przygotowań do studiów. Na specjalnym kursie, na który wówczas uczęszczałam, omawialiśmy „Przebudzenie” w dużym skrócie. Nie przeczytałam wtedy tej krótkiej powieści bazując jedynie na streszczeniu i z perspektywy czasu cieszę się, że tak się stało. Te kilka lat temu fabuła wydała mi się płytka i poza jawnym motywem feministycznym niewiele wnosząca do literatury, dziś spojrzałam na nią inaczej i bardzo mi się spodobała. Starałam się w tej recenzji nie zdradzić zakończenia książki, jest ona jednak na tyle krótka, że ciężko omawiać ją inaczej, niż całościowo. Zresztą zakończenie, choć niezwykle symboliczne i skłaniające do refleksji, nie jest najważniejszą częścią utworu…

„Przebudzenie” zostało wydane w 1899, a Kate Chopin uważana jest za wczesną feministkę. Główną bohaterką swej krótkiej powieści Chopin mianowała Ednę Pontellier, młodą mężatkę z dwójką dzieci. Państwo Pontellier mieszkają na stałe w stanie Luizjana, wśród Kreolów – mieszkańców pochodzenia francuskiego, ludności konserwatywnej i niezwykle mocno trzymającej się hierarchii, w której mężczyzna stoi wyżej od kobiety, sprowadzając rolę tej drugiej do macierzyństwa i opieki nad domowym ogniskiem. Większość kobiet odnajduje się w przydzielonej im roli; te, które ośmieliły się zbuntować i ułożyć swoje życie inaczej traktowane są jak dziwadła, czego przykładem jest pianistka, panna Reisz. Co innego jednak rozpoczęcie innego życia już na początku swojej samodzielnej drogi, a co innego – zrezygnowanie z rodzinnego szczęścia, o którym można tylko marzyć. A taka właśnie myśl rodzi się w głowie Edny podczas letniska w Grand Island, gdzie adoruje ją młody Robert Lebrun. Po raz pierwszy kobieta zastanawia się, czy jej obecna sytuacja zaspokaja jej potrzeby, czy spełnia się i odnajduje w życiu, jakie prowadzi i które rozciąga się przed nią aż do śmierci. Pozornie błahe wydarzenia wpływają na Ednę i powoli prowadzą ją do przebudzenia – emocjonalnego, społecznego i wreszcie seksualnego.

Książka została uznana za szokującą i demoralizującą młode dziewczęta w momencie wydania, ale wiele lat później wreszcie ją doceniono i do tej pory uważa się, że miała wielki wpływ na literaturę amerykańską. Postać Edny fascynuje – jej powolne odkrywanie własnego ‘ja’, próba ułożenia i pogodzenia macierzyństwa ze spełnianiem się w roli kobiety wolnej od konwenansów i własnoręcznie sobie narzuconych zakazów i nakazów. Dodawtkowo Edna pozostaje normalna, zwyczajna, czego nierzadko brakuje nawet współczesnym bohaterkom. Maluje obrazy, ale nie jest wielką artystką i nie okazuje się nagle, że posiada niezwykły talent. Przeżywa miłość oraz chwilowe uniesienia, zrywa ze stereotypem kobiety obowiązującym wśród Kreoli, ale wciąż przyjaźni się z żywym ucieleśnieniem tych norm – panią Ratignolle. Chopin stworzyła niezwykle porywającą bohaterkę, a do tego opisała jej przeżycia oraz doznania duchowe pięknym językiem.

Feminizm nie jest oczywiście jedynym motywem powieści. „Przebudzenie” mówi głównie o szerszym pojęciu poszukiwania siebie i życia zgodnie z własnymi przekonaniami i potrzebami. Dzisiejszy świat i chyba każde społeczeństwo narzuca pewne normy, nawet jeśli nie są one tak widoczne i dużo bardziej elastyczne niż miało to miejsce w przeszłości. Podziwiam ludzi, którzy potrafią realizować swoje marzenia i dążyć do szczęścia bez oglądania się na normy, ale przede wszystkim – ludzi, którzy bez wahania potrafią odpowiedzieć na pytanie, czego chcą w życiu i co ich uszczęśliwia. Nawet po swojej decyzji o zmianach, Edna wciąż poszukiwała swojego miejsca w życiu, cierpiała nie mogąc pogodzić wszystkich aspektów własnej osobowości. Walka o własne ‘ja’ w „Przebudzeniu” jest cicha i samotna, tylko jedna osoba zdaje się rozumieć problemy Edny i odczytywać je we właściwy sposób, ale to zrozumienie następuje zbyt późno, by mogło uratować wrażliwą i spragnioną miłości kobietę.

Już po przeczytaniu nasuwa się pytanie, czy to się musiało tak skończyć? Czy istniała szansa na jakiekolwiek inne rozwiązanie? Czy ofiara Edny była potrzebna – prawdopodobnie i tak mało kto zrozumiał jej prawdziwą intencję. Nie zdziwiłabym się, gdyby pan Pontellier gładko zatuszował całe zajście, a Edna jawiła się znającym ją osobą jako osoba umysłowo słaba lub po prostu ciężko chora. A mimo to ciężko oprzeć się wrażeniu, że kobieta inaczej postąpić nie mogła, nie tracąc przy tym siebie, co było jej największym lękiem i wizją odbierającą sens jakimkolwiek poczynaniom.

Książkę czyta się błyskawicznie i bardzo przyjemnie, po lekturze natomiast jest się nad czym zastanowić. Gorąco namawiam wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji do zapoznania się z tym klasykiem.

Moja ocena: 5/6
Kate Chopin, „Przebudzenie” (Libros, 2002)

Ucieczka po japońsku

„Sprawa osobista” to pierwsza książka Kenzaburō Ōe, którą udało mi się przeczytać i, mam nadzieję, nie ostatnia. Dawno też nie czytałam żadnej książki napisanej przez Japończyka, a autor uważa się za pisarza głęboko zakorzenionego w rodzimej literaturze, Japonia i jej mieszkańcy stanowią ulubione tematy jego twórczości i można odnieść wrażenie, że z tekstów Ōe, z plątaniny symboli i mitów wplecionych w fabułę, wyłania się portret społeczeństwa skażonego dramatem wojny, ale rozwijającego się w zawrotnym tempie, nierzadko kosztem własnych obywateli. „Sprawa osobista” nie jest książką, która ma się podobać w podstawowym znaczeniu tego słowa, ale równocześnie nie sposób się od niej oderwać i przynosi wielką satysfakcję czytelniczą.

Ptak ma 27 lat, naucza na kursach przygotowawczych do egzaminów na studia i marzy o podróży do Afryki. W przeszłości nie stronił od bójek, należał do młodzieżowego gangu i pozbierał się dopiero po dostaniu się na studia. Ożenił się i dzięki pomocy teścia dostał pracę w szkole przygotowawczej. Czytelnik poznaje go tuż przed narodzinami pierwszego dziecka. Już wtedy daje się zauważyć, jak bardzo mężczyzna w siebie nie wierzy, jak bardzo chciałby wyrwać się z przytłaczającej go codzienności, uciec od żony, z którą nie czuje się do końca szczęśliwy, a myśl o mającym przyjść na świat dziecku napawa go raczej niepewnością graniczącą z odrazą, niż radością i troską. W końcu rodzi się nienormalny chłopiec – lekarze wydają wyrok, że dziecko dotknięte jest niezwykle rzadką przepukliną mózgową. W najlepszym wypadku będzie wegetować niczym roślina, ale bardziej prawdopodobne jest, że wkrótce umrze. Tymczasem noworodek ze wszystkich sił trzyma się życia, a Ptak osuwa się w grząskie bagno strachu, wstydu i kłamstwa. Komplikuje się jego sytuacja w pracy, okłamuje żonę w sprawie stanu dziecka i szuka pociechy w ramionach przyjaciółki z czasów studenckich, brzydząc się jednocześnie kobiecością…

„Sprawa osobista” to niezwykłe stadium ludzkiej psychiki. W pierwszym odruchu najłatwiej jest potępić Ptaka, wyrazić obrzydzenie jego egoizmem i strachem. Ale im dalej posuwamy się w lekturze, im głębiej interpretujemy pobudki bohatera, tym ciężej jest ocenić go jednoznacznie. Lub też inaczej – negatywna ocena wydaje się naturalna, ale przychodzi na myśl także stara prawda: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”. Nietrudno jest krytykować człowieka w sytuacji podbramkowej, ale spróbować go zrozumieć i sprawiedliwie ocenić samego siebie stanowi większą sztukę. Jeśli nawet nie mówimy o tak drastycznej sytuacji, czy w każdej innej kierowalibyśmy się dobrem, a nie własną wygodą bądź strachem? Bez wahania w głosie potrafię odpowiedzieć, co zrobiłabym w sytuacji Ptaka, ale istnieje kilka innych okoliczności, w których już nie byłabym taka pewna swojego postępowania. Kenzaburō Ōe nie ocenia postawy swojego bohatera i nie o to prosi czytelnika. Przedstawia złożoną historię zwykłego człowieka i zmusza odbiorcę do refleksji i uczciwego wejrzenia w głąb siebie.

Ciekawym motywem jest również problem związany ze świadomością własnego ciała, zarówno w kontekście seksualnym jak i dotyczącym postrzegania płci oraz stosunku do samego siebie. Również na tym tle bohatera męczą lęki i kompleksy, z których przynajmniej częściowo jest w stanie wyciągnąć go przyjaciółka, Himiko, osoba równie rozdarta przez osobiste dramaty i szukająca zapomnienia oraz autentyczności w seksie z wieloma partnerami. Związek z Ptakiem, początkowo czysto cielesny, prowadzi do zmian w jej życiu, subtelnie zarysowanych w początkowej fazie. Ōe pokazał ludzką seksualność jako sferę, w której człowieka najmniej stać na udawanie, gdzie łatwo jest zobaczyć prawdziwą naturę, a może niekiedy nawet i tę gorszą stronę człowieka. Na tym tle autor przedstawił pragnienia i potrzeby swoich postaci, także w sposób metaforyczny.

Język Ōe jest niezwykle bogaty, pełen wyrazistych metafor, chwilami naturalistyczny i ocierający się o groteskę, innym razem poetycki i zachwycający. Symbolika w „Sprawie osobistej” jest rozbudowana, ale niestety mam świadomość, że wiele znaczeń pozostało poza moim zasięgiem, odniosłam wrażenie, że kilka scen można zinterpretować jeszcze na inny, prawdopodobnie czysto japoński sposób (znalazłam informacje, że w książce wiele jest odniesień do historii Japonii i zmian w społeczeństwie – znając ogólną historię Japonii część się wyłapie, ale wciąż pozostaje wrażenie, że jest ich więcej…). Mimo to powieść czyta się wyśmienicie i nawet pomijając symbolikę, wciąż pozostaje pełna znaczeń i ważnych treści.

Laureat literackiej Nagrody Nobla z 1994 roku stworzył powieść, o której ciężko zapomnieć, na długo zostaje w pamięci. Drażni i nie daje spokoju, prowokuje pytania i refleksje, męczy ale i przynosi nadzieję. Ja jestem pod wielkim wrażeniem tej prozy, płakałam pod koniec książki z tak wielu powodów, odebrałam ją niezwykle osobiście i polecam ją każdemu, kto nie boi się zmierzyć z tematem ludzkiego egoizmu i strachu.

Moja ocena: 5/6
Kenzaburō Ōe, „Sprawa osobista” (PIW, 2005)

Chłodne polarne lato

Jak wyobrażam sobie lato polarne? Już sama nazwa wydaje się niepokojąca, przywodzi na myśl oślepiające słońce, które jednak wcale nie ogrzewa zmarzniętego ciała. Taka właśnie jest książka „Lato polarne” autorstwa Anne Swärd – nie pod względem emocji, jakie wzbudza, ale treści. Opowiada bowiem o skomplikowanych relacjach pewnej szwedzkiej rodziny, która rozsypała się już dawno temu, ale wciąż udaje, że utrzymuje ze sobą w miarę poprawne relacje.

Ingrid i Jack zapałali do siebie uczuciem od samego początku. Uczuciem, które z tak wielu przyczyn próbowali zdusić, a które z nimi wygrało. Narodziny dzieci, proza życia aż wreszcie zdrada i jej owoc – mała Kaj, oddalały od siebie małżonków, aż wreszcie na dobre znikli ze swego życia. Po latach jeden z braci, Krystian wraca do rodzinnego domu, żeby zaopiekować się przyrodnią siostrą podczas nieobecności matki. Niby tęski za Kaj, która na jego punkcie szaleje na swój dziwny, zaborczy sposób, ale z drugiej strony wolałby więcej się tam nie pojawiać. Kaj wymaga nieustannej opieki. Dlaczego? Czy nie poradziłaby sobie sama? Czy to nadmierna wrażliwość, czy nieustanne balansowanie na skraju szaleństwa pozbawiają dziewczynę wolności? Żywiołem dziewczyny jest morze i fakt, że rodzinny dom znajduje się tak blisko niego stanowi wygodny pretekst. Ingrid opiekuje się Kaj, choć nie jest ona jej córką a nieustannym przypomnieniem krzywdy męża. Kobieta zgadza się wyjechać na Florydę ze swoim najstarszym synem Jensem, ale myślami wciąż jest w domu. Wybuchowy Jens ma swoje własne plany w słonecznej Ameryce, ale w jego naturze nie leży dzielenie się z kimkolwiek, więc zostawia żonę w pełnej nieświadomości. Lisette czuje się zdradzona – do listy swoich wiecznych żalów i pretensji dopisuje fakt, iż mąż nie zabrał jej na wycieczkę, że wolał jechać z matką… Wszystkie te żale, niedopowiedziane pretensje, niewygasłe uczucia i ból rozsadzający piersi muszą w końcu wybuchnąć. A wszystko to zdarzy się właśnie wtedy – pewnego upalnego lata polarnego, kiedy słońce pali, a niebo nabrzmiałe jest wilgocią, ale wszystko pozostaje chłodne i nieprzychylne. Tak jak gwałtowne i gorące uczucia bohaterów, w których cieple nie da się jednak ogrzać.

Anne Swärd podzieliła swoją powieść na rozdziały oddając głos każdemu z bohaterów. Mimo to nie uzyskujemy odpowiedzi na wszystkie pytania i po skończeniu lektury wciąż można się zastanawiać: ale dlaczego tak się stało? Co mogło znaczyć dane zachowanie? Składa się na to także wspaniały język, którym posługuje się Szwedka. Uwielbiam książki, w których autor nie pisze całkowicie bezpośrednio o uczuciach swoich bohaterów, ale pozwala czytelnikom niejako odgadywać emocje ukryte między dialogami i opisami przeżyć. W „Lato polarne” uczuć jest pełno, to one stanowią treść i główny motor wydarzeń, często jednak pozostają nienazwane, nie dostajemy ich na tacy z podpisaną etykietką. Swärd pisze wyraziście i subtelnie zarazem, uderzając niekiedy niczego się niespodziewającego czytelnika mocną sceną.

Jak można się domyślić, zakończenie nie będzie łatwe, lekkie i przyjemne. Zostawi czytelnika z pytaniami i refleksjami, ale i satysfakcją. Tak przynajmniej było w moim przypadku i mam nadzieję, że każdy znajdzie w tej książce coś, co go poruszy. Warto przeczytać i dać się porwać tej dziwnej historii, pełnej ćmiącego bólu historii rodziny, która przecież chciała być po prostu szczęśliwa i interesujących, różnorodnych postaci. Ostrzegam – będzie pesymistycznie, ale czasem tak smutna, gnębiąca wręcz lektura może podziałać niemalże oczyszczająco.

Moja ocena: 5/6
Anne Swärd, „Lato polarne” (Czarne, 2007)

Maboroshi no hikari, reż. Hirokazu Koreeda

maboroshi

Bardzo chciałam napisać w miarę „na gorąco” recenzję filmu „Maboroshi no hikari” (znanego także pod tytułem „Maborosi”), ale kiedy otworzyłam notatnik, nabrałam powietrza w płuca, dłonie zawisły nad klawiaturą i… I teraz zastanawiam się, jak ująć swoje odczucia i przemyślenia na temat tego filmu. Nie jestem znawczynią kina azjatyckiego, nie znam się na reżyserach dalekowschodniego pochodzenia, ale mam wyrobioną opinię, że tego rodzaju filmy bardziej odbiera się zmysłami, niż rozumiem. Nie jestem pewna, czy to brzmi sensownie, mam na myśli to, że często w filmach azjatyckich nie chodzi o samą fabułę i dialogi, ale o wrażenia wywierane na widzu, pewne obrazy, dobór barw i kadrowania. Takim filmem jest japoński „Maboroshi no hikari”.

maboroshi1

Nastoletnia dziewczynka, Yumiko, obwinia się o śmierć swojej babci, której nie udało się zatrzymać, kiedy postanowiła wybrać się na piechotę do swojego domu. Choć nikt jej o to nie obwinia, Yumiko nie potrafi pogodzić się z tą stratą. Mijają lata, Yumiko mieszka z mężem Ikuo i maleńkim synkiem w niewielkim mieszkaniu. Jej życie wydaje się dość monotonne, ale Yumiko jest szczęśliwa i zakochana. Wciąż jednak wspomina swoją zmarłą babcię, a w snach widzi swojego męża jako jej reinkarnację. Pewnego dnia Ikuo wraca się do domu po parasol, a następnie długo nie wraca z pracy. Do drzwi Yumiko puka policjant i powiadamia ją o śmierci męża. Co więcej, nie ma wątpliwości, że było to samobójstwo. Kobieta popada w depresję. Pięć lat później ponownie wychodzi za mąż, ale jej życie naznaczone jest cieniem przeszłości, a Yumiko wciąż zmaga się codziennością, próbując odpowiedzieć sobie na dręczące ją pytania i znaleźć miejsce dla siebie

maboroshi2

Akcja toczy się bardzo wolno, na ekranie niewiele się dzieje. Miałam wrażenie, że reżyser daje widzowi czas do namysłu, nie chodzi tu tylko o śledzenie wydarzeń w filmie, ale o własne przemyślenia, wywołane obrazami i słowami. Zdjęcia są przepiękne, dość mroczne, tajemnicze i chwilami niepokojące. Wspaniale został oddany klimat nadmorskiego miasteczka i pokazane zwyczajne życie mieszkających tam ludzi. To tak, jakby widzowi dane było zobaczyć po prostu wycinek z czyjegoś życia, zobrazowany w sposób poetycki i symboliczny. Nie można też nie zwrócić uwagi na nastrojową muzykę autorstwa Ming Chang Chen. Wiele bym dała za ten soundtrack.

„Maboroshi no hikari” jest filmem, który docenia się tym bardziej, im więcej się o nim myśli po obejrzeniu. W moim odczuciu jest to opowieść o samotności, poszukiwaniu swojego miejsca na świecie, ulotności szczęścia i bezradności. Yumiko zaznaje szczęścia w nowym związku, kocha także swojego syna, ale to nie zapełnia pustki po stracie Ikuo. Jej spokój i szczęście są ulotne, wystarczą pojedyncze wspomnienia bądź obrazy, by wszystko popadało w ruinę i trzeba swój spokój budować od nowa. Czas może i leczy rany, ale niekoniecznie przynosi odpowiedzi na pytania, a ze swoimi najgłębszami uczuciami człowiek zazwyczaj jest sam, niezrozumiany, bo tak głębokie zajrzenia w czyjąś psychikę wydaje się być nieosiągalne. W głębi duszy Yumiko pozostaje samotna, samotny musiał być Ikuo, skoro nikt nie miał pojęcia, czemu popełnił samobójstwo. Taka samotność staje się udziałem każdego, każdy przez to przechodzi, jak stwierdza w pewnym momencie mąż Yumiko. A może chodziło mu o coś innego? Myślę, że jest to film, który można zrozumieć na wiele sposobów. Wspaniały na jesienny wieczór. Gorąco polecam każdemu, kto lubi niespieszne, azjatyckie kino.

Maboroshi no hikari, reż. Hirokazu Koreeda, 1995.

Tysiąc wspaniałych słońc

tsw

O Afganistanie nie wiedziałam wiele, poza informacjami dotyczącymi wojny. Nawet o wojnie wiedziałam same podstawowe rzeczy, bez zagłębiania się w szczegóły. Dopiero od jakiegoś czasu cały Bliski Wschód, a w tym i Afganistan, stały mi się bliższe i zaczęłam się bardziej interesować tą częścią świata. Wprawdzie nadal moja wiedza jest pełna luk, ale chętnie sięgam po książki na ten temat, zarówno reportaże jak i powieści. Pisząc o powieściach o tematyce afgańskiej nie można nie wspomnieć o Khaledzie Hosseini.

W „Chłopcu z latawcem” Khaled Hosseini opowiedział historię mężczyzn, którzy opuścili Afganistan tuż przed wojną. W „Tysiącu wspaniałych słońc” na pierwszy plan wysuwają się kobiety, które zostały w kraju i przeżyły wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na Afganistan. Mariam i Laila to dwie bardzo różne kobiety, które spotykają się w domu mężczyzny, który staje się mężem ich obydwu. Mariam zostaje żoną Rasheeda w młodym wieku, tuż po śmierci matki. Ponieważ nie może dać swojemu mężowi syna, po latach poślubia on Lailę, która już w trakcie wojny straciła wszystkich swoich bliskich. W piekle zamieszek i przemocy kobiety powoli nawiązują wspólny język i zaczynają się wspierać, widząc w tym jedyny sposób na przetrwanie.

„Tysiąc wspaniałych słońc” jest książką napisaną ładnym, choć prostym językiem. Razi trochę nieskomplikowana budowa bohaterów – jeśli ktoś jest dobry, pozostaje taki od początku do końca; źli bohaterowie niemal od początku są odpychający i nie zmieniają się na lepsze. Mariam i Laila mają swoje przywary, ale są to drobnostki, nie rzutujące na nie negatywnie w żaden sposób, brakuje im trochę do zostania pełnokrwistymi bohaterkami. Autorowi lepiej udali się według mnie mężczyźni z „Chłopca z latawcem”, który generalnie bardziej mi się podobał. Jednak obie kobiety polubiłam, a pewne niedociągnięcia w pisarstwie Hosseini nadrabia innymi walorami, jak choćby przedstawieniem tła historyczno-obyczajowego. Wojna u Hosseiniego ma dwa wymiary; krajowy, o którym bohaterowie czytają w gazetach, jak i osobisty, który przynoszą z ulic do domu. Ten pierwszy stanowi dobre źródło informacji, ponieważ Hosseini umiejscawia ważne wydarzenia w istotnych chwilach historycznych. Drugi natomiast, bardziej obyczajowy wątek, przemawia do wyobraźni i wrażliwośi czytelnika. Rodzina Rasheeda tak jak i sam Afganistan co chwila chyli się ku upadkowi, a kobiety muszą walczyć o najdrobniejsze prawa w społeczeństwie rządzonym przez talibów. Uderzyło mnie to, jak współczesna jest historia opisywana w „Tysiącu wspaniałych słońc”. Czytając o zwyczajach i zapatrywaniu się na wiele kwestii miałam wrażenie, że książka opowiada o początkach XX wieku, a za chwilę czytam o szale, jaki zapanował po pojawieniu się na czarnym rynku filmu „Titanic”. Autor nie skupia się na opisywaniu aktów przemocy czy historycznych wydarzeń, ale stara się pokazać zwyczajne życie w niezwyczajnych czasach, pełnych brutalności, w których mimo wszystko pozostaje miejsce na trudną miłość. Sama historia mimo wszechobecnego tragizmu wojny, ma na koniec wydźwięk dość optymistyczny. Autor podkreśla znaczenie edukacji w odnowie upadłego kraju i daje nadzieję, że Afganistan ma szansę się odrodzić.

Lubię w Hosseinim sposób, w jaki opisuje Kabul. Nie trudno jest odczuć, jak duże znaczenie ma dla niego to miasto, z jakim bólem przyjął jego upadek i jak bardzo pragnie odnowy. Bez trudu można pokochać Afganistan sprzed wojny i tym bardziej smutna jest jego dalsza historia, zniszczenie i brak poszanowania nie tylko dla ludzi, ale i dziedzictwa kulturalnego, które jeśli nawet ocalało, to zostało splamione krwią. Hosseini jest bardzo zaangażowany w pomoc uchodźcom z Afganistanu i dużo czasu spędza w obozach dla nich przygotowanych. Może kolejna książka będzie właśnie na ten temat? Lubię jego twórczość, więc o czymkolwiek by nie była, kolejną powieść autorstwa tego pisarza kupię w ciemno.

5/6
Khaled Hosseini, “Tysiąc wspaniałych słońc” (Albatros, 2008)

Filmowo

Pogoda ostatnio sprzyja czytaniu jak mało kiedy. Kiedy jest zimno i leje deszcz wprost marzę o zagrzebaniu się pod kocem z gorącą herbatą i książką. Zwłaszcza, że ostatnio mam szczęście do dobrych książek, tylko gorzej z energią do napisania recenzji, ale to się powinno wkrótce zmienić (przeżyłam zeszłym tydzień, więc teraz już będzie z górki). Tymczasem zabrałam się za napisanie kilku słów o dwóch filmach, które widziałam jakiś czas temu.

mmRodzina życiowych nieudaczników wybiera się w podróż, by spełnić życzenie małej dziewczynki, która choć nie jest wyjątkowo pięknym dzieckiem, pragnie wziąć udział w wyborach małej miss odbywających się w miejscowości sporo oddalonej od ich domu. Wydawałoby się, że to nic nowego, w końcu ile można oglądać komedii o ludziach niedopasowanych do środowiska, w jakim przyszło im żyć. Sama nie jestem zbyt entuzjastycznie nastawiona do komedii, ponieważ nie mam szczęścia do trafiania na takie, które by mnie śmieszyły (także dlatego, że w ogóle jestem bardzo „do tyłu” z oglądaniem filmów w ogóle…). Jednak „Mała Miss” (ang. „Little Miss Sunshine” od nazwy konkursu, w którym pragnie zastartować Olive) się broni i naprawdę film ogląda się bardzo dobrze. Dowcip jest mocno ironiczny, chwilami nawet czarny, a rodzinka Hoover’ów to prawdziwe oryginały (można wymienić choćby brata, który złożył śluby milczenia do czasu, póki nie dostanie się do szkoły lotniczej), które można polubić. Przesłanie filmu nie jest zbyt oryginalne jeśli chodzi o filmy tego rodzaju – najważniejsze jest pozostawać sobą (czego najlepszym przykładem jest Olive – dziewczynka jest dzieckiem miłym i słodkim, ale na pewno nie wyjątkowo ładnym, ale w porównaniu z imitacjami Barbie biorącymi udział w konkursie jest po prostu śliczna w swojej naturalności). A także dodaje: i potrafić się z siebie śmiać. Autorzy śmieją się z amerykańskiego społeczeństwa w sposób ironiczny i nie przekraczający granicy, kiedy śmiech staje się nieprzyjemny. Sam film, choć ciepły nie jest jednak ckliwy, a dzięki temu nie jest męczący. Polecam.
5/6
Mała Miss (Little Miss Sunshine), reż. Jonathan Dayton, 2006

lijNie jestem wielbicielką filmów wojennych, bo choć nie należę do szczególnie wydelikaconych osób, nie lubię też nadmiaru przemocy i krwi w filmach (w książkach lepiej to znoszę, choć też bez przyjemności). Nie odpowiada mi także gloryfikowanie wojny i pokazywanie jej jako niezwykłej, choć nieprzyjemnej przygody, która z chłopców robi mężczyzn a kobietom pozwala poznać wielką miłość ich życia. Czasem jednak nachodzi mnie na takie filmy ochota, zwłaszcza, jeśli leżą pod ręką. „Listy z Iwo Jimy” chciałam zobaczyć ze względu na historię w nim poruszaną jak i fakt, że film z perspektywy Japończyków nakręcił Amerykanin. O samej bitwie o Iwo Jimę wiedziałam trochę przed obejrzeniem – najbardziej dramatyczne wydaje się być to, że Japończycy zdawali sobie sprawę, że są skazani na klęskę, nikt im nie pomoże, a oni nie odeprą ataku Amerykanów, a mimo to bronili się tam ponad miesiąc. Nie przyszły posiłki, nie mieli też więc nowego zaopatrzenia i z głodu, pragnienia i grozy nadchodzącej śmierci dochodziło tam do iście przerażających sytuacji. W końcu wyspa padła, a tylko niewielka część Japończyków dostała się do niewoli. Film nie jest tak brutalny, jakby to sugerowała historia japońskich żołnierzy, powiedziałabym nawet, że ciężko jest wczuć się w ich dramat (pomijając już dramat samej wojny). Oczywiście, widać wojenne okrucieństwo, pojawiają się miotacze płomieni używane przez Amerykanów oraz wspomnienie, że pragnienie i głód doprowadziły do strasznych rzeczy. Podoba mi się położenie nacisku na historie pojedynczych żołnierzy, choć obierając taką strategię w filmie można było jeszcze głębiej zajrzeć w ich psychikę. Sam fakt, że historia jest opowiedziana jakby z perspektywy pisanych listów (to fakt historyczny, listy zostały odnalezione nie tak dawno temu) jest niezwykle wzruszający i przemawiający do wyobraźni, ale również jakby nie do końca wykorzystany. Za dużo w tym filmie biegania z karabinem, biorąc pod uwagę zamysł reżysera chyba nie tak powinno to wyglądać. Widz nie czuje upływu czasu, równie dobrze oblężenie mogłoby trwać pięć dni, a nie ponad miesiąc. Świetne aktorstwo (w głównego bohatera wciela się piosenkarz z popularnego japońskiego boysbandu i jest naprawdę dobry – szkoda, że to rzadka sytuacja) zasługuje na uwagę. Przy okazji nasunęła mi się smutna refleksja, że jakoś Japończycy mogli być grani przez Japończyków w filmie nakręconym przez Amerykanina (wiem, że to kwestia rasowa, ale na pewno znalazłaby się masa azjatyckich emigrantów w Ameryce, którzy mogliby tam zagrać), a Polacy w filmie nakręconym przez Polaka byli grani przez Amerykanów (po tylu latach wciąż mam dreszcze na wspomnienie nieszczęsnego „Władek is coming” z „Pianisty”, z której to kwestii podśmiewywaliśmy się całe liceum). Cała ścieżka muzyczna może jest trochę monotonna, ale pierwszy utwór z płyty swoim pięknem nadrabia za pozostałe utwory. Sami posłuchajcie:

„Listy z Iwo Jimy” to naprawdę dobry film, który miał potencjał (zwłaszcza historyczny), by stać się film wspaniałym i drażni fakt, że się tak nie stało. Mimo wszystko zdecydowanie warto go obejrzeć, a ostatnia scena wycisnęła mi prawie łzy z oczu.
5/6
Listy z Iwo Jimy (Letters from Iwo Jima), reż. Clint Eastwood, 2006

Chłopiec z latawcem

Dałam sobie szlaban na czytanie. Co prawda nie wiem, czy wytrwam w swoim postanowieniu, ale coś muszę zrobić, bo wciąż jakaś książka mnie rozprasza, a do końca maja muszę oddać pierwszy rozdział pracy, który niestety nie chce się sam napisać. Przerzucam się więc na książki akademickie i liczę na przypływ weny, choć ciężko mi się zmobilizować, zwłaszcza przy tak pięknej pogodzie. Wciąż mam trochę zaległych recenzji, o których chciałam tu napisać, mam nadzieję, że co jakiś czas uda mi się tu coś wrzucić.

Jedną z takich zaległych recenzji jest „Chłopiec z latawcem”, którego przeczytałam już ładny kawałek czasu temu, ale ponieważ to ważna dla mnie książka, chciałam coś o niej napisać. Fabuła opowiada historię Amira, chłopca wychowującego się w Afganistanie lat 70 wraz z dwiema najważniejszymi dla siebie osobami – ojcem i służącym Hassanem, z którym Amir się przyjaźni. Nie jest to jednak prosta przyjaźń, a skomplikowana relacja, w której przywiązanie miesza się z irracjonalną zazdrością i poczuciem wyższości z jednej strony, a całkowitym oddaniem z drugiej. Pewnego dnia, podczas zawodów w puszczaniu latawców Amir jest świadkiem dramatu Hassana. Reakcja chłopca na zawsze zmieni jego przyjaźń z służącym, a także losy samego Amira i jego rodziny, ponieważ dodatkowo historia dzieje się na tle dramatycznych wydarzeń historycznych, kiedy do Afganistanu wkraczają rosyjscy żołnierze. Amir wraz ze swoim Babą uciekają do Ameryki, w której próbują ułożyć sobie życie na nowo. Jednak wydarzenia z przeszłości nie pozwalają dać o sobie zapomnieć. Pewnego dnia dorosły Amir dostaje propozycję: „Znów można być dobrym”. Postanawia wykorzystać tę szansę, wraca do zmienionego Afganistanu, by spotkać się z jedyną osobą, która naprawdę go rozumiała, z przyjacielem swojego ojca.

Bardzo przypadł mi do gustu sposób pisania Hosseiniego. Jego dialogi są naturalne, wydarzenia i osoby widziane oczami Amira przekonują mnie. Afganistan jego dzieciństwa sprawił, że moja fascynacja Wschodem rozszerzyła się z tego Dalekiego na Bliski. Choć autor nie skupia się na opisywaniu kraju (w końcu dla chłopca, który się w nim urodził i wychował nie jest on niczym niezwykłym), to jednak otrzymujemy subtelny opis miejsca, które na zawsze już znikło z powierzchni ziemi, zmiecione przez wojnę, okupację i kolejne wojny. Podwójnie przykry jest powrót Amira do zrujnowanego Kabulu, starego miasta, pełnego gwaru, kebabiarni i biegających dzieci. Choć druga część powieści może wydawać się trochę nierealna, to jednak ją przyjmuję, bo właściwie dlaczego nie? Owszem, można powiedzieć: „takie rzeczy tylko w filmach”, ale wystarczy posłuchać opowieści naszych dziadków z czasów wojny, żeby uwierzyć w najbardziej niezwykły scenariusz (przepłakałam wiele godzin słuchając historii mojego pradziadka, którą opisał mi mój dziadek… za taką historię nie jeden reżyser oddałby fortunę. Podejrzewam, że większość rodzin ma choć jedną taką niezwykłą historię w swojej rodzinie).

Hosseini nie opisał w „Chłopcu z latawcem” losów Afganistanu. Skupił się na małym chłopcu, Amirze, opowiedział jego historię, tylko maleńki wycinek dziejów całego narodu, co zarzucają mu Afgańczycy (sądząc przynajmniej z dyskusji na międzynarodowych forach internetowych). To chyba właśnie tak do mnie przemówiło. To oraz prostota, z jaką tę historię opisał. Nie ma tu może głębokich analiz psychologicznych, ale czytelnik dostaje wystarczająco dużo informacji, żeby ułożyć z nich portrety bohaterów, a także zastanowić się nad tym, co nimi kierowało. Czy ojciec irracjonalnie winił Amira za śmierć swojej żony? Czy uważał syna za zupełnie od siebie różnego, a może nie potrafił pogodzić się z tym, że widział w nim swoje własne słabości? Myślę, że każdy zna takiego Amira, jego ojca, innych bohaterów. Znam nawet takiego Hassana, co ciekawe, ma tak samo na imię, choć pochodzi z innego „…stanu”. To także składa się na siłę i urok książki. Oraz przesłanie, że można odpokutować winy, że nawet jeśli nie naprawimy wszystkiego zła, możemy zacząć od nowa, „znów być dobrym”. Nie mówiąc już o bliskim mi, antywojennym przesłaniu, wciąż aktualnym.

„Chłopiec z latawcem” to debiut Hosseiniego, więc dostaje ode mnie 6, bo choć zdarzają się odrobinę słabsze momenty i na pewno nie jest to wyjątkowo bogato rozbudowana powieść, to trafiła do mnie idealnie i ją pokochałam. Przyczepić się można natomiast do polskiego wydania. Literówki są przerażające, pierwszy raz w życiu złapałam ołówek i zaczęłam je poprawiać, tak mnie zdenerwowały. Widziałam wydanie z inną okładką, ale nie wiem, czy jest ono też autorstwa Amberu. Pomijając ten fakt, polecam. Bardzo.

6/6
Khaled Hosseini, “Chłopiec z latawcem” (Amber, 2008)